O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: tahina

środa, 07 września 2011
29. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 13/03/2011 8:57

Żydowska tradycja rzucona we współczesny świat. Najwyższe duchowe wzloty, szukanie Ha-szem (Boga, którego imienia się nie wymawia) poprzez wypełniane dokładnie micwy (nakazy religijnego prawa żydowskiego, jest ich 613) przeplatane z rozwiązłością i zażywaniem narkotyków (bez wpadnięcia w nałóg). Wszystko to robi jedna osoba, Reva, córka rabina, wnuczka szanowanego rabina Manna. Od Londynu do Jerozolimy, od szalonego życia squotersów po regulowane wypełnianiem micw życie żony chasyda i matki trojga jego dzieci. Mąż pochodzi z Ameryki, jest świeżo nawrócony, a więc wyjątkowo gorliwy, do tego stopnia, że wyśmiewa się z niego teść, rabin zamieszkały w Anglii. Reva poznała męża w tradycyjny sposób, poprzez swatkę. Wydał się jej ciekawy, bo szczególnie uduchowiony.

Wydał się – oto klucz do tego, co ta żydowska dziewczyna opisuje. Wszystko po kolei, czego doświadcza okazuje się inne, niż się spodziewała. Tylko przy byciu dziewczyną, mimo wysokiej inteligencji, pozostaje wyjątkowo długo. Wydaje się, że Reva powinna się stać kobietą choćby po urodzeniu trzeciego dziecka, ale chyba nigdy się nią nie staje, no, może pod koniec powieści, gdy doświadczona jak damski Hiob, wyznaje, iż „po raz pierwszy w życiu zdecydowałam się zaakceptować egzystencjalny ból, przed którym dotąd uciekałam”.

W sumie mnie ta książka wydaje się bardziej wymyślona niż prawdopodobna (także w opisach scen erotycznych). Ale dopuszczam myśl, że ktoś może w niej odnaleźć swoje życie, zagubienie i poszukiwania. I może coś pozytywnego z niej wyniesie? Patronuje jej bowiem myśl słynnego rabina Nachmana z Bracławia: „Upadek z wyżyn duchowości jest konieczny, by umożliwić człowiekowi jeszcze wyższy wzlot”. Wypisz, wymaluj pasuje ona do nieco zapomnianej teorii dezintegracji pozytywnej znanego psychiatry, prof. Kazimierza Dąbrowskiego. Trzeba, aby zawalił się świat, aby, po wyciągnięciu wniosków, iść wyżej, rozwijać się, osiągając zgodę z samą sobą.

U progu tego, co dręczy Revę stoją jej niezbyt udane relacje z rodzicami. Z żalem zdradza na początku powieści: „wiedziałam tyle, że moi rodzice tkwią tak głęboko w swoim własnym świecie, że nigdy nie mają dla mnie dosyć czasu”. To kolejny klucz. Czy jednak dla swoich dzieci znajdzie to „dosyć czasu”? Mam wątpliwości. Jest zbyt skupiona na sobie. Podobnie wyglądają jej kontakty z rodzicami, dopiero, gdy umierają, a ona jest przy ich zgonach, doznaje w jakimś stopniu empatii. Z domu jej nie wyniosła.

Niewątpliwą wartością powieści jest opis świata religijnych Żydów, starających się żyć w zgodzie z Halachą (prawem). Jego nakazy są opisane szczerze i dokładnie. Halacha reguluje każdą dziedzinę życia pobożnego Żyda, od koszerności kuchni (zasady te nazywa się kaszrut), poprzez strój i zasady zachowania się, obchodzenie świąt, modlitwy, po fizjologię (seks, poczęcie dziecka, poród itd.).

Jeżeli o mnie jednak idzie, o świecie pobożnych Żydówek, żon chasydów z jerozolimskiej dzielnicy Mea She'arim, więcej niż z tej pozycji dowiedziałam się z książki Anki Grupińskiej pt. „Najtrudniej jest spotkać Lilit”. Zwłaszcza że nie potrafię się przekonać do wyznań Revy, która po „doznaniu chwilowej iluminacji umysłu”, jak określił jej stan rabin Rabinowitz, czyli po doznaniu uniesienia religijnego, podsumowuje: „Nigdy nie byłam też na większym haju – zaznałam bowiem ekstazy znacznie przewyższającej skutki narkotyków, które kiedyś zażywałam”. Może dlatego że codzienne poszukiwanie ekstazy jest mi obce?

Moje krytyczne uwagi nie przeszkodziły mi w ochocie na przyrządzenie do jedzenia czegoś, co byłoby stylowe i do tej lektury dopasowane. Padło na humus z tahiną. Tahina to pasta sezamowa, której szukamy w sklepie z produktami orientalnymi lub w takim dziale hipermarketu. Musimy też się zaopatrzyć w ciecierzycę czyli groch włoski (zwany też wesoło cieciorką). Można kupić suchą cieciorkę i ugotować (jak groch, uważać, by ziarna były jędrne, nie rozpaćkane), można nabyć ugotowaną, w puszce. Taką wzięłam,

zmełłam ją z oliwą, dodałam pastę tahinę, masę doprawiłam sokiem z cytryny, solą, pieprzem i odrobiną cayenne (każda ostra papryka, choć jest niekonieczna). Posypałam odłożonymi całymi kulkami ciecierzycy. Kto lubi, może dodać czosnek, może posypać natką. Jak podawać?

Nauczyła mnie Dana, przyjaciółka z Jerozolimy (pozdrawiam!): „bierzesz porządną łychę humusu, albo dwie, zależy od wielkości talerza, rozprowadzasz ruchem okrągłym po całym talerzu, nskrapiasz oliwą z oliwek, posypujesz lekko papryką i zatarem, a potem, według zwyczaju arabsko-izraelskiego, kawałkiem chleba albo pity zbierasz po troszku z talerza i wcinasz z apetytem”. I tak zrobiłam.

PS O przyprawach izraelskich, w tym, co to zatar, jak wygląda, do czego się podaje, innym razem.

| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl