O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: mule

sobota, 06 lutego 2016
Zaszalejmy!

Mamy jeszcze karnawał. Nawet jeżeli nie udajemy się na ostatnie w tym roku bale, możemy urządzić sobie bal w domu. Kulinarny. Mojej propozycji posłucha jednak tylko ten, kto je owoce morza. Są dostępne w hipermarketach. Wcale nie kosztują majątku. No, ale są pożywieniem specyficznym, dla przeciętnego Polaka (jak definiował Mrożek, „może być z teczką”) obcym, by nie rzec – wstrętnym. Ale nawet gdy należymy do mniejszości mniej „obrzydliwej” (od obrzydzenia, które się odczuwa, a nie z powodu cech sobie przyrodzonych) i jemy je w restauracji, w sklepie ich nie kupujemy, bo nie umiemy przyrządzać. Może więc się nauczymy? I przyjaciół równie jak my mało „obrzydliwych” a świata ciekawych zaprosimy na świeże mule?

Co to są te mule? Kiedyś je opisałam w mojej „Encyklopedii kulinarnej” (1996). Ze zmianami, wynikającymi z upływu czasu (a zmieniła się cała epoka), opis przytoczę.

MULE

Po polsku często mówimy na nie małże, chociaż właściwa nazwa mięczaków w charakterystycznych granatowych lub brązowych muszlach brzmi: omułki. Wapno, żelazo i jod to
składniki niezwykle cenne tych ostryg biedaków, jak też się je określa. W naszej tradycji kulinarnej mule po prostu nie istnieją, chociaż dawne książki kucharskie, czerpiące wiele natchnienia z kuchni francuskiej, uwzględniają je w swoich przepisach. Omułki występują wprawdzie i w Bałtyku, ale nie są tak smaczne, jak te poławiane u wybrzeży Atlantyku. Nie wspominając najlepszych – z Morza Śródziemnego.

Maria Monatowa pisała: „Mule są podobne do ostryg, ale o wiele tańsze. Najsmaczniejsze są w zimie, a wogóle [tak pisano] od maja do września nie należy ich jadać, gdyż w tej porze są szkodliwe”.

W latach 90. XX wieku, gdy pisałam „Encyklopedię…”, mule trafiały do Polski tylko w konserwach. Pisałam wtedy: bardzo są smacznie przyrządzane w różnych sosach, z różnymi dodatkami. Podajemy je albo same, w miseczce, przybrane ćwiarteczkami cytryny, albo jako dodatek do sałatek. Niskokaloryczne: 80 kalorii w 100 gramach zasługuje na uwagę.

Świeże mule – już obecne w naszych sklepachwe Francji kupujemy zazwyczaj na litry. Na cztery osoby potrzebne są 2–3 litry. Litr to 700–800 gramów. „Przed ugotowaniem trzeba je dobrze oskrobać, kilka razy wypłukać w zimnej wodzie z octem, a potem jeszcze obie muszelki mocno ścisnąć, aby brud i piasek wyszedł” – zalecała Monatowa. Marta Norkowska radziła je gotować w słonej wodzie z cebulą i pieprzem. Gdy się wszystkie otworzą (nie otworzone bezzwłocznie wyrzucamy!), każdej zostawia się połowę skorupki, dodaje szklankę białego wina, trochę cebulki i gotuje jeszcze dziesięć minut. Skorupki ładnie układamy na okrągłym półmisku, polewamy przecedzonym sosem zaprawionym masłem, posypujemy świeżą natką. Będą to mule à la marinière (czyli po marynarsku).

Przygotowanie sosu nie jest konieczne. W ostateczności podajemy mule tylko z cytryną. Jeżeli zaś po ugotowaniu zapieczemy je posypane (leciutko) solą, pieprzem, zieloną pietruszką, ewentualnie tartą bułką i rozpuszczonym masłem, będziemy mieć mule au gratin. Odpowiednio zaś do sosu, w jakim je poddusimy, otrzymamy z kolei mule à la poulette albo mule à la bordelaise.

Przyrządziłam mule zapiekane. Jest z tym trochę zabawy. Nawet nie tyle ze względu na trudność zadania, ile dlatego, że na tę zabawę z muszlami muli trzeba mieć czas. Zwłaszcza wypełnianie skorupek farszem wymaga cierpliwości.

 

Mule zapiekane z piekarnika

opakowanie świeżych muli (1 kg)

2 listki laurowe

suszona papryczka peperoni

oliwa

kostka bulionowa rybna lub warzywna

białe wino wytrawne

bułka tarta (35 dag)

masło (80 g)

natka pietruszki lub trybula

2 ząbki czosnku

mała cebulka lub szalotka

sól, pieprz

cytryna

Mule umyć.  Na patelni rozgrzać oliwę z liściem laurowym i papryczką.

 

Wrzucić muszle, wlać po pół szklanki wina i bulionu (gdy trzeba, więcej), przykryć, gotować 5–10 minut. Od czasu do czasu potrząsnąć patelnią. Odcedzić, wywar pozostawić. Odrzucić muszle, które się nie otworzyły. Usunąć górne połówki muszli.

 

Masło stopić, zalać nim tartą bułkę, dodać posiekana natkę, czosnek i cebulkę, wyrobić z solą (oszczędnie, bo mule z bulionu będą słone) i pieprzem. Odstawić, aby farsz stężał.

 

Farsz z bułki nałożyć na mule w muszlach, ułożone w naczyniu żaroodpornym. Zapiekać 10–15  minut w 200–220 st. C. Podawać wprost z pieca, ozdobione świeżą natką lub trybulą, z ćwiartkami cytryny (koniecznie usunąć z niej pestki).

Nie wylewajmy wywaru. Może nie wszystkie mule się zmieszczą na półmisku do zapiekania. Gdy jakieś zostaną, wyjmijmy je z muszli, sos zagęśćmy i doprawmy do smaku, dorzućmy do niego mule i podajmy np. do makaronu. Starty ser i świeżo posiekane zioła będą znakomitym dodatkiem do jakichś penne czy papparedlli w stylu włoskim.

A gdy mamy ochotę na szaleństwa jeszcze większe? Poprzedźmy nasze mule au gratin – ni mniej ni więcej tylko świeżymi ostrygami. Kupuje się je tradycyjnie na tuziny. Na przystawkę wystarczą po trzy na osobę, a przy większym apetycie – po sześć. Z otwieraniem będzie trochę zabawy. Ale co tam! Przy zimnym białym winie (testowaliśmy włoskie Orvieto i bardzo nam się spodobało) będzie kupa śmiechu. Uważajmy na palce!

 

Na zdjęciu widać specjalne sztućce do ostryg: nóż z mocnym i krótkim ostrzem oraz półokrągły widelczyk. Na stole koniecznie trzeba postawić ćwiarteczki cytryny oraz pieprz z młynka; nawet więcej niż jeden gatunek, jeżeli mamy.

Czy ostrygi są drogie? W najbliższym nam hipermarkecie kupiliśmy je po 99 groszy za sztukę (okazja; zwykle są droższe, choć przy tym większe).  A więc chyba – nie są bardzo drogie. Podobnie zresztą jak wykreowane via podsłuchy słynne (właściwie osławione!) i już mityczne ośmiorniczki. W krajach południa – pożywienie biedaków. U nas: nieoczekiwany symbol luksusu i rozpusty.

A jak drzewiej bywało? Proszę poczytać bulwersujące wieści z roku 1916. Był to kolejny rok Wielkiej Wojny. A tu taki news. Zamieścił go krakowski „Ilustrowany Kuryer Codzienny”.

 

Ostryga, kawior i szampan – te z dawien dawna znane najdroższe i najwymyślniejsze smakołyki bogatych ludzi. Któżby przypuścił, że ostryga – ten kulinarny synonim zbytku – stanie się obecnie gorąco polecanem, t a n i e m pożywieniem szerokich mas ludowych. Oczywiście nie u nas – ale w Anglii.

Londyńskie dzienniki przynoszą sążniste artykuły o ostrygach, ich wartości odżywczej i przyrządzaniu, a przedewszystkiem ich taniości.

– Istotnie! ostrygi w Anglii spadły w tym roku znacznie w cenie. 100 sztuk kosztuje obecnie w handlu „en gros” tylko 2 szylingi 6 pensów, w handlu detalicznym tuzin – 6 pensów.

Wyjątkową ich taniość objaśniają niezmierną obfitością połowu w ostatnich 6 latach. W okresie lęgu składa normalnie jedna ostryga około miliona jajek. Wprawdzie wiele ikry ginie, w ostatnich latach atoli „stosunki zdrowotne” w królestwie ostryg poprawiły się znacznie. Do taniości ostryg przyczynił się także prawie zupełny brak eksportu za granicę, tak, że olbrzymi zapas ostryg pozostaje w Anglii.

Zalecając ostrygi jako tanie pożywienie, podają dzienniki angielskie nawet sposób ich przyrządzania i to w przerozmaitej formie: jako zupa, rodzaj naszego bigosu, gotowane (!) w słoninie, duszone i t. p. Poczekajmy maluczko, a doczekamy się, że w Anglii przyrządzą z ostryg pieczyste, a może nawet siekane kotlety.

Nie doszło jednak do tego, aby z ostryg przyrządzać pieczyste i kotlety. A szkoda. Może i dzisiejszy nasz rodak (ten z teczką czy choćby bez niej), by wtedy je przełknął. No i nie zazdrościł nikomu luksusu. Tylko czy by się nasycił? Mule i ostrygi nie są pożywne. A przy tym mają tak mało kalorii... Co akurat niektórych biesiadników może ucieszyć.

piątek, 14 marca 2014
Dla tych, którzy lubią i owoce morza, i dania hot, i kino

W kuchni włoskiej, aby potrawy zaostrzyć, traktuje się je papryczkami peperoni, ich smak zaś i moc wspomaga czosnkiem. Jeden z klasycznych sosów włoskich nazywa się all’arrabbiata. Podaje się go zwykle z makaronem penne. Potrawa pochodzi z Lazio, powinna być wściekle ostra, bo arrabbiato to właśnie „wściekły”. Oryginalny przepis na penne all’arrabbiata podaję za książką „Ricettario Italiano. 1700 ricette dalla tradizione regionale” (Janku, nieustanne podziękowania!). Podaję nieco skrócony (m.in. o opis, jak zdjąć skórkę z pomidorów).

Penne all’arrabbiata

400 g makarony penne

500 g pomidorów dojrzałych i jędrnych

2 ząbki czosnku

oliwa extravergine

starty ser pecorino

sól

1 peperoncino

Na oliwę wrzucić czosnek (uważać, aby się nie przypalił), dodać pomidory bez skórek i ziaren. Sos dusić wolno z solą i posiekaną papryczką przez ok. 20 minut, mieszając od czasu do czasu. Penne ugotować zgodnie z przepisem. Podawać z sosem i startym serem pecorino.

Sos powinien być gęsty, mocno pikantny. Lubię przełamać ten smak. Dlatego dodaję łyżeczkę cukru. Zwłaszcza że nie mogę liczyć na pomidory naturalnie słodkie, dojrzałe na włoskim słońcu. Zresztą, pomidorów świeżych używam tylko w sezonie. Zimą zastępuję je pomidorową passatą czyli przecierem. Na zdjęciu widać markę, która mi odpowiada.

A w ogóle sos pomidorowy wzbogaciłam dodatkiem, który przydał mu zupełnie nowego charakteru. Były to mrożone mule. Z ich jakości byłam bardzo zadowolona: smaczne, słodkawe, po rozmrożeniu jędrne. Z tych muli, z przecieru pomidorowego oraz gotowej mieszanki all’arrabbiata przygotowałam sos. A do niego ugotowałam spaghetti. Wyszło danko, które powinno smakować wszystkim miłośnikom opery włoskiej (że przypomnę zjazd tego gremium z filmu „Pół żartem, pół serio”). Sos arrabbiata doprawiłam pewnym tajemnym składnikiem, który zdradzę poniżej. Zastąpił cukier.

Spaghetti all’arrabbiata z mulami po mojemu

makaron spaghetti

opakowanie muli mrożonych

passata pomidorowa

łyżeczka gotowej przyprawy all’arrabbiata

cebula

2 ząbki czosnku

posiekana natka pietruszki

sól

starta skórka z mandarynki

sok z mandarynki

oliwa

starty ser pecorino romano

Oliwę lekko rozgrzać, poddusić w niej cebulę pokrojoną w półplasterki lub drobniej. Dołożyć posiekany czosnek i mule lekko rozmrożone. Poddusić, aż mule całkowicie się rozmrożą i lekko zmiękną. Dodać przyprawę, dobrze zamieszać. Po 3 minutach dodać passatę, dusić co najmniej 10 minut.

Dodać startą skórkę z mandarynki i wyciśnięty z niej sok. Nie musi być go dużo, aby nie rozrzedził sosu.

Spaghetti ugotować zgodnie z przepisem na opakowaniu (radzę czas zmniejszyć o minutę, nawet dwie). Odcedzić, skropić oliwą, wymieszać z natką. Podawać posypane startym serem.

Kto nie ma gotowej przyprawy, która jest naprawdę wściekle ostra (przywiozłam ją z Włoch, ale można o nią popytać w „Kuchniach świata” lub poszukać w sklepach internetowych), może ją zastąpić ostrą papryczką. Jedną lub dwiema, co zależy od ich mocy. Sos powinien naprawdę palić podniebienie. Tak, aby trzeba je było spłukiwać dobrym Chianti.

Ochota na klimaty włoskie wzięła się u mnie z wizyty w kinie. Udało się załapać na ostatni seans w moim kinie (dobre filmy idą krótko) „Wielkiego piękna” („La grande bellezza”) Paolo Sorrentino. Z uwagą będę śledziła jego filmy. Po „Obcym”, o Andreottim, wydawał się interesujący, w tym ostatnim widzę jego rozwój i zdołał mnie on zaciekawić. Film nawiązuje do dokonań Felliniego.

Ale podróż głównej postaci filmu przez dokonania życia, czy raczej, w sumie, ich brak, kojarzy się nie tylko ze „Słodkim życiem”, ale i innymi dziełami kultury europejskiej. Film rozpoczyna cytat z Céline'a, autora przedwojennego, dzisiaj raczej zapomnianego. „Nasza podróż jest całkowicie urojona. W tym jej moc”. Cytat z jego powieści uznanej w swoich czasach za skandalizującą (z wypiekami czytałam ją na studiach!), z „Podróży do kresu nocy” (tytuł znaczący dla filmu), rozpoczyna nasze śledzenie nocnych wędrówek po Rzymie, które odbywa filmowy pisarz i dziennikarz Jep Gambarella. My, jako turyści, takiego Rzymu nie poznamy. Może i dobrze?... Śmietanka towarzyska tego miasta bawi się po nocach w sposób, który wymaga końskiego zdrowia! Innymi odniesieniami do filmu mogą być: wspomniane w nim celowo dzieło Prousta, ale i „Wilk stepowy” Hessego, i uwagi jakby wzięte wprost od Oskara Wilde'a. Kto lubi zabawę w szukanie cytatów z literatury i filmów, tu znajdzie pożywkę i okazję do odgadywania pozostawionych tropów.

Do obejrzenia filmu zachęcam także tych, którzy kochają Rzym. Jest pięknie fotografowany. I tak pusty, jakiego chyba normalny wędrowiec nie ujrzy! Korzystajmy.

Odnotuję jeszcze dwie kreacje aktorskie: Toni Servillo – niegdyś filmowy Andreotti, a więc aktor lubiany przez reżysera – stworzył wielką kreację, na miarę Mastroianniego, aczkolwiek podstarzałego. Oskarową; choć film w tym roku nagrodzono „tylko" Oskarem jako najlepszy obraz nieanglojęzyczny. Drugi aktor, na którego zwróciłam uwagę, to Roberto Herlitzka w roli kardynała Bellucciego. I to on w filmie reprezentuje (obok wspaniałej gry) wątki kulinarne.

Jest zapewne wielkim miłośnikiem kuchni, bo każde jego zjawienie na ekranie wiąże się z podawanymi przez niego przepisami na potrawy. Widać, że to jedyny temat, który go naprawdę interesuje (choć nudzi obecnych, co poddaję pod rozwagę tym, którzy zanudzają bliźnich własną kulinarną pasją!). Gotujmy, ale nie zanudzajmy szczegółami przyrządzania królika po liguryjsku...

A w ogóle radzę iść ze znajomymi do kina, a potem zaprosić ich na penne lub spaghetti all’arrabbiata. Przyrządzimy je w mig (sos możemy zresztą ugotować wcześniej). Fajnie będzie filmowe wątki rozplątywać we włoskim anturażu.

piątek, 26 kwietnia 2013
Po marynarsku i nostalgicznie

Wreszcie ciepło. Poszukuję więc dań lżejszych, które podkreślą tę cudną pogodę. Może sięgnąć po dary morza? W kuchni francuskiej jest kilka potraw o nazwie à la marinière, czyli po marynarsku. z ryb i owoców morza. Ich przykładem są omułki. Czarne skorupki skrywają zawartość kremową w barwie i konsystencji. Nie wolno jej przegotować, będzie niesmaczna, rozpaćkana.



Mule – tak spolszczam właściwą nazwę – dają się przyrządzać szybko. Choć warto poświęcić czas na staranne ich umycie. Wprawdzie te hodowlane nie są tak zapiaszczone, jak te prosto z morza, ale każde warto obejrzeć, aby odrzucić muszle otwarte, obmyć zimną wodą, pozbawić ew. wąsów (zwanych bisiorami).

Małże są bardzo bogate w zdrowe tłuszcze (Omega 3), witaminę B, oraz mikroelementy: selen, magnez, fosfor. Są niskokaloryczne: w 100 g mają 172 kalorie. Zapewniają wesoły obiad, do którego zasmakuje nam białe schłodzone wino. Takie samo, w jakim mule ugotujemy.

 

Moules à la marinière

1,5 kg małży – omułków czyli muli

2 szalotki pokrojone w kostki lub cebula

gałązki świeżego tymianku

natka pietruszki

liść laurowy

pieprz świeżo mielony

białe wino wytrawne

ew. śmietana

masło lub oliwa

Mule oczyścić, umyć, odrzucić otwarte.

Na głębokiej patelni lub w rondlu zagrzać tłuszcz, poddusić szalotkę (nie rumienić). Wlać wino, dodać zioła, do gorącego dodać mule. Gotować 2–3 minuty pod przykryciem. Wyjąć je z wywaru, trzymać przykryte. Wywar zagrzać, odparować, popieprzyć. Przecedzić przez gazę (zwłaszcza jeżeli mieliśmy mule morskie, tych hodowlanych w zasadzie nie trzeba). Kto chce, w tym momencie może dodać śmietanę. Z powrotem dać do sosu mule – bez tych, które się nie otworzyły. Tylko zagrzać, już nie gotować. Od razu podawać. W tej chwili posypuję mule odłożoną garścią zielonych ziół i natki.

Zwróćmy uwagę na to, że mule przyrządza się bez soli (choć można ją postawić na stole). Pochodzą z morza i są dość słone. Istnieją kontrowersje – cebula czy szalotka. Niektórzy uważają, że pasuje do potrawy łagodniejsza szalotka. Inni dodają z rozmysłem cebulę, dorzucając do niej i czosnek. Warto wypróbować, która wersja nam zasmakuje: łagodniejsza, podkreślająca kremowość muli, czy wyrazistsza – z czosnkiem.

Gdy przygotowujemy mule w plenerze, możemy nie mieć gęstego sitka ani gazy do odcedzenia sosu. Wtedy przechylamy po prostu garnek z nim ostrożnie, aby piasek pozostał na dnie. Bouquet garni, czyli tymianek, natkę i liść laurowy, po ugotowaniu odrzucamy.

Jest jeszcze jedna odmiana: mule po normandzku. W miejsce białego wina bierze się do nich cydr. Są smakosze, które za nim optują. Może wtedy do sosu dodać i kieliszek calvadosu? Tak bym zrobiła. Sos do potraw z Normandii bezwzględnie musi być na maśle, a do niego trzeba dodać dobrą śmietanę. I podgrzać go bez tymianku, tylko z natką.

Dzisiaj, we wreszcie ciepły dzień, zgrzana po spacerze, ugotowałam mule po marynarsku na oliwie z dodatkiem kulki masła (dla smaku), z ziołami, z cebulą i to w dodatku różową, i z białym winem. Czy marynarze, ci z Morza Śródziemnego, takie mule jadają? Hm. My zjedliśmy wspominając upalne noce spędzone na tym morzu, na pewnym jachciku, w doborowym towarzystwie. Tu przypomnieć można żeglarską piosenkę Jana Krzysztofa Kelusa; słuchając jej przed laty nie myślało się, że jest... o nas:

Tam gdzie był nasz port:
– kilka dalb i drewniane na palach pomosty
tam gdzie wracaliśmy co rok
by na nowo się spotkać i rozstać
i gdzie żegnaliśmy przyjaciół
tak nagle tragicznie dorosłych
– przecież jednak czasem tam bywamy...

(...)

Na drewnianych łodziach
jak ze starych akwafort
odpłynęli z portu młodzi chłopcy
Więc nie pytaj – proszę –
gdy zobaczysz tamten port
czemu przypłynęli jacyś obcy

To cóż, że był chłopak co pragnął
to wszystko zagarnąć na własność
to cóż, że zostało nam po nim
tych kilka szczenięcych obrazków
to cóż, że mówimy dziś o nim
„nasz zmarły przyjaciel” tak rzadko
i... piosenka znów o przemijaniu?

(...)

Na drewnianych łodziach
jak ze starych akwafort
odpłynęli z portu młodzi chłopcy
Więc nie pytaj – proszę –
gdy zobaczysz tamten port
czemu przypłynęli jacyś obcy

środa, 13 czerwca 2012
Z Adriatyku na nasz stół

Trzeba było rano wstać, aby być przed siódmą w „rybarni”. No i wybrać, co chcemy kupić. Albo inaczej: na co mamy apetyt. Na kamiennej ladzie rozłożone było niewiele ryb. Sprzedawało je tylko dwóch panów. Jeszcze nie sezon. Podobno większość z tego, co złowią rybacy trafia do restauracji. Tak więc o godzinie dziewiątej ryb może już w ogóle nie być. Wybór więc może mały, towar nie tak malowniczo rozłożony jak we Francji czy we Włoszech, ale na pewno świeży.

Dopiero po powrocie można było zjeść śniadanie. Ciemny chleb z ręcznie robionym serem, pomidory i papryka do zimnego mleka. Tutejszy nabiał jest znakomity.

A na obiad wybraliśmy dwie barweny (rybak nazywał je trija) oraz mule. Barweny to znakomite ryby o jędrnym białym mięsie, podobnym do okoniowego. Cenili je wysoko starożytni. I nic dziwnego! Sprzedawca zalecał, aby je zgrillować. Ponieważ grilla nie mamy, barweny trafiły zwyczajnie na patelnię. Po nasoleniu zostały usmażone w oliwie (oczywiście tutejszej!); obok nich zazłociłam grzanki z nieco już ciastowatego białego chleba (pszenny kruh szybko przestaje być kruchy).

Zabawa jest z mulami. Trzeba je starannie umyć i odciąć tzw. bisiory, którymi się przyczepiają do kamieni. Otwarte muszle trzeba wyrzucić (podobnie potem usuwa się te, które w gotowaniu się nie otworzyły). Wrzuciłam je do wrzącego wywaru ugotowanego z tego, co miałam pod ręką, a były to: cebula, świeża tutejsza bladozielona papryka, sól i pieprz oraz… trzy gałązki lawendy do smaku. Lawenda jest symbolem wyspy Hvar. Rośnie w wielu ogrodach (mamy ją pod oknami), w słońcu pachnie bosko. Jak w wielu krajach południa, rośnie tu mnóstwo kolorowych kwiatów, ale lawenda dominuje. Mule, dzięki niej, miały znakomity, delikatny smak.

Obiad jedzony na balkonie, z widokiem na morze (dzisiaj pływa po nim wiele jednostek, w tym najpiękniejsze, te pod żaglami), podlany schłodzonym chardonnay, oczywiście chorwackim.

czwartek, 08 września 2011
99. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 13/08/2011 12:49

Wypatrzyłam film sprzed lat, który lubię. Otóż kanał Kultura TVP przypomni w poniedziałek, w porze obiadowej, bardzo sympatyczny obraz z roku 1964  – „Parasolki z Cherbourga”. To rola Catherine Denevue, która była początkiem wielkiej kariery. To film niezwykle oryginalny, muzyczny tak dalece, że wszystkie kwestie są śpiewane, jak w operze. Tak więc już z tego widać, że nie jest to film dla każdego. Nie oszukujmy się: jest dla znawców gatunku. Więc szczególnych. I jeszcze jedno ograniczenie – dla znawców, pod warunkiem że są dziewczynkami. Chłopaki powiedzą, że to kit, nudziarstwo, strata czasu. (A i niektóre dziewczynki podzielą tę opinię). No cóż…

Może znajdziemy przyjaciółkę, która dzieli z nami gust i bardzo lubi estetykę lat 60. Wtedy możemy się umówić z  nią za jakiś czas także na „Panienki z Rochefort”, jako dopełnienie. Jacques Demy nakręcił je po trzech latach, także z Catherine D. i jej tragicznie zmarłą siostrą (wypadek samochodowy) Francoise Dorleac. To też film muzyczny.

Moja przyjaciółka po obejrzeniu „Parasolek...” znalazła w nich coś świeżego i niepowtarzalnego. Bardzo się ucieszyłam, bo samo szaleństwo kolorów niektórych odstręcza. Ale dla mnie jest niepowtarzalnym zjawiskiem. Oprócz znakomitej muzyki Michela Legranda (motyw muzyczny z filmu zna chyba każdy, nawet gdy nie wie, skąd!) – cały cukierkowy styl słodkich lat 60., tych sprzed ery mini, hippie, ostrego rocka. Także w modzie; warto zwrócić uwagę na fryzury, sukienki, wnętrza i styl życia niebogatej francuskiej prowincji z tamtych lat.

Nie będę oczywiście streszczała opowiedzianej śpiewem historii pewnej smutnej miłości. Czy taka smutna? Czy, jak życie, po prostu wzbogacająca nas dzięki nieoczekiwanym rozstrzygnięciom losu. To już każda dziewczynka sama musi sobie dopowiedzieć. I przymierzyć obraz do ścieżki swojego życia.

A gdybyśmy chciały ugościć przyjaciółkę francuskim obiadem, może zaproponujemy jej mule? O ile w ogóle jada owoce morza. Załóżmy, że tak. Najprościej będzie kupić mule zamrożone (choć oczywiście świeże, w muszlach, będą znacznie lepsze!). Podsmażmy w maśle (lub oliwie) szalotkę, wrzućmy mule, podlejmy białym winem, i – zaraz będą gotowe. Przyprawiamy je do smaku, czym chcemy. Można do szalotki dać czosnek lub wrzucić jakieś zioła. Pieprz każdego koloru, najlepiej świeżo zmielony. Szczypta soli morskiej – proszę bardzo. Ostra chili – jeśli lubimy... Do tego ja podałam szpinak w liściach szybko podsmażony na patelni. Ale może być sałata, świeże ogórki, pomidory. I bagietka z dobrej piekarni. Kto ma taką w pobliżu domu, ten wygrany.

 

środa, 07 września 2011
61. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 17/05/2011 6:13

Gotujmy z produktów regionalnych, przyrządzajmy dania z narodowych i regionalnych kuchni. Zwłaszcza wtedy, gdy wyjeżdżamy!

Jak Hiszpania południowa, to paella. Idealna na ciepłe dni, smaczna także po odgrzaniu. Przygotowując jej podanie, kupmy najpierw ryż. Gdy jesteśmy w Hiszpanii, niech to będzie specjalny ryż do paelli, czyli ten o ziarnach okrągłych. Sądzę, że nie będzie błędem, gdy użyjemy któregoś z włoskich ryżów do risotta (arborio lub carnaroli). Raczej nie powinien to być ryz o ziarnach wydłużonych: basmati czy delikatny jaśminowy.

Na campingu życie trzeba sobie upraszczać. Do naszej paelli kupiłam gotową mieszankę owoców morza z zielonym groszkiem i paseczkami czerwonej papryki. Oczywiście paella nie musi być z owocami morza, może być mięsna, drobiowa, rybna, albo − mieszana. Ale tu, nad morzem, niech będzie skorupiakowo-mięczakowa. Taka prawdziwa, z muszlami i pancerzykami.

Najpierw przygotowałam ryż. Na patelni rozgrzałam oliwę, podsmażyłam połówkę dużej, słodkiej hiszpańskiej cebuli, potem kilka ząbków czosnku (też hiszpańskiego, jest bardzo aromatyczny i ostry), gdy wszystko się zaszkliło, dorzuciłam ryż. Podsmażony zalałam rosołem rybnym (z kostki, caldo de pescado), potem białym winem, i tak kilka razy, gdy kolejne porcje płynów się wchłaniały. Ponieważ użyłam rosołu, ryżu już nie soliłam. Dodałam do niego także gotową przyprawę do paelli. Wiele tych przypraw ma w sobie kurkumę, dlatego potrawy z ryżu maja ten specyficzny żółty kolor. Koloru nadaje oczywiście także szafran, ale na taką campingową paellę jest stanowczo za kosztowny.

Gdy ryż dochodził, w rondlu podgrzałam nieco oliwy, znowu poddusiłam cebulę i dodałam moją szaloną mieszankę muszli, krewetek i krabów (był nawet homarzec), warzyw. Przykryłam pokrywką i wszystko to poddusiłam. Te rzeczy można dusić razem z ryżem na dużej patelni zwanej paellierą. W domu mam już dwie takie (z dwóch wypraw hiszpańskich), dlatego trzeciej już nie kupiłam i teraz musiałam obejść się przy pomocy dość małej patelni i, dodatkowo, garnka.

Dopiero gdy zawartość rondla (kapnęłam do niego nieco wina) była gotowa, a ryż już miękki, wszystko razem wymieszałam.

Przypominam, muszle, które się nie otworzyły podczas gotowania, nie nadają się do jedzenia! Trzeba je wyrzucić. Pozostałe jemy rękami, podobnie jak ręcznie usuwamy pancerzyki krewetek. Elegancko jest podać miseczki do płukania palców oraz serwetki. No, ale nie na campingu! Tu serwetki, ewentualnie wilgotne chusteczki muszą wystarczyć.

Kto chce, może sobie danie zaostrzyć płatkami świeżej ostrej papryki lub ostrą sypką przyprawą.

My do paelli piliśmy to wino, którego używałam do gotowania. A pić można to wino, które nam smakuje. Czerwone lub białe. Przy rybnej bardziej smakuje jednak białe, przy mięsnej, zwłaszcza takiej z dodatkiem paprykowanej kiełbasy chorizo, jednak czerwone.

| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl