O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: drób

piątek, 28 kwietnia 2017
Na złą pogodę i złe samopoczucie

Chyba nie ma wątpliwości, co ugotować. Rosół! Wiem, wiem, długi majowy weekend miał rozpocząć sezon grillowania i kolacyjek na świeżym powietrzu. Nic z tego. Pada. Jest zimno. Wiele osób (ja!) wychodzi z kataru. Zamiast rozpalać grilla, ugotujmy rosół. Całą rodziną zróbmy zakupy. Dzieci mogą przygotować warzywa, my zabierzmy się za kurczaka. Gotowanie może być rodzinną rozrywką.

Wymyśliłam, jak uzyskać rosół aromatyczny i zdrowy bardziej niż zwykle. Z bogatym w smak i niespodzianki kurczakiem. Kurczak musi być dobrej jakości. Najlepiej, gdyby na bazarze zaopatrzyć się w wiejskiego. Jest droższy, ale dobra jakość nigdy nie będzie za grosze.

Do listy zakupów dorzućmy włoszczyznę, dużo zieleniny i mieloną wołowinę. Dlaczego? Proszę przeczytać.

 

Kurczak nadziewany w rosole z korzeniami po mojemu

kurczak wiejski (z wolnego wybiegu)

20–30 dag mielonej wołowiny

1 jajko

włoszczyzna (2 marchwie, kawałek selera korzeniowego lub 2 łodygi naciowego, pietruszka, por, kawałek kapusty włoskiej)

mała cebula

natka pietruszki, koperek, szczypior dymki

świeże korzonki kurkumy

świeży korzeń imbiru

4 goździki

liść laurowy, suszony tymianek

czarny pieprz ziarnisty

ziele angielskie

gruba sól morska

Kurczaka obmyć, osuszyć, umiarkowanie natrzeć solą. Wołowinę wymieszać starannie z posiekanymi koperkiem i natką oraz żółtkiem jaja. Białko ubić, wyrobić z mięsem.

 

Odciąć szyjkę kurczaka. Skórkę na piersiach oddzielić od mięsa (dłonią lub trzonkiem łyżki). Powstałe tak kieszenie wypełnić mięsem.

 

Warzywa przygotować do gotowania. Cebulę naszpikować goździkami (można ją tylko umyć i nie obierać z łupinki). Kurczaka zalać zimną wodą w dużym garnku, a jeszcze lepiej gotować w szybkowarze, na wkładce. Do garnka lub szybkowaru włożyć także oczyszczone korzenie kurkumy i imbiru. Gotować w garnku 30 minut na wolnym ogniu, w szybkowarze kwadrans. Dołożyć warzywa razem z cebulą oraz kilka łodyżek natki, koperku i szczypioru. Gotować kurczaka na małym ogniu jeszcze 40–60 minut (zależnie od wielkości), a w szybkowarze 30 minut. Przed podaniem usunąć zieleninę, cebulę  i korzenie.

Kurczaka ułożyć z warzywami na półmisku, podlać rosołem, aby nie wysechł. Na porcje przeznaczać kawałek piersi razem z wołowiną oraz kawałek udka. Nakładać na głębokie talerze razem z rosołem lub rosół podać oddzielnie – w bulionówkach albo kubkach – a mięso wykładać na talerze płaskie razem z warzywami.

Zwykle kupuję małego kurczaka. Te duże, zwłaszcza jeżeli nie są z wolnego wybiegu, mają więcej tłuszczu. Odcinam szyjkę oraz końce skrzydeł i kuperek. Te części zamrażam i potem biorę do jakiejś zupy. Teraz jednak można je dodać do gotowania, by otrzymać treściwszy rosół. Pomoże pozbyć się skutków przeziębienia. Nie bez podstaw taki rosół, bogaty w warzywa, a u mnie dodatkowo w korzenie, był nazywany „żydowską penicyliną”. A przez wszystkie babcie świata chyba podawany rekonwalescentom, a nawet chorym.

Do porcji kurczaka wyłożonych na talerze płaskie można podawać ulubioną musztardę, tarty chrzan, pikle czyli warzywa w occie albo owoce w occie. Ja podałam sałatę z dość intensywnym winegretem. Zmieszałam do niego olej słonecznikowy z odrobiną octu z białego wina, łyżeczką musztardy z ziarnami gorczycy, solą, pieprzem i dużą porcją posiekanego koperku. Te składniki
mieszałam w zakręconym słoiku.

 

Sałatą, jak widać, była u nas roszponka. Tuż przed podaniem (koniecznie, aby nie zwiędła) zalałam ją dobrze wstrząśniętym winegretem i posypałam grzankami.

 

Kurczak z korzennym rosołem (kurkuma dała mu piękny kolor!) plus sałata z grzankami to pełny domowy obiad, jakiego nie dostaniemy w żadnej restauracji. Zaprośmy na niego przyjaciół. Tym, co dobre, warto się dzielić.

A jeżeli jednak, mimo paskudnej pogody, wybieramy się w podróż? Pewnie będziemy się stołować w przydrożnych restauracyjkach. Ale może czeka nas błąkanie się po głuszy? Na uczynienie zapasów podam sposób, który znalazłam w „Kurierze Warszawskim” z roku 1829. Gazeta w nawiasie podpisała źródło, z którego wzięła ten ciekawy przepis; cytuję wiernie: Sławianin Nr 2gi. Przepis też w pisowni oryginału.

 

Buljonem nazywamy galaretę z różnych mięs wygotowaną, wysuszoną i zwykłe w tabliczki pokraianą. Wiadomy iest iego użytek, szczególniej, w podróżach, w kilka bowiem chwil, możemy mieć dobry posilny rosół rozpuszczając go w wodzie. Pół funta Cielęciny, kraie się na małe cienkie płatki i wkłada do butelki zwyczajnej nalanej wodą i dodaie parę łyżek ryżu. Wstawia się ią w naczynie wodą nalane i ogrzewa. Po odgotowaniu wyjmuie się butelkę, wyciska przez płótno mięso i ryż, i wszystko na talerzu do ostudzenia zostawia.

Hm. Ciekawa jestem, czy ktoś kiedykolwiek skorzystał z tego sposobu na otrzymanie bulionu z cielęciny z ryżem. Jeżeli dobrze rozumiem, wystudzony bulion rozprowadzało się wodą, aby w podróży otrzymać posilną (?) zupę. Można mieć wątpliwości co do jej smaku. W przeciwieństwie do mojego domowego rosołu. Ten zasmakuje każdemu.

Tak więc zaopatrzmy się w dobrego kurczaka (a może w kurę; wtedy gotowanie potrwa dwa razy dłużej), porcję warzyw, zieleniny i w korzenie, aby otrzymać złoty rosół. Oczywiście, kto chce, może go podać z makaronem lub lanymi kluseczkami. Byle był gorący.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Na świąteczny stół

W co bogaty polski wielkanocny stół niedzielny i poniedziałkowy? W wędliny i ciasta. To podstawa prawdziwie polskiego Święconego. Dawniej obchodzonego solenniej niż dzisiaj. O genezie i prawdziwie polskim, a nawet słowiańskim wymiarze Wielkiejnocy, nieodłącznie związanym z zastawionym stołem – na ile suto, to się okaże w przytoczonym przez mnie tekście. Autor podpisany inicjałami K.W. stara się rozwikłać zagadkę, jak wyglądało prawdziwie polskie Święcone. I co z niego zostało już w jego czasach. A więc w roku 1884, bo z niego pochodzi rozprawka, którą wydrukował „Kurier Warszawski”. Zachowuję oryginalną jej pisownię, w tym narodowości opisane małą literą. Rusini oznaczali Ukraińców lub Białorusinów, nie bardzo ich wtedy rozróżniano. Młode narody tworzył głównie lud, przechowujący swoje obyczaje, różne od polskich, zwłaszcza tych z Polski centralnej. Bo na Kresach wszystko się mieszało. Obyczaj, jadło, sposób święcenia świąt. A dziś? Chyba pomieszało się, a raczej zrównało jeszcze bardziej. W wielkim oddaleniu od starodawnych obyczajów i ich znaczenia, potraw i ich smaków.

 

Rzecz sama, nazwana tem imieniem, starsza jest od swojej nazwy, tak samo jak uroczystości wielkanocne poprzedziły w Słowiańszczyźnie wprowadzenie wiary cbrześcjańskiej. „Święcone” po polsku, to oczywiście rzecz „poświęcona” czyli pobłogosławiona przez kapłana, podobnie jak „Wielkanoc”, to uroczystość „wielkiej” w historii chrześcijaństwa „nocy” z soboty na niedzielę, gdy Chrystus Pan z grobu powstał. Ale pomiędzy różnych barw rusinami zachowała się nierównie starsza nazwa: „Wielikdzień”, „Wełykdeń”, wielki dzień, – uroczystość większego dnia po porównaniu wiosennem, święto tryumfu słońca i coraz wyższej jego podróży po niebie. Sama już forma tego wyrazu, z przymiotnikiem utworzonym na sposób rzeczownika, dziś całkiem nieużywanym u rusinów, jest dla lingwisty dostatecznym dowodem starożytności wyrazu „Wełykdeń”. Podobnież i święcone miało niewątpliwie inną nazwę pogańską, nim otrzymało dzisiejszą od poświęcania, ale istniało od zarania dziejów. […]

Zwyczaje ludu są okienkami, przez które można niekiedy zaglądać w przeszłość zamierzchłą... Otóż czem było niepoświęcane przed wiekami „święcone” przodków naszych, możemy brać miarę z tego, co lud dziś jeszcze robi przy wybieraniu się w drogę.

Rzecz charakterystyczna, że oprócz bułki chleba żytniego, stosownie do urodzaju, mniej lub więcej zaprawionej plewami, główną rolę w tych zapasach podróżniczych odgrywa „owies”. Mąka z surowego ziarna owsianego daje z zimną wodą roztwór kwaskowaty, podobny do mleka, nazywający się „cedem”. Ów ced ugotowany przy ogniu, czy to w domu czy na otwartem polu, daje rodzaj kleiku nazywającego się na gorąco „żurem”. Jeżeli ów żur będzie wystawiony na działanie zwykłej temperatury powietrza, to się zamieni w galaretę, przybierającą nazwę „kisielu”.
[…]

Był też inny jeszcze użytek z „owsa” podczas wypraw leśnego słowianina, świadczący o niemałym postępie jego kultury. Ziarno owsa, zlane wrzątkiem, daje produkt, który dzisiaj po szpitalach nazywają „owsianką”, lecz który dawniej powszechne, a i dzisiaj u ludu ma inne znaczenie. Zaparzane ziarna owsa, wysuszone i zmielone później w żarnach, dają mąkę odrębnego słodkawego smaku, która, przy użyciu zimnej wody, tworzy albo roztwór rzadki, albo twarde ciasto, zaraz dające się spożywać na zimno. Zowie się to „tłuknem”, od otłukania zaparzonego ziarna.

Powiedzmy nawiasem, iż ta wyjątkowa używalność owsa u nas w zupełności potwierdza trafne spostrzeżenie ekonomistów, robione w Ameryce, że i w dzikich krainach uprawa zaczyna się nie od gruntów najżyźniejszych, lecz od najlżejszych, które można dłubać kijem, a które przydatne są tylko pod zasiew owsa lub gryki...

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia... Jesteśmy we dworze wiejskim lub w wielkiem mieście, żywiącem się dostawami ze wsi. Dawny półdziki słowianin zamienił się naprzód na średniowiecznego rycerza, karmiącego się w wyprawach suchem mięsiwem, a w końcu za naszych czasów stał się otwarcie uczniem Brillat-Savarin'a, usiłującym pogodzić tradycję prostaczego święconego przodkówz przepisami wykwintnej kuchni, jak to czynią czasem nasi sąsiedzi i bracia z południa, usiłujący łączyć żupan z... niższą częścią fraka.

Obok słowiańskiego prosięcia, z poczciwym słowiańskim chrzanem w ryju, rozparł się indyk, samem swojem nazwiskiem świadczący o pokrewieństwie z braminizmem i buddaizmem, a tembardziej swojem nadziewaniem z ryżu i rodzenek mówiący o zagranicznem pochodzeniu. Dotąd mu jeszcze nie położono de lub von przed nazwiskiem, ale i do tego przyjdzie. „Święcone” dzisiejsze, chociaż wylegitymować się może pochodzeniem miejscowem, zacienia się coraz bardziej na produkt międzynarodowy...

Szynka ów najpierwszy „objekt wojenny”, do którego szturm przypuszczamy w miarę możności najwcześniejszym rankiem dnia wielkanocnego – prawdopodobnie najwięcej zachowała cech, jeżeli nie z czasów słowianina żyjącego w lasach, to przynajmniej z wieków średnich. Przyprawą jej przedewszystkiem jest sól z Bochni, odkryta za czasów świętej Kingi, het tam przed siedmiuset prawie laty. Drugim warunkiem znakomitości jest, ażeby była urządzona w dymie jałowcu, obficie rosnącego na wyjałowionych naszych gruntach. Trzecie, nierównie trudniejszy warunek stanowi, iż przy wędzeniu szynka musi być zawieszona wysoko, ażeby dym już ostygły jej dosięgał a przeto winna też być wędzona długo.

Niestety! oba te warunki: wysoko i długo – nie zgadzają się z wymaganiami czasu i rachunkiem, szepczącym, żeby ani kropla wody, mogąca być sprzedaną za mięso, nie ulotniła się podczas wędzenia. Funt też soli kosztuje, jak na teraz, około pięciu groszy, a funt szynki dziesięć razy tyle; więc sypie się do niej soli ile się zmieści. Zamiast poczciwej szynki polskiej, jemy upieczonego przy wędzeniu śledzia wieprzowego, i dziwimy się, że nawet chrzan na to złe nie pomaga...

Podobnież ufniej więcej stało się z innemi mięsiwami wielkanocnemu. Twardą niegdyś jak kamień polędwicę wieprzową, suszoną przez pół roku lub więcej na otwartem powietrzu, tak, ażeby krajana w poprzek w cieniutkie plasterki miała pod światło kolor, a po trosze i blask rubinu, zastąpiła istota pieszczona, okładana bobkowym liściem, osypywana nieznośnem zielem angielskiem, chowana od przystępu powietrza w futeraliku z kiszki. Istne paniątko, trzymane wśród bon szwajcarskich i guwernantek francuskich lub angielskich, strzeżone od przystępu polskiego powietrza i polskiej mowy...

[…] Szynka włoska lub południowo francuska figuruje na stole wielkanocnym jako część ciała domowego kwiczoła, piastowanego z niedospaniem nocy przez wszystkich, od dziewczyny kuchennej, ochmistrzyni, pisarza prowentowego, ekonoma, aż do samej pani domu. Toć starożytny próżniak Apis nad Nilem nie miał się lepiej, niżeli ów niecnota polski, przeznaczony na ofiarę wielkanocną! A teraz co kogo obchodzi w domu jakieś mięsisko, sprowadzone za drogie pieniądze chociażby z samej Bolonji?...

Poczciwe gęsi polskie, niewątpliwe potomkinie zbawczyń Rzymu, nadaremnie głośnem gęganiem porannem dopominają się o owies „dla nasycenia mizernego brzucha”, jak mówi jeden z zabawnych tłumaczów polskich hebrajskiego proroka Jeremjasza. Owies sprzedano na pniu starozakonnemu kapitaliście, a tłuste półgęski na święcone przywożą „Niemcy”, nie „my” z Pomorza...

Mamże zdradzić jeszcze ostatnią, najgłębszą tajemnicę?

Tak jest – zdradzę, choćby wszystkie naczynia kuchenne miały mi runąć na głowę. Te „święcone” ciasta wspaniale lukrowane, te baby, mazurki, baumkuchy, których nawet niemieckie przezwiska są niezrozumiałe dla polaka, to dzieło szwajcaro-włochów, czyli poprostu cukierników.

„Tylko sza!” jak powiadał wujaszek z „Wolnych żartów”. Wygadałem się w niepotrzebnem roznerwowaniu miejskiem i zdradziłem tajemnicę, dlaczego coraz częściej domy polskie w Warszawie wyłamują się z pod rodzimego zwyczaju urządzania „święconego?” Jesteśmy żebracy narodów, i nie mamy obowiązku popierać owocem krwawego znoju ani marynowania szynek włoskich, ani wędzenia półgęsków pomorskich. Niech już tam radzą sami sobie: od tego są jedni wodzicielami małp po naszych mistach, drudzy kolonistami po naszych wioskach.

Lecz owi starzy przodkowie nasi, ze swoim niewybrednym cedem, żurem, kisielem, tłóknem [wyżej było przez „u”], mają prawo do naszej pamięci. Dajmy im co możemy: dajmy chociażby jajko wielkanocne, które podziśdzień od ubogiego ludu wiejskiego otrzymują świąteczni żebracy dzienni i nocni. Toć symbol przedchrześcijański wiecznego budzenia się płodności przyrody...

Nocni żebracy wielkanocni naszej doby „włóczą się” od domu do domu, częstokroć od wioski do wioski i dlatego nazywają się „włóczebnikami”. Przychodzą pod okno chaty dopiero w nocy, i choćby to było o godzinie pierwszej lub drugiej, zaczynają bez żadnego wstępu: „Wesoły nam dziś dzień nastał…”[…]

We dworze włóczebnicy, zaproszeni do wnętrza pańskiego domu, dostają gorzałki, kiełbasy, sera i t. p . Z chaty zamożnego włościanina podają każdemu ze śpiewającej gromady po jajku, a czasem też po kawałku pieroga z mięsa. Z chaty ubogiego podają na wszystkich jedno jajko: niech się męczą nad geometrycznym podziałem kąta na trzy części. Bywa też niekiedy, iż po pierwszych kilku słowach pieśni wychyla się przez okno blada twarz gospodyni udręczonej przednówkiem, i bez ceremonji oświadcza pieśniarzom, żeby sobie szli do stu djabłów, bo nic nie dostaną. Ale właśnie wtedy szlachetna natura ludzka rozkwita w całej pełni. Jeżeli boleścią i upokorzeniem brzmi odprawa dana „włóczebnikom”, to już prawdziwą hańbą byłoby niedośpiewanie pieśni pod oknem ubogiego. Więc śpiewają igrają „zadarmo” do końca, aż do „Chryste przez Twe zmartwychwstanie...”

I kto temu uwierzy? Nieraz w braku zawczasu ugotowanej i farbowanej „pisanki” czy też „kraszanki”, wysuwa się przez okno nędzarza surowe białe jajko, przeznaczone na sprzedaż dla kupienia garści soli, mającej stanowić „okrasę” do wiosennej pokrzywy, zbieranej pod płotami na pożywienie dla rodziny...

Przebaczcie, że dawny uczestnik podobnych przygód, instynktem zwracający się ku starym zwyczajom półdzikich przodków, nie umie ocenić ani nawet chce ocenić nowej fabrycznej produkcji „święconego”.

Dawno, dawno, przed laty – biedna dziewczyna wiejska tkała przez cały post pasek wzorzysty z białych nici lnianych i farbowanych wełnianych, sprzedała go i kupiła za to kilka jaj na „pisanki”, które z ubocza podawała przez okno śpiewającym jej chwałę włóczebnikom...

Jedna z tych piosnek dostała się piszącemu, i odtąd, choć osiwiały, jak głupi, powtarza za Bohdanem: „Com pożegnał nie wczora, i nie jutro zobaczę...”

Nostalgicznie autor opisał dawne Święcone. Dla nas tak egzotyczne z tymi włóczebnikami śpiewającymi religijne pieśni na sposób zimowych kolędników. Co zachowaliśmy z niego? Żur, chrzan do wieprzowiny, owe szynki i polędwice (wciąż i zawsze gorsze od tych zapamiętanych z dzieciństwa…), kiełbasy, których w opisie zabrakło. Gęsi przyrządza mało kto, a podczas uroczystego obiadu w drugim dniu Świąt – powszechnie od czasów międzywojennych – na stole króluje indyk. No i są ciasta. Baby o pochodzeniu jednak staropolskim, co autor pominął, mazurki, które można wywieść z kuchni tureckiej, znanej na Kresach od wieku XVI i XVII. A sękacze? Prawda, że nazywano je z niemiecka „baumkuchenami”, ale z Niemiec raczej nie pochodziły, prędzej z Litwy i z Inflantów. Gdzie zresztą narodów było do wieków wielkie pomieszanie, zgodnie żyjących w tolerancyjnej Rzeczpospolitej nie tylko Obojga, ale wręcz Wielu Narodów. Przyjmowała życzliwie każdego, nie pytając czy jest Szkotem, Holendrem, czy z Niemców, czy z Tatarów pochodzi, czy jest Mało- czy Wielkorusinem, Żydem, Ormianinem, Szwajcarem czy Włochem. Byle żył w pokoju, w zgodzie z sąsiadami, pracą pomnażając dobrobyt swój i całej wspólnoty. Taka była dawna Polska. Z kulturą na tyle silną, że kolejne pokolenia cudzoziemców przyjmowały ją za swoją. Pamiętajmy o tym i dzisiaj. Na co dzień i od święta. A może wręcz na tym się wzorujmy? Bo to obyczaje prawdziwie polskie.

O wyższości świąt Wielkiejnocy nad świętami Bożego Narodzenia rozprawiał kiedyś Jan Tadeusz Stanisławski (nie tylko szynki dawniej były lepsze, kabarety także!), a i dziś można się nad tym zastanawiać. Jedno pewne: te wiosenne święta kończące okres postu – dawniej solidnie obchodzonego, czyli obserwowanego, jak mawiano – zaczynają czas jedzenia mięsa. Przez dawnych Polaków zawsze wysoko cenionego. Tradycyjna święconka bez kiełbas i szynki dla niektórych nie istnieje. Choć wyroby mięsne nie mają smaku zapamiętanego z dzieciństwa. Z jeszcze większą nostalgią opowiadali o nich dziadkowie czy rodzice, pamiętający czasy przedwojenne.

Od jakiegoś czasu nie kupuję gotowych propozycji wędliniarskich, choćby były kuszące (muszą przy tym kosztować; nie można za najniższą cenę dostać pełnowartościowego wyrobu!). Pekluję, a potem gotuję sama. Ostatnio pojawiły się w sklepach rozmaite sole do peklowania. Mają odpowiednie i bezpieczne proporcje saletry do soli, warto więc z nich korzystać. Na opakowaniach wypisane są sposoby peklowania – na sucho i na mokro, w płynie. Te drugie są szybsze, niekiedy wystarczą nawet trzy dni, aby cieszyć się „domową szynką”. Gdyby jeszcze mieć wędzarenkę i móc uwędzić swoje wyroby na zimno, jak opisano w przytoczonym tekście… Ale i tylko ugotowane po zapeklowaniu będą miały niekiedy smak lepszy niż te sklepowe, które bywają na przykład albo za słone, albo bez smaku. Peklowanie jest proste. Porwał się kiedyś na nie mój syn i jego rodzina chwaliła tak uzyskaną szynkę czy schab.

W tym roku na świąteczny stół zapeklowałam szyneczkę oraz, tytułem eksperymentu, piersi gęsie. Efekt co najmniej zadowalający, jeżeli nie świetny. Polecam każdemu, kto lubi wędliny, ale nie natrafił na sklepowe, które by mu smakowały. Kilka dni peklowania, potem gotowanie i – już. Nawet bez wędzenia. Nie podaję dokładnych proporcji, bo są podane na opakowaniu soli. Przyprawy korzenne też proszę potraktować orientacyjnie. Każdy może samodzielnie wymyślić ich zestaw.

 

Szynka i gęsie piersi peklowane po mojemu

szynka wieprzowa

sól do peklowania

2 liście laurowe

kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego

2 ząbki czosnku

majeranek suszony

gałązki suszonego tymianku

do gotowania:

pieprz ziarnisty i ziele angielskie

liść laurowy

suszona papryczka

ziarna kopru włoskiego

sól kamienna

 

W dużym naczyniu sporządzić zalewę z soli do peklowania rozpuszczonej w wodzie przegotowanej z korzeniami i liściem laurowym, a następnie przestudzonej zgodnie ze wskazówkami z opakowania. Mięsa uformować i związać sznurkiem kuchennym (można dostać już i w hipermarketach). Szynkę natrzeć majerankiem. Piersi gęsie odłączyć od kości, także uformować i mocno osznurować. Jedno i drugie włożyć do zalewy, pokryć gałązkami tymianku, dołączyć zgnieciony lub nadkrojony czosnek. Odstawić do lodówki na kilka dni (3–7). Co najmniej raz dziennie mięsa odwracać i wygniatać w zalewie.

 

Zagotować wodę ze świeżymi korzeniami, papryczką i koprem włoskim oraz solą do smaku. Do wrzącej włożyć szynkę. Gotować stosownie do jej wielkości 1,5–2 godziny. Temperaturę w jej wnętrzu można sprawdzać termometrem kuchennym, gdy osiągnie 64–68 st. C, będzie ugotowana. Odstawić, aby wystygła w wywarze.

 

W oddzielnym, świeżo przygotowanym  wywarze podobnie gotować piersi gęsie (1–1,5 godz.). Także studzić w wywarze. Mięsa po wystygnięciu wyjąć z wywaru, mocno owinąć w folię aluminiową lub spożywczą, wstawić do lodówki, najlepiej na noc. Wtedy dadzą się cienko pokroić.

Oczywiście, peklować warto nie tylko w święta. Sprawdziłam, że nie tylko szynka, ale i tak potraktowane piersi gęsie są wyborne. Tę metodę można stosować także do wołowiny (rostbef, antrykot lub polędwica), do schabu wieprzowego lub golonek, do pieczeni cielęcej, a pewnie i do piersi indyka. Choć te w tym roku przyrządziłam inaczej – w galarecie. Przy tym galaretę uzyskałam z dodania do wywaru agaru, a nie żelatyny. Gotowałam go w dużej ilości włoszczyzny, z małą ilością korzeni. Miał być delikatny. I był! Gdybym chciała poszaleć, dodałabym do wywaru mocnego porto lub klasycznej malagi czy madery. To może następnym razem. W tym roku na stół trafił indyk dietetyczny.

Piersi indyka w galarecie po mojemu

2 polędwiczki z indyka

suszona bazylia

porcja włoszczyzny (2–3 marchwie, pietruszka, kawałek selera i pora)

2–4 szalotki

liść laurowy

kilka ziaren pieprzu białego lub czarnego

ćwierć łyżeczki nasion kopru włoskiego

sól, pieprz

agar

 

Przygotować wywar z 2 szklanek wody, włoszczyzny i korzeni, gotować 20 minut. Posolić do smaku. Polędwiczki posypać z wierzchu suszoną bazylią i solą, zwinąć dwie, aby bazylia znalazła się w środku, i mocno zesznurować.

 

Do gotującego się wywaru włożyć mięso. Gotować godzinę lub dłużej, jeżeli trzeba (sprawdzić w środku termometrem lub ostrym nożem). Wyjąć. Wywar zagotować z agarem w proporcji podanej na jego opakowaniu. Mięso odsznurować, pokroić (dobrze to robić po przetrzymaniu go w lodówce, wtedy się nie rozpada). Ułożyć w salaterce, przybrać pokrojonymi warzywami. Zalać wywarem. Schłodzić.

Galaretę z indyka można podawać albo w salaterce, albo po wyjęciu z niej i ułożeniu na półmisku. Jeżeli tak chcemy zrobić, pamiętajmy, że spód znajdzie się na wierzchu i dekoracyjnie go przybierzmy. Na tym spodzie można ułożyć zielony groszek, plasterki cytryny, posiekaną natkę pietruszki. Jeżeli dekoracji mało, można dodać ćwiartki jajka kurzego lub połówki jajeczek przepiórczych. Do delikatnej galaretki pasuje chrzan lub sok z cytryny. Półmisek lub salaterkę można przybrać jej ćwiartkami.

To tyle. Wystarczy, aby zasiąść za stołem i życzyć wszystkim Wesołych Świąt! Bo smaczne na pewno będą.

wtorek, 04 kwietnia 2017
Kaczka pieczona długo, a muffiny krótko

Długie pieczenie w niskiej temperaturze staje się teraz modne. Pokazywałam je w blogu już kilka razy, a może i kilkanaście. Na przykład wypróbowałam kiedyś pieczenie gęsi długie, a nawet bardzo długie, bo aż czternastogodzinne. Efekt był znakomity. Pomyślałam więc: dlaczego nie upiec tak samo kaczki? Od gęsi mniejszej, a więc dla małej rodziny wystarczającej.

Kaczkę przyprawiłam gotowym dalekowschodnim sosem czosnkowo-miodowym. Zawartość w nim sosu sojowego sprawia, że kaczki nie ma potrzeby mocno solić. Przed pójściem spać najpierw ją opiekłam w mocno nagrzanym piekarniku, a potem zmniejszyłam temperaturę i spokojnie zostawiłam na noc. Nie żałowałam, bo kaczka okazała się znakomita. Można obliczyć czas tak, aby upieczonego ptaka podać na obiad. Ale można piekarnik po 12 godzinach wyłączyć (piec może być potrzebny!), a pół godziny przed podaniem kaczkę podgrzać w 180 st. C. Tak właśnie uczyniłam. Kaczka miała idealnie chrupiąca skórkę, a pod nią mięciutkie mięso. Eksperyment z długim pieczeniem uważam za udany. Oczywiście, kaczkę można doprawić po swojemu, bez słodyczy miodu. Ale taka „na słodko” dla mnie ma wiele uroku, a i skórka posmarowana miodem zyskuje szczególną chrupkość.

Uwaga: jeżeli zamierzamy takie dotąd nie przygotowywane danie podać na obiad świąteczny, koniecznie je wypróbujmy. Święta i tak są stresujące, nie dokładajmy więc sobie niepokoju eksperymentami kulinarnymi.

Kaczka długo pieczona po mojemu

kaczka pekińska

sos czosnkowy z miodem

miód

tymianek sypki

4 ząbki czosnku

sól, pieprz

Tuszkę kaczki opalić z resztek piór, obmyć, starannie osuszyć. Natrzeć tymiankiem, solą i pieprzem. Pokryć sosem czosnkowym. We wnętrzu kaczki umieścić ząbki czosnku (można dać
więcej). Uformować, związać nóżki i skrzydełka, jeżeli je zostawiamy. Odstawić w chłodne i przewiewne miejsce na kilka godzin.

Piekarnik nastawić na najwyższą temperaturę (250 st.). Kaczkę ułożoną w brytfance na kratce podlać wodą (pod kratką, aby do niej nie dochodziła). Kaczka ma leżeć piersiami do góry. Wstawić brytfankę do piekarnika na 20 minut. Zmniejszyć temperaturę do 80 stopni i piec kaczkę przez 12–14 godzin. Obracać. Raz ułożyć do góry grzbietem, a potem znów piersiami. Na ostatnie pół godziny dodatkowo wysmarować tuszkę miodem. W razie potrzeby wlać odrobinę wody pod kratkę.

Dodatkiem do tego pieczystego mogą być duszone lub pieczone jabłka, żurawiny albo borówki do mięs, no i różnego rodzaju sałaty. Pasują także frytki, ziemniaki gotowane, ryż, kasze.

Kaczkę piekliśmy wyjątkowo długo. Rozgrzany piekarnik wykorzystajmy do sporządzenia szybkich muffinów. Podane do herbaty będą smacznym odstępstwem od ciast tradycyjnych. Ręczę, że zasmakują wszystkim. Być może nawet niejadkom.

 

Muffiny bananowo-czekoladowe po mojemu

15 dag mąki pszennej

15 dag mąki kukurydzianej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżeczka sody spożywczej

szczypta soli

12,5 dag roztopionego masła lub oleju słonecznikowego

20 dag cukru

3 duże jajka

2 banany

ok. 1/4 szklanki mleka

tabliczka gorzkiej czekolady

10 dag migdałów bez skórki lub orzechów

 

Czekoladę zetrzeć na tarce. Wsypać do miski oba rodzaje mąki, proszek do pieczenia, sodę, szczyptę soli.

 

Masło rozetrzeć z cukrem, dodawać kolejno jajka. Banany rozgnieść, połączyć z masą jajeczną. Wmieszać mąkę i mleko. Na końcu dodać czekoladę i migdały. Wykładać do foremek (dobrze się to robi dwiema łyżkami). Piec ok. 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C.

 

Muffiny trzeba wyjąć ostrożnie, po przestygnięciu. Część posypałam cukrem pudrem. Ambitniejsi mogą je polukrować. A nawet pokryć kremem wyciśniętym ze szprycy lub woreczka cukierniczego. Gdyby się tak chciało zrobić, warto upiec babeczki w jak najmniejszych foremkach. Pieczemy je oczywiście krócej.  I podajemy jako cupcakes.

Jeżeli jednak banany mamy i chcemy je podać na deser, a nie chce nam się piec (bo unikamy ciast albo upiekliśmy już kilka świątecznych...), lub wręcz nie mamy piekarnika, możemy je przyrządzić wedle sposobu przedwojennego. Podał go magazyn „As” w roku 1937. Banany i czekolada to zawsze szczęśliwe połączenie.

 

Przed wojną bananami objadali się ludzie majętni. Do tego nawiązuje wychowawcza pogadanka z „Naszego Przeglądu”, największego przed wojną dziennika żydowskiej inteligencji, a więc ludzi zarabiających i kulturalnych. Mowa w niej o „bananowej szkole”. Czyżby z tego określenia skorzystali propagandziści z roku 1968, opisujący ze wstrętem studentów protestujących w marcu przeciw brakowi wolności słowa? Nazywali ich bananową (a więc zamożną) młodzieżą i odróżniali od reszty „zdrowego społeczeństwa”. Warto dodać, że określenie było idiotyczne. Banany akurat w tym czasie były w sklepach ogromną rzadkością i nie widział ich na oczy właściwie nikt, poza nielicznymi wyjeżdżającymi na tzw. Zachód, no i poza ludźmi przedwojennymi. A więc nawet bananowa młodzież w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nie jadała bananów; miała to zmienić dopiero epoka Gierka.

Przedwojenny Psycholog (tak jest podpisany ów wychowawczy felieton, którego fragmenty przytaczam), opowiada o szkodliwości rozpieszczania dzieci i traktowania ich jako podziwianych geniuszy, wokół których kręci się całe życie rodzinne. Bardzo smutno o tym czytać, gdy sobie uświadomimy, że pogadanka pochodziła ze stycznia roku 1939. Autor adresuje swoje uwagi do dobrze sytuowanego mieszczaństwa żydowskiego. My wiemy, że i biednych, i bogatych Żydów czekała Zagłada. Niezależnie od ideałów wychowawczych, szkół „bananowych” lub zwyczajnych, bez związku z pozycją na drabinie społecznej. Banany jako symbol luksusu jednak pozostały, by nieoczekiwanie odrodzić się w PRL-u w szczególnym połączeniu z antysemityzmem, blisko trzydzieści lat po wybuchu II wojny światowej.

 

Dzisiaj banany kupujemy nieomalże w cenie ziemniaków, zależnie od ich gatunku. Znajdziemy je we wszystkich sklepach mniejszych i większych. Może je jeść każdy, kto lubi. Nie ma już bananowych szkół, banany nie służą jako epitet demaskujący konsumpcyjną rozpustę. Mam nadzieję, że w takiej postaci nie wrócą. Tylko uwagi wychowawcze o niewywyższaniu się i uczeniu dzieci egalitaryzmu pozostają aktualne i potrzebne.

wtorek, 07 lutego 2017
Obiad z perliczką w roli głównej

Tę ptaszynę opisywałam na blogu już kilka razy. Ma znakomite mięso: chude i delikatne. Trzeba jednak pilnować, aby nie wyschło. Niedoświadczeni kucharze raczej więc niech perliczkę w piekarniku duszą (po podlaniu płynem, trzeba naczynie przykryć) niż pieką bez przykrycia. Jest jeszcze metoda zapewniająca pewne zmiękczenie mięsa i zachowanie jego soczystości – to pieczenie w tzw. rękawie z folii spożywczej. Zapomniane pudełko z nim znalazłam w szafce, postanowiłam więc wykorzystać do pieczenio-duszenia perliczki.

A co to za ptak? Przypomnę z pomocą Marii Lemnis i Henryka Vitry, czyli Tadeusza Żakieja, prawdziwego autora „Iskier przewodnika sztuki kulinarnej”. Nie zdziwcie się, że musiałam poszukać perliczki pod inną nazwą. Dawniej właśnie takiej używano. Nazywano ją zresztą także pentarką.

Pantarka
Numida meleagris

Zwana często perliczką dla popielatego, pokrytego jasnymi plamkami (perełki) upierzenia. Odznacza się oryginalnym wyglądem i jest chyba najbardziej krzykliwym ptakiem domowym. Pochodzi z Afryki, na co wskazuje jej łacińska nazwa. W kuchni rzymskiej uchodziła za przysmak. Ma białe, delikatne i wyróżniające się wykwintnym smakiem mięso. Można ja przyrządzać według przepisów stosowanych w przyrządzaniu pulard i kur. Jaja pantarcze, mniejsze od kurzych, mają oryginalny smak i uchodzą również za przysmak.

Obiecuję, że jajek perliczek poszukam na bazarze pod Halą Mirowską. Niech no tylko nadejdzie wiosna. Chodzenie po bazarze w śniegu nie bardzo mi odpowiada. Na razie gdzie indziej kupiłam perliczkę wielkopolską. Pod tą marką, akcentująca wielkopolską solidność i gospodarność, promuje się doskonały drób z polskiej hodowli. Warto po niego sięgać! W którymś z internetowych przepisów napisano, że jest znakomity dla początkujących. Z tym bym się nie zgodziła. Perliczkę łatwo wysuszyć, gdy będzie się ją piekło zbyt długo lub w zbyt wysokiej temperaturze. Dlatego właśnie polecam – jako pewniejsze – pieczenie w rękawie lub duszenie.

Naszemu głównemu daniu obiadowemu dzięki jednemu składnikowi i zestawowi przypraw nadałam charakter włoski. Do perliczki wzięłam koper włoski (fenkuł) i jego ziarenka. Bulwy kopru zalegają półki marketów, a nie zawsze wiadomo, do czego ich użyć. Można je siekać na surówkę, ale także dusić, grillować, piec. Mają anyżkowy posmak, co warto wiedzieć, bo anyż nie każdy lubi. Koper dodałam do perliczki. Mariaż był szczęśliwy. Obok tego jako przyprawy użyłam mieszaniny różnych gatunków pieprzu, występującej we Francji pod nazwą „5 baies”. Znajdziemy w niej nawet sześć rodzajów korzeni: pieprz czarny, zielony, biały i tzw. czerwony, ziele angielskie oraz kolendrę.

 

Perliczka pieczona z fenkułem po mojemu

perliczka wielkopolska

bulwa kopru włoskiego

słonina lub tłuszcz odkrojony z szynki

ziarenka kopru włoskiego

przyprawa „5 baies”

sól hawajska różowa

masło lub oliwa

1/2 szklanki wina białego lub czerwonego

Perliczkę obmyć, osuszyć, natrzeć przyprawami. Jej piersi obłożyć i obwiązać tłuszczem od szynki lub cienkimi plastrami słoniny; je też posypać przyprawami.

 

Perliczkę umieścić w rękawie z folii, dołożyć koper włoski przekrojony na pół lub na ćwiartki. Rękaw zawiązać z jednej strony, ptaka podlać winem. Związać rękaw z drugiej strony, umieścić go w naczyniu do pieczenia. Folię cztery–pięć razy nadciąć na samym wierzchu lub nakłuć.

 

Piekarnik nagrzać do 200 st. C. Wstawić ptaka. Po pół godzinie zmniejszyć temperaturę do 180 st. Piec jeszcze ok. 40 minut.

 

Folię rozciąć i rozchylić, nałożyć na udka po kawałku masła, dopiekać przez 15 minut, aby skórka się zrumieniła. Przed podaniem i pokrojeniem usunąć plastry tłuszczu. W zasadzie się je odrzuca, ale amatorom mogą smakować.

Do folii można dodać więcej niż jeden fenkuł. W zależności od potrzeby.

Perliczkę kroi się jak kurczaka: najpierw odcina nóżki (gdy duże, dzieli na połowy), następnie wykrawa piersi i kroi w poprzek na dwie lub trzy części (jedna ze skrzydełkami), a na końcu kroi podobnie się grzbiet (mięsa w nim mało).

Włoski smak perliczki skontrastowałam z polskim smakiem buraczków. Choć też były przyprawione nieco bardziej… międzynarodowo – migdałami. Ta sałatka z buraków jest tak dobra, że nawet na drugi dzień zachowuje pełnię smaku. A w ogóle, aby smaki się w niej przegryzły, można ją przyrządzić wtedy, gdy perliczka zaczyna się piec.

 

Sałatka z buraków z migdałami i miodem po mojemu

4 buraki ugotowane lub upieczone

2 cebulki (dymki lub perłowe)

dwie garści płatków migdałów

olej rzepakowy o smaku orzeszków ziemnych

ocet balsamiczny

łyżka miodu

sól, czarny pieprz z młynka

 

Buraki pokroić w kostkę, a cebulki w kosteczkę. Migdały uprażyć na suchej patelni. Wymieszać. Skropić oliwą, octem balsamico, wmieszać pół łyżki lub nawet całą łyżkę miodu, przyprawić do smaku solą i pieprzem. Pozostawić co najmniej na godzinę.

Połączenie perliczki z fenkułem i migdałowymi buraczkami uznaliśmy za bardzo udane. Ptaka w rękawie podlałam włoskim winem czerwonym, takie też do niego piliśmy.

Po takim bogactwie smaków aż się prosi o deser. Na przykład naleśniki. Ponieważ są tylko deserem, przewidujemy po jednym na osobę. Tylko na smak. Świeżości przyda mu granat, a raczej jego pestki i sok, wzmocniony grenadyną.

Kto by przypuszczał, że taki efektowny deser powstał z resztek? A nimi były naleśniki, pozostałe po wczorajszym lub przedwczorajszym obiedzie.

 

Naleśniki z granatem po mojemu

po jednym naleśniku na osobę

owoc granatu

grenadyna

masło klarowane

gruby cukier kryształ

Z granatu lub granatów wyjąć pestki, zbierając starannie sok. Naleśniki posypać pestkami, złożyć w chusteczkę. Na patelni roztopić masło, ostrożnie włożyć naleśniki. Obsmażyć z jednej strony, odwrócić. Posypać pozostawionymi pestkami granatu, podlać zebranym sokiem i grenadyną. Podsmażyć lub poddusić (można przykryć). Podawać posypane cukrem kryształem.

Cukru nie należy sypać za dużo, sama grenadyna jest słodka. Ale można sobie pozwolić i dać go więcej, gdy wzięliśmy sam owoc granatu. A podczas wielkiej fety obok grenadyny można wziąć nawet rum i naleśniki podać płonące. Nie podaję dokładnych proporcji składników, bo nie są potrzebne. Zależą od ilości użytych naleśników.

Na zakończenie podzielę się ciekawym i nostalgicznym oraz bardzo wytwornym sposobem przygotowania i podania perliczki. Pochodzi z wieku XIX. Zamieścił go „Tygodnik Kucharski” w roku 1884. Podaję go w pisowni oryginału, z formą wyrazu „wziąć” już wtedy uznaną za błędną, lecz uparcie się szerzącą tu i tam. Nawet dzisiaj!

 

Oczyścić parę młodych pantarek, zahaftować szpagatem, obsadzić na rożnie, upiec do połowy, posypać mąką-, jak się tylko zaczną rumienić oblać śmietaną, a gdy śmietana wyschnie, posypać znowu mąką i znów śmietaną oblać, tak aż będą zupełnie gotowe; po upieczeniu posmarować masłem, posypać tartą bułką, zakolorować. Zdjąć z rożna, rozebrać, ułożyć na półmisek, obłożyć garniturem i wydać do stołu.

 

Do pantarek po litewsku podaje się osobno sos robiony w sposób następujący: Wziąść [!] odpowiednią ilość dobrej śmietany, posolić, wyrobić z mąką kawałek masła świeżego, zmieszać ze śmietaną, wkrajać do tego spory kawałek Buljonu, czyli glasu, trochę astraganu [estargonu],  zagotować na ogniu do gęstości sosu, spróbować na smak soli i podać w sosjerce.

 

Do takiego garnituru biorą się: Odgotowane mleczka cielęce, knel z cielęciny lub pulardy, pieczarki, grzebyki kogucie, wątróbki gęsie, w braku których można je innemi wątróbkami zastąpić. Garnitur z nich odrobiony prawidłowym porządkiem, winien być utrzymany na gorąco w lekkim buljonowym sosie; przy wydawaniu obłożyć nim potranżerowane pantarki. Jeżeli jest możność po temu, do tego garnituru można dodać Trufli grubo krajanych.

Potrawy podawane „po litewsku" zawierały często śmietanę, jak i tutaj. Opisany garnitur podawany był oczywiście podczas bankietów, a nie codziennych obiadów. Wymagał dodatkowego przygotowania tzw. knelu, czyli gęstego farszu, gotowanego najczęściej z drobiu. 

„Tygodnik Kucharski” był ciekawym i krótkim (niestety!) eksperymentem prasowym, przeznaczonym dla smakoszy i kucharzy pragnących podnosić swoją wiedzę oraz umiejętności. Szkoda, że takich nie mieliśmy wtedy wielu. Po dwóch latach pismo padło. Jego animator, Aleksander Sochacki, został kiedyś przedstawiony w „Kurierze Warszawskim” jako „podstarszy zgromadzenia cechu kucharskiego”. Gazeta bardzo życzliwie traktowała wszelkie przedsięwzięcia kucharzy warszawskich, których dobrym duchem był Sochacki, wśród nich nie tylko pismo, lecz i wystawy, i targi, i szkołę kucharską. Niestety, rodacy wypinali się na te próby uczenia ich kultury kuchenno-kulinarnej... W roku 1883 „Kurier Warszawski” życzliwie i krótko zapowiadała ukazanie się tygodnika.

Gdy tygodnik już się ukazał, „Kurier” dokładnie informował o jego zawartości i zamierzeniach. Tę informację już kiedyś podawałam, można ją znaleźć.

A teraz deser po deserze. Na zakończenie będzie bowiem jeszcze… chwila poezji. Gazeta zamieściła wiersz w tym samym czasie, co notkę o „Tygodniku Kucharskim”.

 

Przypomnę, że pod pseudonimem „El…y” wiersze publikował Adam Asnyk. Zagadkowy dopisek w nawiasie oznacza, że autor przebywał w Warszawie (rosyjskiej), a nie w Krakowie (austriackim), gdzie wtedy mieszkał i pracował. Choć utwór nie należy do szczytowych osiągnięć poety i, prawdę mówiąc, trąci nieco grafomańską emfazą i moralistyką, poczytajmy go jako odświeżającą ciekawostkę. Po takiej poezji kulinarnej jak opisany obiad, dziewiętnastowieczna poezja gazetowa może zasmakować. Zawarta w niej  porcja nadziei zapewne wzruszała naszych przodków rozdzielonych granicami, a i nam może pomóc znieść codzienność, która dzieli, ale kiedyś przecież przeminie. Jak brzydka pogoda.

środa, 21 grudnia 2016
Obiad świąteczny dla mało wprawnych

Nie każdy umie, lubi i chce gotować. Ja lubiłam i chciałam zawsze. Choć nie umiałam. Już w szkole podstawowej, gdy wracałam do pustego domu (nie wiedziałam, że jestem dzieckiem z kluczem na szyi), podejmowałam częste i ambitne próby kulinarne. Zawsze sama, bez pytania kogokolwiek. Nic dziwnego, że źle się kończyło np. gotowanie ulubionego sosu pomidorowego (robiły się w nim grudy!), pieczenie ziemniaków nadziewanych grzybami (nie wiedziałam, ile czasu grzyby się moczy, ani ile czasu zabiera pieczenie ziemniaków – potrawa regularnie się nie udawała; dramatycznie topniał domowy zapas suszonych grzybów…). Natomiast świetnie smażyłam deserowe pierożki z kruchego ciasta wedle przepisu z „Kuchni uniwersalnej” Marii Monatowej. Była moją ulubioną lekturą. Gdy nie eksperymentowałam według niej, smarowałam chleb smalcem i jadłam czytając o najwykwintniejszych potrawach rodem z wieku XIX. Może stąd wzięło się moje rozumienie absurdu i upodobanie do niego? Bo przecież dorastałam w bieda-czasach i siermiężnych realiach PRL-u.

Tak czy siak, świetnie rozumiem, że początki bywają trudne, a niekiedy wręcz wyglądają na beznadziejne. Tyle że nie należy się zrażać. Taki sos pomidorowy gotowałam z kilkanaście razy zanim na tym procederze nakryła mnie Mama i wyjaśniła, dlaczego robią się w nim kluski (to był sos na zasmażce).

Na tego, kto nie eksperymentował w młodych latach, w tych późniejszych niekiedy przychodzi czas, że musi coś podać na stół. Nawet kucharz z dwiema lewymi rękami chce lub powinien wtedy umieć ugotować coś porządnego, a nawet, zdarza się, odświętnego. Dla takich kuchennych straceńców będą moje rady. Rzućcie się na głęboką wodę. Ugotujcie potrawę, od której oko zbieleje zaproszonej rodzinie czy przyjaciołom. No i którą się da zjeść.

Podam prosty sposób na efektowne udka kaczki. Będą pieczone, ale i duszone w sosie. To zagwarantuje, że staną się miękkie. Rzecz jasna, gdy do miękkości je udusimy. Potrzebny jest więc „tylko” czas. Choć także kilka składników do jakże efektownej kompozycji smaków. Do natarcia udek użyłam gotowej mieszanki pieprzowo-cytrynowej z Marks-Spencera, ale można wziąć skórkę startą z cytryny i kolorowy – lepiej – lub tylko czarny pieprz z młynka.

Udka kaczki z egzotycznymi owocami po mojemu

udka kaczki

mango

2 mandarynki

kawałek świeżego imbiru

2 bananowe szalotki lub 2 małe cebulki

przyprawa pieprzowo-cytrynowa

kwiat soli lub sól

miód

szklanka bulionu warzywno-drobiowego

łyżka mąki pszennej

Udka kaczki opalić z pozostałości piórek, obmyć, osuszyć. Natrzeć przyprawą i, oszczędnie, solą. Odstawić na pół godziny lub dłużej.

 

Rozgrzać patelnię do smażenia beztłuszczowego (z grubym dnem), włożyć udka. Smażyć z obu stron, aby skórka się zrumieniła a tłuszcz wytopił (nakłuć miejsca, gdzie go więcej). Tłuszcz zostawić na patelni. Udka przełożyć do naczynia żaroodpornego, podlać wodą (1/3–1/2 szklanki), udka posmarować miodem. Dołożyć obrane ze skórki szalotki. Na dwie godziny wstawić do piekarnika nagrzanego do 100 st. C. Obrócić raz lub dwa, polewając sosem spod pieczenia. W razie potrzeby dolać odrobinę wody.

 

W tym czasie obrać ze skórki i pokroić mango oraz obrać ze skórki mandarynki i podzielić je na cząstki. Imbir posiekać w drobniutkie paseczki lub kosteczkę.

 

Na patelni rozgrzać tłuszcz ze smażenia kaczki. Mieszając zasmażyć w nim łyżkę mąki. Odstawić z ognia, a dopiero po kilku minutach zasmażkę rozprowadzić bulionem (gdyby sos był zbyt gęsty, dolać odrobinę wody, bulionu lub białego wina). Dodać pozostałości po pieczeniu udek. Do sosu przełożyć podpieczone udka i szalotki. Przykryć, dusić do miękkości mięsa (nawet godzinę).

 

Gdy udka będą całkiem miękkie, do sosu dołożyć imbir. Wymieszać. Dołożyć pokrojone owoce. Trzymać na ogniu 10–15 minut. Spróbować, czy sos jest dostatecznie słony, a owoce się podgrzały. Podawać na gorąco. Można doprawić pieprzem z młynka.

Naprawdę nie jest trudne podać tak ciekawe danie. Oczywiście, podczas eleganckiego obiadu udka z owocami wykładamy na półmisek. Dobrze, gdy będzie ogrzany (np. w piekarniku lub mikrofalówce). Można je udekorować świeżymi ziołami (kolendra, bazylia cytrynowa,  mięta lub melisa.

Co do tego? Może być po prostu ryż. Może być nawet bagietka (ale w wersji bardziej domowej niż odświętnej). A może mamy resztki tłuczonych ziemniaków? Miłośnicy kuchni tradycyjnej (kto takich nie ma w rodzinie?!) będą nam wdzięczni, gdy porwiemy się na kolejne wyzwanie i przygotujemy domowe kopytka. Ich zagniatania nauczyłam się w rodzinnym domu. Były oszczędne, bez jajek. Gdy się je zagniecie z pewnym wyczuciem – na pewno się udadzą. Nie podaję ich proporcji, bo zakładam, że przyrządzamy je z resztek ziemniaków gotowanych i utłuczonych. Wsypujemy do nich tyle mąki, aby związała jednolite ciasto kluskowe. Kto nie dowierza, czy się nie rozpadnie w gotowaniu, niech przeprowadzi próbę. Wrzuci jedną kluskę do wrzącej osolonej wody. Gdyby kopytka były za miękkie, to znak, że potrzebują więcej mąki. Jeszcze jedno: to ciasto nie może stać. Kopytka trzeba kroić od razu (kulać wałki, omączyć je, aby się nie lepiły, a potem kroić w ukośne kluski) i od razu gotować. Odłożone na talerze tak, aby do siebie nie dotykały zanim wystygną, łatwo można odgrzać. A odsmażone są prawdziwie pyszne!

 

Kopytka domowe

ziemniaki gotowane i tłuczone

mąka pszenna

sól do gotowania wody

Ziemniaki zagnieść z mąką według powyższych wskazówek. Formować kopytka. Wrzucać do wrzącej osolonej wody. Wyjmować łyżką cedzakową, gdy wypłyną na wierzch, po minucie od chwili zagotowania. Odkładać na talerze jak podano.

Oszczędne kluski do świątecznego dania; czemu nie? Do takiej kaczki na pewno pasuje sałata. Może obyczajem amerykańskim podamy ją jako appetizer, przed posiłkiem? Do lampki aperitifu? Wtedy do dania z sosem podajmy jakąś jarzynę gotowaną. Święta zimowe rządzą się swoimi prawami. Należy do nich obyczaj podawania gotowanej kapusty podczas Wigilii. Jeżeli taką mamy, doprawmy ją na drugi dzień nieco inaczej i podajmy w takiej odnowionej postaci. A jeżeli tej wigilijnej nie mamy, ugotujmy kapustę kiszoną od nowa. To wcale nie trudne! Czy musi smakować jak u Mamy? Nie musi. Przydajmy jej własnego smaku.

 

Kapusta kiszona gotowana z papryką po mojemu

40–50 dag kapusty kiszonej

liść laurowy

kilka ziaren ziela angielskiego i pieprzu

duża świeża papryka czerwona

mała cebulka

łyżka mąki pszennej

olej lub smalec z drobiu

papryka sypka słodka i ostra

Kapustę spróbować. Jeżeli bardzo kwaśna, ugnieść ją i odlać kwas (zostawić go). Zalać wodą, dodać ziele angielskie, pieprz i liść laurowy. Gotować ok. godzinę (nawet 30 min. nieraz wystarcza). Dziesięć minut przed zakończeniem gotowania dołożyć paprykę pokrojoną w paski.

Przygotować zasmażkę: rozgrzać tłuszcz, wrzucić drobno pokrojoną cebulkę. Gdy cebulka zacznie się lekko złocić, rozprowadzić mąkę. Mieszając smażyć przez chwilę, aby mąka straciła surowość. Zasmażkę dodać do kapusty, wymieszać.

Kapustę doprawić papryką w proszku: słodką i ostrą. Spróbować; jeżeli zbyt mało kwaskowa, wlać pozostawiony kwas.

Jeszcze jedna uwaga: z niesmacznej surowej kapusty nigdy nie da się ugotować dobrej. Warto więc ją próbować, a na pewno kupować w tym samym sprawdzonym miejscu, np. w wyspecjalizowanym stoisku na bazarze. Papryką można doprawić także wigilijną kapustę z grzybami. Bo z grochem to już nie. Do kapusty z papryką można dodać kilka śliwek suszonych, pokrojonych w paseczki. Chwilę gotować razem. Sprawdziłam: ten wariant jest bardzo smaczny!

A w ogóle początkującym kucharzom należy się jedna rada: kierujcie się własnym smakiem. Nie zawsze to, co lubi autor przepisu, wam będzie smakowało. Kuchnia kocha kreatywność. Nasi goście zwykle też ją doceniają.

Na zakończenie akcent świąteczny z bardzo dawnej gazety. „Kurier Warszawski” zamieścił w numerze poświątecznym z roku 1845, taką kulinarną informację. Z dalekiej Anglii.

 

No, ten kucharz to nie był początkujący! Ciekawe, czy pasztet by nam dzisiaj smakował. Jedno pewne: był straaasznie niezdrowy. Nie to co nasz obiad.

poniedziałek, 05 grudnia 2016
Piersi kaczki, dwie sałatki i jeden chutney

Na niedzielnym lub świątecznym stole nie powinno brakować warzyw. To one powinny dominować. Główne danie mięsne – w tym wypadku drobiowe – powinno być mocnym punktem obiadu, ale nie jego dominantą. Mięsem się nie objadamy, warzywami – o ile w ogóle objadania się nie unikamy – można. Przyrządzamy je coraz ciekawiej. Na polskich stołach nie króluje już kapusta bogato doprawiona tłuszczem i zagęszczona mąką, nie rządzą nim tłuczone ziemniaki. I dobrze. Korzystamy z kuchni innych narodów, sami komponujemy nowe smaki, otwieramy się na świat. Dzięki temu stajemy się zdrowsi. Fizycznie i psychicznie.

Uwielbiam kaczkę. Ale przyrządzanie jej w całości nie zawsze ma sens. Nieraz więc kupuję dwie jej piersi. Są propozycją z wyższej półki. Uważa się je za wykwintne. Nie są tanie (wszak nie mają kości!). Bardzo smaczne, gdy właściwie przyrządzone. Zdarzało się, że wychodziły mi zbyt twarde, wysuszone i niezjadliwie. Szkoda je marnować, nie tylko ze względu na cenę.

Tymczasem przyrządzenie ich nie jest trudne. Zasada główna: nie należy ich piec za długo. Najlepiej krótko usmażyć, wytapiając przy okazji tłuszcz ze skórki, a potem krótko opiec. Według niektórych powinny być różowe, surowawe w środku. Za tym nie przepadam, ale na pewno nie mogą być przepieczone. Jeżeli chcemy je podać podczas świąt, teraz warto przetestować czas i tryb pieczenia.

To wytworne mięso – dwie piersi wystarczą na obiad dla czworga osób – podałam z aromatycznym chutneyem. Przetworem pochodzącym z Indii. Te warzywa, duszone w wielu przyprawach i podawane na zimno, można przyrządzić wcześniej. Zamyka się je w słoiki i wyjmuje, gdy stają się potrzebne. Gdy wiemy, że będą podane na obiad świąteczny dla wielu gości, zamykamy je w dużym słoju. Aby chutney podać, wystarczy go otworzyć. Warzywny dodatek własnej roboty gotowy. Będziemy mieli czas na świąteczny spacer z rodziną, a nie tylko na stanie dla niej przy kuchni!

Przyrządzenie dwóch sałatek z buraków – każda w innym smaku – pójdzie szybko. Wykorzystamy gotowe ugotowane buraki. I naprawdę niewiele dodatków. Ale o tym – dalej. Zacznę od kaczki.

Wykorzystałam do niej znaleziony głęboko w szafie zapominany przetwór sprzed dwóch lat (!): wiśnie z czekoladą. Zamiast niego można wziąć żurawinę lub borówki kupione w sklepie. Kto zechce, może je podkręcić, przesmażając z kilkoma kostkami gorzkiej czekolady.

Piersi kaczki po mojemu

2 piersi kaczki

ziarna anyżu lub kopru włoskiego

sól, pieprz

wiśnie z czekoladą lub borówki albo żurawina do mięsa

 

Piersi obmyć, osuszyć. Skórkę na nich naciąć w kratkę tak, aby nie dojść do mięsa. Odstawić na godzinę. Następnie skórką do dołu ułożyć je na mocno rozgrzanej patelni do smażenia beztłuszczowego. Wytopić tłuszcz, odlać (można trzymać w lodówce jako smalec), szybko usmażyć z drugiej strony.

 

Wyłożyć do naczynia żaroodpornego. Obłożyć przetworem. Piec 10–15 minut w 180 st. C. Wyjąć 10 minut przed podaniem, przykryć folią. Kroić w ukośne dość cienkie plastry.

Do aromatycznej kaczki w owocowym anturażu pasuje też mocny w wyrazie chutney. Żadna z tych propozycji nie przyćmi drugiej. Obie będą mocnym związkiem smaków. Jeszcze jedno: przyrządzenie chutneyu, tak bogatego w smaki, nie zabierze nam wcale dużo czasu. Swoje pochłonie krojenie warzyw, na to nie ma rady, ale potem wszystko wrzuca się do gara i dusi. Gorący przetwór wystarczy wyjąć i napełnić nim słoiki.

 

Chutney z dyni i cebuli po mojemu

1 kg dyni

1 kg czerwonej cebuli

4 łyżki brązowego cukru

pół szklanki porto (lub sherry, marsali czy madery)

2 łyżki octu z czerwonego wina

4 ząbki czosnku

kilka suszonych papryczek chili lub peperoncino

sól, pieprz

Dynię obrać, pokroić w kostkę. Cebule oczyścić, także pokroić. Posiekać przygotowany czosnek. Wszystkie składniki (papryczki pokruszyć) wymieszać z rondlu o grubym dnie, a najlepiej w szybkowarze. Dusić pod przykryciem.

 

Spróbować, doprawić do smaku solą, pieprzem lub cukrem. Gorącym przetworem napełnić wyparzone słoiki. Odstawić je do góry dnem, gdy przestygną, schować w ciemne, chłodne miejsce.

Gotowanie w szybkowarze trwa 10 minut. Jeżeli przetwór ma zbyt dużo płynu, zagęszcza się go gotując następnie bez przykrycia. Pasuje do niego świeża mięta, można więc przybrać go jej listkami.

Teraz obiecane sałatki z buraków. Pewnie, że najlepiej je upiec w piekarniku. Wtedy zachowują pełnię smaku i soków, są doskonałe. Ale kto ma tyle czasu?! Bierzemy więc gotowe buraczki gotowane. Ich zapas zawsze trzymam w lodówce. Przydaje się, gdy „niczego nie ma w domu”.

 

Sałatka z buraków z fasolką po mojemu

2 buraki gotowane lub pieczone

puszka gotowanej fasolki

olej rzepakowy o smaku pistacji

ocet z czerwonego wina

sól, grubo mielony pieprz

świeża mięta

Buraki pokroić w kostkę. Wymieszać z fasolką. Doprawić olejem i octem ( w stosunku 3 : 1 lub do smaku). Posolić, popieprzyć. Przed podaniem posypać listkami świeżej mięty.

Kto za miętą nie przepada lub jej nie ma, niech weźmie każdą inną zieleninę – koperek, poczciwą natkę lub, oryginalniej, listki selera naciowego. Jego plasterki zresztą też można domieszać do tej sałatki. Jak i do następnej.

 

Sałatka z buraków i jabłka po mojemu

2 buraki gotowane lub pieczone

cebula czerwona

duże jabłko

oliwa

ocet balsamico

pół łyżeczki cukru

sól, pieprz świeżo mielony

Buraki, cebulę i jabłko pokroić w kostkę. Wymieszać. Doprawić oliwą, octem, cukrem, solą i pieprzem.

I tę sałatkę można doprawić zieleniną. Czy jabłko obierać ze skóry? Ja tego nie robię, zwłaszcza gdy skórkę ma czerwoną i ładną. To rzecz do rozważenia, nie każdy lubi gryźć skórki.

Podczas obiadu z tylu dań każdy z gości znajdzie coś dla siebie. Kto nie jada nawet drobiu, zadowoli się pożywną i wysokobiałkową sałatką z fasolką. Chutney zauroczy każdego, kto lubi mocne, ostre smaki. Do plasterków kaczki w łagodnej otoczce owocowej pasuje idealnie. Sałatka z buraczków z jabłkiem jest łagodna i słodkawa jak deser. A nie, deser też będzie! Nie zapominamy o nim. Propozycje opiszę w którejś kolejnej z odsłon bloga.

Czego jeszcze brakuje? Odwołajmy się do mądrości rodem z Indii, jak nasz chutney. Przytoczył ją „Kurier Warszawski” z roku 1883.

 

Kierując się mądrością braminów, dobierzmy czerwone wino o mocnym bukiecie. Na pewno podkreśli uroki naszego obiadu. I naszym organizmom pomoże w jego przyswojeniu.

wtorek, 15 listopada 2016
Sałata plus resztki po gęsi

„Sałatami” nazywano dawniej to, co my nazywamy „sałatkami”, nazwę „sałata” zostawiając dla samej sałaty. Autorzy (przeważnie autorki!) książek kucharskich z wieków XIX i XX sałatom poświęcały zwykle cały rozdział. Zaczynał go opis doprawiania i podawania „sałaty zielonej”. Potem szły opisy sałat z warzyw gotowanych (seler, ziemniaki), z rzadka z surowych (mizeria, potem pomidory), wreszcie sałat ze śledzi, z jaj, z raków, nawet z mięs. Ich warzywnym dopełnieniem były często gotowane ziemniaki.

Podobną nieco sałatę, ale zarazem sałatkę, podałam na obiad. Połączyłam w niej nie warzywa gotowane, ale jeden z gatunków sałaty zielonej z… resztkami. Proszę sięgnąć po poprzedni mój wpis. Opisałam w nim przygotowanie do pieczenia piersi gęsich. Taki uzyskałam efekt. Trawkę cytrynową usunęłam, chrupki boczek poszedł na bok, pod skórą mięso było miękkie i soczyste.

 

Nie należy ich piec za długo, aby nie dopuścić do wysuszenia. Piekłam je ze skórą, obłożone wędzonym boczkiem, w brytfance z kratką. Pod nią ściekał tłuszcz, który teraz zastygł w mojej lodówce na wyborny smalec. Po odlaniu go do miseczki, na ostatni kwadrans polałam piekące się mięso wodą z łyżką miodu. Utworzony sos także stanął na stole.

Upieczone piersi odstawia się pod przykryciem z folii na dziesięć minut, a następnie odejmuje od kości (jeżeli z nią były pieczone) i kroi w dość cienkie, ukośne plasterki. Gdy nie są zbyt spieczone, pozostają miękkie i w środku różowawe. To potrawa prawdziwie wykwintna. Poddajmy do niej najlepsze wino z naszej piwniczki (Szymku, długo czekaliśmy na otworzenie Châteauneuf-du-Pape, ale było warto; dziękujemy!).

A co zrobić z pozostałościami, z resztkami, po takiej uczcie? Nie odgrzewajmy ich następnego dnia. Nie będą już tak wyborne, jak świeżo pieczone. Podajmy je na zimno. Można nimi obłożyć chleb lub bułki; ale może podać właśnie w postaci sałatki? Kluczem do jej smaku jest specjalny sos, rodzaj winegretu. To on gęsie mięso powiązał z chrupkimi liśćmi sałaty.

Sałatka z sałaty rzymskiej i gęsich piersi po mojemu

sałata rzymska

gęsie piersi

jajko ugotowane na twardo

cebula dymka

olej rzepakowy o smaku pistacjowym

ocet alzacki z miodem

musztarda z ziarnami gorczycy, tzw. starofrancuska

do smaku: sól, pieprz, cukier

grzanki z bułki, usmażone w oleju

Sałatę umyć, odwirować lub wysuszyć. Piersi pokroić w cienkie ukośne paski. Jajko przekroić na pół. Żółtko wyjąć, odłożyć do miseczki. Białko posiekać w drobną kosteczkę. Podobnie pokroić cebulę dymkę.

Przygotować sos: rozgnieść żółtko, dodać łyżeczkę musztardy, wymieszać, dodawać po trochu olej. Ma być go tyle, aby sos nie był zbyt rzadki. Doprawić do smaku pieprzem i cukrem oraz, jeżeli potrzeba, solą. Na końcu wlać pół łyżki octu lub więcej oraz posiekaną dymkę.

Sałatę wyłożyć do miski. Przekładać ją plasterkami gęsiny, kilka odłożyć do dekoracji. Posypać posiekanym białkiem i grzankami. Rozłożyć plasterki mięsa. Sosem polać tuż przed podaniem.

 

Połączenie zielonej sałaty z solidniejszą treścią daje obiad lekki i oryginalny. Dobry dla tych, którzy kontrolują wagę. Kto chce, może przed taką sałatą podać gorącą zupę (u nas to była zupa-krem z soczewicy) lub po niej deser ciepły i solidniejszy (np. naleśniki na słodko).

Pozostańmy jednak przy sałacie. Przeciętny Polak przez wieki w niej nie gustował. Bo w ogóle nie poważał „zielska”. Trudna była nauka jedzenia warzyw innych niż kapusta i cebula, a potem kartofle. Ale chyba się powiodła. Nawet jeżeli nadal unikano surowizn (uważano, że roznoszą zarazę), na przeciętne stoły powszechnie wpuszczano mizerię i właśnie sałatę. Zwykle pływały w gęstej śmietanie. Sałatę podawano nawet ze… skwarkami ze słoniny. Także jednak i to się powoli zmieniało. W wieku XIX wylansowano doprawianie sałaty oliwą i octem. To był przełom. Dopiero bowiem wiek XX docenił walory spożywania jarzyn w postaci surowej. Rozumiano już i to, że pozwalają osiągać modne wtedy szczupłe kształty, i to, że są zdrowe nie tylko dzięki korzystnemu wpływowi na przemianę materii, ale także dzięki witaminom.

Zacznijmy od rysu historycznego opisującego w skrócie historię sałaty. Pochodzi z roku 1901, z tygodnika „Świat”.

 

Nie był to ten najbardziej znany „Świat”, od roku 1906 wychodzący pod kierownictwem Stefana Krzywoszewskiego. Ten wydawał w Łodzi Alfred Zoner, pochodzący z tamtejszej rodziny znanych drukarzy i wydawców. Niestety, pismo ukazywało się tylko przez rok. Miało ambicje za wysokie widocznie dla łódzkich czytelników, a i pozałódzkich nie udało się pozyskać. Szkoda, bo redagowane było bardzo inteligentnie.

 

Rodzina sałat jest liczna i bardzo zróżnicowana. Przez lata, w czasach PRL-u, o tym nie wiedziałam. Sałata była zielona i już. Ta różnorodność nie była znana i jeszcze dawniej. Dowodem informacja z „Kuriera Warszawskiego” z roku 1864.

 

Dziwna to rzecz jak mało u nas upowszechniony jest rodzaj sałaty rzymską nazwanej. Jest to jednak jedna z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych sałat, i zagranicą powszechnie na stoły ją podają. Na targach tutejszych [czyli krajowych] ogrodnicy z trudnością się jej pozbywali, a gospodynie utrzymywały, że jest zbyt twardą. Cały wszakże sekret na doprowadzeniu tej sałaty do należytej delikatności polega na tem, aby w chwili dorastania onejże, wierzchnie liście związać u góry łyczkiem, tak, iżby liście wewnętrzne zupełnie od promieni słońca osłonięte były. Tym sposobem cała wewnętrzna część główki utrzymuje się w kolorze biało żółtawym i nie tężeje od działania słońca. Dodać nam przytem należy, że zwyczaj powszechnie przyjęty przepłukiwania wszelkiego rodzaju sałaty, bardzo niekorzystnie na dobroć jej przy zaprawie wpływa. Do tego środka uciekać się należy w tym tylko razie, jeżeli główki bardzo są zanieczyszczone ziemią lub piaskiem, inaczej zaś ograniczać się trzeba na koniecznem tylko ocieraniu listków delikatną serwetką.

Przy sałacie jeszcze pozostańmy. Jak ją doprawiać? Znaną anegdotę, przedstawianą na różne sposoby, opisał redaktor „Kuriera Warszawskiego” w roku 1851.

Jakiś gastronom tak pisze w swojem dziele o sałacie. „Pomimo całej umiejętności, jaką człowiek posiada, nie może jednakże sam jeden dobrej przyprawić sałaty; do tego potrzeba koniecznie czterech ludzi, to jest: marnotrawca powinien lać oliwę, skąpiec ocet, mądry sypać sól, a głupiec ma mięszać te cztery przyprawy”.

A na koniec sałata z mięs. Też z resztek. Też, jak u mnie, połączonych z sałatą. Receptę znalazłam w „Tygodniku Mód i Powieści” z roku 1893.

Zmieszać posiekane grubo liście sałaty, pokrajane drobno w kostkę resztki zimnych mięs: kurcząt, baraniny, ozora, wołowej pieczeni i t. p., odrobinę tureckiego pieprzu, ugotowanego w strączkach, trochę liści estragonu, ułożyć to wszystko na środku półmiska w kształcie piramidy, oblać majonezowym sosem i ubrać naokoło cienko krajanemi plasterkami kartofli, ogórków i jajami na twardo, pokrajanemi w ćwiartki.

Takie pomysły przydadzą się po wszystkich świętach, po których często pozostają nam różne mięsa pieczone. Muszą być bez sosu. Zwykle przyrządzamy z nich bigos. Ale od tego połączenia mięs z długo duszoną kapustą o ile zdrowsze jest połączenie ich po prostu z sałatą. Wątroba nam za to podziękuje. I łazienkowa waga.

czwartek, 10 listopada 2016
Jak upiekę gęś?

Oczywiście, mowa będzie o gęsi świętomarcińskiej, którą tradycyjnie w Polsce – choć chyba za tradycją niemiecką – podawano 11 listopada, w dzień świętego Marcina. Zwykle, jak przysłowie mówiło, przyjeżdżał na białym koniu. Wczoraj padał śnieg, dziś u nas świeci słońce. Jak będzie jutro? Zobaczymy.

Na razie gęś przygotowałam do pieczenia. Ponieważ nie szykuje się nam obfity zjazd rodzinny, kupiłam tylko piersi gęsi. Można je piec na dwa sposoby: ze skórą lub bez niej. Gdy skórę zdejmiemy, warto ją pokroić na kawałeczki lub wręcz zemleć i zesmażyć na smalec. Tłuszcz drobiowy jest zdrowszy od wieprzowego, zarazem oryginalny i bardzo smaczny. Nie jest tak zestalony jak smalec wieprzowy, dlatego koniecznie trzeba go trzymać w lodówce i prosto z niej wnosić na stół. A i tak będzie raczej półpłynny. Warto to mieć na uwadze i – gdy taki smalec podamy do chleba lub grzanek – zaopatrzyć stół w serwetki do wycierania palców i ust.

Obejrzałam tegoroczne gęsie piersi, podumałam i postanowiłam je upiec razem ze skórą. Położę je jednak w brytfance z kratką. Tłuszcz będzie skapywał na dno i potem zleję go do słoiczka. Tegoroczny smalec będzie aromatyczny dzięki dodatkom, którymi natarłam piersi. Jeżeli podam piersi bez skóry, po zdjęciu upieczonej, pokroję w kosteczkę, jeszcze raz przesmażę i dodam do smalcu.

Przyprawy wybrałam tradycyjne dla polskiego smaku. Choć z jednym wyjątkiem: była nim trawka cytrynowa. Po wyprawie do Kolumbii dzieci (Asiu, Szymku, dziękuję!) przywiozły mi tamtejsze zioła, przeznaczone do parzenia herbatek. Wśród nich była właśnie „limonaria”, czyli trawka cytrynowa. Jako napar – pyszna.

Podobno łagodzi skutki migreny, reguluje przemianę materii, wspomaga leczenie tzw. przeziębień. A akurat czegoś takiego potrzebowałam! Pachnie przepięknie (używa się jej i w destylowaniu zapachów). Postanowiłam więc dodać ją do przygotowania gęsi do pieczenia. Bo tylko to przygotowanie dzisiaj pokażę.

 

Gęsie piersi przygotowane do pieczenia po mojemu

piersi gęsi

majeranek

trawka cytrynowa

cienkie plasterki wędzonego boczku

sól wikingów, czyli wędzona

pieprz czarny z młynka

2 jabłka

 

Piersi obmyć, osuszyć. Palcami i ostrym nożykiem oddzielić je od mięsa, tworząc kieszenie wzdłuż obu piersi (ostrożnie, by nie skaleczyć skóry).

 

Skórę gęsi z wierzchu, utworzone kieszenie oraz spód posolić i popieprzyć, obficie natrzeć majerankiem.

 

Pod skórę, w kieszenie oraz na spód gęsi nałożyć wilgotną trawkę cytrynową pozostałą po sporządzeniu z niej naparu (herbatki). Skórę nałożyć na piersi, całość pokryć plasterkami boczku, posypać pieprzem z młynka, rozłożyć jeszcze kilka źdźbeł trawki. Wstawić do lodówki.

Tyle wykonałam dzisiaj. W lodówce tak przygotowane piersi mogą spędzić dobę lub nawet dwie. Gdy wyjmę je do pieczenia, dołożę do nich jabłka. Część włożę pod skórę, część położę obok piekących się piersi. Ponieważ tłuszcz ze skórki będzie spływał na dno brytfanki, pod kratkę, wstawię go do lodówki, jak podałam wcześniej. Będzie miał dyskretny smak majeranku i jabłek, no i posmak cytryny. Tak będą zaaromatyzowane i tegoroczne piersi tego drobiu o wyrazistym, ciemnym mięsie. Uwaga: trawka cytrynowa tylko nadawał im smak i zapachu, jest niejadalna, warto więc ją przed podaniem usunąć lub uprzedzić o tym biesiadników.

Gdy pieczemy całą wielką gęś, warto ją spożywać z przyjacielskim licznym gronie. Powinien to robić zwłaszcza ten, kto kocha polską tradycję. Jakkolwiek obyczaj jedzenia gęsi u progu zimy był znany i w Niemczech, i w Skandynawii, u nas bardzo dobrze się przyjął i wpisał w kalendarz, szczególnie w wieku XIX. Choć hodowla gęsi stała u nas zawsze na wysokim poziomie. O czym świadczy choćby fraza Mikołaja Reja o „gęsim języku”.

Na dowód obchodzenia dnia świętego Marcina, a właściwie święta gęsi w licznym gronie, zamieszczę wesołą notkę z roku 1845, z „Kuriera Warszawskiego”. Zawsze w pisowni oryginału.

(Art: nad:). Gęś Śgo MARCINA iest więcej ieszcze obyczaiem dawnym iak prognostykiem, w tym dniu kiedyś na każdym stole rumienić się ona musiała, stanowiąc nie iedyny, ale główny, ale konieczny półmisek biesiady. Ś. Marcin wraz z Wilją i świętami Wielkiej nocy, dzielił przywilej zbierania koło iednego

stołu rodziny lub przyiaciół. Za tym dawnym zwyczaiem poszła młoda Gospodyni iednej z najliczniej zwiedzanych tutejszych restauracji, więcej ieszcze cechę domu przyiaznego iak publicznego miejsca na sobie noszący, mówiemy domu, bo w towarzystwie tam zgromadzaiącem się nie ma nieznanych, nie ma obcych, gość każdy może być pewnym, że znajduie się w własnem gronie. Tam to przy gościnnym stole na prośbę gospodyni zgromadziło się blizko 30 osób różnych wiekiem i stanem, powołaniem, ale połączonych wzaiemną życzliwością i szacunkiem, to zgromadzenie na pół publiczne wydawało się iak grono rodzinne. Po spożyciu gęsi koniecznej, wzniesiono iednomyślnie zdrowie gospodyni, bo po staremu pierwszy toast dla kobiet, dalej szły zdrowia gęstym rzędem, a zakończono wiecznotrwałym „Kochajmy się.” Wesołość, zgoda, serdeczność nawet panowały w całem zgromadzeniu tylu osób, z których wielu tam swą znaiomość zawiązało. Kurjer też zyskał na tem dwie pięknie przez iednego z biesiadników obrobione kości piersiowe, które były najpierwszemi z przysłanych iemu, a zgromadzonym przy owej gęsi gościom pozostało na długo wspomnienie wesoło spędzonego Śgo Marcina.

Uroczy dowód na to, jak świętowano i się bawiono za biesiadnym stołem w Warszawie, przeszło sto siedemdziesiąt lat temu. A trzeba wiedzieć, że do gęsiej tradycji sięgano corocznie i redaktorzy „Kuriera” opisywali ją na różne sposoby. Dwa lata później, w roku 1847, redaktor zaczął od przysłów. Co też jest ciekawe, bo jak przez pewien czas tradycja jedzenia zamarła, tak i związane z nią przysłowia przestały być znane.

Przed wojną po gęsi nie sięgali na pewno biedacy. Potem przyszła wojna ze wszystkimi ograniczeniami w diecie. Jakkolwiek właśnie z tego czasu pochodzi nasza rodzinna anegdota związana z gęsią, a raczej jej… skubaniem. Moi rodzice poznali się w roku 1944, za okupacji. Gdy mój przyszły ojciec przyszedł do mojej przyszłej mamy z wizytą, ta bardzo się z niego śmiała, bo czarny płaszcz miał ozdobiony gęsimi piórkami. Po prostu wcześniej skubał gęś przeznaczoną na Wielkanoc. Wtedy te ptaki kupowano bowiem tylko opierzone. Potem, w PRL-u, ze sklepów zniknęły, za „cenne dewizy” sprzedawano je na Zachód. Polskie hodowle miały wysoką markę zwłaszcza w Niemczech, a kraju nie były znane. Kto nie miał rodziny na wsi, raczej nie piekł gęsi w domu.

Teraz tradycja ich podawania w listopadzie nieoczekiwanie wraca. Gęsi kupujemy już bez piór. Jeśli chcemy, podzielone na części. Dla mnie jest to obyczaj bardzo sympatyczny. Lubię sezonowe święta, które porządkują nasz roczny kalendarz. Może i gęsie przysłowia wrócą? Poczytajmy, może któreś z nich nam się przydadzą. 

O gęsi niemało iest przysłowiów pomiędzy ludem. Między innemi mawiano iuż w wieku XVl, którą gęś uderzą, to gęgnie, na znak że mało kto wymówi się od tego, do czego poczuwa się. Dalej chcąc wrzaskliwość czyią oznaczyć, przyrównywano go do gąsiora, i ztąd było powszechnem, krzyczy by gąsior na wiosnę. Ale najważniejszem przysłowiem o gęsi, iest owo coroczne powtarzane: Dzień Sgo MARCINA, wiele gęsi zarzyna.

I w rzeczy samej, krom wiljowych i wielkanocnych stołów, trudno w całym roku znaleść [!] większej iedności w obiadach, iak w dniu Śgo MARCINA. Na każdym prawie stole, czy bogatym czy ubogim, gęś bywa. Po tej to biesiadzie, po oskrobaniu kości piersiowej z resztek niedogryzionego mięsa, zaczynaią wszyscy obecni wyciągać prognostyki i wróżby na nadchodzącą zimę. Jak lat poprzednich, tak i wczoraj gąska była na każdym stole w Warszawie. Skutkiem czynionych następnie obserwacji, które porównywane z sobą, okazywały się dość sprzeczne, wyprowadzamy wniosek, że następna zima nie będzie należyć do zbyt dokuczliwych, i owszem znajdzie się wciągu niej niemało dni folgi i pogody.

Dzisiaj z gęsich kości już się nie wróży. Hodowlane gęsi zatraciły chyba zdolności do prognozowania pogody. Nie jadamy już także gęsich podróbek, którymi zajadali się nasi przodkowie. Dowodem reklama z roku 1862; także z „Kuriera Warszawskiego”. Sądzę, że było to coś na kształt salcesonu.

Zmieniają się czasy, obyczaje, smaki. Ale coś nas jednak z przodkami wciąż łączy. Warto o tym czymś pamiętać nie tylko przy okazji świąt, jakkolwiek właśnie one powinny wyzwalać dobre chwile przy biesiadnym stole i być znakomitą okazją do rozmów. Do opowiadania rodzinnych wspomnień i historii wyczytanej w książkach i dawnych gazetach, pamięć wspomagających.

środa, 31 sierpnia 2016
Kaczanoga czu czu

Nawiązuję do słynnego standardu „Chattanooga choo choo”, piosenki, która wyszła na świat w roku 1941, w wykonaniu Orkiestry Glenna Millera. Bardzo ją lubię. Także w polskiej historycznej interpretacji Orkiestry Jazzowej Braci Łopatowskich z płytki „Polski swing”. Przy tej żywiołowej muzyce gotowanie idzie żwawiej. Dzięki czemu mamy więcej czasu na spacery w ostatnie dni wakacji. A ponieważ na obiad przyrządzałam kaczkę, podśpiewywałam tytułową frazę w wersji spolszczonej, jak dowcipna „Kaczanoga czu czu”.

Ale zanim sięgnę do mojego pomysłu na kaczą nogę i pierś, najpierw poczytajmy o historii pewnego plagiatu. Szukając jakiegoś dawnego sposobu przyprawiania kaczki otworzyłam jeden z dziewiętnastowiecznych kalendarzy na kolejny rok. Wydał go warszawski wydawca, właściciel drukarni i księgarz, jak wtedy mawiano, Antoni Gałęzowski, dlatego pozycję nazywano od jego nazwiska „Kalendarzem Gałęzowskiego”.

Pierwszy ukazał się w roku 1828. Ten, z którego wzięłam przepis, był ostatni i przeznaczony na rok 1836. W nim znalazłam receptę, którą odłożyłam do wykorzystania. Jej autorstwo opisano jedną literą, ale z wieloma kropkami: P....... . Oto jak „P” radził (lub radziła!) dusić kaczki. Zachowuję staroświecką uroczą pisownię z pochylonym e. Przepis też ma urodę… staropolską. Ta słonina!

Do rondla kładzie się łyżka masła, i wrzuca się do niego kilka plasterków słoniny. Słonina, skoro się przyrumieni, wyjmuje się, i na bok się odkłada; a w pozostałe masło kładą się np. dwie kaczki, które również, po przyrumienieniu, wyjmują się. Poczém masło zapala się mąką, i doléwa się wodą lub bulionem. Po tém wkładają się na powrót kaczki i słonina; i dodaje się natki pietruszczanéj, kilka bobkowych liści, pieprzu, angielskiego ziela, dwa lub trzy goździki, i ząbek czosnku. Z tém wszystkiém gotuje się przez dobry kwadrans, po czém przydaje się około dwudziestu małych cébul; a gdy się te ugotują, można dać na stół.

I ten właśnie splagiatowany przepis, dosłownie przepisany, choć ubrany w pewną historyjkę, znalazłam w „Kurierze Warszawskim” z roku 1855. Jak znam życie redaktorskie, na łamach gazety powstała dziura do szybkiego zapełnienia. No i redaktor wyciągnął stary kalendarz, poradę z niego podlał… wodą i popłynął. Poczytajmy, jak sobie poradził, bo plagiat nieco podredagował i wprowadził swoją pisownię.

Podług zdania medyków, nic tak, mianowicie z ptastwa, nie jest trudnem do strawienia, jak kaczka; podług zaś naszego, to samo powiemy i o drugim gatunku, czyli tak zwanej kaczce dziennikarskiej. Przeciw pierwszej, otrzymaliśmy z uprzejmości jednej z Czytelniczek naszych, wyborny środek; na drugą zaś, nie mamy jeszcze dotąd sposobu, zatem pozostawiamy to czasowi. A że zdaje się, iż podaniem tego pierwszego środka niemałą przysługę wyświadczymy gastronomom i ich małżonkom, a zarazem gosposiom, przeto ogłaszamy go do wiadomości ogółu.

Owóż, kładzie się łyżka masła do rądla, i wrzuca się do niego kilka plasterków słoniny. Słonina skoro się przyrumieni, wyjmuje się i na bok odkłada, a w pozostałe masło kładą się np. dwie kaczki, które również po przyrumienieniu wyjąć należy. Poczem masło zapala się mąką, i dolewa wodą lub też buljonem. Następnie wkłądają się napowrót kaczki i słonina, i dodaje się natki pietruszczanej, kilka bobkowych liści, pieprzu, angielskiego ziela, dwa lub trzy goździki i ząbek czosnku. Z tem wszystkiem gotuje się przez dobry kwadrans, a nakoniec przydaje się około dwudziestu małych cebul; a gdy się te ugotują, tak przyrządzone kaczki podają się na stół, i konsumują z wielkim apetytem, którego wszystkim życzymy.

O ile sposób prosty i łatwy, o tyle potrawa ma być arcy-wyśmienita i jak najstrawniejsza.

A więc plagiaty nie są cechą tylko naszych czasów. Czy możemy się tym pocieszać? A może dorobek ludzkości, zwłaszcza w dziedzinie kucharzenia, nie powinien mieć praw autorskich? Uszczęśliwi przecież każdego. Z wyjątkiem ponuraków i niejadków.

Przed przyrządzeniem kaczej nogi na nasz obiad AD 2016 – ostatnio wolę kupować kaczkę w częściach niż w całości – odnotowałam jeszcze prostą receptę, już dwudziestowieczną, podaną w warszawskim tygodniku „Dobra Gospodyni” w roku 1910.

Oczyszczoną kaczkę nasolić i obrumienić na maśle, po obrumienieniu wsypać łyżkę mąki, zasmażyć i wlać szklankę czerwonego wina, wkroić pół cytryny w plasterki, dodać łyżeczkę cukru i dusić na wolnym ogniu.

Połączyłam te przepisy, odrzucając zdecydowanie obkładanie kaczki słoniną (jeżeli zostawiamy w niej skórkę, ona jest dostatecznie tłusta!) i zmieniając nieco zestaw przypraw. Jedną z zastosowanych przez mnie była taka w młynku, występująca pod nazwą „Przyprawa do kawy i deserów”. Składa się cynamonu, kardamonu i kandyzowanego cukru. Używam jej śmiało i do mięs, zwłaszcza odkąd nie mogę kupić samego cynamonu w młynku. Po przyprawieniu kacze nogi (czu czu), jak radzili poprzednicy, obsmażyłam i udusiłam, podlewając winem, zgodnie z radami „dobrej gospodyni”.

 

Kacze nóżki duszone po mojemu

2 kacze nogi

2–3 liście laurowe

łyżeczka do kawy ziaren kopru włoskiego

4–6 ziaren ziela angielskiego

czarny pieprz ziarnisty

mielony cynamon i kardamon

sól morska

szklanka czerwonego wytrawnego wina

 

Nóżki opalić, obmyć, osuszyć. Przyprawić przyprawą mieloną oraz ziarnami kopru i solą. Odstawić co najmniej na kwadrans. Silnie rozgrzać patelnię do smażenia beztłuszczowego, obsmażać nóżki kaczki z każdej strony, aż się zazłocą. Tłuszcz odlać do innego użytku.

 

Nóżki włożyć na powrót na patelnię. Podlać szklanką wina. Dodać korzenie ziarniste i liście laurowe, szczelnie przykryć i na małym ogniu dusić do miękkości. W razie potrzeby dolewać wina.

Zestaw przypraw do kaczki można dowolnie zmieniać. Znakomite są smaki słodkawe, korzenne, ale i rustykalnie ziołowe, z czosnkiem. Właśnie w takim duchu śródziemnomorskim doprawiłam kiedyś piersi kaczki. Lubię je przyrządzać i podawać cienko pokrojone. Są znakomite jako danie obiadowe, ale wiele uroku mają także na kanapkach (niedawno takie opisałam na blogu). Przyrządzanie piersi można połączyć z… wyjściem na spacer. Gdy po obsmażeniu włożymy je do piekarnika nastawionego na niską temperaturę, spokojnie zostawimy je na dwie godziny, a nawet dłużej. Będą mięciutkie i nie wysuszone.

 

Piersi kaczki z tymiankiem i czosnkiem po mojemu

2 piersi kaczki

2 ząbki czosnku

3 małe cebulki

zioła prowansalskie

świeży tymianek

sól, pieprz

Piersi kaczki obmyć, osuszyć. Naciąć ich skórkę, ale nie przecinać mięsa. Natrzeć ziołami prowansalskimi i solą, obłożyć gałązkami tymianku, posiekaną jedną cebulką i czosnkiem, odstawić co najmniej na kwadrans. Obsmażyć na patelni beztłuszczowej, zaczynając od strony ze skórą. Przełożyć do naczynia do zapiekania, włożyć dwie cebulki (można więcej) i świeży tymianek, podlać troszkę wodą, wstawić do piekarnika nastawionego na 80 st. C co najmniej na dwie godziny. Przed wyjęciem można włączyć na 3 minuty opiekacz nastawiony na najwyższą temperaturę. Podając obłożyć piersi świeżymi gałązkami tymianku.

Gdy nóżki lub piersi kaczki podamy z miską sałaty doprawionej winegretem – pyszny jest czosnkowany, utarty z kapką musztardy – będziemy mieć obiad pierwszej klasy. Prawie obowiązkowo ma być podany z dobrym czerwonym winem.

Do kaczych nóżek dodatkowo usmażyłam placki ziemniaczane – o zgrozo – z gotowych paczuszek. Takie do rozrobienia tylko z wodą. Jak widać na zdjęciu, są dostępne w wersjach z dodatkiem suszonych pomidorów oraz ze szpinakiem. Może nie jest szczytem elegancji korzystać z takich gotowców, ale jak ułatwia to życie. Warto szukać takich półproduktów, których jakość zaakceptujemy i ułatwią nam codzienne gotowanie. Oczywiście dla gości szczególnych, albo gdy będę miała więcej czasu, sama zetrę mączyste ziemniaki i usmażę z nich placki. Na pewno będą lepsze. A stanowią ciekawy dodatek do kaczki, zwłaszcza tej w sosie.

poniedziałek, 13 czerwca 2016
Pod znakiem wiosennych kurcząt

W dawnych czasach w czerwcu powszechnie jadano młody drób. Na stoły trafiały zwłaszcza kurczaki – małe, delikatne, zwykle pieczone, z nadzieniem lub bez niego. Kurczęta były daniem bardzo polskim, chwalili je także cudzoziemcy. Zwłaszcza te nie spotykane gdzie indziej – podawane ze śmietaną i koperkiem. Zacznę więc nie od przepisu, ale od apetycznego opisu takich młodych kurcząt. Gdzie je jedzono w Warszawie?

Adresy i opisy cudownych wprost restauracji można dzisiaj odnaleźć w bibliotece, w zszywkach dawnych numerów „Kuriera Warszawskiego”. Gazeta ukazywała się od roku 1822. Jest kopalnią informacji właśnie z Warszawy (choć nie tylko). Uwielbiam ją czytać.

Choćby taki opis warszawskich restauracji pochodzący z roku 1848. Dwóch żarłoków (wtedy nazywanych gastronomami) z nostalgią wymienia restauracje z czasów jeszcze dawniejszych. I z jakim smakiem!

Ta sama gazeta w którymś z dalszych, już wiosennych, numerów, ukazała także, gdzie i co jedzono w tych przybytkach gastronomii. Ich menu opisano oryginalnie – wierszem. Widać, że popularnością – jak i dzisiaj – cieszyły się ogródki. Obok wymienionych Bielan, znajdowały się także na Woli oraz Saskiej Kępie. Jak zwykle cytat zamieszczam w archaicznej dla nas pisowni oryginału. Ilustruję go winietą gazety.

Wszystkie drzewa coraz bardziej rozwijają się, niezadługo nasze ogrody i ogródki rozzielenia się zupełnie, i wabić nas będą w swoje woniejące, cienia, zaczną się Majowe wycieczki do Bielan, kaskady, Marymontu i innych czarownych zamiejskich gaików. Mnogie gastronomiczne ogródki ockną się z zimowego letargu, i otworzą swoje bramy dla strawnych żołądków, przynęcając je rozlicznemi nowalijkami; powróci życie i ruch do tych spokojnych ustroni, znowu zadzwonią butelki, zabrzęczą talerze, kłęby dymu z cygar i fajek rozbijać się będą o zielone sklepienia drzew, a w pośród tego brzęku i dźwięku, szumu i gwaru, najdobitniej przedzierać się będzie głos usługujących dziewczyn, które przebiegając wszystkie zakręty ogródków, oczekujących gości umieją tak zręcznie pocieszać ulubionem: zaraz Panie!

Gdy tymczasem w kuchni płonie niezwykły ogień, na co patrząc raki szepczą z cicha do siebie, a młode kogutki niemiłosiernie wysoko pieją. Biedne kurczęta! godne politowania raki! ileż to was padnie ofiarą żarłocznych apetytów!

Patrz, w altance w pośród cieni,
Kopa raków się czerwieni,
Szyje grubej tęgie nogi,
Wąsy sterczą jak dwa rogi;
Z łbów się kurzy para ciemna,
Bardzo wonna i przyjemna;
Bo ta para wszystkim znana,
To koperek i śmietana.
Dwaj Panowie jacyś siedli,
I jak gdyby rok nie jedli,
Tak się każdy z nich uwija,
Temu w zębach trzeszczy szyja;
Ten obiera zręcznie nóżki,
Lub wygryza i ssie brzuszki;
nie mówią nic do siebie,
Jak na lekcji lub pogrzebie;
Tylko słychać wśród milczenia,
I mlaskania i trzeszczenia.
A gdy sosu się dobrali,
Jak od pustych skorup wstali.
Owdzie znowu tuż pod bzami,
Stoi półmich z kurczętami,
A kurczaki w rzęd szeroki,
Hardo wzięły się pod boki,
I pod pachą jak dla próbki,
Mają pępki i wątróbki.
Tam znów w lecie pożądana,
Zdala bieli się śmietana;
A śmietana to Mosanie
Co w niej łyżka słupem stanie.
Tu na mniejsze apetyty,
Z cielęcinką butersznity,
Lub do piwa dużej szklanki
Na przegryzkę obwarzanki.
Słowem, wszędzie goście siedzą,
Wszędzie piją, wszędzie jedzą.
Wszędzie pełne ławki, stoły,
Wszędzie słychać gwar wesoły;
A wśród tego gwaru czasem,
Pisną skrzypce z kontrabasem,
A jak nieraz pisną żwawie,
Że podskoczysz aż na ławie,
Że aż uszy zatkniesz sobie,
Że aż w sercu coś poskrobie.

Śliczny opis, prawda? I apetyczny. Raki i kurczaki w tamtych czasach były numerem jeden czerwca. Raków już nie jadamy. Poprzestańmy na kurczętach. Kiedyś już opisywałam te z tradycyjnym polskim nadzieniem (koniecznie z koperkiem), pieczone z wątróbką założoną za skrzydełko, zazwyczaj podawane ze śmietaną. Dzisiaj więc opiszę nieco inne. O smaku papryki. Lubię jej smakiem podkręcać delikatność nieco mało wyrazistego drobiowego mięsa. Podam więc dwa przepisy na kurczaka w papryce. Pierwszego marynuje się w przeddzień podania.

 

Kurczak w jogurcie i warzywach po mojemu

udka kurczaka lub mały kurczak podzielony na osiem części

jogurt bałkański (grecki)

papryka sypka słodka i ostra

oliwa

listki świeżej mięty

słodka papryka żółta, czerwona i zielona

kukurydza (mrożona)

sól

 

Części kurczaka natrzeć papryką słodką, ostrą i solą, a następnie dokładnie wymieszać z jogurtem. Posypać porozrywanymi listkami mięty. Wstawić do lodówki na noc. Wyjąć pół godziny przed pieczeniem. Skropić oliwą. Piec w temperaturze 180 st. C przez pół godziny. Odwracać, aby równomiernie pokryły się sosem spod pieczenia.

 

Papryki oczyścić, pokroić w dość grube paski. Kukurydzę rozmrozić, przekroić na mniejsze kawałki (dobrze się kroi tasakiem). Warzywa dołożyć do kurczaka. Dopiekać 10–15 minut, zależnie od wielkości kawałków.

Do dania można oddzielnie podać świeży zimny jogurt wymieszany z solą i listkami mięty. Taka przymieszka w rodzaju greckiego sosu tzatziki smakuje wybornie także z dodatkiem startego świeżego ogórka i czosnku. Będzie dyskretnym ukłonem w stronę polskich wiosennych i letnich kurcząt ze śmietaną.

Drugiego kurczaka nie trzeba przechowywać przez noc. Upieczemy go z marszu, kupionego tuż przed obiadem. To propozycja na szybki obiad. Małego kurczaka (takie lubię kupować, nie są tłuste) przyprawiamy, wstawiamy do piekarnika, zaglądamy do niego raz lub dwa razy i mamy czas na przygotowanie stołu oraz surówki. Bo takiego kurczaka śmiało można podać z pieczywem. Może z grzankami z czosnkiem?

 

Kurczak w papryce z koperkiem po mojemu

kurczak

pęczek koperku

masło świeże lub klarowane

sól

sypka papryka słodka i ostra

 

Kurczaka umyć, osuszyć, natrzeć solą i paprykami w dowolnej proporcji słodkiej do ostrej. Do tuszki włożyć pół pęczka koperku. Kurczaka obłożyć pozostałymi gałązkami. Na wierzchu rozłożyć masło. Piec przez 20 minut w 250 st. C. Odwrócić, zmniejszyć temperaturę do 180 st. C. Podlać odrobinę wodą. Po pół godzinie tuszkę znowu odwrócić, dopiekać jeszcze 10–20 minut. Przed podaniem zdjąć koperek z wierzchu i wyjąć ze środka.

Do tego kurczaka można także podać przymieszkę jogurtową. Ale może w zapasach mamy ubiegłoroczne ogórki kiszone lub marynowane? Nie są już najpiękniejsze. Nawet z tych mało jędrnych można przyrządzić kwaśno-słodką sałatkę.

 

Sałatka z cykorii i jogurtu po mojemu

cykoria

ogórki kiszone lub konserwowe

olej słonecznikowy

płynny miód

czarny pieprz z młynka

Z cykorii usunąć głąby, listki pokroić w paski. Ogórki pokroić w plasterki. Wymieszać olej z miodem. Warzywa wymieszać, polać ta zaprawą. Posypać sporą porcją świeżo mielonego pieprzu.

Kto lubi, może do sałatki wkroić cebulę lub szalotkę. Tradycyjnym polskim dodatkiem do pieczonych młodych kurczaków była mizeria. Chyba dziś mniej popularna niż dawniej. Opiszę ją przy okazji kolejnego pieczonego kurczaka. Bo na pewno latem będę go podawała.

wtorek, 31 maja 2016
Perliczka w kapuście

Kiedyś przytoczyłam, co o perliczkach (pantarkach) pisał w „Leksykonie sztuki kulinarnej” Maciej E. Halbański: [Ma] bardzo smaczne, ciemne mięso, przypominające w smaku bażanta; można je piec, dusić, np. ze świeżą, lekko obgotowana kapusta głowiastą. Ludwik Szczepański, poeta Młodej Polski i znakomity gastronom, twierdzi, że tłusta kapusta i delikatne mięso perliczki doskonale sobie odpowiadają (Nowa Uniwersalna Książka Kucharska, Kraków 1949).

Przypomniałam sobie tę rekomendację, gdy wypatrzyłam wśród drobiu świeże tuszki perliczek z hodowli wielkopolskich. Sięgnęłam do francuskiego przepisu, który znalazłam w książce „Smaki świata. Francja”. Danie o nazwie Pintade au chou opisane jest jako zimowe, bo podane na kapuście duszonej z bekonem. Receptę przeczytałam i wykorzystałam po swojemu, dostosowując ją do pory roku. Mamy przecież cudownie ciepłe dni późnej wiosny. I młode warzywa. I potrzebę jedzenia dań lżejszych niż tłusta kapusta.

Perliczka w młodej kapuście po mojemu

perliczka

pół główki młodej kapusty

sól morska, biały pieprz malajski

pół jabłka

natka pietruszki

świeża mięta

olej słonecznikowy

ocet z białego wina

szczypta cukru

jedna cebula

bouquet garni (natka, tymianek, 2 listki laurowe)

Perliczkę obmyć, osuszyć. Połówkę jabłka oczyścić z gniazda nasiennego, ale skórkę pozostawić. Miąższ pokroić w kostkę, wymieszać z posiekaną natką, listkami mięty, solą i pieprzem. Tuszkę wypełnić tym farszem, spiąć lub zszyć.

Perliczkę skropić olejem, ułożyć w brytfance, posypać kilkoma listkami mięty. Przez 20 minut piec w temperaturze 240 st. C. Potem zmniejszyć ją do 160 st. C, piec ptaka pół godziny.

Kapustę pokroić na ćwiartki. W garnku zagotować osoloną wodę, ćwiartki kapusty blanszować przez 3 minuty.

Na patelni rozgrzać olej, zeszklić w nim plasterki cebuli. Dodać wyjęte z wody ćwiartki kapusty oraz związany nicią bouquet garni. Doprawić do smaku octem winnym, pieprzem i szczyptą cukru (kapusta była gotowana w wodzie osolonej, ale jeśli trzeba, dosolić ją). Chwilę smażyć wszystko razem.

Podduszoną kapustę i całą zawartość patelni dorzucić do brytfanki z perliczką. Przykryć, dusić kolejne 15–30 minut. Czas zależy od wielkości ptaka, ma być miękki (sprawdzać w udkach). Odkryć, usunąć bouquet garni, tuszkę dopiec przez 5 minut w najwyższej temperaturze pod opiekaczem. Skórka powinna się zrumienić.

Do tej perliczki podałam surówkę z drugiej połówki młodej kapusty. Starłam ją w malakserze, doprawiłam olejem z orzechów laskowych, octem z białego wina, solą i pieprzem. Przed podaniem posypałam ją zrumienionymi na suchej patelni orzeszkami cashew.

Na koniec szczypta wykwintu. Bo perliczkę zawsze zaliczano do drobiu, który mógł być podawany podczas uczt najbardziej wytwornych i bogatych. Choćby takiej weselnej z roku 1901. Propozycję podał „Tygodnik Mód i Powieści”, odpowiadając czytelniczce. Może i dzisiaj menu zainteresuje kogoś, kto myśli o weselu? Takie urządzone w starym stylu na pewno byłoby bardzo oryginalne.

Po wódkach i różnych przekąskach podać:

1) Bulion, barszcz i paszteciki w cieście francuskiem. Wino Madera i Portwein.

2) Łosoś i szczupak z rusztu z sosem tatarskim. Wino francuzkie białe i czerwone.

3) Udziec sarni, polędwica, sałaty. Wino to samo i piwo pilzeńskie.

4) Kalafiory, szparagi i karczochy. Wino szampańskie.

5) Młode kaczki, perliczki, indyczki i kompoty. Wino szampańskie.

6) Lody, poncz mrożony, owoce i sery.

7) Kawa, likiery.

8) Torty, cukry. Wino węgierskie stare.

Do zimnego, także wytwornego bufetu pasuje zaś klasyczna perliczka w galarecie. Jak ją przyrządzić, opisał ten sam zasłużony tygodnik, który zmienił nazwę i nazywał się „Nasz Dom”. Przepis pochodzi z roku 1914, ostatniego w blisko osiemdziesięcioletniej historii tego pisma dla pań. Zaczęło się ono ukazywać w Warszawie w roku 1835 jako „Magazyn Mód”. Ten prosty przepis sygnowany był literą M.

Niema wykwintniejszej w smaku galarety, jak z perlicy. Gotuje się ją w wybornym włoszczyźnianym smaku, z dodaniem nóżki cielęcej dla tęgości, robi się galaretę, ubierając foremkę jajkiem na dnie. Do galarety daje się sos majonezowy.

Perliczki w kapuście – czy to w wersji zimowej z bekonem, czy w wersji letniej, tylko z ziołami – w odróżnieniu od tych wytworności, nie podamy podczas uroczystego obiadu. Będzie pasowała do posiłku domowego, rodzinnego, w tym tego spożywanego razem z przyjaciółmi. Zwłaszcza wniesiona na na taras czy do ogródka stanie się ucztą, która będzie miała szansę wprowadzić obecnych w błogi nastrój, dobry humor, odstresować, no i dać się zapamiętać. Chude i ciemnawe mięso perliczki zasługuje na pamięć.

sobota, 21 maja 2016
Delikatny kurczak i wyrazista papryka

Z zimna wskakujemy w upały. Na razie jeszcze nie są dotkliwe i cieszą, ale po opędzeniu uciążliwych spraw „na mieście" wracamy do domu spoceni i zmęczeni. Fakt, że inaczej niż wtedy, gdy było zimno. Ale jednak.

Do tego ciepła dopasowujemy obiadowe menu. Potrawy mają być lżejsze, porcje mniejsze, smaki fikuśniejsze. Wiosna w pełni. A zaraz za nią lato. Także w kuchni.

Moja propozycja obiadowa nie jest wymyślna, choć przedstawia się efektownie. Taki obiad przygotujemy w pół godziny. Kupujemy do niego piersi kurczaka (najlepiej tego z wolnego wybiegu) i świeżą paprykę. To jest dostępne wszędzie i zawsze. Zakładam, że pozostałe składniki mamy w domu. Wśród nich zaś bułkę tartą. Bo usmażymy piersi panierowane. Zwykle nazywam je sznycelkami z kurczaka i smażę z piersi pokrojonych w drobniejsze kawałki. Tym razem panierowałam piersi całe, nawet z tzw. polędwiczkami. Zainspirowała mnie bułka tarta inna niż ta drobna, pospolita.

Nawiasem, najlepiej bułkę ucierać lub własnoręcznie mleć z ususzonego pieczywa pszennego. Ale nie zawsze tyle da się go zebrać czy ususzyć i najczęściej jednak jesteśmy skazani na tę gotową. Różnej jakości; mówiąc oględnie – taką nie o stałych parametrach.

Tym razem sklepowa bułka wyglądała interesująco, bo nie jak sypki miał, skręcony nie wiadomo z czego. Duże kawałeczki okruszków były na pewno z jednego gatunku pieczywa, utłuczonego (?) bez skórki. Bardzo ładnie wyglądała, toteż postanowiłam ją wypróbować. Od razu zdradzę, że egzamin zdała z wysoką notą. Ma nazwę: tarta bułka typu japońskiego. Podobno oryginalną można znaleźć w sklepach z żywnością orientalną.

Filety z kurczaka w panierce japońskiej po mojemu

filety z kurczaka

serek ziołowy (np. philadelphia)

zioła świeże (np. tymianek lub bazylia)

mała cebula dymka lub perłowa i/albo ząbek czosnku

bułka tarta typu japońskiego

jajko

łyżka śmietany kremowej

olej kokosowy do smażenia

sól, pieprz

Piersi kurczaka bardzo lekko rozbić końcówką noża lub, przez folię, tłuczkiem. Chodzi o to, aby włókna mięsa nieco rozluźnić, ale ich nie miażdżyć. Doprawić solą i pieprzem. Serek rozetrzeć z najdrobniej posiekaną cebulką lub roztartym ząbkiem czosnku, wymieszać z listkami ziół.

Filety rozłożyć, nie oddzielając tzw. polędwiczek. Na każdej ułożyć łyżeczkę farszu z twarożku, przykryć polędwiczką, spiąć starannie wykałaczkami.

Przykryte folią spożywczą wstawić do lodówki choćby na pół godziny (można przygotować w przeddzień obiadu). Jajko wybić do miseczki, rozkłócić ze śmietaną, dodać posiekane drobno zioła i sól, starannie wymieszać. Bułkę tartą przygotować na talerzu lub w płaskiej misce. Filety panierować w jajku, a następnie w tartej bułce, dociskając ją dłonią. Można to zrobić dwa razy, aby farsz nie wypłynął podczas smażenia. Nadmiar bułki strzepnąć.

Olej kokosowy rozgrzać mocno na patelni, a następnie nieco zmniejszyć pod nią temperaturę. Filety smażyć z obu stron, uważając, aby się nie spaliły. Jeżeli nie ma się pewności, czy są usmażone w środku, patelnię przykryć pokrywką lub usmażone filety wstawić na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 160 st. C.

Jedna uwaga: potrawy z taką panierką (drób, warzywa, kotlety mielone, krewetki) nie powinny być smażone w temperaturze zbyt niskiej. Idzie o to, aby bułeczka od razu zamieniła się w skorupkę: aby zbyt nie nasiąkała tłuszczem i zrobiła się chrupka. Dlatego do smażenia trzeba go dość mocno rozgrzać. Cała z kolei sztuka, aby panierki nie spalić. Potrzebna jest więc uwaga i pewne
wyczucie.

Do kurczaka – delikatnego, a zarazem chrupkiego i ziołowego – proponuję podać sałatkę z opiekanej papryki. Pokazywałam ją już nie raz. Ale zawsze warto. Lubię paprykę w każdej postaci, ale ta opieczona wyzwala pełnię swego smaku, czyli dyskretną, ciekawą słodycz. Proponuję połączyć czerwoną paprykę z białym hiszpańskim serem manchego i takimi pierścionkami cebulki oraz z listkami zielonej bazylii, zwyczajnej albo cytrynowej lub tajskiej. Uzyskamy sałatkę kolorystycznie podobną do klasycznej włoskiej caprese. Ale zupełnie inną w smaku, dzięki papryce w miejscu pomidora oraz dodatkowi hiszpańskiego owczego sera. Młody, jaśniejszy i bardziej miękki, jest w smaku łagodniejszy od dojrzałego.

 

Sałatka z opieczonej papryki, sera i bazylii po mojemu

2 czerwone papryki

młody ser manchego

mała cebulka

świeża bazylia

oliwa

czarny pieprz z młynka

Papryki opiec w piekarniku pod opiekaczem nastawionym na maksymalną temperaturę, aż uzyskają czarną, spaloną skórkę (po ok. 5min. z każdej ich strony). Wyjąć, umieścić (ostrożnie, gorące!) w plastikowej torebce, odstawić, aż przestygną. Po wyjęciu spalona
skórka łatwo będzie schodzić.

 

Miąższ papryki pokroić w paski. Cebulkę skroić w cieniutkie krążki i rozdzielić je na pierścienie. Paski papryki ułożyć, udekorować cebulą, cienko zestruganymi plasterkami sera i listkami bazylii. Skropić oliwą, posypać pieprzem z młynka.

Kto koniecznie potrzebuje, może lekko sałatkę posolić. Nie jest to konieczne, bo ser, nawet młody, zawsze jest mniej czy bardziej słony.

Co jeszcze podamy do tego obiadu? Koniecznie miskę sałaty. W „Kurierze Warszawskim” z roku 1847 znalazłam przepis na najbardziej chyba oryginalną sałatę pod słońcem. Jest to sałatka dla dam. Dopowiem jeszcze, że każdej z nas na pewno taka by smakowała! Zamieszczam nie zmieniając pisowni oryginału.

 

Król Filip IIgi Hiszpański, będąc w wesołym humorze, posłał 3ciej swoiej żonie Annie Austrjaczce na złotym talerzu sałatę z następuiącem pismem:
„Najdroższa połowico. Przy tem piśmie otrzymasz sałatę, którą ia sam przyprawiłem, a która ci, iak spodziewam się, smakować będzie; oby ci była na zdrowie! widzisz, że ia do wszystkiego mam talent, nawet do kucharstwa. Twój Filip.”

Ale ta sałata nie była z ogrodowych ingrediencji, lecz z kosztownych kamieni: topazy były zamiast oliwy, rubiny niby ocet, perły i brylanty sól, a szmaragdy niby zielone liście sałaty; i ta sałata kosztowała 16,000 dukatów.

Wielką zaletą tej sałaty jest na pewno niewątpliwy brak kalorii. Choć, oczywiście, nie tylko. Bo przepis na nią jest tyle prosty, ile kosztowny.

środa, 30 marca 2016
Poświąteczne remanenty

Będzie o gospodarowaniu. Zacznę od tekstu dawnego, sprzed blisko osiemdziesięciu lat. Dzisiaj raczej nie mógłby się ukazać w żadnym poważniejszym tytule. Jeżeli zaś by znalazł miejsce w którymś z konserwatywnych pisemek dla „prawdziwych rodaków i rodaczek”, na pewno od razu by się spotkał ze zjadliwymi komentarzami, obśmiewaniem i może nawet hejtem ze strony środowisk im przeciwnych. A już na pewno feministki nie pominęłyby takiej gratki, żeby się nie oburzyć na szowinistyczny tekst niewątpliwie mężczyzny ukrywającego się (nic dziwnego!) pod pseudonimem Ajaks.

Trzeba jednak mieć świadomość, że zawarte w nim poglądy odzwierciedlają to, co o roli kobiety w małżeństwie i w domu myślał ogół społeczeństwa w tych dawnych czasach. Nie tylko w naszym kraju. A ukazał się ów tekst w roku 1938 w raczej rozrywkowym piśmie „As”, przeznaczonym dla klasy średniej, snobizującej się na high life, kulturę i sztukę. Także życia. Ów „As” wchodził w skład krakowskiego prasowego koncernu stworzonego i rozwijanego przez Mariana Dąbrowskiego (1878–1958 w Miami), który jego potęgę zbudował w oparciu o „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. „Ikac” był największą pod względem nakładu i najbardziej popularną gazetą przedwojennej Polski, a Marian Dąbrowski przez pewien czas nawet senatorem II RP. Dopowiem jeszcze, że „Asa” możemy nazwać protoplastą powojennego „Przekroju”. Choć „P” osiągnął poziom zdecydowanie wyższy – treściowo, tematycznie, graficznie, redakcyjnie. Ale ze swojego przodka wiele zaczerpnął.

„As” pisał o wszystkim: o aktualiach dnia, a raczej tygodnia, o ponadczasowych ciekawostkach ze świata i z kraju, o recenzjach, ploteczkach i kulisach teatru, estrady i filmu, o sławnych ludziach, o arystokracji, o modzie, urodzie i kuchni, zamieszczał krótką prozę i jakieś wierszyki. Wszystko w lekkim tonie, w skrócie, zarysie, w założeniu inteligentnie, krótko i błyskotliwie. Z czym różnie bywało.

Tyle tytułem wstępu. Teraz – temat właściwy, czyli o gospodarowaniu. A właściwie o tym, kto powinien to robić w domu. Oczywiście wtedy uważano, że kobieta – także, ale chyba zwłaszcza w małżeństwie. Bo mąż był zdecydowanie osobą najważniejszą. W owym czasie coraz więcej żon pracowało już na równi z mężami, ale nie wszystkie. A ich pracy nie traktowano poważnie. Dlatego to pan domu przychodzący z pracy po domu musiał odpoczywać, zapoznawać się z gazetą, czytaj: odbywać popołudniową drzemkę w oczekiwaniu na kolację. Oczywiście, przygotowaną przez panią domu. Trzeba uczciwie dodać: właściwie przez służbę, ale nie bez udziału główki samej pani (rączek nie musiała sobie brudzić…). Dlaczego to, aby kobieta nie stroniła od zajęć domowych, było takie ważne? Autor tłumaczy to prosto, aby nie rzec – prostacko. Bo jaki byłby wstyd, gdyby z tym wszystkim nie umiała sobie poradzić! Jak prosto.

Tekst przytaczam w całości. Z oryginalną winietą tytułu i ilustracją. Podejrzewam, że wziętą z jakiegoś pisma zza oceanu. O prawa autorskie wtedy nie dbano.

Pokażemy wam tu przykłady z codziennego życia, wykazujące, jaką przyjemność stanowi t. zw. „życie towarzyskie". Jakkolwiek przybiera ono coraz to inne formy, organizacja jego jest przywilejem pani domu. Organizując życie towarzyskie musimy zainteresować się sprawami kulinamemi, zazębiającemi się silnie z całą techniką tej dziedziny.

– Jedziemy na automobilowy week-end. Któż dba o zawartość kuferka z spiżarnią, z taką radością rozpakowywanego na postoju, w cieniu leśnych drzew, kiedy świeże powietrze podziała na apetyty i pragnienie?

– Idziemy na wycieczkę w sympatycznem towarzystwie na kilka dni czy dłużej. Wszakże modny jest dzisiaj sport pieszy, który otrzymał nawet ponętną nazwę, przypominającą jakiś taniec zagraniczny: Footing. Któż napełnia plecaki żywnością, tak przezornie zestawioną, aby ją można było uzupełniać w drodze niewielkimi już tylko dodatkami, możliwymi w danej okolicy do zakupienia.

– Urządzamy wieczór dla młodych ludzi w mniej czy więcej zamożnym domu. Czy panienka z liceum lub słuchaczka uniwersytetu, umie zaaranżować wszystko sama, choćby z pomocą służby, gdy dajmy na to, pani domu wyjechała na kurację? Czy młoda adeptka na gosposię zestawi odpowiednie przekąski i chłodzące napoje?

– Czeka młodą parę małżeńską wy cieczka na kajaku. Jakiż byłby to wstyd, gdyby młoda pani nie umiała sobie poradzić z aprowizacją! Czy będzie czekać na rady męża, który w nawale pracy przed urlopem, ledwo ma czas wpaść do domu na posiłki i przerzucenie dzienników?

– Młode małżeństwo i „świeżo upieczeni” teściowie, pocieszają się nieraz, nadrabiając miną, że dłuższa praktyka dopomoże młodej pani w nabyciu wiadomości, dotąd obcych jej ulokowanej starannie główce.

– Jakie potrawy można właściwie podawać w czasie upałów? – pyta młoda mężatka swej przyjaciółki. Mój mąż zaledwie spróbuje tego i owego, ale właściwie prawie nic nie jada podczas kanikuły...

– Żeby to choć czasami zjawiła się na naszym stole jedna z tych potraw, jakie nam lak smakują w restauracji! – marzą nieraz w swojem kółku panowie, posiadający eleganckie żony i zasobne domy.

Kucharka, nawet dobrze znająca swój zawód, nie sprosta tak różnorodnym zadaniom. Tu trzeba czegoś więcej. A o tem wiedzieć powinny młode panienki na równi z wieloma tajnikami życia, które poznają z biegiem lat.

Nie wystarczy dobra prezencja, ładnie zaondulowana główka, manicure i pedicure bez zarzutu... Ważną jest znajomość form towarzyskich, umiejętność znalezienia się w każdej sytuacji życiowej, szybkie przystosowanie się do wyższych wymagań, jakie stawia nieraz przed nami życie. A równie ważnem jest opanowanie techniki prowadzenia domu, który stać musi na pewnym poziomie, uzależnionym stanowiskiem męża, czy samotnej kobiety z towarzystwa. Nie będzie to miłem, kiedy młoda pani domu, zajęta swemi przedewszystkiem sprawami, zdawać się będzie na służbę, lub szukać pomocy i rady często u obcych, gdy los postawi ją w innem niżeli wzrosła środowisku.

To wszystko nie wymaga zresztą ani zbyt wiele trudu, ani uczęszczania do specjalnych szkół, jakkolwiek dobrze jest ze strony fachowej zapoznać się z ,,chemją” kuchni i coraz potrzebniejszą w codziennem życiu, djetetyką.

Wystarczy wśród innych zainteresowań przejawić chęć zapoznania się z techniką prowadzenia domu pod okiem własnej matki, co niewiadomo dlaczego stało się niemodne.

Ulegamy we wszystkiem modzie i trzeba powiedzieć, że jest to objaw zupełnie zrozumiały i korzystny; nie wolno nikomu stać w miejscu, a więc postępujmy naprzód w dziedzinie przystosowywania wyglądu zewnętrznego domu do ogólnie przyjętych wymagań. Ale stwórzmy czasami jakąś pożyteczną modę wśród nas samych, w środowisku, w którem żyjemy. Niechaj panna Krysia czy Dziunia, rozszerzy krąg swoich zainteresowań na sprawy także czysto domowe, niech tworzy wśród swych rówieśniczek modę, wyścigi, niejako konkurs, na terenie tak zaniedbanym wśród naszych uczących się panienek, jakim jest właśnie gospodarstwo domowe. Z doświadczeń każdej matki czerpać można zasoby wiadomości na długie lata. Posiadając je, nie odczujemy ani balastu, ani przeciążenia, ani nie doświadczymy trudów zdobywania arkanów życia, jakże potrzebnych na każdym kroku. Zdobywając  wiedzę, kształcąc wrodzone zdolności artystyczne, sportowe czy jakiekolwiek inne, bo wszystko jest dostępne dla kobiety – uczcie się, panienki, także poznawać obowiązki pań domu, aby nie spłonęły wam kiedyś policzki wstydem wobec osób, którym będziecie chciały zaimponować we własnym domu.

No cóż. Gdyby uwag i pouczeń autor nie kierował tylko w stronę owej biednej panienki, czekającej na męża, ale i w stronę owego przyszłego męża – z tekstem nie sposób by się nie zgodzić. Gospodarowanie jest ważną umiejętnością życiową. Ale jak żona myśli o mężu, tak mąż ma myśleć i o żonie. Bo oboje odpowiadają za swój dom: jego czystość, brak marnotrawstwa, dobrą organizację, a w sumie: za pogodę dnia codziennego. Zwłaszcza dzisiaj, gdy nawet na tę kucharkę, tak powszechną przed wojną w domach klasy średnio wyższej, nie można liczyć, bo jej nie ma. Moda na domowe obowiązki – zgoda. Ale koedukacyjna. Gender? Jak zwał, tak zwał. Dawniej się mówiło: równouprawnienie (staroświecko?). Przed wojną cienko i cicho występowały o nie kobiety nazywane postępowymi, przeważnie z kręgów PPS-u i z obszaru „Wiadomości Literackich”. Wojna zmiotła z domu kucharki, ale mąż wracający z pracy i wylegujący się na kanapie po wojnie do domu powrócił. Bo nawet po wojnie panowie źle przyjmowali aspiracje zawodowe kobiet (o czym opowiadał film „Irena do domu”). Potem na pracę się godzili, byle kobieta w domu pracowała na drugą zmianę. A mąż po swojej mógł odpocząć. I czekać z gazetą na kolację... Czy dzisiaj tacy jeszcze występują? Mam nadzieję, że nie. Że za dom odpowiadają oboje małżonkowie jednakowo.

Jedną ze sztuk dobrego gospodarowania jest radzenie sobie z resztkami. Najlepiej gdyby nawet po takich świętach jak Wielkanoc ich nie było. Ale rzadko komu tak się udaje wszystkim zarządzić. Pozostają zwykle świąteczne wędliny i mięsa. Czego nie chce się zamrozić, trzeba przerobić i zjeść. Nigdy nie wyrzucać.

Sztuki radzenia sobie z resztkami uczymy się zwykle w rodzinnym domu. W moim marnowania żywności nigdy nie było. Kiełbasę można było obsmażyć, na szynce ugotować zupę, mięso zemleć na farsz do naleśników. Często takie potrawy skomponowane z resztek są smaczniejsze od surowca wyjściowego. Należą zwykle do kuchni domowej. Jedną z typowo polskich, a nawet wręcz staropolskich, pozwalającą na zagospodarowanie resztek mięsnych, jest oczywiście bigos. Dawniejszy z samego mięsa lub duszonego z kwaskowymi jabłkami, młodszy, ale nam znany wyłącznie – z dodatkiem kapusty, nazywany przed owymi laty hultajskim lub myśliwskim.

U nas po obiedzie świątecznym została surówka z kapusty oraz drobiowe udka (patrz: wpis poprzedni). Udusiłam jedno z drugim, ale ze sporym dodatkiem papryki – surowej i sypkiej. Powstał bigos o zapachu Węgier. Nie tak tłusty jak ten nasz rodzimy, za to intrygująco pikantny i bardzo kolorowy. Można wziąć do niego pozostałości po pieczonym indyku albo innym drobiu, a ostatecznie i inne mięsa czy wędliny. Byle je połączyć z papryką. Nie powinny być przy tym tak tłuste, jak nasz bigos, do którego często dodaje się boczek, a nawet słoninę. Przynajmniej tak robiono dawniej.

Bigos na sposób węgierski po mojemu

resztki mięsa, najlepiej z pieczonego drobiu

2 cebule

olej lub tłuszcz z drobiu

2 listki laurowe

papryka świeża w różnych kolorach

pomidory krojone w soku własnym (kartonik) lub 4 pomidory świeże

papryka mielona słodka

papryka ostra suszona (czuszka, peperoni lub chili)

ew. sól i pieprz

Cebulę oczyścić, pokroić w półplasterki, zeszklić na oleju (2–4 łyżki). Resztki drobiu oddzielić od kości, mięso pokroić w kostkę, dorzucić do cebuli. Poddusić chwilę. Paprykę oczyścić, pokroić w paski lub w kostkę, dorzucić do rondla. Dusić razem pod przykryciem. Gdyby wszystko było za suche, podlać wodą.

 

Zestawić z ognia, dosypać paprykę sypką. Ponownie podgrzać, wymieszać, dodać pomidory. Dusić znowu z kwadrans. Dodać kapustę kiszoną (razem z sokiem spod niej lub z olejem, jeśli to surówka).

 

Dusić znowu przez pół godziny. Spróbować, doprawić do smaku papryką i, jeśli potrzeba, solą i pieprzem. Wrzucić listki laurowe i pokruszone lub całe strączki ostrej papryki suszonej (dla przeciętnej ostrości wystarczą dwa).

 

Bigos przykryć, dusić dalej, a gdyby był za suchy, podlać wodą lub winem.

Zaręczam, że smakuje rewelacyjnie. Nie polecam go podawać jako dania kolacyjnego. Lepiej zjeść na obiad, a potem zabrać się za wiosenne sprzątanie garażu, solidne mycie samochodu lub czyszczenie roweru i nim przejażdżkę. Albo bardzo długi spacer.

Jako bonus podam garść przepisów z tego samego rocznika „Asa” na ciekawe dania z rozmaitych resztek. Dział kulinarny w piśmie prowadziła Zofia Szyc-Korska, podpisująca się Sc. Ko. Do dyspozycji miała całą kolumnę (nieraz jeszcze więcej), którą dzieliła między menu na wszystkie dni tygodnia, dopasowane do niego kilka przepisów oraz zwykle jedno zdjęcie jakiegoś sprzętu lub gadżetu ułatwiającego gotującym życie. A były jeszcze jakieś żywnościowe reklamy, wszystkie pisma koncernu miały ich pod dostatkiem.

Przepisy podaję z zachowaniem autorskiej pisowni, nie zawsze zgodnej nawet z ówczesną ortografią. Nie zawsze też są czytelne. Tej kolumny chyba nikt nie redagował, pozostawiając ją całkiem do dyspozycji autorce. Ale – po rozszyfrowaniu i przykrojeniu do naszych gustów (dajemy zdecydowanie mniej mąki, nie zaprawiamy sosów żółtkami, podajemy z dodatkiem zieleniny itd.) – jej propozycje kulinarne śmiało możemy wykorzystać i dziś. Pozbywając się z lodówek poświątecznych pozostałości.

RESZTKI DROBIU „ FRICASSEE

Mięso z pozostałego duszonego lub pieczonego drobiu, kraje się drobno i odstawia przykryte. Kostki rąbie się w kawałki, zalewa się troszką wody, wygotowuje i uzyskany stąd rosół ostudza. Z łyżką masła i mąki zasmaża się razem, zagotowuje i podprawia żółtkiem, roztartem z łyżeczką masła deserowego, solą i pieprzem. Do sosu tego wkłada się odstawione mięso wraz z pokrajaną również duszoną wątróbką. Wszystko razem podgrzewa się szybko na ogniu, nie gotując potrawy więcej. Ragout podaje się z knedlem bułkowym, t. zw. serwetkowym, pokrajanym w plastry.

SAŁATKA Z RESZTEK RYBY

Resztki ryby lub też rybą ugotowaną w słonej wodzie oczyszcza się z ości i z pomocą dwóch srebrnych widelcy drobi na małe kawałki, poczem dodaje się kilka łyżek majonezu […], miesza dokładnie, układa na salaterce w formie ryby, osypuje siekanym auszpikiem [galaretą] i ubiera kaparkami i plasterkami cytryny.

RAGOUT Z POZOSTAŁYCH MIĘS

Z resztek pieczeni, dziczyzny lub drobiu sporządzić może pomysłowa pani domu doskonałe ragout, które poda na muszelkach robi dobre wrażenie. Należy tylko mięsa odpowiednio dobierać. Nie należy np. łączyć białego mięsa z dziczyzną, lub dodawać mięso z gęsi, którego specyficzny aromat górowałby nad każdem innem. Do mięsa, pokrajanego w drobne kawałki dodaje się parę łyżek uduszonych pieczarek i kieliszek madery, podgotowuje, poprusza [!] mąką, zasmaża, podlewa rosołem (skąpo, aby ragout było zawiesiste), zaprawia solą, pieprzem i sokiem cytrynowym, nakłada na muszelki, kropi masłem i wstawia na parę minut do piecyka. Tak samo ragout można też w miejsce rosołu zmieszać z paru jajami dobrze rozkłuconemi [!], potem dopiero nakładać na muszelki, kropić masłem i zapiekać w piecyku. Podaje się je posypane zieloną pietruszką i ubrane marmoladą pomidorową.

PASZTET Z RESZTEK PIECZENI ZAJĘCZEJ

Resztki pieczeni zajęczej, obrane z kostek, waży się i bierze tę samą ilość boczku wieprzowego, który ugotowany, miele się paro razy wraz z mięsem zajęczem i uduszoną wątróbką kurzą lub gęsią (można też ostatecznie użyć kawałek wieprzowej lub cielęcej wątroby). Zmielony kilkakrotnie farsz uciera się przez dłuższą chwilę z 1–2 jajami, dodaje łyżkę tartej bułki, o ile farsz wydaje się za wolny, poczem nakłada się masę do formy, natartej masłem, wstawia ją do większego naczynia z gorącą wodą, nakrywa i gotuje tak na parze przez trzy kwadranse. Po wyjęciu z wody pozostawia się pasztet w formie i wyjmuje dopiero po ostudzeniu; inaczej się rozsypie.

Uwaga moja: taki pasztet można robić także z innego mięsa, a do niego dołożyć wątróbki kurze lub indycze.

FASZEROWANE ZIEMNIAKI

Poprawa ta nadaje się jako dodatek do befsztyków lub przy przybranie pieczystego. również jako osobne, skromne danie. Z kilku, równej wielkości okrągłych ziemniaków obranych, ścina się wierzchołki i wydrąża środki. W wydrążone miejsce nakłada silę farsz z resztek pieczeni wieprzowej lub tłustych odpadków szynki. Farsz miesza się z 1–2 jajami, solą, pieprzem i łyżką tartej bułki. Napełnione ziemniaki nakrywa się odkrojonemi poprzednio wierzchołkami, które się umocowuje zapomocą nitki, osypuje ziemniaki, mąką zmieszaną z solą, ustawia na brytwannie, natartej masłem i wstawia do gorącego piecyka. Upieczone na rumiano i pozbawione nitek polewa się masłem i podaje gorące.

Obiad z resztek może zrobić każdy. Pan domu, pani domu, domowe nastolatki, no i oczywiście kucharka, o ile ktokolwiek taką jeszcze zatrudnia. A jeżeli resztek brak, bo tak świetnie gospodarujemy? Te same dania można sporządzać z produktów świeżych.

poniedziałek, 28 marca 2016
Drób świąteczny z historią w tle

Śniadanie wielkanocne zjedzone, teraz dojadamy to, co z niego pozostało. A zwykle pozostaje dużo. Jednak, gdy na poniedziałkowym obiedzie spodziewamy się gości, poniedzielne resztki nie wystarczą. Podamy je na przystawkę. Pewnie będą to wędliny, może sałatka jarzynowa, jajka na twardo. A zupa? U nas, oczywiście, żurek. Ale w wersji bogatej, mięsnej, gotowany na wywarze z gotowania szynki, ale i na solidnej porcji włoszczyzny, z suszonym  grzybkiem. Na własnoręcznie ukiszonej mące żytniej. Kiedyś trzeba jej było szukać na bazarze, teraz można ją dostać w każdym większym sklepie. Jeżeli mąki nie ukisiliśmy, kupujemy do niej wywar gotowy, w butelce. Żurek dodatkowo zaprawiam solidną łyżką chrzanu. Pływają w nim talarki białej kiełbasy lub paseczki szynki, no i są ćwiartki jajek na twardo. Jego szarość ubarwia zielony koperek. A co podać na drugie danie? Tradycyjnie piecze się wielkanocnego indyka. Staropolska kuchnia znała wiele sposobów jego nadziewania: od francuskiego z kasztanami, po farsze pasztetowe, zwykle z dodatkiem cielęciny. Nadziewano przy tym nie indyczą tuszkę, ale podgardle, dzięki czemu podczas pieczenia nie wysychało białe mięso piersi.

Takiego indyka miałam zamiar kupić. Ale gdy już robiłam przedświąteczne zakupy, wymyśliłam inny sposób na podanie drobiu. Nie tylko indyka. Obok jego udek i podudzi, kupiłam kacze nóżki i podudzia kurczaka. Każde przyprawiłam inaczej, ale wszystkie upiekłam razem.

Udka indyka, kaczki i kurczaka pieczone razem po mojemu

udka i podudzia indyka

gotowa przyprawa quatre épices (gałka muszkatołowa, cynamon, goździki i pieprz)

sól perska

udka kaczki

skórka starta z pomarańczy

gotowa przyprawa ze skórki cytrynowej i pieprzu

sól cypryjska

udka kurczaka

majeranek

czarna sól hawajska

masło klarowane

czarny pieprz z młynka

likier Triple Sec lub inny pomarańczowy

1 pomarańcza

zioła świeże: rozmaryn, mięta, majeranek lub oregano

Kolejne udka i podudzia przyprawiamy inaczej. Indycze natrzeć solą i przyprawą.

 

Udka kaczki natrzeć startą skórką pomarańczy, przyprawą i solą.

 

Podudzia kurczaka natrzeć solą i majerankiem (kto chce zaostrzyć, może użyć pokruszonej papryczki lub sypkiej papryki ostrej).

 

Udka kolejno obsmażyć na roztopionym maśle, zaczynając od indyczych. Przełożyć do brytfanki. Tłuszcz z patelni zalać dwiema łyżkami likieru i ew. odrobiną wody, płynem rozprowadzić pozostałości po smażeniu. Wlać na udka, popieprzyć. Wstawić do piekarnika, piec pod przykryciem około godziny, aż indycze będą miękkie. Odkryć, obłożyć świeżymi ziołami (indyka rozmarynem, kaczkę – miętą, kurczaka majerankiem lub oregano), dołożyć fileciki pomarańczy, dopiec 10–15 minut pod opiekaczem, aż skórka zrobi się chrupiąca.

Tyle nasze święta. Syte, z nutką oryginalności, na ogół pogodne. Nie zawsze były takie bogate. Przed wojną, gdy Polska po latach zaborów, po światowym kryzysie, wychodziła z prawdziwej biedy i coś w końcówce lat 30. w jej gospodarce się ruszało, święta stawały się coraz bardziej dostatnie. Widać to po felietonach Elżbiety Kiewnarskiej z w „Kuriera warszawskiego”, ale zwłaszcza po kolejnych latach ilustrowanego tygodnika „As”. Co roku (a ukazywał się od roku 1935) organizował on wśród czytelników konkurs na najpiękniej przystrojony stół ze Święconym. Może pokażę go za rok...

To wychodzenie z biedy dramatycznie przerwała wojna. Zrujnowany kraj dźwigał się po niej mozolnie, w okowach gospodarki planowej, w ramach związku z „bratnim” ZSRR. Znowu Polska wychodziła na prostą, ale do bogatszych krajów Europy Zachodniej zaczęła dołączać krok po kroku po przełomie roku 1989. Po krachu gospodarki planowej w latach 80., którego przejawem najbardziej widocznym dla rodzin było wprowadzenie kartek na niektóre produkty.

Aby zrozumieć wysiłek naszych przodków, naszych dziadków i rodziców, aby robić wszystko, by go nie marnować, postanowiłam zamiast coraz dostatniejszych stołów z „Asa” pokazać czasy tużpowojenne. Jako przestrogę! A także historyczną ciekawostkę z wtorku 16 kwietnia 1946 (zaciekawią zapewne jubilatkę spod tej daty; niedługo przyjmie życzenia i ode mnie!). W owym powojennym bardzo ubogim roku Wielkanoc była wyjątkowo późna. A przygotowania do niej stanowiły prawdziwe wyzwanie. Cieszono się jednak samym życiem i pokojem. Znów dźwigano kraj i swoje rodzinne domy. Jak? Z zapałem i z… pomocą UNRRA. Ta międzynarodowa oragnizacja (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, czyli Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) została utworzona w Waszyngtonie już w roku 1943. Od roku 1945 działała w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dostarczała zniszczonej Europie pomocy, której nie można było przecenić. Ratowała po prostu życie, wspomagając zarówno ludzi, jak i gospodarczy krwiobieg krajów zniszczonych wojną. W tym Polski. W latach 1945–1947 dostarczyła Polakom 2 miliony ton różnych towarów. Żywność stanowiła jej ułamek, bardzo jednak się liczący, chyba najbardziej dostrzegany przez obywateli rodzącej się Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. O czym świadczy, że dary te pieszczotliwie nazywano pochodzącymi do „cioci Unry”. Słowa ówczesnej śpiewanki brzmiały: Ciocia „Unra z wujem Usem, przyjechali autobusem".

Ślad tego pozostał w ówczesnej prasie. Na przykład w wychodzącej od roku 1944 w Lublinie „Gazecie Lubelskiej”, która usiłowała być „niezależnym pismem demokratycznym” i istniała do roku 1947.

 

Miała kącik dla pań. Jest dla nas źródłem bardzo ciekawych i pouczających informacji o tych niełatwych czasach. Kto chce zrozumieć nasz kraj, powinien czytać stare jego gazety. Wiele mówią o nas samych, o naszych rodzinach i ich życiowej drodze. O nadchodzących świętach w Wielkim Tygodniu pisała dziennikarka podpisująca się Ciocia Ada. Nie była oderwana od rzeczywistości, radziła, jak sobie poradzić w naprawdę trudnych czasach. Obyśmy już nie musieli korzystać z takich porad!

 

Zbliżają się święta – niejedna gospodyni na pewno jest w kłopocie co to upiec na to święta? a jednak trzeba coś zrobić – szczególnie dla dzieci, przecież te maleństwa czekają tylko na to, aby mamusia coś słodkiego zrobiła. Ale co?

Otóż ja wam dopomogę. Mamy przecież paczki UNRRA, w niektórych są orzeszki amerykańskie, czekolada mielona, pudding, dżem (jame [!]), a nawet z herbatników znajdujących się w paczkach można coś upiec, jeżeli coś niecoś dołożymy.

TANI PASZTET

Pól kg wątróbki, 20 dkg słoniny, jedna moczona bułka i zawartość mięsa z puszki UNRRA.

Zrumienić lekko dwie duże cebule i włożyć do niej wątróbkę i dusić około dwudziestu minut, słoninkę ugotować na miękko. Gdy wątróbka wystygnie, przepuścić przez maszynkę (3 razy) wraz z mięsem z puszki i wyciśniętą bułką i sosem, który pozostał z wątróbki. Słoninkę pokrajać w kostki – dodać trzy żółtka, soli i pieprzu do smaku, pianę z pozostałych białek i wszystko razem wymieszać, wyłożyć do wysmarowanego rondla i wstawić do duchówki – piec około jednej godziny.

MAZUREK CZEKOLADOWY (nie pieczony)

Przede wszystkim trzeba przygotować cztery wafle. 20 kg masła, 20 dkg cukru i dwa żółtka  utrzeć na pianę, następne wsypać czekoladę UNRRA i wszystko razem ucierać jeszcze z 10 minut Wafle powinny być kwadratowe, dwa położyć ściśle obok siebie na deszczułce lub białym papierze, rozsmarować na nich połowę masy, przyłożyć znowu dwoma waflami i znowu posmarować pozostałą masą szerokim, maczanym w gorącej wodzie nożem, aby mazurek miał gładki i ładny wygląd. Można ugarnirować np. siekanymi orzechami i postawić w chłodnym miejscu.

MAZUREK Z ORZESZKÓW AMERYKAŃSKICH

Przede wszystkim orzeszki trzeba oczyścić z łupinek, jest to rzecz bardzo łatwa, całkiem po prostu wziąć garść orzeszków, potrzeć lekko drugą ręką, kilka razy dmuchnąć i łupinki ulecą w powietrze. Czyściutkie orzeszki przepuścić przez maszynkę. Oddzielnie utrzeć do białości 6 żółtek z 20 dkg cukru, dodać zapachu, waniliowego, wsypać zmielone orzeszki, utrzeć cztery herbatniki na tarce i też wsypać, z pozostałych białek ubić tęgą pianę i wszystko razem lekko wymieszać, rozsmarować na przygotowane przedtem ciasto kruche i wstawić do dachówki. Ciasto kruche: ćwierć kg mąki wyrobić rękoma z 15 dkg masła lub smalcu, dodać dwa żółtka i kwaśnej śmietany lub mleka tyle, ile ciasto zabierze, uważać aby nie było za twarde –  dodać pół paczki proszku do pieczenia lub sody oczyszczonej – ciasto dobrze wyrobić, cienko rozwałkować, położyć na posmarowaną blachę, rozsmarować wyżej wymienioną masę orzechową i wstawić do duchówki. Piec około pół godziny.

Na kolumnie dla pań nie mogło zabraknąć porad zdrowotnych i kosmetycznych. Podpisała je Irena Lorencowa. Czyżby była to żona Stanisława Lorentza, historyka sztuki i dyrektora Muzeum Narodowego (od roku 1935)? Profesor w Lublinie się pojawił w styczniu 1945 roku. Jest to więc prawdopodobne.

A jakie zalecenia dla pań miała gazeta w roku 1946?

 

[…] Przed wojną każda prawie instytucja społeczna organizowała dla swoich członków świąteczne wywczasy, we dworach, pensjonatach i uzdrowiskach, gdzie za niewidką opłat można było naprawdę wypocząć i nabrać sił. Dzisiaj nie wszyscy mogą sobie pozwolić na taki wypoczynek. Polecam przeto dużo ruchu na świeżym powietrzu. Spacer, powiedzmy za miasto w dzień pogodny, dobry dwugodzinny marsz, aż do uczucia przyjemnego zmęczenia. Skóra nabierze koloru, ożywi się, krew będzie szybciej krążyć, płuca oczyszczą się – a rezultat: dobry sen, apetyt
jeszcze lepszy. Ludzie, którzy używają dużo ruchu na powietrzu, są beztroscy i weseli.

Szybko miną te krótkie dni świąteczne; a jeśli dobrze wykorzystamy je, to praca, do której wrócimy, wyda się nam łatwiejsza, a problemy życiowe prostsze.

Życzę Paniom „Wesołych świąt” i wstrzemięźliwości.

Nic dodać, nic ująć. Dopisuję się do życzeń. A po obiedzie – wyruszam na spacer!

środa, 16 marca 2016
Pod znakiem orzechów

Wszystkie orzechy są wartościowe. Dostarczają zawsze pożądanych nienasyconych kwasów tłuszczowych, białka, błonnika, witaminy E, witamin z grupy B oraz składników mineralnych, w tym tak cennych jak fosfor, magnez, żelazo, wapń, potas, cynk. To one mają wpływ na działanie układu nerwowego i układu krążenia, korzystnie wpływają na pracę mózgu, zmniejszają ryzyko cukrzycy typu 2, zawału serca, udaru mózgu i niektórych nowotworów. Są jednak przy tym bardzo kaloryczne, nie można więc bezkarnie spożywać ich za dużo.

Nigdy nie mieliśmy w sklepach tylu orzechów, co teraz. Jeszcze do niedawna były znane tylko laskowe, włoskie i arachidowe. Dziś dochodzą do tego pistacje, nanercza (cashew), pekan, makadamia, brazylijskie, kokosowe, orzeszki piniowe. Czy wymieniłam wszystkie?

 

Ostatnio kupiłam orzechy pekan, nazywane też amerykańskimi. Mają kształt podobny do włoskich. W smaku są od nich słodsze, a w strukturze delikatniejsze. Bardzo tłuste (72%), z dość niską jak na orzechy zawartością białka (9%; cashew mają dwa razy tyle). Mają dużo jednonienasyconych kwasów tłuszczowych, ale też sporo wielonienasyconych. Są bogatym źródłem cynku; 100 g zaspokaja 60% dziennego zapotrzebowania. Ten tłuszcz robi z nich kaloryczną bombę (w 100 g – 692 kcal).

Orzechy warto mimo to jeść. Najlepiej w małych ilościach, ale często. Muszą być świeże. Trzeba więc, kupując je, przeczytać datę przydatności do spożycia. Co z orzechami robimy? Po prostu chrupiemy je samodzielnie, jako najprostszą wartościową przystawkę czy deser. Można je dodawać do porannych płatków, ale także wzbogacać nimi obiady i kolacje. Oraz, oczywiście, desery.

Wzbogacamy nimi na przykład sałatki. Na przykład takiego zwykłego kolesława (nieodmiennie mnie bawi twórcze przerobienie nazwy surówki amerykańskiej: coleslaw). Dodam jeszcze: w dawnych czasach wierzono, że orzechy włoskie z racji kształtu podobnego do mózgu wzbogacają umysł. Coś w tym jest, zważywszy na zawarte w nich mikroelementy, np. fosfor. Podawajmy orzechy tym, którzy się uczą i pracują twórczo głową. Może wspomogą pracę szarych komórek.

 

Coleslaw z orzechami pekan po mojemu

młoda kapusta

orzechy pekan

olej słonecznikowy lub z orzechów

sok i skórka starta z cytryny

sól morska, pieprz biały malajski

cukier

Kapustę poszatkować. Wymieszać z olejem, sokiem i skórką startą z cytryny (sparzonej), doprawić solą, cukrem i pieprzem do smaku. Dodać orzechy pekan, wymieszać, przybrać kilkoma orzechami na wierzchu.

To wszystko. Tę sałatkę zrobią nawet dzieci. Zwłaszcza że kapustę można szatkować w kuchennym robocie – to dobra zabawa. I pożyteczna.

Kolejna sałatka jest nieco bardziej wymyślna. Trzeba do niej usmażyć ser. Można do tego wykorzystać jego resztki. A gdy już będzie usmażony (co można zrobić wcześniej, nie musi być ciepły, choć może), wymieszanie sałatki to też zadanie dla kuchennych analfabetów.

 

Sałatka ze smażonym serem i orzechami pekan po mojemu

ser z porostem pleśni (np. camembert czy brie) lub twardy (żółty)

ciasto do smażenia (jajko, mąka, mleko lub woda)

olej do smażenia

rukola lub inna sałata (np. rzymska czy lodowa)

orzechy pekan

oliwa extra vergine

ocet balsamiczny z Modeny

sól, pieprz

Z jajka z dodatkiem mąki i płynu (może też być białe wino lub piwo) oraz soli sporządzić ciasto gęstsze niż na naleśniki. Maczać w nim kawałki sera, smażyć na rozgrzanym oleju. Odkładać je na papier kuchenny, aby wchłonął tłuszcz.

 

Sałatę doprawić oliwą i octem, solą i pieprzem. Wymieszać z orzechami. Na wierzchu rozłożyć kostki sera.

Taka sałata stanowi kompletne i wartościowe danie obiadowe. Ma, oczywiście, swoją porcję kalorii, ale wartościowych. A liczbę kawałków sera można regulować. Orzechy i sałata są zawsze dobrym połączeniem. Można do nich – także w tej sałacie – dodać jakieś owoce; dostarczą witaminy C. Mogą to być cząstki pomarańczy, mandarynki lub grejpfruta. A może kostki ananasa? Są one składnikiem mojego trzeciego dania z dodatkiem orzechów pekan. Bardziej wymyślnego. To już pełne danie obiadowe. Po dodaniu sałaty, rzecz jasna.

 

Fileciki z kurczaka z orzechami pekan po mojemu

polędwiczki lub piersi z kurczaka

marynata z sosu sojowego, miodu, pieprzu i listków mięty

olej do smażenia

mąka do panierowania

orzechy pekan

ugotowany ryż

ananas świeży lub z puszki

masło do ryżu

Polędwiczki pokroić na paski, zamarynować przez co najmniej pół godziny. Odcedzić z marynaty, obtaczać w mące, smażyć na rozgrzanym oleju, pod koniec dodać orzechy. Dosmażyć razem z nimi.

 

Ugotowany ryż wymieszać z odrobiną masła, wypełnić nim miseczki masłem lekko wysmarowane, przykryć cząstkami ananasa, wstawić na 5–10 minut do piekarnika. Wyjąć ostrożnie, aby zachować kształt, a ananas znalazł się pod kopułką ryżu.

 

Kawałeczki ananasa można dodać także do smażonych polędwiczek z orzechami. A może zamiast tego połączyć je z sałatą? Tak podany obiad jest bardzo dekoracyjny. W sumie roboty przy nim mało. Tylko to smażenie… Gdy danie przygotowujemy dla gości, zamiast polędwiczki smażyć możemy je upiec, wtedy bez panierowania. Wystarczy je skropić oliwą lub masłem. Będzie prościej, mniej kalorycznie i zdrowiej. No i bez stania w kuchni oraz beza zapachu smażeniny.

Na koniec o orzechach historycznie. Nasi przodkowie o egzotycznych orzechach brazylijskich dowiedzieli się z „Kuriera Warszawskiego” już w roku 1830. Podejrzewam, że w notce jest mowa o orzechach, które i my nazywamy brazylijskimi. Wskazuje na to opisany ich kształt.

 

Produkt ten znany w handlu pod nazwaniem orzecha brazylskiego, iest iednym z najosobliwszych owoców Ameryki połud: Wspomina o nim Laet, w dziele ieograficznem , około 1633 wydanem. Powiada on że tak iest ciężki, iż Dzicy, kiedy nadchodzi czas iego opadania, bez grubej drewnianej tarczy, do zasłonienia głowy i bark, w lasy się niezapuszczaią. Drzewo wydaiące ten orzech ma około 2 do 3 stóp średnicy, a dochodzi do 120 st: wysokości. Owoc iest tak wielki iak głowa dziecięcia, i zawiera w sobie trzygraniaste ziarna albo orzechy, które zatem nie tak iak nasze orzechy na drzewie rosną, iak dotąd pospolicie mniemano. Zbiór tych orzechów u Indjan iest tak iak w Europie winozbior; wesołości epoką.

Pochodzą z drzewa nazywanego orzesznicą wyniosłą. Są jego nasieniem. Kosztują coraz więcej, bo za sprawą rabunkowej gospodarki stają się coraz rzadsze. Czy ich zbiór nadal jest „wesołości epoką”? Nie wiem; może ktoś wie i opowie. A powrócić do nich warto, a przedtem się zastanowić: do czego je dodać. Na pewno można nimi zastąpić opisane pekany.

sobota, 12 marca 2016
Drób bardzo elegancki na pieczyste

Widzimy je na ladach sklepów z drobiem i nie bardzo wiemy, jak się z nimi obchodzić. Perliczki czyli pantarki, nazywane także afrykankami. Aby rozwikłać te kwestię, sięgnę do informacji z dwóch źródeł. Odpowiedzą na pytanie, czym jest perliczka (perlica).

Tadeusz Żakiej w „Iskier przewodniku sztuki kulinarnej” (jako Maria Lemnis i Henryk Vitry) wyjaśnił nam nawet pochodzenie nazwy ptaka.

Pantarka
(Numida meleagris)

Zwana często perliczką dla popielatego, pokrytego jasnymi plamkami (perełki) upierzenia. Odznacza się oryginalnym wyglądem i jest chyba najbardziej krzykliwym ptakiem domowym. Pochodzi z Afrykui, na co wskazuje jej łacińska nazwa. W kuchni rzymskiej uchodziła za przysmak. Ma białe, delikatne i wyróżniające się wykwintnym smakiem mięso. Można ją przyrządzać według przepisów stosowanych w przyrządzaniu pulard i kur. Jaja pantarki, mniejsze od kurzych, mają delikatny, oryginalny smak i uchodzą również za przysmak.

Gdy będę na targu pod Halą Mirowską, przejdę się do budki, w której widziałam rozmaite jaja nie tylko kur, ale i kaczek, gęsi oraz przepiórek. Może będą także perlicze?

O perliczce nieco inaczej napisał Maciej E. Halbański w „Leksykonie sztuki kulinarnej”. Już go kiedyś cytowałam. Zwracam więc tylko uwagę na to, że inaczej opisał to mięso. Trafnie. Tadeusz Żakiej się pomylił: pantarka nie ma mięsa białego. Ma ciemne, choć też delikatne.

Perlica, pantarka domowa

– ptak z rzędu kuraków z rodziny perlic Numidae, hodowany ze względu na jajka i bardzo smaczne, ciemne mięso, przypominające w smaku bażanta; można je piec, dusić, np. ze świeżą, lekko obgotowana kapusta głowiastą. Ludwik Szczepański, poeta Młodej Polski i znakomity gastronom, twierdzi, że tłusta kapusta i delikatne mięso perliczki doskonale sobie odpowiadają (Nowa Uniwersalna Książka Kucharska, Kraków 1949).

Książki poszukam. Ludwik Szczepański (1872–1954) był nie tylko poetą, przed wojną pracował w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym”. W roku 1939 dał się poznać jako znawca sztuki kulinarnej, gdy zapolemizował ze świeżo przetłumaczoną z francuskiego książką kucharską Pomian-Pożerskiego, gastronoma polskiego pochodzenia. Sam tytuł polemiki wiele mówi: „Polak uczy Francuza sztuki gotowania”. Postaram się kiedyś ją opisać, bo zaowocowała cyklem ciekawych artykułów.

Na razie pozostańmy przy perliczce. I jej ciemnym mięsie. To ptak nadający się na ciekawe pieczyste, którym będziemy mieli okazję zadziwić gości. Mogą o nim pomyśleć ci, którzy szykują rodzinne obiady na nadchodzące święta. Zamiast tradycyjnego indyka, niech kupią dwie perliczki. Ptaki to nie bardzo mięsne, a przy tym są raczej chude i delikatne. Raczej dla smakoszy niż obżartuchów. Nie tłuste, a więc nie bardzo obciążą nasze... wagi. Bo portfele – owszem; nie należą do tanich.

Mój sposób na upieczenie perliczki jest bardzo prosty, a przy tym pozwala na to, co lubię – wstawienie ptaka do piekarnika i niezajmowanie się nim aż do chwili podania. No, prawie. Możemy naszą perliczkę (jedną sztukę albo więcej, jeżeli mamy na obiedzie gości) przygotować, obsmażyć, wstawić do piekarnika i – o ile pogoda będzie sprzyjać – wyjść na solidny spacer. Na przykład oprowadzić gości po naszym mieście, aby pokazać im jego urok i ciekawe, bliskie nam zakątki. Tak, tak, umożliwia to często przeze mnie stosowane pieczenie w niskiej temperaturze. Dla mnie jest super wygodne, a przy tym drób tak pieczony jest kruchy, miękki, ale nie wyschnięty. No i właśnie pieczony, a nie duszony po skropieniu płynem i po przykryciu. A pieczyste zawsze było uważane za główny punkt eleganckiego obiadu czy wytwornej kolacji.

 

Perliczka pieczona z ziemniakami po mojemu

perliczka

gotowe przyprawy: pieprzowo-cytrynowa i płatki soli z papryką chipotle

2 ząbki czosnku

świeża mięta

olej lub masło klarowane do obsmażenia

ziemniaki do pieczenia surowe lub obgotowane

mięta suszona

2 listki laurowe

Perliczkę obmyć, osuszyć, natrzeć suchymi przyprawami. Obłożyć listkami mięty oraz laurowymi, gałązkę włożyć do tuszki razem z ząbkiem czosnku pokrojonym w plasterki. Drugi ząbek także pokroić, założyć za zagięte udka i skrzydełka. Odstawić na noc w chłodne miejsce lub co najmniej na godzinę w temperaturze pokojowej.

Rozgrzać tłuszcz na patelni lub w brytfance do pieczenia (nie może być ze szkła). Tuszkę obsmażyć aż do zrumienienia.

 

Ptaka umieścić w naczyniu do zapiekania, obłożyć dodatkowo kilkoma kawałeczkami masła lub skropić olejem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 100 st. C. Ziemniaki surowe obmyć, osuszyć, przekroić na pół lub na ćwiartki, dodać do piekącej się perliczki. Posypać suszoną miętą i posolić (jeżeli nie były uprzednio obgotowane w wodzie z solą). Obtoczyć ziemniaki w tłuszczu. Zmniejszyć temperaturę do 80 st. C, piec wszystko przez 4 godziny. W czasie pieczenia można, lecz nie trzeba, tuszkę odwracać. Przed podaniem temperaturę zwiększyć na 10 minut do 200 st. C. Odstawić, pokroić, podać perliczkę obłożoną ziemniakami, polaną tłuszczem spod pieczenia.

A teraz uwaga wyjaśniająca: z drobiu odcinam zwykle skrzydełka, mało kto chce się bawić ich jedzeniem przy stole; razem z szyjką zostawiam je do gotowania zupy. Ale przy eleganckim obiedzie skrzydełka trzeba zostawić. Teraz tuszki kupujemy często już uformowane do pieczenia: mają związane nóżki, a skrzydełka założone na grzbiet. Zachowują więc ładny kształt po upieczeniu. Jeszcze jedno: wzięłam przyprawy gotowe, ale można je sporządzić we własnym zakresie, z różnych gatunków pieprzu z dodatkiem skórki startej z cytryny.

A jak tuszkę pokroić? Chyba już kiedyś podawałam tę poradę, ale wiedzę warto powtarzać, aby się utrwaliła. Jeszcze raz więc nauka krojenia drobiu z tygodnika „Dobra Gospodyni” z roku 1910:

 

Ponieważ rozbieranie drobiu niejednej gosposi kłopot i trudność sprawia, przeto podajemy tu sposób estetycznego i zarazem praktycznego krajania, które nie tylko do indyka ale i kapłona, perliczki, pulardy, a nawet do bażanta da się zastosować. Najpierw trzeba odjąć udka, które pokrajać ukośnie na 2 lub 3 cząstki. Potem odkroić skrzydła i boki, wreszcie odjąwszy pierś, tak z jednej strony jak i drugiej strony, pokrajać każdą w ukośne plasterki, których przy indyku powinno być z każdej strony 6, nakoniec odrąbać od kości piersiowej cały grzbiet wraz z kuperkiem, pokrajać go ukośnie na 3 części, i ułożyć środkiem na półmisku. Piersi ułożyć wraz ze skrzydłami na grzbiecie, dołożyć udka z łapkami, które elegancko podając, przystroić w papierowe mankiety. Tak złożonego ptaka polać gorącem masłem i podać na stół. Dużego indyka powinno być 16 kawałków bez grzbietu, mniejszego 12–14.

W papierowe mankiety nikt już drobiu nie ubiera (chyba?). Ptaka można dodatkowo obłożyć gałązkami świeżych ziół, w tym wypadku mięty użytej do pieczenia. Gdy kroimy go w kuchni, wykładamy na półmisek wcześniej nagrzany w piekarniku. Będzie dłużej trzymał ciepło. Sam półmisek z już pokrojonym drobiem też można wstawić do nagrzanego piekarnika, jeżeli nie możemy go od razu wnieść na stół.

A jeżeli bardzo nie lubimy wolnego pieczenia w niskiej temperaturze? Skorzystajmy z ciekawego przepisu, który wypatrzyłam w „Tygodniku Kucharskim” z roku 1884. Mogą go wypróbować ci, którzy mają korzenie kresowe i w święta spotkają się z rodziną. Podczas obiadu będą mieć powód do rozmów o genealogii rodzinnej.

 

Oczyścić parę młodych pantarek, zahaftować szpagatem, obsadzić na rożnie, upiec do połowy, posypać mąką, jak się tylko zaczną rumienić oblać śmietaną, a gdy śmietana wyschnie, posypać znowu mąką i znów śmietaną oblać, tak aż będą zupełnie gotowe; po upieczeniu posmarować masłem, posypać tartą bułką, zakolorować. Zdjąć z rożna, rozebrać, ułożyć na półmisek, obłożyć garniturem i wydać do stołu.

Zakolorować znaczy w tym wypadku zrumienić tę wierzchnią warstwę tartej bułeczki. W nowoczesnym piekarniku można to zrobić z pomocą górnego opiekacza. Byle ostrożnie!

A na sam koniec porada praktyczna dla hodowców perliczek. Także z „Dobrej Gospodyni” z roku 1910. Jest podpisana: J. Ryx. Wydaje mi się bardzo sympatyczna i zabawna.

 

Rozpoznawanie płci u perlic (pantarek, afrykanek), nie przedstawia większych trudności, jeżeli się przysłuchamy dokładnie głosom, jakie one wydają. Samiec zwykle wydaje głos jaśniejszy, brzmiący „raczek”, „raczekekek”, zaś samica woła głosem przytłumionym: „pajat”, „klokak”. zawsze z przyciskiem na ostatniej głosce. Pozatem u starszych samców rozwija ją się bardziej, niż u samic pętlice na głowie i hełm.

Tak, tak, samce z pętlicami i hełmem. To jest bardzo trafne spostrzeżenie. Możemy zabawić nim gości. No i poszerzyć swoją i ich wiedzę. Może pytanie na ten temat kiedyś będzie podane w którymś z quizów wiedzy. 

wtorek, 16 lutego 2016
Drób z zagrody: kogut czyli kapłon

Jak było w Polsce przed wiekami, co jedzono? Opisywał to Józef Peszke (1845–1916), doktor medycyny, ale „w cywilu”, rzec można, badacz staropolskich kulinariów. Pochodził z rodziny niemieckiej, spolszczonej i, dzięki niemu, zasłużonej dla polskiej kultury i nauki. Sięgał do wielu źródeł, ale najważniejszym były dla niego „Rachunki” z dworu Władysława Jagiełły i jego małżonek. Ile informacji z nich wyciągnął! Na przykład na temat spożywania drobiu. Tekst podaję w oryginalnej pisowni.

Drobiu, szczególnie kurcząt, w Wiekach średnich jadano niesłychanie wiele, potwierdzają to i „Rachunki” nasze w zupełności, mówiąc często bardzo o gęsiach, kurczętach, kurach i kapłonach spożywanych nieomal codziennie, gdy tylko nie było postu. […]

Ród kurzy w dni mięsne stołom królewskim, dworskim, a nieraz nawet i podrzędniejszym stale dostarczał kąsków smacznych. Do wyjątków należał obiad lub wieczerza bez kur i kapłonów; prawdopodobnie jadano je najczęściej pieczone, ale to domysł tylko, nie dający się poprzeć „Rachunkami”, ponieważ w nich nie znajdzie nigdzie wzmianki o sposobie przyrządzania drobiu.

„Rachunki” mówiąc o drobiu tym, posługują się zawsze wyrazem „pulli”, mogącym w łacinie średniowiecznej oznaczać zarówno kury, jak i kurczęta, wyjątkowo tylko spotykamy: „pulli antiqui” lub „pulli seniores” (kury) i „pulli iuuenes” (kurczęta). Wobec tego trudno odgadnąć, czy zapisujący w danym razie miał na myśli kury, czy kurczęta; jednakże zważywszy, że od wiosny aż nieomal do Nowego Roku można dostać kurcząt, lub przynajmniej kurek młodych, oraz że kurczę zwykło uchodzić za smaczniejsze od kury, więc też nie pobłądzim, biorąc zawsze wyraz „pulli” w znaczeniu „kurczęta”.

Kury, kurczęta i kapłony, hodowano po włościach królewskich, rzecz wszakże jasna, że na zaspokojenie potrzeb dworu wystarczyć nie mogły. Liczbę ich powiększały kurczęta z danin od kmieci pochodzące (pulli penales), a przedewszystkiem skupowane po targach pobliskich zamku, w którym dwór chwilowo gościł. Aby dać pojęcie o liczbie zjadanych kurcząt, których do stołu króla i królowej, zarówno na obiad, jak na wieczerzę, szło po kilkadziesiąt naraz, zapisuję tu podług „Rejestrów korczyńskich” z r. 1394, że od d. 7 do 8 czerwca, podczas zjazdu króla Władysława i królowej Jadwigi z W. Ks. Witoldem w Wiślicy i Nowym Mieście Korczynie, spożyto w ciągu trzech dni 920 kurcząt. Jeszcze większa znacznie ilość ich zginęła w r. 1415, podczas pobytu dworu królewskiego i licznych gości książęcych, znowu w Wiślicy i Nowym Mieście od d. 18 sierpnia do d. 1 września włącznie. W czasie tym przypadło dni mięsnych 9, postnych 6; spotrzebowano zaś kurcząt 4068, z których wszakże na karmienie sokołów i jastrzębi myśliwskich zużyto 450, ludzie więc spożyli 3618, czyli do 402 dziennie. Nadto z drobiu innego jeszcze: 134 kapłony i 94 gęsi, z których 60 poszło na stół JK. Mci.

Nieźle, prawda? Oczywiście, król z królową tego wszystkiego nie zjedli. Zjadł dwór, ale i służba, i, być może, nawet jej rodziny. Ale płacił król. No i ówcześni podatnicy. Ile? Peszke i to podaje:

Pomimo że, jak powiedziano, wiele z zapasów wymienionych pochodziło z dóbr królewskich lub z danin, więc nie płacono za nie gotowizną, wydano jednakże w ciągu tych dni 15-tu 432 grzywny 7 skojców i grosz 1, co w przybliżeniu, na wartość pieniężną dzisiejszą, wyniesie 44 tysiące złp., czyli rubli 6600. Może ktoś wie, ile by to wyniosło dzisiaj?

A wszystko to sobie przypomniałam, gdy zobaczyłam w dziale z drobiem koguta zagrodowego. Czyli, można domniemywać, kapłona. Nie wdaję się śledzenie – za Józefem Peszke – jak drób kochano później, w wiekach następnych. Jeszcze tylko jedna relacja. Już z wieku XVII.

Peszke cytuje Francuza, inżyniera wojskowego Beauplana, który mieszkał w Polsce lat siedemnaście. Wróciwszy do Francji po wstąpieniu na tron króla Jana Kazimierza opisał obyczaje naszych przodków w dziele o nieco mylącym tytule „Description d'Ukraine”. Wspomina tam także to, co i jak podawano na magnackie i szlacheckie stoły podczas uczt. Panowało na nich straszne marnotrawstwo, czyli rozrzutność i bezsensowny zbytek. Obserwator (Francuz!) pisał ze zdumieniem:

Wielcy panowie, a nawet i pomnieysi, traktuią się z wspaniałością, która wszystkie nasze przechodzi. Biesiady te nayczęściey się wyprawiaią w czasie Seymu, w dni wolne od sesyi. Uczty te wowczas kosztuią nie raz do 50 i 60 tysięcy liwrów. Wydatek ten nie iest tak bardzo, na drogie przyprawy, iak na niezmierną obfitość potraw, choć wcale nie wykwintnych.

A co wtedy podawano?

Wszystkie potrawy pływaią w sosach; z których Polacy nie znaią iak cztery, iako to: żółty szafranem zaprawny, czerwony z soku od wiszni, czarny z powideł od śliwek, szary z którym zwyczainie przyprawiaią gęsi, robią z posiekaney gotowaney i przecedzoney przez blaszane sito cebuli. Nie iedzą prawie zupy, gdyż każde mięsiwo ma swoią polewkę, w która kładą pulpety i figatele, iest tam wołowina, skopowina, cielęcina. Kapłony daią bez sosu z samem tylko pieprzem i solą.

Skoro ieden półmisek wypróżnionym zostanie, zastawiaią drugi, iako to kapustę kwaśną i wędzoną słoninę, kaszę iaglaną, którą niezmiernie lubią, lub inny przysmak z chrzanem. Gdy się pierwsze danie zakończy, większą nierównie część pozostałych mięsiw porywaią słudzy, i szarpią pomiędzy siebie. Drugie danie całe iest złożone z mięsiw pieczonych, iako to z baraniny, cielęciny, kapłonów, gęsi, kaczek, zaięcy, ieleni, sarn, odyńców, i inney zwierzyny, iako to, przepiórek, kuropatw, skowronków, mnóstwa małych ptaszków: rzadkie są w tym kraiu gołębie, króliki i bekasy. Po tem daniu zastawiaią różne potrawki, i frykasy, iako to groch ze słoniną (bez którego niema u Polaków uczty, i który tak lubią, że go nie iedzą, ale połykaią) daią także kaszę iaglaną, ięczmienną, iaieczną, nakoniec małe kluseczki greczane z mlekiem makowym, te mniemam że iedzą dla tego by się napełnić do ostatka, a potem spać dobrze. Ostatnie danie czyli wety nie są naywybornieysze, ser, śmietana, owoce, cukry, wszystko poślednieysze od naszych [t. j. francuskich].

Widać i z tej relacji, że tradycja jedzenia drobiu przetrwała wieki. Dzisiaj też go lubimy, choć pojęcie niedzielnej kury czy kurczaka chyba jednak przeminęło. Po latach przemysłowej hodowli i kurczaków tłustych, ale bez smaku (lub o smaku… mączki rybnej), mamy znów drób smaczniejszy: wiejski, zagrodowy, z wolnego wybiegu. I to nie tylko już na bazarze, ale i w wielkich sklepach. W dodatku można kupić nie tylko wyłącznie kurczaki (fermowe, tuczone sztucznie, wagi niekiedy zbliżonej do gęsi…). Są już kurczaki mniejsze (choć nie takie malutkie kurczaczki, jakie kupowałam we Francji), i kury rosołowe, no i właśnie koguty. Jak je przyrządzać?

Sięgnęłam do starych gazet. Po kwerendzie wybrałam przepis sprzed stu pięćdziesięciu lat. Pochodzi z pisma dla pań „Bazar. Tygodnik Mód”, wydawanego nakładem Józefa Kaufmana, właściciela księgarni mieszczącej się przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Tygodnik nie zdobył uznania, a co za tym idzie – opłacalnej liczby prenumeratorek. Upadł po dwóch latach, a ukazywał się w latach 1865-1866. Zamieszczał głównie mody damskie, ale także – obok wzorów robótek – dawał przepisy kulinarne. Ciekawe jako świadectwo swojej epoki. Choćby ten na przyrządzenie kapłona. Od wieku siedemnastego coś się zmieniło. Przepis dziewiętnastowieczny zaleca kapłona nie piec, lecz dusić w sosie, zawiesistym dzięki zasmażce, ale pełnym zapachu, dzięki korzeniom.

Spojrzałam na przepis, kupiłam kasztany i… przyrządziłam ptaka po swojemu. Zainspirował mnie zestaw przypraw, jeszcze go wzbogaciłam. Sos uznałam za wysokokaloryczny, a nadmiaru kalorii unikamy. Pozostałam przy pieczeniu. Ulubionym w średniowieczu.

Kogut pieczony z ziemniakami i kasztanami po mojemu

kogut zagrodowy

imbir mielony

kwiat muszkatołowy lub gałka muszkatołowa

goździki mielone

sól perska

cebula czerwona

masło klarowane

ziemniaki do pieczenia

sól morska gruba

rozmaryn

garść kasztanów

Koguta umyć, osuszyć, natrzeć z zewnątrz i w środku przyprawami: imbirem, goździkami, pokruszonym kwiatem muszkatołowym lub startą gałką i solą. Do wnętrza tuszki włożyć cebulę obraną i przekrojoną na pół. Odstawić na noc.

W brytfance rozgrzać masło klarowane. Koguta obsmażyć z każdej strony. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 220 st. C na 15 minut, potem zmniejszyć temperaturę i w 80–100 st. C piec 4 godziny lub w temperaturze 180 st. C piec ok. półtorej godziny (zależnie do wagi).

 

Godzinę przed zakończeniem pieczenia dołożyć ziemniaki przekrojone na pół, posypane grubą solą i igiełkami rozmarynu. Obracać je, aby pokryły się tłuszczem spod pieczenia. Kwadrans przed zakończeniem pieczenia włożyć kasztany (ugotowane lub opieczone – można to zrobić w mikrofalówce – i obrane; jak je przyrządzić, już tu opisywałam). Koguta ułożyć piersiami do góry, dopiec przez kwadrans w temperaturze 200 st. C, aby skórka się zarumieniła. Ziemniaki odwracać, aby się przemieszały z kasztanami i za mocno nie zrumieniły.

 

Kto nie ma kasztanów (o tej porze roku trudno kupić dobre; połowa naszych nie nadawała się do jedzenia…), może do ziemniaków dołożyć pieczarki podduszone z małymi cebulkami. Najpierw trzeba w maśle poddusić malutkie cebulki (w całości) do złotego koloru, potem dodajemy do nich obrane pieczarki równej wielkości, przekrojone na pół. Solimy, gdy są już gotowe. Kto lubi, może je dusić z czosnkiem.

 

Kogut podany na stół w brytfance razem z ziemniakami i kasztanami lub/i pieczarkami jest daniem nie wykwintnym, ale domowym. Dobrze podzielić się nim z przyjaciółmi, bo jest okazały, pachnący i pełen smaku. Czerwone wino podniesie jego smak; nam do tego pasowało włoskie Negroamaro. Warto pamiętać także o misce zielonej sałaty. Nasi przodkowie wiedzieli, co dobre. Dlatego cenili drób i podawali do każdego obiadu. Oczywiście, ci zamożni. Dzisiaj takich różnic w poziomie życia jednak nie ma. Większą większość z nas stać na drób nie tylko od święta.

niedziela, 31 stycznia 2016
Na niedzielę: kurczak i ryż

Połączenie spotykane w wielu kuchniach świata. Ryż to ten szczęśliwy dodatek, który sam w sobie jest obojętny. Można go więc dodawać do wielu dań, aby podkreślał ich smakową urodę. A przy okazji i urodę, bo na jego białym tle zwykłe duszone mięso czy banalna mieszanka warzyw nabiorą wyrazu. Z kolei składniki wzbogacające ryż podczas gotowania czy smażenia (a raczej duszenia) – pozwalają zmienić jego smak i wyraz, aby za każdym razem uzyskać nowe danie.

Należę do tego pokolenia, w którym nie przez wszystkie dni tygodnia podawano mięso. Ale musowo musiało pojawić się w niedzielę, mógł to przy tym być drób. Kura lub kurczak. Najczęściej z rosołu. A więc gotowany.

Ugotowałam więc niedzielnego kurczaka, ale nadałam mu nieco innego charakteru dzięki późniejszemu zapieczeniu. Obawiałam się, czy nie wyschnie, ale nie – dzięki polewaniu rosołem podczas pieczenia, czy raczej opiekania, był soczysty, ale zarazem interesująco podpieczony. Dodatek ryżu – specjalnego i specjalnie potraktowanego – dopełnił smaku naszego niedzielnego obiadu. Plus miska sałaty, oczywiście. U nas była to rukola.

O walorach bogato warzywnego rosołu nie muszę rozprawiać. Bywa nazywany żydowską penicyliną. Albo lekiem babci gotowanym przy przeziębieniu. A gdy babcia się przeziębi i nie może wyjść z kataru – musi sobie sama ugotować rosół. Pomaga!

Kurczak z rosołu, potem zapiekany po mojemu

kurczak zagrodowy na rosół

włoszczyzna (2 marchewki, pietruszka, kawałek selera korzeniowego, 2 gałązki selera naciowego,
kawałek białej części pora)

cebula

kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego

listek laurowy

cytryna

sól, biały pieprz

Kurczaka umyć z wierzchu i w środku, opłukać, obsuszyć. Jeżeli nie jest uformowany i związany, związać mu nogi nicią kuchenną, a skrzydełka założyć na grzbiecie. Cytrynę przekroić na pół. Z połówki wycisnąć sok, natrzeć nim kurczaka w środku i na zewnątrz. Drugą połówkę włożyć do tuszki. Posolić, popieprzyć całą tuszkę, także w środku.

Do dużego garnka wlać wodę, włożyć korzenie i liść laurowy, włożyć kurczaka. Od zagotowania trzymać przez pół godziny na zmniejszonym ogniu. Pod przykryciem, ale z pokrywką uchyloną.

Warzywa oczyścić. Cebulę opiec w piekarniku lub opalarką. Dołożyć do kurczaka. Gotować kolejne pół godziny. Sprawdzić ostrym nożem, czy kurczak jest miękki w najgrubszej części udka. Jeżeli potrzeba, dogotować jeszcze przez 15–20 minut.

Czas gotowania zależy od wielkości tuszki. Ja staram się kupować najmniejszą (ok. 1,3 kg). Gotowanie w szybkowarze pozwala mieć rosół i kurczaka w pół godziny. Do szybkowaru wkładam kurczaka i warzywa na wkładce. Wtedy na pewno tuszka nie rozpadnie się przy wyjmowaniu.

Zapiekanie kurczaka gotowanego w rosole

Wkładkę z kurczakiem postawić na naczyniu żaroodpornym tak dopasowanym, aby wkładka nie dotykała dna. Tuszkę obłożyć warzywami z rosołu. Wszystko polać rosołem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 st. na 15 minut. Podczas zapiekania polać rosołem. Na ostatnie 5 minut włączyć górny opiekacz.

Do takiego zazłoconego kurczaka podałam ryż. Jako risotto. A że był to ryż pełnoziarnisty (riso integrale), gotował się długo, ok. 40 minut. Dlatego trzeba zacząć go przyrządzać w tym samym czasie, co kurczaka.

Risotto intergrale z serem gorgonzola po mojemu

szklanka ryżu pełnoziarnistego

cebula

łodyga selera naciowego

1/2–3/4 szklanki białego wina

1/2 l rosołu z kurczaka

sok z 1/2 cytryny i starta skórka

oliwa lub masło klarowane

2 łyżki śmietanki kremowej

biały pieprz

ser gorgonzola

trybula lub natka pietruszki

Ryż opłukać. Cebule pokroić w kosteczkę, łodygę selera w krążki (jeżeli ma grube włókna. zdjąć je). Na patelni z grubym dnem rozgrzać oliwę lub masło klarowane, wrzucić cebulę, a po chwili seler. Gdy cebula się zeszkli, dołożyć ryż. Mieszać, aby każde ziarenko pokryło się tłuszczem i zaczęło zmieniać kolor.

Dolać wino, mieszać, aż ryż je wchłonie. Zmniejszyć temperaturę, dolewać rosół z kurczaka. Wlać także sok z połowy cytryny. Mieszać co jakiś czas i dolewać płyn, aby risotto równomiernie się w nim dusiło. Potrwa to ze 40 minut. Gdy ryż już będzie miękki, dodać śmietanę, posypać pieprzem i skórką startą z cytryny, wymieszać.

 Następnie wkruszyć ser. Potrzymać jeszcze kilka minut, by się roztopił. Posypać wszystko posiekaną trybulą lub natką.

Ponieważ do ryżu wlewaliśmy osolony rosół, nie dodajemy dodatkowej soli. Ale jeżeli risotto byśmy polewali tylko wodą (tak też można), trzeba je posolić. Choć i sam ser jest słony, na co warto wziąć poprawkę.

Do poczytania w niedzielny wieczór dwa ryżowe znaleziska ze starych gazet. Potwierdzają tezę o globalnej obecności ryżu. Jedno dotyczy kuchni greckiej, drugie – kuchni chińskiej. Oba w dodatku są historyczne. Bo ryż towarzyszy ludzkości od wieków. Nie znudził się i nie znudzi nigdy. A w dodatku teraz może być zdrowszy niż ten całkiem biały i całkiem oczyszczony. Pełnoziarnisty gotujemy w pokorze dłużej, bo w zamian dostarcza troszkę witamin, ale zwłaszcza więcej błonnika. Co nie znaczy, że po obiedzie z ryżem z dodatkami nie trzeba wyjść na spacer. To zawsze warto.

Opis kuchni greckiej znalazłam w „Kurierze Warszawskim” z roku 1830. Od początku, a więc od lat 20. w gazecie opisywano walkę Greków z tureckim Imperium Osmańskim. Polacy, sami marzący o niepodległości, sekundowali walce narodu greckiego. Rosja także zresztą temu sprzyjała, bo chciała Turcję osłabić. Także Anglicy prowadzili w tym rejonie świata swoje interesy, a Turcja im wadziła. Tak więc wszyscy popierali wolną Grecję. Polacy, którzy już w listopadzie mieli powstać przeciw Imperium Rosyjskiemu, na takie poparcie Europy niestety liczyć nie mogli. Choć sympatia narodów europejskich była po ich stronie. Na razie z życzliwością i ciekawością przyglądali się Grekom. Przy okazji poznając i ich… kuchnię. Zachowuję pisownię z epoki.

Kto się wybiera do Grecji, ten niepowinien mieć znarowionego podniebienia, mało tam bowiem znajdzie pokarmów z wykwintnością sztuki przyrządzonych; najpospolitszemi potrawami są kury i skopowina; oliwa zastępuie miejsce masła; iedzą bardzo często ryż, a z iarzyn przed wszystkiemi lubią pewny rodzaj małych arbuzów, podobnych do ogórków.

Jaia miód, suszone figi i pospolite owoców gatunki, iako to: winne grona, figi, granaty, pomarańcze, iabłka, w pewnych tylko porach roku znaleźć można ; wiśnie, śliwy i gruszki rzadko się zdarzaią, a porzeczki i agrest prawie nigdy. Wszelako, chociaż nie wiele tam głównych potraw maią.. Grecka kuchnia (podobnie iak i u Turecka) w domach zamożniejszych iest dosyć sztuczna i złożona; wszystko nadzwyczajnie zaprawiaią korzeniami i tłustością i powtarzaią ciągle pod odmienną tylko postacią, iak np. ryż 6 razy inaczej sporządzony, to w innych liściach, to rozmaicie pieczony lub gotowany; skopowina to z białym to z czarnym sosem. Rzadko widzieć można twarde mięso na stole; wszystko bywa nadzwyczajnie miękkie i pokraiane w drobne cząstki, ponieważ zwykle iedzą bez noży i widelców.

A teraz podróż jeszcze dalsza. Przeszło sto lat późniejsza, bo z roku 1938, także opisana w „Kurierze Warszawskim”. To była gazeta z historią, istniała przecież od roku 1821. Zamarła razem z wybuchem drugiej wojny. Szkoda.

Nie można powiedzieć, by menu bankietu, wydanego przez ambasadora chińskiego w Londynie, w dniu 10 października, dla uczczenia dnia „wolności Chin” –było urozmaicone.

Gdy biesiadnicy, należący do najwyższych sfer społeczeństwa angielskiego, zasiedli na przepisanych ceremoniałem dyplomatycznym miejscach – podano na cienkich, prawie przezroczystych talerzach z najprawdziwszej chińskiej porcelany – najprawdziwszą chińską potrawę – ryż. Na drugie danie – też ryż. Na trzecie danie – tak samo ryż, tylko w innym sosie. I tak kolejno z 15 razy zmieniło się nakrycie i wnoszono dania, których podstawa nieodmienną był ryż. A jednak kunszt kuchni chińskiej sprawił, że wytworni biesiadnicy znajdowali w podawanych potrawach ryżowych coraz to nowy i coraz subtelniejszy smak.

Ryż na piętnaście sposobów podczas jednej uczty to chyba przesada. Ale i dowód na nieograniczone możliwości jego przyrządzania, podobnie jak sześć sposobów greckich. Walczący z nimi Turcy oczywiście także zajadali się ryżem. Może przy tym być daniem codziennym, jak i odświętnym. Przyprawianym pikantnie i na słodko. Naprawdę jest uniwersalny.

środa, 27 stycznia 2016
Kaczka nieco inaczej

Zwykle piecze się ją z jabłkami. Lubi też dodatek śliwek świeżych lub suszonych. Po francusku wkładamy ją do piekarnika z pomarańczami. Jej ciemne mięso lubi owoce. A gdyby zmienić jej smak? Proponuję podać kaczkę pieczoną z papryką. Za sprawą przypraw nabierze smaku wakacji nad Morzem Śródziemnym. A czerwień papryki nie zniknie nawet w długim pieczeniu i pięknie ozdobi stół. Zimą kolorów wciąż za mało. Nie żałujmy ich sobie.

O długim pieczeniu wspomniałam nie bez powodu. Piekłam ją długo, trzymając w stosunkowo niskiej temperaturze piekarnika. Lubię takie pieczenie. Mięso nie wysycha, skórka się nie przypala. Piekarnik robi swoje, a ja mogę robić inne rzeczy, np. czytać, czytać i jeszcze raz czytać – stare gazety i książki.

Kaczka pieczona z papryką po mojemu

2 udka kaczki

2 piersi kaczki

2 czerwone papryki

sól cypryjska

bazylia suszona

koper włoski (nasiona)

Kaczkę umyć, osuszyć. Naciąć skórkę, ale nie przecinać mięsa. W skórkę wetrzeć przyprawy. Odstawić na godzinę (można i na noc).

Kaczkę obsmażać powoli na patelni do smażenia beztłuszczowego, na małym ogniu. Wytapiać z niej tłuszcz, ale nie smażyć jej mocno, aby nie spalić przypraw na skórce. Paprykę oczyścić, pokroić w cząstki.

 

Części kaczki przełożyć do brytfanki nagrzanej w piekarniku, obłożyć papryką. To wszystko skropić tłuszczem, podlać wodą. Piec cztery godziny w 80 st. C. Kaczkę można ze dwa razy odwrócić. Na sam koniec (5–10 minut) można zwiększyć temperaturę do maksymalnej i włączyć górny opiekacz, aby skórka zrobiła się chrupiąca.

 

Same piersi kaczki można w tej temperaturze piec krótko, nawet tylko pół godziny. Oczywiście, po starannym obsmażeniu. Ale tak przyrządzone będą surowawe. Niektórzy takie właśnie uważają za najlepsze. Wolę dopieczone. Kroimy je w plastry. Udka można przekroić na pół.

Kaczka raczej nie należała do drobiu podawanego przy eleganckich obiadach czy kolacjach. Chyba że była pieczona na dziko, czyli udawała dziką kaczkę, lub była podana na zimno. Ale były i inne wyjątki. Jeden taki znalazłam we wspomnianym już przeze mnie niedawno „Tygodniku Kucharskim”, wydawanym przez Aleksandra Sochackiego. Nie wiem, czy sam był kucharzem, czy tylko miłośnikiem dobrego stołu.

Zimą roku 1884, w drugim i ostatnim zarazem roku wydawania tygodnika, opisywał pewną wytworną i bogatą ucztę weselną. Została wydana w Warszawie.

 

W zeszłym tygodniu odbyła się w sali Szwajcarskiej przy ulicy Dzielnej, uczta weselna jednej z więcej znanych tutejszych rodzin izraelskich. Liczni goście podejmowani byli wystawną kolacyą, której Menu było następujące: 1) Szczupaki nadziewane i karpie; 2) Sandacz z sosem włoskim; 3) Bulion i paszteciki; 4) Polędwica z szampionami; 5) Sorbet à Kirsch; 6) Kotlety angielskie z garniturem; 7) Pieczyste: indyczki i kaczki; 8) Kompoty z różnych owoców; 9) Lody owocowe; 10) Desser; 11) Czarna kawa.

Zabawa urozmaicona była poważniejszą muzyką, wykonane bowiem zostały między innemi: Uwertura Raymond Tomasa, Grawot D. Schultza, Kujawiak Łady, Pottpourri z Trubadura  Werdiego. Nadmieniamy przytém, iż tak zwana „Sala Szwajcarska”, stanowi jakby rodzaj Resursy, w której dość często odbywają się ochocze zabawy rodzin izraelskich, a urządzona jest elegancko. Zwiedziliśmy ją szczegółowo podczas powyższej zabawy i znaleźliśmy do podobnego celu odpowiednio przygotowaną.

Kuchnia także należycie spełnia swoje zadanie i dozwala kuchmistrzowi wywiązać się z czynności. To téż zebrani na powyższej zabawie goście zadowoleni byli ze wszystkich dań, które przyrządzał znany kuchmistrz starozakonny p. A. Krakowski.

W tygodniku od początku pojawiały się opisy kuchni obrzędowej, czyli żydowskiej. Jej zasady przybliżył w którymś z numerów L. Krakowski. Jak się miał do kucharza A. Krakowskiego? Nie wiem, czy to rozwikłam. Gdy znajdę wyjaśnienie – napiszę. Pisownia, jak i poprzednio, oryginału.

Jak wiadomo, wielki prawodawca żydowski Mojżesz, który był zarazem wybornym hygienistą swego czasu, ze względu na zdrowotność ludu, któremu przewodniczył w długiej wędrówce do ziemi obiecanej, podzielił wszystkie pokarmy na czyste i nieczyste i tych ostatnich używać żydom zabronił. Teu przepis prawodawstwa mojżeszowego, religijnie czczony, przechował się aż do dni dzisiejszych, a opatrzony licznemi komentarzami rabinów późniejszych, obowiązuje po dziś dzień każdego żyda – konserwatystę w rzeczach religijnych.

„Tygodnik Kucharski” jako pismo specjalne, musi uwzględnić i ten rodzaj kuchni, w przekonaniu, że udzielone poniżej wskazówki, pewnej przynajmniej sferze czytelników, przydatnemi być mogą. Przy ograniczonej liczbie produktów, któremi kuchni żydowskiej rozporządzać wolno, oraz w obec niemożności kombinowania produktów mięsnych z nabiałowemi, kuchnia ta nie przedstawia tak wielkiej rozmaitości potraw jak inne. Niemniej przeto posiada ona także swoją tradycję, a niektóre jej potrawy, jak naprzykład „szczupak po żydowsku” i inne przyrządzone umiejętnie, mogą być ozdobą najwykwintniejszych stołów.

Zaraz, na samym początku istnienia naszego pisemka, musimy dać małe objaśnienie polemicznej natury. Zrobiono nam zarzut, że w prospekcie obiecaliśmy podawać przepisy kuchni koszernej.

„To zdeklarowany semityzm!!” powiedzieli niektórzy. Na to możemy odpowiedzieć takim argumentem, że deputowany węgierski Istoczy i pastor Stöcker chociaż zawzięci antysemici, nie cofną się przed „żydowskim szczupakiem”, a zmarły lord Disraeli Beaconsfield, chociaż żyd, delektował się nieraz soczystą szynką z pięknego egzemplarza rassy York lub Lincolnshire, i okoliczność ta ich przekonaniom nic a nic nie przeszkadzała.

Porządek kuchni.

Podług obrządku mojżeszowego wymaga się, aby wszelkie pokarmy mięsne były jak najściślej oddzielone od mlecznych, t. j. żeby nie miały żadnej z sobą styczności. Trzeba wiec mieć osobne statki tak dla gotowania, jakoteż i do zastawy stołu. Ażeby unikać omyłki, w kuchni znajdować się powinny dwie szafki, lub też jedna z dwoma przedziałami. Jeden przedział szafy służyć ma do zachowania talerzy, nożów, widelców i tym podobnych przedmiotów używających się do spożywania mięsnych pokarmów, w drugim zaś oddziale wstawiają się te same naczynia dla pokarmów mlecznych.

Również mają być dwojakie naczynia dla przygotowania potraw: jedne dla mięsnych, drugie dla mlecznych. W tym celu kucharka potrzebuje mieć dwa naczynia do mycia statków, oddzielne kuchenne ręczniki i oddzielne dwie deseczki do czyszczenia nożów i widelców.

Na stole kładzie się inny obrus i inne serwetki do obiadu z mięsnych, inne przy mlecznych potrawach. Obiad zatem lub kolacja może się składać albo z mięsa i potraw przyrządzonych z niego, albo też z samych produktów nabiałowych.

Mięso i mleczne potrawy nie mogą stanowić jednej uczty. Ażeby naczynia się nie przemieniły, robią się na nich odpowiednie znaki dla rozpoznawania, albo też kupuje się zaraz dwa garnitury naczyń różnej formy.

„Tygodnik Kucharski” jawi się jako pismo postępowe, a przynajmniej nie zamykające oczu na polskich Żydów, po polsku czytających, ale żyjących w zgodzie z zasadami swojej religii. Wśród ówczesnych pism był rzadkim wyjątkiem. Spotykała go za to krytyka; z obu stron: i polskiej narodowej, i żydowskiej. O listach i głosach, jakie w związku z tym nadeszły do redakcji, w końcu trzeba było napisać. I, niestety, się tłumaczyć. Przytaczam obszerny fragment tekstu. Jest ciekawym przyczynkiem do dziejów polskich Żydów. Przytoczona polemika dotyczy kuchni koszernej. Przykrywa jednak zupełnie co innego: lekceważenie religii i kultury Żydów, tak charakterystyczne do budzącego się wtedy antysemityzmu w jego najgroźniejszej odmianie.

Onego czasu a było to w N. 3 Tygodnika Kucharskiego z r. z. [1883], pomieszczony został artykuł p. L. Krakowskiego kucharza, p. t. „Kuchnia obrzędowa”, w którym udzielone zostały wskazówki, jak podług obrządku Mojżeszowego kuchnia koszerna winna być urządzona.

Zaznaczywszy w tem miejscu przedewszystkiem, iż my temu nic nie jesteśmy winni, że do współpracownictwa z nami stanął wcześniej i ochotniej kuchmistrz starozakonny, aniżeli którykolwiek katolicki, – zaznajomimy czytelników z główniejszemi ustępami dwóch listów, jakie z powodu powyższego artykułu otrzymaliśmy.

Pierwszy list pochodzi od p. Wł. L. i datowy jest w Tyszowcach d. 10 Listopada r. z. P. Wł. L. przedewszystkiem puszcza wodze fantazyi i opisuje: jak przechodził Franciszkańską ulicą, jak widział gromady żydów walczące o zdobycie sobie kawałka papieru, którym był Tygodnik Kucharski (bardzo nas to cieszy!) i jak z powodu nieświadomości jego coby to być mogło, spotkała go ze strony żydków silna konfuzya (bardzo nas to smuci!).

Dalej p. Wł. L. dowiedziawszy się nareszcie o co rzecz chodziła, wystosował właśnie do nas swoje
pismo z wyrzutem, że „szpalty Tygodnika Kucharskiego nie powinny rozpowszechniać przestarzałych i przebrzmiałych pojęć starego zakonu”. Jeszcze dalej p. L. pisze, – że tego rodzaju artykuły służą tylko za materyał do zapełnienia pisma i są tylko sposobem przypodobania się ciemnej, fanatycznej masie żydowskiej; że Mojżesz był wprawdzie dobrym hygienistą, ale lud jego nie miał najelementarniej szych pojęć o zdrowiu i porządku; że więc zakaz używania wieprzowiny dla tego podany był żydom za dogmat, aby tymsposobem przy niewygodach na puszczy i wrodzonem niechlujstwie, zachować im siłę, zdrowie i życie.
P. Wł. L. kończy swój list pytaniem: „w jakim celu i dla kogo” podaliśmy przepisy obrzędowej kuchni? „Żyd wykształcony – są słowa listu – tref i koszer uważa dzisiaj za głupstwo. Ciemny Moszek z Ryfką dowiedzieli się, że w Warszawie w polskiem piśmie znajdą dobry przepis na kugieł, ale go nie przeczytają”. Nie mogąc odmówić p. Wł. L. wiele w słowach jego słuszności, nie chcieliśmy się z nim w swoim czasie sprzeczać i odpowiedzieliśmy mu że ma racyą.

Lecz oto obecnie zgłasza się do nas ktoś inny, mianowicie p. Salomea Blander z Lublina i w liście
datowanym 17 Grudnia r. z . jakby pragnęła obronić swą sprawę przed p. Wł. L. Podajemy tu niektóre wyjątki z jej listu: „W pewnym domu, gdzie było zebranych kilkanaście osób, przeglądano Tygodnik kucharski. Zdań pro i contra przytaczać nie mam zamiaru, chodzi mi bowiem głównie o jedną kwestyę rozbieraną przez towarzystwo z pewną namiętnością. Dysputowaliśmy o kuchni koszernej – jedni byli przeciwni, drudzy, do których i ja należałam, trzymaliśmy z nią. Ile osób, tyle było przekonań o zasadzie, wartości i celu rubryki „Kuchnia koszerna”.

Sądzę, że obrona mego zdania nie obrazi w niczem moich oponentów. Jako wierna córa Izraela, wzięłam sobie za punkt honoru obronić przepisy kuchenne, pamiętające jeszcze wielkich naszych przodków Dawida i Salomona. Nie chodzi mi bynajmniej która kuchnia jest smaczniejszą, bo to rzecz podniebienia, ale dla czego żydzi, od niepamiętnych czasów używający swoich przepisów, mają być pozbawieni wskazówek w piśmie kucharskiem? Czy żydzi mają być odsądzeni od praw należnych innym narodowościom, czy zachowując przepisy Mojżeszowe, nie można być równie dobrym człowiekiem, jak jedząc roladę z prosiaka wychowanego na szlacheckim zaścianku? Wszakże zadań życiowych nie szukamy w garnku, ale w sercu.

Ktoś może twierdzić, że kuchnia żydowska straciła racyą bytu, że to co dobrem było zaczasów Mojżesza, straciło na wartości w obecnych warunkach. Dajmy na to że tak jest; ale czy oprócz wartości materyalnej nie cenimy nic duchowego, czy za nic mamy mieć pamiątkę po dziadach i ojcach naszych?

Żydzi, naród wygnany, rozbity, gdyby ich nie wiązały ogniwa łączności religijnych przepisów, zleliby się wkrótce z pierwszą napotkaną w swej wędrówce massą i ślad by ich nie pozostał. U nas żydów kuchnia ściśle łączy się z religją. Nie zachowywać ich przepisów, to nie być żydem”.

I oto z najniewinniej podanego przez nas przepisu przyrządzania szczupaka nadziewanego, wyrodziła się kwestya zasad! Czyż mogliśmy się tego spodziewać?... Z jednej strony, cieszy nas to zainteresowanie się pewnych sfer pismem naszem, i aż „rozrywanie” takowego, jak się p. Wł. L. wyraził; z drugiej, nie chcielibyśmy dać nikomu powodu do ognistej walki o.... kuchnię koszerną. Jak tu na to poradzić, żeby był i wilk syty i owca cała?

Ha! kierujmy się w tym razie własnym interesem. Ponieważ w liczbie naszych prenumeratorów mamy szczęście liczyć bardzo wielu takich, którzy być może połączyliby się ze zdaniem p. Wł. L., – a znów inne mnóstwo takich, którzy protegować mogą zdanie pani Salomei Bl., – sami zaś z najprostszego założenia naszego jesteśmy obowiązani do przyrządzania obydwom stronom wszystkiego tego co dla nich jest najsmaczniejsze.... więc od dnia dzisiejszego nie będziemy dawać przepisów „kuchni koszernej”, to jest będziemy dawać przepisy przyrządzania „szczupaka po żydowsku"” i innych tejże kategoryi specyałów.

Jeżeli więc kto na tem ma ucierpieć, to niech ucierpi tytuł rubryki „Kuchnia obrzędowa”, który nam w swej złości zniszczył zecer Tygodnika...

Na zakończenie słówko. Rozpoczynając wydawnictwo pisma naszego, nie przystępowaliśmy do tego z rozwiniętym sztandarem walki o zasady semityzmu, lub antysemityzmu. Nasze hasła – to brzęk rondli kuchennych, nasze idee – to porządek kuchni, nasze pragnienia – to zadowolenie z udania się potrawy przyrządzonej podług naszych przepisów.

Z kuchnią żydowską, jako z faktem istniejącym, a istniejącym przez tak długie czasy, liczyć się musimy i mamy obowiązek. Podawaniem zaś przepisów dla niej nikt się drażnić nie powinien. W krótkim przeciągu istnienia naszego podaliśmy już tyle różnych przepisów zup Amerykańskich, zup Włoskich, zup Radziwiłłowskich, potraw na sposób Potockiego, pasztecików francuzkich, kotletów angielskich, Jeż pisze o kuchni tureckiej, ktoś ma nam napisać o kuchni węgierskiej, inny znów o chińskiej, i gdyby nam z tego powodu chciano robić zarzuty na punkcie zasad, doprawdy wszystkie te smaczne rzeczy przydymić i przypalićby się musiały...

Tłumaczenie się redaktora zdroworozsądkowe. Ale widać, że temat był gorący i nośny. Antysemityzm w kuchni. No cóż. „Tygodnik Kucharski” nie chciał zamykać oczu na żydowskich współobywateli czytających i piszących po polsku, ale wyznających religię przodków i żyjących wedle jej zasad. Był przy tym pismem prowadzonym przez Polaka. Czy nie dlatego nie zyskał powodzenia i ukazywał się tylko przez dwa lata? Podawał przez ten czas przepisy rodem z kuchni żydowskiej, choć tych polskich, wiedeńskich, francuskich itd., itp. było jeszcze więcej. Swoją drogą, ciekawa byłabym poznać losy potomków korespondentów pisma – rodziny Wł. L. z Tyszowiec i Salomei Blender z Lublina. Co za wspaniały temat dla reportera.

niedziela, 03 stycznia 2016
Stół niech zachęca i zachwyca

Dekorowanie stołów, nie tylko podczas przyjęć, ale i podczas codziennych posiłków, jest sztuką. Dlaczego ważną? Bo nadaje życiu ład i piękno. Po męczącym dniu wprawi w lepszy humor, gdy posiłek zjemy nie kątem, z gazety czy jednorazowego plastikowego talerzyka, ale z talerza, na uprzątniętym stole, z ładnej miseczki, a nawet z deseczki, na której nawet banalne kanapki można ciekawie ułożyć i przybrać. Do codziennego posiłku nie musimy podawać rodowej porcelany i srebrnych sztućców oraz wyciągać wykrochmalonego obrusu, ale pod talerze warto położyć choćby ładne podkładki lub serwetki, a i sztućce i szklaneczki dać, jak trzeba.

Wiemy ze wspomnień naszych przodków, którym przyszło spędzać życie w naprawdę trudnych warunkach zesłań czy biedy wojennej lub okupacyjnej, że trzymanie się reguł cywilizowanego życia, pomagało im przeżyć, nie załamać się, zachować człowieczeństwo. Pamiętajmy o tym nie tylko w czasach i warunkach trudnych, ale i łatwych lub tylko byle jakich…

Wzmiankę o historii dekorowania stołu, czyli jakiś przyczynek do historii życia codziennego Polaków, znalazłam w .„Kurierze Warszawskim” z roku 1827. Sprzed lat blisko dwustu. A dotyczy czasów jeszcze dawniejszych. Wszystko, jak zwykle, w ortografii i pisowni oryginału.

Ubieranie stołów podczas uczt, wprowadzonem zostało do Polski w r. 1510, o czem iest ślad w krótkim opisie życia Kościelskiego, Podskarbiego i Rządcy Żup Solnych. On pierwszy czworograniaste stoły, sposób zastawiania i ozdobienia sal wprowadził do Polski. Pałac Królewski z takim przepychem ozdobił, iż cudzoziemcy nad nim się zastanawiali. Umarł dnia 6 Listopada 1515.

A więc to pan Kościelski, z imienia nie wymieniony, położył jakąś cegiełkę w budowaniu kultury dnia codziennego naszego kraju. Od tego zapewne czasu (choć przypuszczam, że jednak i od czasów dawniejszych) zaczęto patrzeć nie tylko na to, co do stołów się podaje, ale i jak się to robi. I to przez wieki. Do naszych czasów.

A jak przed wojną myślano o podawaniu do stołu i jego ładnym urządzaniu, jak mawiano, dowiemy się z tygodnika „Ewa”, wydawanego w Warszawie na przełomie lat 20. i 30. XX wieku.

Było to pismo przeznaczone dla postępowych kobiet żydowskich, czyli takich, które przy swojej narodowości pozostawały, ale czuły się Polkami, po polsku myślały, pisały i żyły. Tygodnik wydawały żony szefów największej przed wojną codziennej gazety żydowskiej „Naszego Przeglądu”, także ukazującej się w języku polskim. Były to Paulina Appenszlakowa i Iza Wagmanowa. Szkoda, że ich pismo – dzisiaj zawierające bogate źródło dla badaczy kultury międzywojennej, także tej materialnej – ukazywało się tylko przez kilka lat. Nie znalazło widocznie dość czytelniczek. O redaktorkach i ich dziejach już kiedyś na blogu pisałam.

Tekst podpisała Irena Szumlakowska, jedna z założycielek Sekcji Gospodarstwa Domowego przy Instytucie Naukowej Organizacji, która przekształciła się w Związek Pań Domu i Instytut Gospodarstwa Domowego. Toteż artykuły podpisane jej nazwiskiem mają dodatkową sygnaturę: (org. gos. dom.). Ten pochodzi z roku 1931.

W całokształcie prac domowych nakrywanie do stołu jest uważane za czynność tak łatwą, że dlatego pewno poświęca się jej niezmiernie mało uwagi, czego najlepszym dowodem, że rzadko która służąca umie porządnie nakryć.

A przecież nakrycie do stołu ma swój cel; jest nim mianowicie stworzenie najdogodniejszych i najestetyczniejszych warunków spożywania jedzenia, co pobudza apetyt i sprzyja pośrednio lepszemu przyswojeniu pokarmu. Właściwie nakrycie ułatwia też i drugą czynność, służącą temu samemu celowi – podawanie do stołu, które właściwie uwarunkowane jest dobrem nakryciem. Jeśli nakrycie ma spełnić swój cel, musi odpowiadać wymaganiom wygody, prostoty i estetyki. Jedzący powinien mieć wszystko pod ręką, mieć dużo miejsca, czuć się przyjemnie i miło. Jeśli przeznaczymy mu tak małą przestrzeń, że przy każdem poruszeniu będzie potrącał sąsiada, jeśli tak zastawimy stół, że dla sięgnięcia po chleb, sól i t. p. będzie musiał wykonywać skomplikowane przesunięcia – to pozbawimy go swobody i humoru; w takim wypadku nawet bardzo wystawne nakrycie minie się z celem. Unikajmy więc zbytniego zastawiania stołu i zbyt gęstego ustawienia nakryć.

Z drugiej strony dziwnie jednak niepociągająco i „zimno” wygląda duży, pusty stół, niczem nie zastawiony ani nie przybrany. By więc umilknąć tych ostateczności, pamiętajmy, że przestrzeń na dobre i estetyczne nakrycie powinna wynosić przeciętnie od 50 do 60 cm długości oraz 40 cm głębokości, przyczem przy stołach okrągłych może być nieco mniejsza na szerokość. Przyjmijmy też za zasadę, że jeżeli mała ilość osób stale siada do stołu, to powinien on być niewielki, rozsuwany w miarę potrzeby.

Pierwszym warunkiem estetycznego wyglądu stołu jest nieskazitelna czystość. Świeży, gładki obrus, błyszczące sztućce, połyskujące talerze i szkło swą świeżością zachęcają do jedzenia i stanowią jeden z czynników pobudzających apetyt.

Ściśle ztem zagadnieniem wiąże się kwestja bielizny stołowej, najbardziej bowiem do wrażenia czystości przyczynia się wygląd obrusa i serwet. Należy też obchodzić się starannie z bielizną stołową, a więc obrusy składać i przechowywać umiejętnie (służą do tego odpowiednie prasy), a nieraz zapierać plamy, jeśli to się opłaca pod względem nakładu pracy i czasu. Serwetki możemy domownikom podawać kilkakrotnie te same, ale ze względów higieny i utrzymania ich jak najdłużej w czystości zaleca się wkładanie ich do kopert płóciennych (w pensjonatach papierowych), zmienianych co tydzień.

Lecz niezawsze i niekoniecznie musimy stół nakrywać obrusem. Coraz bardziej wchodzi zwyczaj nakrywania małemi serwetkami dla każdego jedzącego oddzielnie. Serwetki mogą być rozmaite: koronkowe czy zwykłe, płócienne z mereżką lub z kolorowym szlakiem. Łatwe do zrobienia i dostępne dla każdej kieszeni, takie serwetki zupełnie zastępują obrus, a przewyższają go praktycznością. Z reguły powinny wejść w użycie do śniadań, podwieczorków i t. d., a także wyrugować obrus tam, gdzie kwestja częstego prania lub niemożność nabycia bielizny stołowej uniemożliwia estetyczne nakrycie.

Jeśli blat stołu jest ładny i czysty, nakrycie takie sprawia wrażenie bardzo wykwintne. Dla ochronienia politury kładziemy pod serwetkami krążki z cienkiej rafji, korka łub azbestu. Ale nawet gdy stół zniszczony pokrywa cerata, serwetki na niej położone będą ładniejszem nakryciem i przyjemniejszem niż sama cerata.

Estetyka nakrycia opiera się też na staranności i dokładności w ustawieniu i ułożeniu wszystkich przedmiotów. Do dekoracji służyć powinien tylko środek stołu. Zależnie od rodzaju posiłku i stopnia wykwintu nakrycia, możemy posługiwać się figurkami porcelanowemi, srebrnemi wazami i t. p.; wchodzą znów w modę świeczniki z palącemi się świecami, ale zawsze najpiękniej wyglądają kwiaty żywe. Pamiętajmy tylko o tem, że jeżeli umieszczamy je w wazonach, to tylko w płaskich i niskich, tak aby wszyscy siedzący przy stole mogli się widzieć i bez przeszkód ze sobą rozmawiać. Przy doborze kwiatów należy dobierać je do barwy porcelany, aby dobrze z nią harmonizowały.

Przy codziennem, choćby najskromniejszem nakryciu, powinno się pamiętać o ozdobie stołu. Doskonale nadają się do tego kwiaty z masy perłowej, zastępujące swym wyglądem kwiaty żywe, zwłaszcza w porze zimowej, gdy te ostatnie są mało dostępne.

Punktem centralnym nakrycia jest talerz. To też po starannem rozłożeniu obrusa najpierw rozstawiamy talerze, bacząc by odległości między niemi były równe. Czasem też na płaskich dużych talerzach stawiamy małe do przekąski (kładziemy wtedy na nich odpowiednie sztućce). Po lewej stronie talerza, dużego, nieco ku górze, stawiamy talerz mały na chleb, sałatę czy kompot.

Przy bardziej wykwintnem nakryciu talerzyk ten służy tylko do chleba, a do sałaty podaje się inny (przeważnie o kształcie półksiężyca, często szklany), ustawiany obok dużego talerza z lewej strony. Sztućce układa się na obrusie bez podstawek, po obu stronach talerza. Podstawki daje się tylko wtedy, jeśli, niestety, pozostawiamy te same sztućce do następnej potrawy; podstawka zabezpiecza wtedy obrus przed zabrudzeniem. Z lewej strony talerza kładzie się widelce, z prawej noże i łyżkę; jeżeli jednak podana będzie potrawa, do której używamy tylko widelca (jarzyny), kładzie się go również z prawej strony. U góry nakrycia, bezpośrednio nad talerzem, układa się sztućce deserowe. Kieliszki stawiamy zaraz za nakryciem deserowem nieco naukos wdół ku stronie prawej, w kolejności w jakiej będą nalewane, przyczem za pierwszy używa się stojący najbliżej prawej ręki.

Przy wykwintnem nakryciu nie stawia się butelek ani karafek na stole.

Chleb powinien leżeć na talerzyku przy każdem nakryciu. Bardzo ładnie wygląda w ten sposób chleb w kilku gatunkach. Jeżeli podajemy masło, to można po kilka kuleczek położyć na tym samym talerzyku i do tego dać specjalny nożyk. Jeszcze ładniej wygląda masło na malutkich szklanych talerzykach obok każdego nakrycia. Przy mniej wystawnych nakryciach wystarczy jeden talerzyk z kulkami masła na kilka osób.

Chleb powinien być zawsze pokrajany.

Do owoców podaje się talerz nakryty małą serwetką, a na niej stojące miseczki z wodą letnią do obmywania palców po spożyciu owoców. Na talerzyku, obok miseczki kładzie się nożyk i widelczyk do owoców.

Do śniadań i podwieczorków nakrycie nie jest tak „pełne”. Do śniadań zazwyczaj stawia się średniej wielkości talerz, na nim spodek z łyżką i filiżankę. Z prawej strony nożyk do masła, z lewej serwetka. Bardzo dobrym zwyczajem jest używanie do śniadań serwetek papierowych, świeżych za każdym razem; zwłaszcza jest to dobre w pensjonatach.

Jeśli do śniadania jest mięso, konieczny jest widelec przy talerzu.

Imbryk z wodą, czy też dzbanek z kawą dobrze jest nakrywać estetycznym kapturem, by je zachować w cieple dla spóźniających się na śniadanie. Jeśli śniadanie podajemy do pokoju, to całe nakrycie umieszczamy na tacy pokrytej serwetką. Jajka na miękko w skorupach podaje się zawsze w serwecie. Wszystkie zaś nakrycia z gorącemi potrawami powinniśmy umieszczać na stole tylko na podstawkach fajansowych, które najlepiej zabezpieczają politurę stołu od szkodliwego działania gorąca.

Do herbaty czy kawy podawanej w salonie nakrywamy serwetką dużą tacę i na niej umieszczamy filiżanki ustawione na talerzykach, pokrytych serwetkami. Na tacy powinna znajdować się mała cukiernica, pokrajana cytryna lub śmietanka w małym dzbanku, a jeśli jest na to miejsce – i talerze z ciasteczkami czy cukierkami.

Ciastka i cukierki obnosi się też na tacy osobno lub stawia na stole, co zależy od rodzaju przyjęcia.

Technika nakrywania polega przedewszystkiem na dokładnem obliczeniu, ile czego będzie potrzeba i na wydostaniu od razu wszystkich przedmiotów, które składamy albo obok stołu, albo – przy nakrywaniu dużych stołów – na środku nakrywanego. Pod obrusem powinno znajdować się sukno lub materjał tego typu, żeby przytłumić dźwięk przedmiotów stawianych na stole. Najpierw ustawiamy talerze duże płaskie, potem małe do chleba, później sztućce, wreszcie szkło i serwety. Wszystkie przedmioty ustawiane powinny być przedtem przetarte. Po położeniu nakrycia układamy kwiaty lub dekorujemy stół w inny sposób, a dopiero potem kładziemy chleb, masło, sól.

Niektóre z porady wydadzą się na nam anachroniczne. Te o służących, te o płytkach azbestowych, o kwiatach z masy perłowej. No i kto dziś nosi do magla bieliznę stołową?! Ale za to świece znów wróciły do łask i na stoły.

Dopowiem jeszcze, że znane są opisy domów, w których podczas okupacji stawiano na stole zastawę, a na niej podawano czarny chleb kartkowy. W tym Autorka tekstu zapewne się nie sprawdziła. Jej mąż przed wojną był polskim posłem w Madrycie, tam spędzili lata wojny i tam pozostali. Po wojnie współpracowali, obok znanego przed wojną poety Józefa Łobodowskiego, z Radiem Madryt. Pani Irena wygłaszała pogadanki pod panieńskim nazwiskiem Hebdzyńska.

W epoce przedwojennej doceniano rolę dekoracji, także stołu. W Instytucie Propagandy Sztuki, w IPS-ie sławnym z wielu artystycznych wystaw, przedsięwzięć i... kawiarni, w której bywało wiele ówczesnych sław, w roku 1936 zorganizowano nawet międzynarodowy konkurs na najpiękniejszą dekorację stołu. Bawiły się nim i go zaszczycały małżonki rządzących Polską, co uwieczniono i w tekście notki, i na zdjęciu. Ukazało się to w dodatku do jednego z ówczesnych „Expressów”. Telewizji nie było, po ilustracje chętnie więc sięgano. Wiele gazet miało wtedy niedzielne dodatki ze zdjęciami.

O konkursie pisały wszystkie gazety. Dopowiem, że jedno z wyróżnień otrzymał tradycyjny stół staropolski. A na zdjęciu poniżej widać nagrodzony drugą nagrodą stół szwedzki. Już wtedy stawało się modne surowe wzornictwo skandynawskie.

W IPS-ie otwarto wystawę dekoracji stołów zorganizowaną przez komitet propagandy przy M.S.Z. pod przewodnictwem p. min. Beckowej.

Każdy z 17 stołów urządzony został i przybrany przez poszczególne poselstwa państw obcych w Warszawie. Pierwszą nagrodę przyznano Chinom i Szwecji. (…) Na zdjęciu: Małżonka Pana Prezydenta Rzplitej, p. Mościcka, dokonuje przecięcia wstęgi (…).

Jak pisałam, na pięknie lub tylko przyzwoicie lecz starannie nakrytym stole, nie muszą się znajdować dania wytworne. Mogą to być natomiast ulubione i smaczne dania z… resztek. Po kolacji sylwestrowej i noworocznym obiedzie być może nam pozostało coś, co nie powinno się zmarnować. Podajmy to ładniej niż zwykle.

Idealne do twórczego wykorzystania pozostałości z dań – choćby z upieczonego drobiu – są zapiekanki. A ja poszłam dalej. Zapiekłam resztki z odświętnego kurczaka na kruchym cieście; może to być i inny drób: kaczka, gęś, perliczka. A na jakim cieście? Na gotowym, gotowym, przyznaję bez bicia. Ambitni, oczywiście, mogą zagnieść kruche ciasto sami, wcale nie jest to trudne. To było pierwsze ciasto, jakie się nauczyłam wypiekać, przy braku zdolności w tym kierunku.

 

Tarta drobiowo-pieczarkowa po mojemu

ciasto kruche

resztki pieczonego drobiu

cebula

tłuszcz drobiowy, masło klarowane lub olej

kilka brązowych pieczarek

rozmaryn

2 łyżki śmietany

jajko

tarty żółty ser

Ciasto nałożyć na foremkę na tartę, wyłożoną papierem do pieczenia, nakłuć je widelcem. Podpiec 15 minut w 180 st. C.

 

Pieczarki oczyścić, odciąć im nóżki. Posiekać je razem z resztkami drobiu. Cebulę pokroić w drobną kostkę. Na patelni rozgrzać tłuszcz, zeszklić cebulę i dodać do niej drobiowe mięso z pieczarkami, przyprawione pieprzem i solą, jeśli potrzeba. Przesmażyć i zdjąć z patelni. Następnie dodać łyżkę tłuszczu i obsmażyć w nim krótko kapelusze pieczarek posypane listkami rozmarynu. Smażyć z obu stron.

 

Na ciasto nałożyć farsz pieczarkowo-drobiowy, a na nim kapelusze pieczarek.

 

Śmietanę wymieszać z jajkiem, lekko posolić, polać zapiekankę, a z wierzchu posypać serem.

 

Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st., piec 30–40 minut.

Zapiekanki nie podajemy samej. Posłuży jej – a zwłaszcza nam! – sałata. Na przykład taka z pomidorami. Nic trudnego. Plastry pomidorów układamy naokoło salaterki, w środek dajemy listki sałaty (np. rzymskiej mini). Posypujemy je drobno posiekaną cebulką wymieszaną z podobnie pokrojonymi piętkami pomidorów. U mnie były to brązowawe pomidory kumato, soczyste i pełne smaku, ale droższe od zwykłych.

 

Tuż przed podaniem sałatę zalewamy winegretem (może być któryś gotowy sos do sałat) i posypujemy uprażonymi ziarnami. Pojawiło się kilka rodzajów takich posypek do sałat. Są kruche i wyborne. A w dodatku to samo zdrowie.

Ładnie rozłożona sałata, dekoracyjna tarta; kto pozna, że podaliśmy resztki?

niedziela, 01 listopada 2015
Kaczka z pistacjami

Ten przepis znalazłam na kartce wyciętej przez mnie z miesięcznika „Ty i Ja”, ukazującego się w latach 1960–1973. Kilka razy pisałam już o fenomenie tego pisma wyrafinowanego, choć wszak rozrywkowego. (Np. na końcu miało dwie inteligentne krzyżówki ustawione do siebie do góry nogami, jedna była dla „ja”, druga dla „ty”). Jego makietę stworzył Roman Cieślewicz, potem prowadzili go najwybitniejsi polscy graficy, a zasilały w teksty wybitne pióra pisarskie i dziennikarskie. Po zamknięciu „Ty i ja” przez lata ukazywał się „Magazyn Rodzinny”, mniej wyrafinowany. Z powodu winiety przez złośliwców był nazywany „masłem roślinnym". I to już nie było to samo. Chociaż w porównaniu z dzisiejszą prasą kobiecą – niebo i ziemia.

Załapałam się na „Ty i ja” w ostatnich klasach podstawówki, potem namiętnie kupowałam je w liceum. Oczywiście, rozwiązywałam krzyżówkę (obie jej części!), czytałam wszystko, ale uwielbiałam dział kulinariów prowadzony przez Marię Lemnis i Henryka Vitry. Nazwiska znałam i ceniłam, jako szczęśliwa posiadaczka „Książki kucharskiej dla samotnych i zakochanych”. A raczej książeczki (kiedyś w blogu pokazałam jej okładkę). Wtedy nie wiedziałam, że intrygujące nazwiska kryją jedną postać: Tadeusza Żakieja. Cotygodniowe porady kulinarne, często przybliżające kuchni egzotyczne, w kartoflano-buraczanym PRL-u miały wiele uroku. Wycieczki do kuchni staropolskiej z kolei uczyły szacunku dla gastronomicznych dokonań przodków, starannie przykrytych przez „niedobory rynkowe” oraz klasową niechęć do szlachetczyzny. W dodatku przepisy były pisane barwnym językiem, jakże odbiegającym do szczegółowej gramatury „sierioznych” pozycji typu „Kuchnia polska”. Bliżej im było do mojej ukochanej „Kuchni uniwersalnej” Marii Monatowej sprzed I wojny światowej, którą mieliśmy w domu…

Wróćmy do kartki z przepisami, którą znalazłam wśród domowych papierowych skarbów. Kilka miesięcy temu opisałam znaleziony na niej „Placek słoneczny” z brzoskwiniami. Obiecałam wtedy, że wrócę do znajdującego się obok przepisu na zgoła tajemniczą kaczkę. Mamy jesień, czas na ten drób. Wreszcie się mogłam za kaczkę zabrać. I zrobiłam to dwa razy! Raz prawie zgodnie z przepisem, drugi raz już bardziej „po mojemu”.

Egzotycznego tytułu przepisu, czyli – jak się domyślam – nazwy potrawy, szukałam w internecie. Znalazłam w zasadzie jeden przepis, powtarzający się kilka razy, o tej nazwie. I to po niemiecku. Wnioskuję więc, że z jakiejś niemieckiej książki lub pisma trafił do Tadeusza Żakieja, a ten po prostu go przetłumaczył, nieco przystosował do polskich realiów i opatrzył podpisem „opracował H. Vitry”. Uczciwie i dyskretnie zaznaczając, że skądś czerpał inspirację. Nawiasem, przepis placka brzoskwiniowego „opracowała Maria Lemnis”, a pozostałą garść recept podpisuje już dwoje „autorów”. Zamierzam wykonać wszystkie z podanych przepisów, a jest ich jeszcze siedem.

Na razie - kaczka. Skąd przepis na nią wzięli Niemcy? Tego nie rozwikłałam. W tym czasie czasami docierały do Polski pisma niemieckie. Dość często pojawiały się w nich dania egzotyczne. Widocznie taka była moda. No i bogate Niemcy mogły sobie pozwolić na sprowadzanie tej całej egzotyki! U nas w PRL-u dewizy wystarczały na cytryny oraz pomarańcze i banany ze dwa razy do roku.

A kaczka była bardzo egzotyczna. Obok obcej nazwy miała określenie: na sposób indyjski. Niech tak będzie. Na początek, zanim zdradzę tajniki przepisu, zapoznajmy się, co o kaczce jako takiej pisał ten sam autor w wydanym pod powyższymi pseudonimami „Iskier przewodniku sztuki kulinarnej”. Gdy się ukazał w roku 1976, po „Ty i ja” pozostały już tylko zszywki i wspomnienia.

Kaczka
Anas domestica

Od przeszło 2000 lat kaczka należy do najbardziej cenionych ptaków domowych. Rzymianie szczególnie przepadali za potrawami z tego ptaka, którego umiejętnie hodowali i tuczyli. Uważali nawet, iż mięso kaczki ma właściwości lecznicze. I tak np. Plutarch twierdził z całą powagą, że rodzina i służba Katona została oszczędzona przez panująca w Rzymie zarazę, dzięki… obficie spożywanym kaczkom. Z punktu widzenia naukowego jest to nonsens, ale „wiara góry przenosi”. Być może więc, że informacje Plutarcha są pierwszą kaczką dziennikarską lub jej pierwowzorem. Mięso kaczki, jeśli nie jest zbyt tłusta i stara (najlepsze są sześciomiesięczne), najbardziej nadaje się do pieczenia, szczególnie na rożnie. W Polsce niemal narodowym przysmakiem jest kaczka pieczona z jabłkami, zwłaszcza jesienią. Mięso kaczki jest bardzo smaczne i aromatyczne, lecz tłuste i niezbyt łatwo strawne.

Co wiedząc, przystępujemy do pracy nad kaczką. Przepis – barwny i bardzo omowny – zamieszczam jako cytat, wiernie, choć z niewielkimi skrótami. Potem opatrzę go własnymi uwagami. Jak we wszystkim, co wtedy pisano, dostrzeżemy realistyczne odwołania do ubogiego zaopatrzenia sklepów. W Peerelu wciąż trzeba było stosować zamienniki. Ale jak poszerzało to wyobraźnię i wyrabiało szczególną pomysłowość...

Batakh Pista
„kaczka na sposób indyjski”

Przepis ten, reprezentatywny dla wyrafinowanej kuchni Indii musieliśmy nieco zmodyfikować, by dostosować go do naszych możliwości rynkowych. Ale i w naszej wersji kaczka zachowuje najistotniejsze cechy indyjskiego oryginału i zdobyła sobie pełne uznanie tych, którym udostępniliśmy przepis przed jego opublikowaniem. (…)

Piękną, nietłustą, tzw. mięsną kaczkę (…) bardzo dokładnie myjemy pod bieżącą wodą (zewnątrz i wewnątrz), a następnie osuszamy czystą ściereczką i umiarkowanie nacieramy solą. 1/4 bułki paryskiej, po ścięciu skórki, moczymy krótko w mleku i dokładnie wyciskamy. 25–30 dkg ugotowanego na sypko ryżu (…) mieszamy z 15 dkg drobniutko posiekanych orzechów włoskich. Dodajemy szczyptę anyżku (nie jest to konieczne), 2 utarte ma miazgę cebule, 3/4 buteleczki jogurtu, 1 całe (surowe) jajo, 2 czubate łyżeczki przyprawy curry i solimy do smaku. Farszem tym (który możemy wzbogacić 5 dkg umytych rodzynków, co nie jest konieczne, ale za to smaczne), napełniamy kaczkę, zszywamy ją i układamy w brytfance, po czym polewamy roztopionym masłem i oprószamy ściętą łyżeczką świeżo zmielonego pieprzu.

Brytfankę wsuwamy do dobrze nagrzanego piekarnika i kaczkę pieczemy w temperaturze ok. 200 st. C, zależnie od wielkości, przez 1 do 1,5 godziny. W czasie pieczenia na dno brytfanki wlewamy nieco wrzątku, zaś kaczkę kilkakrotnie skrapiamy roztopionym masłem.

Upieczoną kaczkę układamy na podłużnym półmisku, dzielimy na porcje i polewamy sosem, który wytworzył się w czasie pieczenia. Oddzielnie podajemy ryż wypieczony na sypko (ale także i puree z ziemniaków będzie tu jak najbardziej na miejscu). Sałatka z cykorii, przyprawiona sokiem cytrynowym, oliwą, cukrem i solą oraz szczyptą pieprzu – będzie orzeźwiającym dodatkiem do tego egzotycznego dania.

Tyle przepis oryginalny. Moje modyfikacje zaczerpnęłam z niemieckiego oryginału. Tym samym wróciłam do źródeł. Dzięki temu, że w sklepach jest w zasadzie wszystko, o czym zamarzymy, możemy gotować bez namiastek. Taki smakosz jak Tadeusz Żakiej byłby szczęśliwy. Ja też to doceniam.

W jego przepisie występują orzechy włoskie, ale w oryginale są pistacje. Wtedy w Polsce niedostępne, chyba nawet na warszawskim bazarze przy Polnej, gdzie w zimie kupowało się pomidory i cytryny. Kosztowały majątek, ale były. A pistacji – chyba nie. Wiem, że jeszcze w latach 80., gdy czytałam wspomniany przewodnik po sztuce kulinarnej, pistacji nie widziałam na oczy. Tylko o nich czytałam i mogłam je sobie wyobrazić.

Pistacje
Pistacia vera

Podobno drzewo pistacjowe zadomowiło się w Europie Południowej dzięki Witeliuszowi, który sprowadził je do Rzymu z Syrii. Tak zwane orzeszki pistacjowe kryją w swym wnętrzu podobne do migdałów, owoce o jasnozielonej barwie i słodkim,  przyjemnym  smaku. Orzeszki pistacjowe mają dość szerokie zastosowanie w kuchni, głównie w cukiernictwie (ciastka, torty, lody itp.).

Czy Tadeusz Żakiej widział na oczy pistacje? Może przed wojną, ale chyba przez chwilkę. Nie wyglądają jak migdały i smakują inaczej. A jak, każdy może się przekonać, bo są powszechnie dostępne.

Jak pisałam, pierwszą kaczkę przyrządziłam dość wiernie, tyle że wracając do niemieckiego przepisu. A więc z pistacjami w miejsce orzechów, z anyżem gwiazdkowym zamiast anyżku, a nawet z dodatkiem wody różanej. Tyle że bez namoczonej bułki (kto chce ją dodać, w miejsce bułki paryskiej, której już nie ma, niech weźmie klasyczną bagietkę). Jeszcze jedno: skorzystałam z porady z niemieckiego oryginału i wyjęłam z kaczki mostek, starannie oddzielając go od piersi. Jest to mozolne, zwłaszcza za pierwszym razem. Ale opłaca się, bo kaczkę lepiej się nadziewa, a zwłaszcza potem ładnie kroi.

Ten przepis po większym zmodyfikowaniu wykorzystałam jeszcze raz. Podaję więc go tak, jak wykonywałam. Zwracam uwagę, że ryżu daję mniej niż w przepisie oryginalnym. Gdy kaczkę piekłam po raz pierwszy, farszu miałam stanowczo za dużo. Może dlatego, że raczej nie kupuję wielkich kaczek – są zwykle zbyt tłuste.

Jeszcze jedno: oryginał niemiecki proponuje podać do kaczki sałatkę z pomidorów i sałaty. Wydaje mi się to właściwsze niż propozycja Henryka Vitry. A już gotowanie dodatkowego ryżu do kaczki z nadzieniem ryżowym wydaje się zupełnie niepotrzebne. Jeżeli trzeba coś podać, to może raczej frytki lub ziemniaki pieczone. Ale w zasadzie ta bogato faszerowana kaczka, podana z sałatą, stanowi danie samodzielne.

Kaczka według przepisu Henryka Vitry po mojemu

kaczka pekińska

10–15 dag ugotowanego ryżu basmati

15 dag wyłuskanych pistacji

kopra orzecha kokosowego kandyzowana

1 cebula

1 jajko

małe opakowanie jogurtu naturalnego

woda różana

gwiazdka anyżu

anyż zielony

przyprawa quatre-épices (pieprz, gałka muszkatołowa, goździki, cynamon)

czarny pieprz, sól

masło klarowane

Kaczkę umyć, osuszyć, posolić i popieprzyć na zewnątrz i w środku. Wyluzować mostek (nie jest to konieczne, ale pożądane).

Przygotować nadzienie z ryżu, jajka i jogurtu, utartej cebuli oraz przypraw, czyli „czterech przypraw”, anyżu zielonego, soli i pieprzu. Wymieszać je z wodą różaną oraz orzechami i kostkami kokosa.

Tuszkę nadziać, związać nóżki i szyję lub zaszyć starannie. Natrzeć pieprzem, posmarować masłem klarowanym, dodać gwiazdkę anyżu. Wstawić do nagrzanego piekarnika, piec 1,5–2 godziny w 200 st. C. Podczas pieczenia kaczkę podlewać wodą i przynajmniej raz odwrócić.

Oryginalny przepis zawiera także bułeczkę namoczoną, tyle że w wodzie. Ja z niej zrezygnowałam, a – aby nadzienie z ryżu się nie rozpadało przy krojeniu – zastosowałam wypróbowany trik. Danie przyrządziłam dzień wcześniej. Warto to zrobić, także dlatego, żeby w dniu podania nie stać przy kuchni, no i efektowną kaczkę podać pięknie. Tuszkę po upieczeniu trzeba ostudzić, zawinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki.

Następnego dania trzeba ją odgrzać, ale najpierw pokroić w piękne plastry. Efekt murowany! Widać go na zdjęciu. Zwłaszcza zielone pistacje są piękne. Muszą być dobrej jakości, nie stare. Najładniejsze będą, gdy przed domieszaniem do farszu sparzymy je i obetrzemy ze skórek, Pomysł podrzucam kucharzom pracowitym lub zarządzającym podkuchennymi. W tej roli świetnie będą się sprawdzały dzieci lub wnuki. Tyle że pistacji trzeba przygotować dwa razy więcej niż potrzeba. Podkuchenni na pewno się im nie oprą.

poniedziałek, 12 października 2015
Na romantyczną kolację: przepiórki w figach

Kto pamięta historię wielkiej namiętności, jaką przeżywała Tita, bohaterka „Przepiórek w płatkach róż” napisanej przez Laurę Esquivel? Przypomnę jeszcze, że o jej treści jeszcze więcej mówił podtytuł: „Powieść w zeszytach na każdy miesiąc – przepisy kucharskie, historie miłosne tudzież porady domowe zawierająca”. Dopowiem, że Tita „była ostatnim ogniwem łańcucha kucharek, które od epoki przedhiszpańskiej przekazywały kuchenne sekrety z pokolenia na pokolenie i uważana była za najlepszą reprezentantkę tej wspaniałej sztuki – sztuki kulinarnej”. Wszystko jasne. Powieść o namiętnościach – miłosnych i kulinarnych. Z tytułowym daniem z przepiórek (w tłumaczeniu polskim; w oryginale jest inne), w które Tita włożyła całą swoją miłość.

Gdy zobaczyłam więc zgrabne przepiórki, zapytałam siebie, czy mam ochotę pójść śladem Tity i właśnie je przygotować na romantyczną kolację we dwoje. Odpowiedź była jedna: tak. Ale jak je przyrządzić? Płatków cukrowych róż już nie ma. Poszukałam innego dodatku wśród przepisów kuchni francuskiej. Francuzi wszak mają wiele pomysłów na przyrządzanie rozmaitych małych ptaszków. Bo przepiórki są maleńkie.

Na pewno nie kupujmy ich na obiad dla osób obdarzonych dużym apetytem. Nie najedzą się nimi, nawet gdy będą podane po „pożywnej zupie”, co pięknie pokazał… Alfred Hitchcock w mocnym thrillerze „Szał”. Przepióreczkę z trzema kuleczkami winogron dostaje tam na obiad wygłodniały komisarz policji od małżonki, która – można przypuszczać – zabija czas uczestnicząc w kuchniach gotowania po francusku. Inspektor jest Anglikiem wcinającym z zapałem typowe śniadanie z jajkami i kiełbaskami (poza domem, bo tu dostaje „śniadania kontynentalne”) i zapewne marzącym o krwistym rostbefie z puddingiem i groszkiem.

Tak więc przepiórki to nie propozycja na solidny obiad. To danie dla smakoszy, którzy będą się delektować każdym maciupeńkim kąskiem. Poszłam jednak tropem pokazanym w filmie. Że do małych ptaszków będą pasowały owoce.

Może figi? Tak, trop był dobry. Kuchnia francuska zna i kocha przepiórki z figami. Jada się je właśnie jesienią, gdy świeże figi jeszcze można dostać, a ptaszki są dorodne i tłuściutkie. Wprawdzie przepiórki, które kupiłam, pochodzą z hodowli. Ale ponieważ innych nie jadałam, nie mogę ich porównać z tymi dzikimi.

Z francuskich przepisów skomponowałam swój autorski. Powiem jedno i skromnie: sprawdził się. Mogę go śmiało polecić.

Bo przepiórki, jak i inne ptaszki, były znane i doceniane także przez kuchnię staropolską. Co opisał na początku wieku XX znawca kulinariów naszych przodków doktor Józef Peszke w „Gazecie Domowej” z roku 1904.

Ptaki większe, jak dropie, głuszce, cietrzewie, gęsi dzikie, łabędzie, żórawie [tak się pisało!] i czaple, również kuropatwy, jarząbki i pardwy łowiono w sidła i zatrzaski, lub puszczano na nie sokoły i jastrzębie do łowu przyuczone; mniejsze ptactwo wszelkie łapano w sidła, sieci, lub na lep je brano, z łuku rzadziej do nich strzelano. Z sokołem polowano przeważnie na czaple, żórawie i łabędzie i jadano je też wtedy. Kwiczoły, drozdy inne, szpaki, przepiórki, skowronki, siewki, jemiołuszki, śnieguły, krzywonosy, gile, makolągwy, zięby, oraz inne ptaszki drobne, szły bez różnicy na stół, tak samo, jak dziś jeszcze we Włoszech, Hiszpanji [tak!] i Francji południowej; wszystek drobiazg ten przeważnie brano na lep. Smakosz średniowieczny łakom bywał na mięso śpiewaków leśnych i nie wzdragał się bynajmniej od jadania skowronków, zięb, szczygłów i słowików, nawet ptaszki tak drobne, jak strzyżyk, jadano wówczas.

Co potwierdził Andrzej Morsztyn, barokowy bon vivant, poetycko zachwycający się prostym życiem na wsi:

[…] Na gospodarskie patrz tylko zabawy:
Ten rybkom kopie sadzawki i stawy,
Ten na nie, chociaż nie pewien, czy będą,
Zachodzi z wędą;

Ten piosnki śpiewa i wieśniackie wiersze,
Ten wianki wije, ten z sitowia wiersze,
Ten przy skaczących po trawie barankach
Gra na multankach;

Tamten z konopnej wywiera psy sforki,
Ten tłuste tłucze kobusem przepiórki,
Ten na lep albo w powikłane motki
Łowi czeczotki,
[…]

Czeczotek i czyżyków jeść nie będziemy, ale przepiórki? Czemu nie? Właśnie mamy na nie sezon.

 

Przepiórki z figami po mojemu
na 2 osoby

2 przepiórki

2 plasterki szynki bajońskiej (lub staropolskiej dojrzewającej)

4 świeże figi

świeży estragon

armaniak

świeże masło

cebulka lub szalotka

sól, pieprz

syrop z trzciny cukrowej

 

Przepiórki obmyć, oczyścić, jeśli potrzeba – opalić z piórek. Odciąć końce skrzydełek i nadmiar skórki, a jeżeli pozostawiono w nich podroby – wyjąć i pokroić. Figi przekroić na ćwiartki, a jeżeli są duże, to i te na pół. Przepiórki delikatnie w środku posolić i popieprzyć. Wypełnić je figami. Ptaszkom związać nóżki, aby farsz nie wypadł.

 

Na patelni lub w rondelku zasmażyć w maśle drobno posiekaną cebulkę razem z końcami skrzydełek, skórkami i podrobami. Uważać, aby nie spalić. Zalać armaniakiem (wystarczą dwie łyżki), aby powstał sos. Dodać estragon, pogotować do zredukowania i zgęstnienia. Dosmaczyć łyżką syropu z trzciny. Przyprawić solą i pieprzem. Odstawić.

 

Przepiórki owinąć plasterkiem szynki, obwiązać nicią kuchenną lub spiąć szpadkami. Na patelni z grubym dnem rozgrzać masło. Obsmażyć ptaszki z każdej strony, ale nie za mocno. Na patelnię wlać sos, raz zagotować i rozmieszać pozostałości po smażeniu (czyli zdeglasować).

Ptaszki ułożyć w naczyniu do zapiekania, podlać sosem. Włożyć kilka gałązek estragonu. Wstawić na 30–40 minut do piekarnika. Dusić w 160­ st. C.

 

Ptaszki muszą być miękkie. Warto więc sprawdzić, czy 30 minut im wystarczy. A powinno. Za długo nie trzeba ich trzymać.

Do przepiórek podałam sałatkę z warzywa gotowanego i z surowego. Te surowe to były jesienne pomidory. Wypatrzyłam je podczas sobotnich zakupów na bazarze pod Halą Mirowską. Trzeba je robić wcześnie rano, jeżeli się chce uniknąć tłoku. Sałatka banalnie prosta, można rzec – klasyczna. Nie ma co więc jej opisywać. Ale wygląda niezwykle. Proszę zobaczyć, dlaczego.

 

Obok tych malinowo-złotych pomidorów na naszym stole stanęła sałatka z buraczków. Gdybym je cieniutko pokroiła, mogłabym ją nazwać modnie – carpaccio. Ale nie miałam czasu na bawienie się w cyzelowanie, powstała więc zwykła sałatka. A jednak niezwykła, bo z pewnym dodatkiem. Były nim figi, które się nie zmieściły w przepiórkach.

 

Sałatka z buraków i fig po mojemu

gotowane buraki

świeże figi

cebulka dymka

pistacje

oliwa extra vergine

ocet balsamiczny kremowy

sól perska

pieprz Telicherry

 

Buraki cienko pokroić w plasterki. Podobnie skroić figi. Ułożyć na przemian w dachówkę. Skropić oliwą, posypać drobno pokrojoną cebulką i pistacjami. Posolić i popieprzyć.

Oczywiście, sól i pieprz mogą być inne. Zamiast pistacji mogą być orzechy, nawet laskowe, bardzo polskie. Prażymy je na suchej patelni i siekamy lub przekrajamy na pół.

Taka kolacja romantyczna powinna zadowolić najbardziej wybrednych. Jest zgodna z sezonem. Chłody po niej nie straszne. Gdy grzeją nas takie kolacyjki...

środa, 19 sierpnia 2015
Kurczak z niespodzianką

Tytuł troszkę myli. Niespodzianka była nie w całym kurczaka, tylko w jego piersi, nazywanej niekiedy filetem. Potrawy tego rodzaju, czyli usmażony kawałek mięsa wypełniony nadzieniem w postaci plasterka sera lub/i szynki, bywają nazywane cordon bleu. Przed smażeniem są panierowane. Zwykle jest to kotlet cielęcy lub właśnie filet z kurczaka. Opisałam już na blogu takie cordon bleu z filetu (piersi) indyka. Z klasycznym nadzieniem z szynki i sera. Dzisiaj – na patelnię trafił kurczak. Tylko z serem. Taki smażony złoty kotlecik może smakować dzieciom. Ale i my, mniej czy bardziej dorośli, będziemy usatysfakcjonowani.

Przyznam się, że do usmażenia tej wytwornej potrawy (francuska nazwa zobowiązuje!) skłoniła mnie smętna i wyschnięta resztka sera zalegająca lodówkę. Wyrzucać nic nie wolno, resztki trzeba spożytkować. I zawsze można zrobić to ciekawie.

Cordon bleu z kurczaka

2 filety (piersi) z kurczaka

2 jajka

2 łyżki mleka

bułka tarta i mąka do panierowania

ser żółty

świeża szałwia

suszona bazylia

sól

olej sojowy do smażenia

Filety pokroić w plasterki na tyle grube, by dały się przeciąć i nadziać. Lekko je posolić. Ostrym nożem naciąć je z jednej strony na tyle głęboko, aby dało się w nich umieścić kawałek sera. W utworzone tak kieszonki włożyć ser i plasterek szałwii. Spiąć je wykałaczkami dokładnie, aby ser podczas smażenia nie wypłynął.  Tak uformowane kotleciki posypać bazylią.

Olej rozgrzać dość mocno (jednak nie może dymić). Kotleciki panierować w mące, jajku roztrzepanym z mlekiem, a na końcu w tartej bułce. Smażyć z każdej strony. Wyjmować na papier kuchenny. Podawać z ćwiartką cytryny.

Oczywiście, kto chce, może do sera dołożyć plasterek szynki (czy w lodówce nie ma jej resztek?). Zamiast szałwii można dać listek bazylii. Kotleciki można panierować nie w tartej bułce, ale w mielonych migdałach czy orzechach, wiórkach kokosowych, nawet w startym żółtym serze (dobrze wymieszać go z tartą bułką). Pewnej wprawy wymaga tylko to, aby były usmażone w środku. Gdy się nie jest tego pewnym, można patelnię przykryć pokrywką (niestety, panierka nie będzie wtedy chrupka) lub na pięć minut wstawić usmażone cordon bleu do piekarnika, by się dopiekły.

Moja serowa i ziołowa niespodzianka we wnętrzu kotlecika to mało. Nasi przodkowie uwielbiali niespodzianki i żarciki przy stole. Nieraz sympatyczne, nieraz, powiedzmy, dość grube, a nawet i okrutne. Takie były, gdy używano do nich żywych zwierząt.

Znajdziemy je w gospodarskich poradach jednego z barwniejszych polskich, a właściwie staropolskich, grafomanów. To Stanisław Duńczewski (1701–1767), związany z Zamościem. Kształcony w Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskał dwa tytuły doktora, jako profesor pracował w Akademii Zamoyskiej. Zarządzał akademicką drukarnią, w której zapewne drukował swoje dzieła. Naukowymi nazwać ich nie można. Dzisiaj mają wartość historyczną. Przede wszystkim to kalendarze („polskie i ruskie”), popularne w tamtych czasach także jako źródło wiedzy o szerokim świecie. Obok dat, świąt, imienin, wiadomości astronomicznych zawierały różne ciekawostki i porady. Także gospodarskie. Często były to wiadomości bałamutne, wymyślane przez autorów naprędce. Zdaje się, że Duńczewski od tej smutnej normy nie odbiegał. Zdarzyło mu się nawet przegrać proces o sfałszowane wyniki obserwacji astronomicznych. Jak na profesora to nieźle, prawda? A miał także sprawę o… kradzież czcionek z drukarni. Barwna postać.

Był autorem dość płodnym. Nie tylko publikującym kalendarze, które były tak popularne, że po śmierci autora ukazywały się pod jego nazwiskiem. Dokładnie w połowie wieku XVIII wydał „Praktykę gospodarską każdemu zawsze potrzebną” i jej drugi tom o tytule „Kontynuacya praktyki gospodarskiej…”. Obok informacji ciekawych i wiarygodnych zawierają ciekawostki nic nie warte lub wręcz nieprawdziwe. No cóż. W każdych czasach istniejąc tacy autorzy, jak „doktor obojga praw i filozofii, profesor astronomii w akademii Zamojskiej, trybunału ordynacji Zamojskiej asesor, tudzież trybunału Koronnego geometra przysięgły”. Do czytelników należy ocena.

Ilustracją zarówno stylu Duńczewskiego, jak i tego, jak nasi przodkowie kochali żarciki przy stole, niech będzie podany przez niego sposobik żartobliwego potraktowania kury podanej na stół podczas uczty. Takie niespodzianki, z francuska nazywane siurpryzami, przydawały się podczas wielogodzinnych uczt. „Sekrety” tego rodzaju znał wtedy każdy kucharz. Kilkoma podzielił się Stanisław Czerniecki, autor najstarszej polskiej książki kucharskiej, czyli „Compendium ferculorum abo Zebrania Potraw” z roku 1682. Duńczewski musiał wykorzystać umiejętności jakiegoś anonimowego mistrza rondla i... widelca. To sposób podania kury, która dźgnięta nim ucieknie z półmiska. Uwaga, osoby o słabych nerwach i za dużej wyobraźni niech tego nie czytają.

Dzisiaj tego rodzaju pomysły już nas na pewno nie zabawią. A za spojenie kury moglibyśmy wylądować w więzieniu, jeżeli w ogóle sumienie pozwoliłoby nam tak się zabawiać. Zadowolmy się więc niespodzianką prostszą: złotym filecikiem z kurczaka wypełnionym rozpływającym się serem.

poniedziałek, 03 sierpnia 2015
Kurczak bardzo po polsku

Dawne smaki w stu procentach na pewno nie wrócą. Ale możemy próbować je przywołać. Oczywiście, kurczaki nie te, co dawniej (chociaż można się pokusić o kupienie na bazarze prawdziwego wiejskiego – będzie droższy). Masło i śmietana także nie mają tego samego smaku. Chyba że mieszkamy poza miastem i wyrabiamy je sami, z mleka od swoich krów. Ale nawet z nie-mieszczuchów mało kto to robi. Trudno. I tak na pewno warto się pokusić o podróż w kulinarną przeszłość. Choć troszkę ją posmakować.

Kurczęta podawane od wczesnego lata były sztandarowym daniem polskiego niedzielnego obiadu. Młode, nietłuste (co wtedy nawet miano im za złe), piekły się krótko i były wyjątkowo delikatne. Wypełniano je polskim farszem – z tartej bułki lub bułeczek namoczonych i wyrobionych ze świeżym masłem oraz zieleniną – natką pietruszki lub koperkiem. Niekiedy ten farsz wiązano żółtkiem. Nieraz wzbogacano dodatkiem roztartej wątróbki. Solono, lekko pieprzono. To nic wymyślnego, a jednak smak tych kurcząt pojawia się w wielu powojennych wspomnieniach i powieściach łapiących rytm życia polskich dworków.

Śliczny wierszyk z kurczętami w tle znalazłam w „Kurierze Warszawskim” z roku 1933. Znalazł się w cyklicznej rubryce „Sztychy”, w której felietony, wierszowane i nie tylko, zamieszczał bardzo wtedy lubiany autor podpisany Sęk. Był to literat, tłumacz i dziennikarz warszawski, należący do redakcji „Kuriera” Zdzisław Kleszczyński (1889–1938). O tym, jak go ceniono, świadczy choćby ten fragment nekrologu-wspomnienia, jaki napisali mu koledzy: „Niech nam wolno będzie, jako najbliższym towarzyszom pracy Zmarłego, dać wyraz żałobie, która na nas spada. Ubywa nam poeta górnego lotu, pisarz wielkiej miary i niestrudzony publicysta, który sztukę felietonu podniósł bardzo wysoko. Czy to w dłuższych poematach, powieściach, nowelach i szkicach, czy w drobnych odcinkach prozą lub wierszem, które, jako 'Sztychy', podpisywał znanym pseudonimem Sęk — wszędzie krzewił ś. p. Zdzisław Kleszczyński uczciwą myśl obywatelską, dbałość o prawdziwą kulturę oraz kult języka ojczystego. Forma jego, to prosta, to kunsztowna, naginająca się z przedziwnym posłuszeństwem do woli autora, zawsze stała na wyżynie prawdziwej sztuki. Szczery blask talentu opromieniał nawet te drobiazgi, które przez wiele lat rzucał na szpalty naszego pisma.

Było w nim piękno artyzmu i był wielki wdzięk osobisty, czyniący z jego męskiej postaci całość, pełną czaru. Był to pisarz szczery, uczciwy, w życiu i w twórczości konsekwentny. Jak w pamiętnym roku 1920 siadł na koń, aby orężnie bić się za Polskę, tak przez całe życie pisarskie był bojownikiem tego, w co wierzył”. Warto przypominać sylwetki takich ludzi, dzisiaj zapomnianych, często z niewdzięcznej pamięci wypartych przez postaci narzucane przez jakieś polityki historyczne.

Lekkość i wdzięk pióra Sęka widać w przytoczonym wierszyku z lata roku 1933. Przedstawia świat, który już wówczas odchodził, a którego dzisiaj już w ogóle nie ma. Jak nie ma i TYCH kurcząt.

 

Pradziadek był szlachty marszałek,
dziadunio, tout court, posesjonat,
tatunio — taksator od gradu,
a syn — dziś prowadzi pensjonat.

Prowadzi ją z żoną, Amelją,
co z wszystkich Amelji najbledsza,
na brak towarzystwa się skarży
i brak stosownego powietrza:

Amelja z Doliwa- Dolewskich
hrabina Cassenez-Załamańska
prowadzi, wraz z mężem, pensjonat
i cierpi wykwintnie i zpańska.

Mon Dieu, w pensjonacie nad Zgrzęzą
po 4 i pół od osoby
mieszkają chłodnawo, głodnawo,
ci-devant karmazyny i snoby.

Więc taki, co znał Cavalieri,
co rok Marjenbady widywał
i z królem angielskim, Edwardem,
na jednej ławeczce siadywał...

I taki, co mieszkał we Widniu,
miał herby na szorach, na dyszlu,
i corok, z Franciszkiem Józefem,
we wrześniu spotykał się w Ischlu..

I taki, co niegdyś, w Kijowie,
kawiorem się pocił i winem
i nawet wystawę otwierał
z ś. p. (Ach!) P. A. Stołypinem.

Uśmiecha się blado Amelja,
(zazwyczaj lilija podcięta),
ożywia się cały pensjonat:
W niedzielę na obiad kurczęta!

Było to, jak widać, przysmak, który elektryzował i stawiał na baczność nawet dekadenckich snobów z wierszyka. A jak te kurczęta u pani Amelii były przyrządzone? Może korzystała z przepisu Marii Ochorowicz-Monatowej z jej „Kuchni Uniwersalnej”. Kolejne edycje tej książki, która ukazała się po raz pierwszy bodajże w roku 1910, ukazywały się kilka razy w dwudziestoleciu międzywojennym. Ja mam wydanie niedatowane, ale „znacznie powiększone”, „nakładem Księgarni Polskiej B. Połonieckiego we Lwowie”. Znajdziemy w niej trzydzieści dwa przepisy na kurczęta pieczone, smażone, faszerowane, duszone, w potrawce. Oczywiście, takich kurcząt pani Amelia nie przygotowywała śnieżnymi rączkami sama. Na pewno miała kucharkę, a do stołu podawała pokojówka, bo na lokaja jednak jej pensjonatu chyba stać nie było. Ja naszego kurczaka niedzielnego upiekłam sama i sama wniosłam go na stół. Posłużyłam się zaś przepisem pani Monatowej. Z dobrym efektem. Poszczególne etapy wykonania pokazują moje zdjęcia.

Kurczęta pieczone po polsku z nadzieniem

Kurczęta nadziewane są wyborne, szczególniej, gdy nie są zbyt wielkie.

Przyrządza się je i piecze tak samo, jak poprzednio, tylko przedtem trzeba je nadziać tartą bułką, do której dać bardzo dużo siekanego koperku i zielonej pietruszki, trochę soli i tyle surowego młodego masła, aby się cała bułka dobrze zatarła. Farszem tym wypełnić otwór brzuszny; po wierzchu nie trzeba już bułką osypywać. Można je także nadziewać kaszką częstochowską.

Potwierdzam: wybierajmy jak najmniejsze tuszki. Wyjaśnię też, że te „poprzednie kurczęta”, pieczone w piecu bez nadzienia, autorka zalecała „na kwadrans przed wydaniem obsypywać tartą bułeczką i skropić masłem”. Tłumaczyła się z tego: „Jestto [!] wprawdzie stara moda, gdyż dziś podają je tylko naturalnie zrumienione, jednak z bułeczką wyglądają o wiele apetyczniej”. Kaszka częstochowska zaś to kaszka krakowska. Postaram się ją kiedyś przetestować w tym przepysznym, mocno koperkowym farszu. Ten sposób podawania kurcząt był znany tylko w Polsce. A pochwalić się nim można i przed cudzoziemcami, nawet tymi nieufnie podchodzącymi do „egzotycznych” kuchni.

Tradycyjnie do kurczaków podawano śmietanę. Jak? Radę znalazłam w „Tygodniku Mód i Powieści” z roku 1899. W krótkiej notce są właściwie dwie rady. Podam obie. Może ktoś będzie chciał skorzystać także ze sposobu pieczenia kurcząt w słoninie? Ale wtedy poda je bez „przymieszki” ze śmietany. Tę podajemy do kurcząt z nadzieniem z bułeczki tartej. Z młodymi ziemniaczkami – stanowi połączenie doskonałe.

Można zamiast polewania masłem młodych kurcząt, całe jak kwiczoły obwinąć cieniutko krajanymi plasterkami młodej niesolonej słoniny, obwiązując ją bawełną. Następnie piec jak zwykle przy dobrym ogniu, czy to w piecu, czy na rożnie. Podając, odwinąć bawełnę i podać kurczęta ze słoniną, która powinna być rumiana, jeżeli zaś kto nie lubi słoniny, to odrzuciwszy ją, polać kurczęta na półmisku masłem młodem zrumienionem razem z bułeczką. Do takich kurcząt jednak nie pasuje ani śmietana, ani kompot, lecz sałata lub mizerya.

Śmietana podawana do kurcząt jest najlepszą, gdy do niej na pół kwarty wcisnąć pół cytryny, odrzucając starannie pestki, które zawsze nadają gorycz każdej potrawie, i dwie lub trzy łyżki miałkiego cukru, pudru, który się prędzej rozpuszcza. Pomieszać dobrze na salaterce i podać do kurcząt. Wyborna przymieszka.

Do takiego kurczaka oprócz młodych ziemniaczków podajemy sałatę. Raczej już nie tę po polsku, czyli ze śmietaną, jeżeli skorzystaliśmy z powyższej „wybornej przymieszki”. Można ją doprawić oliwa i sokiem z cytryny.

Dopowiem jeszcze, że do mojej wersji sosu śmietanowego wrzuciłam koperek. Polskie lato powinno mieć jego smak.

A co na deser? Na deser obowiązkowo lody. Opiszę je następnym razem.

czwartek, 30 lipca 2015
Lato na obiadowych talerzach

Najsmaczniejsze bywają obiady codzienne, do których używamy produktów zwyczajnych i powszechnie dostępnych. Kluczem do takiego spokojnego obiadu jest sezonowość. Użycie młodych warzyw i dodatek świeżych ziół spowodują, że siedzenie przy obiadowym stole stanie się przyjemnością, podkreślającą urodę (ulotną, jakże krótko trwającą) letnich dni. Lipiec mija, żegnajmy go i myślmy już o sierpniu.

O tej porze roku charakterystycznym i ulubionym daniem kuchni polskiej były młode kurczęta. Zwykle były pieczone w też młodym maśle, wypełnione nadzieniem z bułeczki, masła i koperku, z wątróbką założoną za skrzydełko, często podlane młodą śmietaną, obowiązkowo podane z młodymi kartofelkami. Można myśleć o wskrzeszeniu tradycji tego bardzo polskiego przeboju lata. Pomyślę o tym następnym razem. Na razie kurczak (wiejski lub zagrodowy) jeszcze prostszy i szybszy do wykonania. Kupujemy do niego tylko kurczacze piersi, nazywane filetami. Przyprawiamy zaś bardziej po włosku niż po polsku, bo pleśniowym serem.

 

Filety kurczaka w sosie gorgonzola po mojemu

2 piersi młodego kurczaka zagrodowego

2 cebule dymki

gorgonzola kremowa

masło klarowane

białe wino, lekki bulion drobiowy lub woda

słodka śmietana kremowa

ew. kwiat soli

świeża szałwia

pieprz malajski

Piersi kurczaka umyć, osuszyć, pokroić w paski w poprzek włókien lub w plasterki (lekko je rozbić), bardzo lekko posolić (gdy dodaje się bulion, z solenia można zrezygnować). Masło rozgrzać na patelni z grubym dnem, obsmażać paski kurczaka partiami, wyjmować i trzymać w cieple. Po usmażeniu wszystkich zalać patelnię winem, bulionem lub wodą, rozprowadzić pozostałości po smażeniu. Płyn zredukować do połowy, rozprowadzić śmietaną, Powstały sos mieszać z oddawaną porcjami gorgonzolą.

 

Do sosu włożyć paski kurczaka, dodać listki szałwii posiekane lub porwane na małe paseczki. Dusić pod przykryciem, aż kurczak zmięknie (20–30 min) a sos zgęstnieje. Doprawić pieprzem. Podawać ze świeżymi listkami szałwii.

 

Bez sałaty i warzyw obiad nieważny. Podałam do niego ratatuj (ratatouille) z zestawu warzyw, niestety nie z grządki, ale z bazaru. Bierzemy, co mamy: młode zgrabne bakłażany i cukinie, paprykę, cebule cukrowe lub dymki ze szczypiorem i młody czosnek, ewentualnie dodajemy pomidory teraz tak smaczne. Wszystko dusimy na oliwie, solimy, przyprawiamy tymiankiem lub bazylią albo oregano. Gdy ratatuj zostanie, następnego dnia na śniadanie możemy usmażyć na nim jajecznicę. Albo zjeść na zimno na kolację. Na pewno się nie zmarnuje, warto więc przygotować duży gar tych warzyw.

Kolejnym rodzimym składnikiem tego letniego obiadu uczyniłam młode ziemniaczki.

Klasyczny przepis na ich przygotowanie znalazłam w „Bluszczu” z roku 1936.

Te ziemniaki są bardziej duszone niż gotowane, dzięki czemu zachowują całą urodę swojej młodości. Opłaca się nieco czasu poświęcić na otarcie z nich skórki, a jeżeli ona pozostanie, nie szkodzi. Byle były dobrze umyte. Nie musimy być drobiazgowi. Szkoda czasu. Zadbajmy tylko, aby podczas duszenia garnek z ziemniakami był przykryty szczelnie.

A gdy kurczak, ratatuj i ziemniaki się duszą, poświęćmy czas na lekturę. Ciekawą. Także z roku 1936. Notka pochodzi z „Kuriera Warszawskiego” i zawiera wizję przyszłości. Możemy ją zweryfikować, bo tamta przyszłość to dla nas dzień dzisiejszy. Nasze babcie czytały o niej zapewne z niedowierzaniem.

W olbrzymiej hali Olympia, będącej zwykłym terenem najrozmaitszych wystaw stolicy Anglii, nie wyłączając wspaniałych wystaw samochodów i samolotów, zorganizowali tym razem londyńscy architekci i przemysłowcy budowlani, budzącą podziw wystawę, ilustrującą postępy, osiągnięte w zakresie budowy domów i urządzeń miejskich.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy angielski przemysł budowlany dokonał budowy domów ogólnej wartości 114 milionów funt. sterl. (około 3 miliardów złotych). Wobec tak olbrzymich wkładów w budownictwo nowych domów, nie dziw, że Architekci prześcigają się w pomysłach zwiększania komfortu i celowości wznoszonych budowli.

Oto, nap. [!] jak przedstawia się na tej wystawie angielska kuchnia przyszłości.

Gospodyni domu krząta się w pokoju o ścianach szklanych grubości przedramienia, stąpając po podłodze gumowej, tak łatwej do oczyszczenia, a przytem elastycznej, zawsze ciepłej i tłumiącej odgłos kroków.

Pokój ten jest kuchnią. Do gotowania potraw służy w niej wmurowany w ścianę piec elektryczny. Do zmywania zaś naczyń płaski zlew gumowy, w którym zlewa się naczynia strumieniem ukropu, również wytwarzanym elektrycznie, a zmywającym do czysta naczynia lepiej, niż może dokonać tego ręka uzbrojona w ścierkę, poczem wsuwa się naczynia do elektrycznej suszarni, gdzie w jednej chwili tą zupełnie wysuszone, co, oczywiście, czyni zbyteczne żmudne ich wycieranie ścierką.

Zajęta tymi czynnościami gospodyni siedzi na obracającym się stołku, umożliwiającym jej sięgnięcie po wszystko bez potrzeby powstawania z miejsca. Posiada też pod ręką telefon telewizyjny, umożliwiający jej, gdy rozmawia telefonicznie z rzeźnikiem sprzedawcą jarzyn, czy też ze składem artykułów spożywczych, widzieć towary, które pragnie zamówić, wybrać i kazać pokrajać przy sobie, choć nie rusza się z kuchni, najapetyczniejszy kawałek mięsa na rozbef, sznycle lub kotlety, wybrać też najpiękniejszą główkę kapusty lub kalafior.

A co się tyczy szklanek, filiżanek, talerzy, salaterek i półmisków, to nie widać na nich żadnych pęknięć lub szczerbów, wszystko to bowiem wyrobione jest z niepękającego szkła i nie podlega wpływom kwasów lub tłuszczów, jest więc też bardziej higieniczne i celowe, niż używane obecnie.

Ponadto tak w tej kuchni, jak zresztą też w całym mieszkaniu, panuje powietrze wciąż czyste bez potrzeby otwierania okien, gdyż ścienne otwory wentylacyjne zaopatrzone są w niedrogie przyrządy, pompujące do mieszkania świeże, filtrowane, bogate w ozon powietrze, wysysając jednocześnie z mieszkania powietrze zużyte. Wreszcie szyby okienne, sporządzone ze szkła elastycznego, nie bijącego się nawet przy silnym uderzeniu, nie posiadają ram drewnianych, lecz gumowe, tak szczelne, że nie dopuszczają do mieszkania wrzawy ulicznej, ani też kurzu, a otwierane i zamykane bez najmniejszego trzasku drzwi, oraz nie bezpośrednie, lecz pośrednie oświetlenie, przy wciąż świeżym powietrzu, uzupełniają ten komfort najnowocześniejszy.

Trudno łudzić się nadzieją, że doczekamy się go prędko u nas.

No i co odpowiedzieć na tę nadzieję? Prawie osiemdziesiąt lat to dużo, czy mało? Może nie całkowicie, ale w głównych aspektach wizje się ziściły. Mamy zmywarki, ciche podłogi (jeżeli chcemy...), klimatyzację i centralne ogrzewanie, szczelne okna, naczynia z tworzyw... Nasze prababcie umiałyby się z tego cieszyć i wszystko doceniać. A my, czy umiemy się cieszyć?

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl