O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: rzodkiewki

czwartek, 23 sierpnia 2018
Ryby dwie, każda z jednym dodatkiem

W kuchni lubię misz-masz, czyli łączenie rozmaitych składników. Zwykle są to połączenia trafione, choć wymyślane doraźnie i biorące się z tego, co jest w lodówce. Pomagają nie marnować niczego, a że przy okazji wytaczają nowe ścieżki smaków – tym lepiej.

Pokaże więc taką potrawę, do której zużyłam pęczek apetycznej rzodkiewki. Zwykle dodaje się ja do kanapek i sałatek, czasem krojoną w plasterki, czasem siekaną czy nawet ucieraną. Jakoś w zapomnienie poszła rzodkiewka gotowana albo duszona, podawana jako jarzyna. Czasem taka podaję, ale rzadko. Obieram ją wtedy z różowej skórki i zyskuje wygląd białych kulek. Teraz postąpiłam inaczej. Ale zanim opiszę, co wymyśliłam, przytoczę garść ciekawostek rzodkiewkowych. Jak to ja, znalazłam je w starych gazetach.

Krótki rys historyczny opublikował „Kurier Warszawski” w roku 1928. Gazeta zamieszczała i takie ciekawostki.

Pochodząca z Azji rzodkiewka uprawiana jest, jako jarzyna, od czasów niepamiętnych. Już u starożytnych Egipcjan [nazwy narodowości pisano wtedy mała literą], a zwłaszcza u ciężko pracujących robotników egipskich, musiała być jarzyną bardzo lubianą skoro jeden z historyków egipskich wymienia olbrzymie sumy, płacone za rzodkiewki dla robotników, budujących piramidy.

Jeden z pisarzy starogreckich miał nawet napisać całe dzieło o rzodkiewce, w którem twierdzi, między innemi, że nie należy uprawiać rzodkiewek obok winorośli, gdyż dwie te rośliny nie znoszą się nawzajem.

Do Europy wprowadzili rzodkiewkę rzymianie i jeszcze w 11-em i 12-em stuleciu nazywano ją w Niemczech „ratich” albo „radix”, według nazwy łacińskiej.

W poezji ludowej rzodkiewka, ze względu na smak ostry, bywa symbolem wrogości i siły odstraszającej. Z drugiej jednak strony miała przez swą ostrość zaostrzać rozum, to też dzieciom, idącym do szkoły, kładziono na chleb pokrajaną w płatki rzodkiewkę, aby zapamiętały to, czego się w szkole nauczą. Sok rzodkiewki z cukrem pomieszany miał służyć jako dobre lekarstwo przeciwko kokluszowi.

Inne walory rzodkiewki podała Zofia Czerny, redaktorka „Pani Domu” w roku 1935, autorka wielu książek kucharskich, wydawanych także po wojnie. Jej opis rzodkiewki zilustruję zdjęciem przedwojennej lodówki z tego samego pisma.

 

R z o d k i e w k a jest tanią jarzyną wiosenną, bardzo obecnie rozpowszechnioną. Jest ona spożywana na surowo, co należy uważać za bardzo pomyślną okoliczność, lecz z powodu dużej zawartości trudnostrawnego błonnika należy ją bardzo dokładnie żuć, aby należycie rozdrobnić jej tkankę, co sprzyja dobremu wykorzystaniu wartościowych składników. Dla dzieci należy rzodkiewkę drobno siekać, a jeszcze lepiej trzeć i nie podawać w zbyt dużej ilości.

Rzodkiewka należy do tej samej rodziny, co kapusta i gorczyca (krzyżowe), i jak one, posiada piekące olejki eteryczne w dużej ilości, co jej nadaje specyficzny ostry smak, ale również sprawia, że rzodkiewka nie przez wszystkich jest dobrze znoszona.

 Dlatego niektórzy wolą rzodkiewkę jednak poddawać obróbce cieplnej. Wtedy jej ostrość i piekący smak znikają. Sposób takie przyrządzania znalazłam w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” z tego samego roku 1935. Redaktor Szyc-Korska na kolumnach kobiecych popularnego Ikaca odpowiadała czytelniczkom, przytaczając ich nazwiska.

WP. W. MOHORECKA, DĄBROWA.

Rzodkiewka duszona.

Z różowej rzodkiewki można mieć bardzo delikatną jarzynę. Oskrobawszy, dusić w całości w maśle; dodaje się cukru, gotując, nie nakrywając jej, by gorycz wyszła. Podaje się ją z grzankami.

No to jeszcze jeden ciekawy pomysł tej samej Zofii Szyc-Korskiej, tym razem z magazynu „As”, z którym też współpracowała, bo ukazywał się w tym samym krakowskim wydawnictwie senatora Mariana Dąbrowskiego. Przepis pochodzi z roku 1939.

SOS Z RZODKIEWEK.

Czerwone rzodkiewki (mogą być użyte nawet trochę już wyrośnięte), kraje się drobno i gotuje w troszce wody. Ugotowane zagęszcza się lekką zasmażką z masła i mąki dodaje soli i troszkę gałki muszkatułowej [tak!], zagotowuje i podaje do sztuki mięsa. Sos ten podany być może na zimno. Do tego celu należy go przetasować i zaostrzyć proszkiem Curry lub tylko musztardą. Doskonały do zimnych mięs lub szynki.

Tyle starych gazet. Oczywiście, zawierają jeszcze więcej rzodkiewkowych skarbów, ale zostawię je na inne wpisy. Teraz wreszcie mój pomysł. Będzie to różowa rzodkiewka z różowym łososiem.

 Łosoś z rzodkiewką po mojemu

filet łososia

rzodkiewki

koperek

masło klarowane

sól, pieprz biały

Rzodkiewki oczyścić z ogonków, wrzucić do wrzącej osolonej wody, obgotować 5 minut, odcedzić.

 

Łososia posolić, popieprzyć. Masło rozgrzać, filet obsmażyć. Dodać rzodkiewki całe lub przekrojone na pół, zmniejszyć temperaturę, poddusić. Posypać posiekanym koperkiem, podawać na gorąco.

Proste? Bardzo. I szybkie do przygotowania. Podajmy z gotowanymi ziemniakami lub z pieczywem. Z zimnym kefirem czy maślanką – pyszny lekki obiad na gorący dzień. Kto chce, może łososia na patelni zalać jogurtem lub śmietaną, koperek zawsze dodawać na końcu, aby pozostał świeży.

Drugą rybę z dodatkiem będzie dorsz. Dodatek będzie egzotyczny. Ulubiony przez kuchnię japońską. To wodorosty nori. Zdrowe, o bardzo morskim zdecydowanym smaku. Przydadzą go dodatkowo dorszowi.

 

Dorsz w wodorostach nori po mojemu

filet dorsza

wodorosty nori

cebula cukrowa

cytryna

sos ostrygowy

bazylia tajska

olej rzepakowy o smaku pomidorów, chili i bazylii

Filet obmyć, osuszyć, skropić sosem ostrygowym i sokiem cytrynowym, posypać rozkruszonymi w dłoniach listkami bazylii. Jeżeli jest czas, odstawić na pół godziny.

 

Cebulę pokroić w drobną kostkę, wetrzeć ją w filet. Zawinąć w jeden lub dwa płaty wodorostów, lekko zwilżonych.

Skropić olejem. Wstawić do piekarnika, piec 20–30 minut w 180 st. C. Podawać na gorąco, ale na zimno też smakuje.

Dorsz jako danie obiadowe podajemy z ryżem lub z makaronem ryżowym albo sojowym doprawionym delikatnie jasnym sosem sojowym i świeżymi listkami bazylii. Bardzo lubię wyrazisty smak nori, ale nie wszyscy domownicy podzielają mój gust. Dlatego część dorsza pozostawiłam bez wodorostów.

Czy wodorosty przed wojną były znane? Owszem, słyszano o nich głównie jako o składnikach kuchni chińskiej czy japońskiej. W latach pierwszej wojny światowej, w czasie głodu, zastanawiano się nad ich użyciem, choćby do wypieku chleba. Tuż przed drugą wojną światową także do nich wracano. Dowodem notka z warszawskiej, bardzo prawicowej gazety „ABC” już z roku 1939.

 

Angielskie koła naukowe zastanawiają się od wielu miesięcy nad tym, w jaki sposób zabezpieczyć kraj na wypadek wojny. Wiadomo przecież, że Anglia wytwarza zaledwie 1/4 żywności, która jej jest potrzebna. Resztę kupuje wzamian [tak było poprawnie] za towary przemysłowe.

Obecnie dokonywane są doświadczenia, które jeśli się powiodą, zapewnią Anglii samowystarczalność żywnościową. Na dnie morza rosną liczne rośliny, z których część jest jadalna. Prace stacji doświadczalnej w zatoce Kardygańskiej wykazały, że z pośród [tak!] roślin, spotykanych na dnie tej zatoki, aż 50 gatunków, nadaje się do jedzenia, względnie do celów przemysłowych.

W olbrzymich ilościach znajdują się na dnie morza środki do nawożenia ziemi. Po ich użyciu wyrastają rośliny o olbrzymiej, bo niekiedy aż 50-metrowej wysokości.

Jadalne rośliny morskie są przeważnie bardzo smaczne i obfitują w sole mineralne, zwłaszcza wiele w nich fosforu, bromu i jodu. Już teraz w Anglii robi się z niektórych wodorostów powidła, przypominające w smaku pomarańczowe.

Na razie Anglicy trzymają wyniki swych badań w tajemnicy, ale w niedługim czasie cały świat się przekona, że morze będzie nas żywiło nie tylko swoimi zwierzętami, lecz i swą roślinnością.

Wtedy z tych pomysłów raczej  nic nie wyszło. Dzisiaj do wodorostów wracamy, już z innych powodów. Ich smak przy tym nie odrzuca, tak, jak wtedy, gdy krzywiono się w ogóle na wszystkie ryby morskie. A używać ich można nie tylko do sushi. Coraz nowsze ich kuchenne zastosowania zainteresują zwłaszcza miłośników ryb i smaków morza. Ja do nich należę.

wtorek, 26 grudnia 2017
Szybki obiad odświętny

Jeżeli nie idziemy na obiad do rodziny ani rodzina nie przychodzi do nas, pozostaje kwestia świątecznego obiadu domowego. Zwykle chcemy, aby był nieco odmienny od codziennego. Zwykle mamy już opracowane jakieś menu, ale zdarza się, że nie mieliśmy do tego głowy (przecież nikt nas nie odwiedza!), coś tam kupiliśmy i dopiero się zastanawiamy: jak to przyrządzić w duchu świąt?

Poddaję pod rozwagę propozycję dla tych, którzy kupili kurczaka. Wyjmują go z lodówki, oglądają i się zastanawiają: ugotować w rosole czy upiec. Zdradzę, że najbardziej lubię kurczaka pieczonego bez udziwnień, natartego jedynie majerankiem i solą, obłożonego masłem. Ale w czas świąteczny, jako się rzekło, chce się odmiany. I kurczaka w postaci bardziej uroczystej.

Podpowiem więc, jak upiec kurczaka i złotego, i z bakaliami. Zakładam bowiem, że bakalie jakieś też w domu mamy. Wygląda pięknie, smakuje odświętnie. A piecze się normalnie. W ciągu godziny z kawałeczkiem będzie gotowy.

Złoty kurczak z bakaliami po mojemu

kurczak wiejski

kurkuma i cynamon mielone

sól

daktyle

migdały blanszowane, orzechy laskowe

masło

Tuszkę kurczaka oczyścić, obmyć, osuszyć. Natrzeć solą i mielonymi korzeniami: kurkumą i cynamonem, także wewnątrz.

Z daktyli wyjąć pestki. Wnętrze tuszki wypełnić daktylami. Palcami zsunąć skórę z piersi, w utworzone tak kieszonki wsunąć po kawałeczku masła oraz migdały i orzechy (można je przesiekać). Tuszkę obłożyć masłem.

Kurczaka włożyć do naczynia żaroodpornego wysmarowanego masłem. Piec w zależności od wagi 1,2–1,5 godziny w 180 st. C. Podlewać tłuszczem. Gdyby skórka na piersi za szybko zbyt się zrumieniła, przykryć ją folią aluminiową lub papierem do pieczenia.

Upieczone kurczę kroimy przy stole, porcję daktyli dodajemy do każdej porcji. Jeżeli w daktyle się nie zaopatrzyliśmy, może mamy wędzone śliwki lub suszone morele? Nimi można też wypełnić tuszkę. To taki bakaliowy akcent świąteczny.

Do kurczaka podałam sałatkę z rzodkiewkami. Może skusiliśmy się na pęczek rzodkiewek i główkę sałaty lodowej? Nie każdy ją lubi, ale ja od czasu do czasu ją kupuję: lubimy sałaty chrupkie. W dodatku tę można w dobrej formie przez jakiś czas przechować w lodówce. Tej sałatce uroku i smaku dodaje krótkie zamarynowanie rzodkiewek i cebulki.

Sałata lodowa z marynowanymi rzodkiewkami i cebulkami po mojemu

sałata lodowa

pęczek rzodkiewek

cebulki dymki

ocet np. jabłkowy

olej rzepakowy smakowy, np. pistacjowy

sól, pieprz z młynka

Rzodkiewki pokroić w plasterki, cebulki dymki – w krążki. Posypać solą, skropić octem. Odstawić na 10–15 minut. Pokroić sałatę w paseczki. Ułożyć na marynowanych rzodkiewkach i cebulkach, skropić olejem, posolić, popieprzyć. Przybrać szczypiorem z dymki. Wymieszać już przy stole.

A teraz dania alternatywne. Pochodzą z pisma „Gospodyni Wiejska” wydawanego w Warszawie od roku 1877 (od roku 1881 jako „Gospodyni Wiejska i Miejska”). W tym czasie było dobrze oceniane, podkreślano zwłaszcza redakcyjną pracę Zygmunta Jaroszewskiego). W „Kurierze Warszawskim” pisano tak:

O Gospodyni wiejskiej.

Pismo to od dwóch lat wychodzące pod redakcją znanego zaszczytnie gospodarza p. Zygmunta Jaroszewskiego coraz szerzej się rozwija, zalecając się doborem jak najpożyteczniejszych artykułów.

Wartoby też, ażeby i ogół odpowiedział należycie staraniom redakcji i poparł wydawnictwo pierwszorzędnej dla gospodyń naszych ważności. Że zaś Gospodyni wiejska warta takiego poparcia, dowiedzie nam choćby wyszczególnienie artykułów w ostatnim jej numerze zawartych. Znajdujemy tam „Przestrogi o używaniu szkodliwych zapraw w artykułach spożywczych” przez F. G., „Kaczki”, „Użytkowanie z produktów trzody chlewnej” i wreszcie „Pasztetnictwo”.

Rubryka „Kuchnia i śpiżarnia” mieści rzecz o fałszowaniu i ulepszaniu masła, o przygotowaniu gołąbków nadziewanych pod skórę i baloników ziemniaczanych.

Pod działem „Porządki domowe” znajdujemy przepis zaprawy na posadzki, rzecz o odświeżaniu futer i wreszcie o ogniotrwałym kicie do pieców. Urozmaicone „Wiadomości użyteczne” i „Wiadomości bieżące” uzupełniają numer.

Czyż więc pismo takie nie zasługuje na najszersze poparcie?

Zasługiwało. Cieszyło się powodzeniem. Rychło się zresztą zmieniło w „Gospodynię Wiejską i Miejską”. Jeszcze jako „Gospodyni Wiejska” w roku 1880 zamieściło uwagi o wypieku Bożonarodzeniowych ciast. Na te święta za późno już je piec, ale może porwiemy się na wypieki noworoczne z ciasta drożdżowego. I uwagi będą przydatne.

 

Dla wsparcia zaś obiadowych propozycji moich, czyli kurczaka z sałatą, taki sam zestaw sprzed stu trzydziestu siedmiu lat. Nawiasem, o każdej porze roku lubiany w kuchni polskiej. Choć najbardziej polecano młode kurczęta na wiosnę. Nadziewane farszem nieskomplikowanym, bardzo lubianym. Tak upieczonego kurczaka (najlepiej z tzw. wolnego wybiegu) polecam tym, którzy mają dość bakalii świątecznych. Niech będzie zapowiedzią wiosny.

 

Do kurcząt pieczonych z nadzieniem po polsku podawano chętnie mizerię. Czyli sałatę z ogórków. Była jedną z niewielu surowizn wówczas jedzonych. Era surówek dopiero miała nadejść. Natomiast octu wtedy nadużywano.

 

Dorosłym po kolejnym świątecznym obiedzie przyda się kieliszeczek digestifu, czyli mocnego alkoholu podawanego na dobre trawienie. Ambitni mogą przyrządzić go sami, kierując się wskazówkami „Gospodyni Wiejskiej”.

 

Taka samodzielnie przyrządzona nalewka może być pożytecznym zwieńczeniem świątecznego obiadu. Alkohole przygotowane w domu, wlane w ozdobne buteleczki, będą także chętnie widzianym prezentem. Oczywiście, nigdy nie darowanym tym, którzy mogą nalewki nadużyć. Zmarnuje się wtedy. A my nie marnujemy nic. Takie postanowienie warto przyjąć na Nowy Rok. Już stoi na progu.

| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl