O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: rukola

poniedziałek, 24 lutego 2014
Obiad codzienny nie musi być nudny

Przygotowanie takiego obiadu, jaki zaproponuję, będzie trwało krótko. Pół godziny, jeżeli nie weźmiemy za dużo mięsa do obsmażenia. Potem tylko poczekamy, aż mięso się udusi. Ale to będzie czas dla nas – na odświeżenie się, nakrycie do stołu, przejrzenie gazety. Gotowanie pójdzie znacznie szybciej, gdy zastosujemy szybkowar. Ale nawet z duszeniem mięsa na patelni godzina powinna wystarczyć, zwłaszcza gdy weźmiemy mięso dobrego gatunku.

Proponuję gulasz z piwem (idzie przy tym o popularną nazwę potrawy z mięsa duszonego, a nie o zupę węgierską) i dwie jarzyny: tradycyjne buraczki oraz nowocześniejszą sałatę. Do takiego obiadu można podać deser, najlepiej lekki, owocowy. Opiszę go jutro. Dzisiaj mocna treść: mięso plus warzywa.

Mięso duszone w piwie

mięso do duszenia: wieprzowina od szynki lub mięso wołowe z udźca

cebula

czosnek

majeranek suszony lub świeży

duńska sól wikingów (wędzona)

czarny pieprz wędzony

liść laurowy pokruszony (alloro)

olej do obsmażenia mięsa

mąka do obtoczenia mięsa

piwo ciemne

Mięso pokroić w kostkę albo kupić już pokrojone. Obmyć, osuszyć. Przyprawić solą, pieprzem i liściem laurowym, ale nie za mocno. Wymieszać z pokrojoną w kosteczkę cebulą i majerankiem.

2 łyżki oleju rozgrzać na patelni. Kostki mięsa obtaczać w mące, wkładać w olej po 4–5 kostek, smażyć do zbrązowienia, odkładać do miseczki lub na talerz. Podczas smażenia można po trochu dolewać oleju. Na końcu wsypać kostki cebuli, lekko ją zazłocić. Patelnię zalać piwem, rozmieszać z nim resztki po smażeniu. Do sosu włożyć mięso. Doprawić zmiażdżonym czosnkiem. Dusić pod przykryciem do miękkości mięsa (40 minut do godziny, zależnie od rodzaju i jakości mięsa). Gdyby sos zbyt wyparował, dolać piwa lub wody. Pod koniec dodać świeży majeranek i dosolić, jeśli trzeba. Zbyt mocny smak piwa złamie dodanie łyżeczki cukru.

Do tego mięsa podałam buraczki. Przygotowałam je na smalcu, ale... drobiowym, wytopionym z pieczonej kaczki. Taki smalec (z kury, kaczki lub gęsi) warto mieć w zamrażalniku lub w lodówce. Trzeba tylko skroić w kosteczkę tłuszcz z drobiu i skórę, jeżeli jest bardzo tłusta, i wytopić na patelni. Gdy tłuszczu jest już dużo, a skwarki są zarumienione, można dodać suszony majeranek i/lub ząbek czosnku (po chwili wyjąć), pokrojoną w kostkę cebulkę lub jabłko. Smalec z cebulą lub jabłkiem trzeba szybko zużyć. Buraczki na smalcu mają tradycyjny smak, który może odpowiadać naszej mamie lub babci. Ale nowszego wyrazu nada im doprawienie nie cytryną czy octem winnym, lecz gęstym octem balsamicznym.

Dla podniebień mniej tradycyjnych przygotujmy sałatę z rukoli i buraków. Rukolę, jak każdą sałatę, trzeba wypłukać i osuszyć starannie. Mieszamy ją z gotowanymi buraczkami, pokrojonymi w kostkę. Doprawiamy oliwą i także balsamico.

A teraz coś do poczytania, czyli nieco teorii o komponowaniu obiadów. Solidny artykuł na ten temat znalazłam w przedwojennym piśmie dla pań, bardzo ciekawym. To „Ewa”, tygodnik dla kobiet żydowskich. Wydawała go w Warszawie żona Jakuba Apennszlaka (1894–1950), animatora, redaktora naczelnego i lokomotywy największej gazety żydowskiej – „Naszego Przeglądu”. Jego żona Paulina Appenszlakowa także udzielała się w tej gazecie. Pisała m.in. o sytuacji kobiet, opowiadając się po stronie postępu. Wielką przygodę dziennikarską przeżyła redagując wymienione pismo kobiece. Udało się to robić przez pięć lat (1929–1933). Szkoda że tylko tyle, bo tygodnik jest bardzo ciekawy. Gdy wychodził, niósł oświatę. Dziś poszerza naszą wiedzę o bogactwie przedwojennego życia. Appenszlakowie pisali po polsku i, mimo że byli dumni ze swego żydostwa, serce mieli po polskiej stronie. Z Polski udało im się wraz z synem zbiec przed rasizmem hitlerowskim na początku września 1939. Po podróży przez Europę znaleźli się w Palestynie. Było im tam bardzo ciężko. Tuż po wojnie pani Paulina napisała do Władysława Broniewskiego: „Trzeba sobie uświadomić, że mój świat zginął, a ja zginęłam wraz z nim”. Nie odnalazła się w hebrajszczyźnie. Do Polski nigdy już nie przyjechała. Zmarła w roku 1976.

„Ewę” musiała redagować jako młoda kobieta. Entuzjazm młodości w tym piśmie się czuje! Sama pisała w niej wiele, m.in. bardzo ciekawe recenzje teatralne. Pismo z założenia było wzorcem dla postępowej Żydówki, żyjącej życiem całego świata, pełnymi garściami korzystającej z nowoczesnej kultury i oświaty. Jako się rzekło, serce mającej po polskiej stronie. Pisane bowiem  było w języku polskim. Dla wielu kobiet, żyjących w cieniu tradycyjnej żydowskiej kultury, opartej o silną religijność, było jak otwarcie okna na świat.

Obok artykułów poważniejszych, o zaangażowaniu społecznym kobiet, zamieszczało także typowe dla kobiecej prasy tekściki o wychowaniu dzieci, sprzątaniu, o modzie i, oczywiście, o gotowaniu. I taki artykuł dzisiaj przytoczę. Mówi o nowoczesnym komponowaniu obiadów. Pochodzi z roku 1929. Przytaczam go, nie zmieniając ortografii. Zwracam uwagę na język wykształconego żydostwa polskiego. Oraz na menu obiadów wykształconej klasy średniej.

 MARJA MOSZKOWSKA
Mag. Przyrody i Djetektyki.

O układaniu jadłospisu obiadu

Zależnie od tego, czy w programie jest drugie śniadanie i jakie, oznaczana bywa pora i skład obiadu oraz kolacji. Ponieważ obiady stanowią u nas najbardziej ujednostajniony posiłek, zarówno ze względu na zawartość pokarmów, jak i porę, w której się je podaje, zajmę się rozpatrzeniem jadłospisów obiadowych.

A więc np. mamy pierwszy obiad taki: zupa cytrynowa z ryżem; wątróbka cielęca duszona z pomidorami; pieczone kartofle; jarmuż; budyń z jabłek. Ponieważ wątróbka duszona ma dość charakterystyczny smak i zapach, zupa nie powinna mieć zbyt ostrego smaku. Temniemniej pożądane jest, aby była kwaśna; przytem może być bardziej pożywna, gdyż mięso jest dość kosztowne, ale natomiast bardzo wartościowe pod względem odżywczym i brać go można około 35 – 45 gr. na osobę, t. j. o połowę mniej, niż wtedy, gdy się bierze np. po 75 – 100 gr. na osobę. Jeśli w zupie mamy ryż i śmietanę, nie po winniśmy ani dawać mącznej potrawy na drugie danie, ani używać śmietany w większej ilości do innej potrawy w obiedzie. Jako niezbędny dodatek do mięsa, prócz kartofli, powinna być jarzyna, a nie kluski, jak to u nas często się praktykuje. Ponieważ jarmuż ma konsystencję miękkiej masy, kartofle – drugi dodatek do mięsa, niech będą pieczone. W skład deseru powinny wchodzić owoce, przytem musi on stanowić bardziej posilną potrawę, jako że obiad naogół jest dość lekki. Żadnej smażonej potrawy nie było, więc legumina może przedstawiać nieco ciężej strawne zestawienie (np. połączenie mąki z tłuszczem).

Obiad ten może być zastosowany dla rodziny, w której większość członków należy do ludzi pracujących umysłowo. Dla dziecka do lat 4-ech kartofle pieczone oraz jarmuż odpowiednie są zupełnie; dzieci starsze mogą jeść wszystko w tym obiedzie. Zupełnie możliwe jest ułożenie takiego obiadu, który będzie stosowny dla dzieci i dorosłych, bez dodatkowych potraw lub też z niewielkiem dodatkowem gotowaniem. Ważne jest dostarczenie wszystkim odpowiednich ilości, zależnie od ich indywidualnych potrzeb. A więc anemicznym dzieciom można dać więcej wątróbki, jarmużu lub szpinaku. Dla starszych ludzi mięso można zredukować do minimum, bo i tak dobrze go nie trawią, a wobec powszechnego artretyzmu bardziej wskazanem byłoby zwiększenie spożycia warzyw i delikatnych potraw mącznych; a więc ilość ryżu, kartofli i deseru może być dla nich dowolna w tym wypadku.

Koszt tak ułożonego posiłku jest niewielki; przy gotowaniu na 6 osób wynosi 90 – 95 groszy na osobę. W zupie jedynie kosztowniejszą jest śmietana, która się już w obiedzie nie powtarza, w drugiem daniu — wątróbka, która, przyprawiana, z sosem duszona, może być podana w niewielkim kawałku (na osobę około 40 groszy). W deserze wartość jaj jest bardzo cenna dla organizmu (obfitość soli mineralnych, witamin, wysoka strawność); wprawdzie koszt deseru podnoszą jabłka i masło, ale są pokarmy dla organizmu cenne.

Rozpatrzmy drugi obiad: zupa z groszku zielonego, zaciągnięta żółtkiem z grzankami; kotlety z dorsza; puree z kartofli, marchewka; suflet ze śliwek z mlekiem. Zupa ma dość nwyraźny smak, więc drugie danie może mieć łagodniejszy. Smażone kotlety wykluczają jakąkolwiek inną potrawę smażoną. Pod względem struktury pokarmów zachowamy przejście od twardych do miękkich, kruchych i elastycznych, o ile będą odpowiednio ugotowane. A więc marchewka, pokrajana w cienkie plastry, powinna być wrzucona na niewielką ilość gotującej się wody i zaprawiona masłem, roztartem z mąką, póki jeszcze twarda; zdrowsza jest cokolwiek twardawa. Jeżeli marchewka miękka, podać należy przynajmniej kartofle w całości. Pod względem wartości odżywczej oba obiady przedstawiają materjał opałowy, dostarczony w formie tłuszczu, nie przewyższa materjału opałowego, dostarczonego w formie węglowodanów i białka, co jest racjonalne; względna ilość białka może się łatwo podnieść przy spożyciu większej ilości mięsa w pierwszym lub ryby w drugim wypadku.

U nas jednak pożądane byłoby mniejsze spożywanie mięsa, dlatego ilości wątróbki podałam małe. Ilość soli mineralnych, a szczególnie tak bardzo mało rozpowszechnionych soli wapna, żelaza i fosforu jest dość znaczna, dzięki umiejętnemu zestawieniu pokarmów. Wapno dostarczone jest w postaci mleka i warzyw, fosfor – w postaci mięsa, ryby, grubych ziaren i chleba z pełnego przemiału, żelazo – w formie zielonych jarzyn, szpinaku, wątróbki i jabłek.

Oszczędność czasu i pieniędzy musi być również brana pod uwagę. A więc jeżeli jest kosztowniejsze jedno danie, reszta obiadu powinna być mniej kosztowna. Jeżeli czasem zaciągamy zupę żółtkiem (w naszym przykładzie – zupa z groszku zielonego), leguminę można obmyślić taką, w której skład wchodzą białka (suflet). W piecu, rozgrzanym do upieczenia kartofli, można upiec potem budyń, a w drugim przykładzie po wyjęciu z pieca grzanek, wsunąć suflet. Dla oszczędności opału i czasu groszek zielony (suszony) i ryż również należy moczyć, gdyż wtedy potrzebują krótszego gotowania. Trzeba też zastosować wybór pokarmów do sezonu: najtańsze warzywa to buraki, marchew, kapusta, które można w różnorodny sposób przygotowywać. Gdy są zielone warzywa tańsze (w lecie): szpinak, brukselka, fasolka szparagowa, groch świeży zielony, należy ich używać w obfitości; groch, bób, jak również potrawy z sera zastępować mogą mięso, które jest naogół drogie.

(Org. Gosp. Domowego)

Redakcja „Ewy” uznała za stosowne opatrzyć tekst charakterystyczną uwagą:

(Przyp. Red.)

Drukując dokończenie niezmiernie ciekawego naukowego artykułu p. Moszkowskiej – pragniemy zwrócić Czytelniczkom uwagę na jego wartość wysoką wynikające stąd wnioski. Dla naszych Czytelniczek, podawane przez p. M. menu ulegnie zmianie, gdyż kuchnia rytualna zestawienia śmietany z wątróbką i t. p. nie uznaje.

Uwaga ta obrazuje stosunek redaktorek do religii, tak wielki wpływ wywierającej na życie codzienne polskich Żydów, w tym na dietę. Można się domyślać, że panie religijne nie były, ale szanowały i religię, i tradycję. Mocno osadzone w kulturze polskiej, z żydowskiej nie rezygnowały. Także w dziedzinie kulinariów. W tekście zwraca uwagę tok myślenia o świadomym odżywianiu, że strawestuję przedwojenne świadome macierzyństwo propagowane przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Irenę Krzywicką.

środa, 07 sierpnia 2013
Jeszcze jeden sposób na schudnięcie

Już dawno nie opisywałam żadnej diety. A czas sprzyja gubieniu kilogramów. W upały apetyt słabnie. Sięgamy przy tym po warzywa i owoce, dużo pijemy. A gdyby sięgnąć po radykalniejsze metody? Albo chociaż wspomóc nasze letnie lekkie obiady?

Odpowiedź znalazłam w warszawskim dzienniku „ABC”, w numerze ze środka lata roku 1933. „ABC” było kolejnym dziennikiem prawicowym; obok np. „Orędownika Wielkopolskiego” i jego wszystkich mutacji. Ukazywał się od roku 1926. Był opozycyjny w stosunku do marszałka Piłsudskiego i rządów sanacji. Utworzyli go działacze właśnie tworzonego prawicowego Obozu Wielkiej Polski. Chodziło o stworzenie pisma popularnego, dynamicznie redagowanego, mogącego konkurować z dziennikami prorządowymi, a za takie uważano m.in. gazetę o najwyższym nakładzie, czyli „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. „ABC” miało skutecznie piąć się w górę na prasowym rynku II RP. Najlepiej opisywał je slogan: „Aktualne, Bezpartyjne, Ciekawe”. Kierowali nim Stanisław Strzetelski i Stanisław Majewski, fachowi dziennikarze i redaktorzy.

Wśród po amerykańsku – jak w IKC-u – redagowanych informacji, wśród wielu sensacji, zamieszczano antyrządowe artykuły i opinie, z których wiele ulegało konfiskacie. Gazetę co jakiś czas rozjaśniały białe plamy po skonfiskowanych tekstach, narażając wydawców na straty, ale, zarazem, zwiększając popularność pisma uważanego za bezkompromisowe. A przy tym gazeta nie ukrywała narodowego tonu, czyli udziału w akcjach tak przeciw Żydom, jak przeciw piłsudczykowskim sanatorom. Obok ideologii należało jednak pozyskiwać czytelników – i czytelniczki! – tekstami popularnymi, ciekawostkami, poradami itp. Co jakiś czas redaktorka podpisująca się Francine pisała więc o modzie, o nowinkach w stylu życia, w tym o odżywianiu się. A szczupła sylwetka wciąż pozostawała na topie. Latem modne panie musiały się mieścić w suknie przylegające do ciała, z lekkich organdyn, dokładnie obrysowujących sylwetkę. Wiele pań wciąż więc marzyło, jak osiągnąć kształty doskonałe, a więc szczupłe. Męczyły się nasze babcie, a i my zabiegamy o to samo. Może skorzystamy więc z porady z czasów, gdy nasze prababcie i babcie były młode?

 

Wszystkie metody na schudnięcie są przykre, każą nam nadmiernie używać ruchu, głodzić się, lub przynajmniej odmawiać sobie wszelkich łakoci; mówią nam, że przy stole kobieta, dbająca o swoją powierzchowność, powinna mieć stale jedną i tę samą odpowiedź: „Dziękuję, mam już dosyć”. To ciągłe „dziękuję”, kiedy nam podają smaczne rzeczy, do których aż oczy się śmieją, czy nie, są to powolne tortury, heroicznie znoszone przez kobiety, zdobywające się jeszcze na uśmiech i to wcale niemęczeński, ale przeciwnie przyjemny i wesoły!

Znosiłyśmy to wszystko, i te które chciały schudnąć i te którym zależało na tem, żeby zachować estetyczną linję i nie pozwolić zaokrąglić się kształtom, ale dziś położony został kres temu dobrowolnemu odmawianiu sobie przyjemności życiowych – dzięki nowej metodzie schudnięcia pozwalającej nam żyć jak sybarytki!

METODA DR. G. LEVEN.

Słyszałyśmy wiele o ćwiczeniach oddechowych, uprawiamy je w czasie gimnastyki, żeby nie męczyć serca, pobudzić cyrkulację krwi, wprowadzić ilość tlenu do płuc, ale nie zwrócono dotąd uwagi na wpływ jaki ma „wydech” na nasz organizm. Zajął się badaniom tego zjawiska dr. G. Leven i osiągnięte rezultaty okazały się zdumiewające: jeden z pacjentów tego lekarza tracił po 2 kilo tygodniowo w ciągu kilku tygodni dzięki ćwiczeniom wydechowym.

ĆWICZENIE ZE ŚWIECĄ

Ćwiczenie oddechowe dr. Leven nazwał „le procédé de la bougie”, gdyż każe wyobrażać sobie, że mamy zapaloną świecę, której płomień chcemy przechylić na przeciwległą stronę przez dmuchanie, a raczej przez powolne i długie wypuszczanie powietrza.

Trzeba zwrócić uwagę na to, że nie chodzi nam o zgaszenie świecy (w tym wypadku dmuchanie byłoby gwałtowne i raczej krótkie) ale, jak powiedziałyśmy o powolne przechylanie płomienia. Różnicę tę trzeba sobie dobrze uzmysłowić, żeby ćwiczenie prawidłowo wykonywać.

Przystępujemy do ćwiczenia w następujący sposób: najpierw wciągamy powietrze przez nos, normalnie, bez wysiłku, potem wypuszczamy powietrze powoli i długo; takich wydechów trzeba wykonać pięć.

Ponieważ ćwiczenie to można uskuteczniać chodząc, siedząc, lub leżąc dostępne jest ono dla wszystkich. Takich seryj oddechowych po pięć trzeba zrobić dwadzieścia. Według obliczeń dr. Leven’a ćwiczenie wypada co pół godziny. Trzeba jednak uważać, żeby dopiero w godzinę po jedzeniu przystępować do wydechów.

UMIARKOWANE ĆWICZENIE

Pamiętać, żeby co pół godziny usilnie wypuszczać powietrze, to może się wydać dosyć trudne, a raczej uciążliwe do wykonania, ale jest to kuracja maksymalna, stosując ją w bardziej umiarkowany sposób będziemy chudnąć wolniej, ale równie pewnie, a co najważniejsze bez żadnych przykrych leczniczych zabiegów i odmawianiu sobie dobrych rzeczy, które jak powiedział Św. Franciszek de Sales, Pan Bóg na to stworzył, żeby ich używać.

A więc, Szanowne Panie nie odmawiajcie sobie darów Bożych, ale pod jednym warunkiem, róbcie: „le procédé de la bougie”!...

Przyznam, że to dmuchanie przyprawiło mnie o napad śmiechu. Ale może warto spróbować? Można dmuchać nie wstając od komputera. Aby godzinę po obiedzie. Co podać na ten obiad? Na pewno osiągniemy lepsze wyniki odchudzania się, gdy dmuchanie wspomożemy lekką sałatką. Proponuję połączenie owoców z rybą. Dedykuję ją panu ze stoiska rybnego w pewnym hipermarkecie. Kupowałam rybę i zastanawiałam się, czy wziąć filet halibuta, który był dość duży. W końcu powiedziałam, że wezmę, a po upieczeniu z pozostałych resztek sporządzę sałatkę. Pan się zainteresował, jaką. Wtedy jeszcze nie wiedziałam. Podałam mu nazwę mojego bloga i obiecałam, że taką przyrządzę i opiszę. Teraz nastał na to czas.

Sałatka z pozostałej ryby z owocami po mojemu

resztki ryby gotowanej, smażonej lub pieczonej

rukola

kilka brzoskwiń

kilka moreli

olej z orzechów lub inny smakowy

ocet jabłkowy

sól, pieprz

Rybę podzielić na mniejsze kawałki. Rukolę umyć, osuszyć, rozłożyć w salaterce. Na niej położyć kawałeczki ryby. Owoce umyć, osuszyć, pokroić. Położyć na rybie. Z oliwy z solą i pieprzem oraz domieszanego octem (klasyczne proporcje: 3 do 1) sporządzić winegret. Polać nim sałatkę tuż przed podaniem, aby sałata nie rozmiękła. Wymieszać już przy stole.

Ryba musi być świeża, tzn. sałatkę przyrządzamy dzień po jej pierwotnej obróbce. Sałatkę bez winegretu można trzymać w lodówce. Można ją przyrządzić z każdej ryby, byle była bez sosu. Oczywiście, można do niej rybę specjalnie ugotować, upiec lub usmażyć, wtedy ją przyprawiamy, jak zwykle. Zestaw owoców można zmieniać. Mogą to być winogrona, wiśnie lub śliwki. Nie powinno ich jednak być za dużo w stosunku tak do ryby, jak i do sałaty. Polecam rukolę z jej wyrazistym smakiem lub gorzkawą sałatę dębową.

piątek, 16 marca 2012
Ryba na sposób śródziemnomorski

Kupiłam doradę. A gdy wróciłam z zakupów, było mało czasu na przygotowanie obiadu. Toteż kupioną rybę upiekłam bez oglądania się na jakieś przepisy. I to tak, aby przypominała wakacje nad Morzem Śródziemnym.  Z jarzynami. Jak najprościej. Najdłużej trwało ich mycie i krojenie.

Najpierw przygotowałam doradę do pieczenia, na szczęście łuski odchodzą z niej tak łatwo, jak z pstrąga. Jeszcze tylko wyjęcie wnętrzności, opłukanie, osuszenie  i nacięcie tuszki ryby w trzech miejscach i natarcie jej tymiankiem. W nacięcia włożyłam go gałązce świeżych ziół. Rybę polałam oliwą, a na końcu posypałam kuleczkami czerwonego pieprzu. Zestaw przypraw można dostosować do możliwości i smaku. Kto chce, może też ją skropić cytryną. Do wnętrza dałam dwie szalotki i garść ziół.

Gdy ryba w ziołach nabierała smaku, szybko pokroiłam warzywa. Były to: marchew, czerwona cebula,  papryka czerwona, seler naciowy i pomidorki koktajlowe. Warzywa wymieszałam w płaskim naczyniu do zapiekania z oliwą. Posoliłam grubą solą morską, przemieszałam, aby były natłuszczone.

Dorada ułożona na warzywach piekła się w 170 stopniach 20 minut, odwróciłam ją i dopiekałam jeszcze 10 minut. Potem włączyłam górny opiekacz i trzymałam rybę do czasu przyrządzenia sałaty. Trwało to kilka minut. (Trzeba uważać, aby nie spalić skórki).

Sałatą była rukola z jajkami przepiórczymi (ugotowałam kilka i obrałam) i czarnymi oliwkami. Do niej ukręciłam w kubku winegret z musztardy z Dijon i oleju orzechowego z odrobiną cukru dla przełamania octowości musztardy.

I już. Piekarnik wyłączony. Talerze przygotowane. Także pieczywo (najlepiej pszenne, jak bagietka lub ciabatta). Dorada po śródziemnomorsku na stół. Lampka południowoafrykańskiego chenin blanc (12 zł butelka a jakość przednia)? Proszę bardzo.

16:57, alina.kwapisz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2012
Zielone, ale nie szpinak

Ponieważ dzisiaj będę zajęta cały dzień: będziemy spacerować, piec babeczki, grać na pianinie, bawić się, szykować i jeść obiadek - uwaga, zdrobnienie  celowe, dlatego opiszę naszę wczorajszą sałatę. Na dziś już się gotuje rosół i pieką udka ze znakomitą bułgarską przyprawą czubricą plus oliwa, można dodać paprykę, a na końcu jogurt bałkański. Do tego sałata plus marchewka z groszkiem z mrożonki.

Co do sałaty, to wczoraj podałam ją obok buraczków. Zwykle bowiem przy obiedzie się staram, aby była jarzyna gotowana i coś surowego.

Sałata bardzo prosta: rukola. Lubię jej orzechowy smak toteż przyrządziłam ja bardzo prosto: dodałam tylko marynowaną cytrynę (przepis tu znajdziemy) i garstkę rodzynek oraz papryczkę chili z marynaty. Pieprz dopełnił smaku; cytryna jest słona, jej wyciśnięty sok doprawił sałatę. Na końcu dałam kilka kropli oleju orzechowego. Właśnie taki kupiłam. Jest pyszny i znakomicie pasuje do rukoli.

Jeżeli taka sałata miałaby stanowić samodzielne danie, bo np. się odchudzamy, dodajemy do niej ze dwa plasterki szynki – dojrzewającej lub gotowanej, ewentualnie pokrojone w paseczki. Kto się nie odchudza, może dać ser: fetę, mozzarellę, ser pleśniowy itd. Można dać sardynki. Taka sałata to wdzięczne pole dla rozwinięcia kulinarnej wyobraźni. Przy diecie stanowi danie samodzielne, przy jedzeniu bez obostrzeń - jest dodatkiem.

środa, 07 września 2011
40. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 04/04/2011 5:57

Kupmy ładny kawałek rostbefu. Zamarynujmy go. Mój polałam sosem sojowym i oliwą oraz posypałam kaparami i obłożyłam rozmarynem. Tak marynowany może leżeć kilka dni w lodówce, ale niech będzie to dzień-dwa. Co jakiś czas warto go obracać, wcierając przyprawy. Pieczenie nie jest filozofią. Trwa około godziny, oczywiście zależy od wielkości rostbefu.

Ja wstawiam mięso do piekarnika rozgrzanego na maksa na jakiś kwadrans, potem piekę je w temperaturze ok. 200 stopni, kładąc na wierzchu kawałeczki masła (można dać łyżkę oliwy) i polewając tworzącym się sosem. Odwracam podczas pieczenia, aby było równomiernie rumiane z wierzchu. (Trzeba uważać, żeby mięsa nie kłuć!). W środku, zależy jak lubimy, ma być dopieczone albo krwiste. Staram się, aby było medium. Przyznam, że to sztuka. Trzeba mieć pewna wprawę i kilka rostbefów za sobą, aby trafiać w punkt. No i mięso musi być na poziomie jakościowym, a kawałek nie może być za mały (ok. 2 kg, dawne gospodynie zalecały co najmniej 4-kilowe rostbefy, ale ich nie posłuchamy!). Marynowanie ma na celu zmiękczenie mięsa. Aha, i solimy je po upieczeniu. Ja, ponieważ użyłam sosu sojowego, nie posoliłam wcale.

Do takiego mięsa koniecznie podajmy sałatę. Moja to rukola podprawiona winegretem z oliwy i soku pomarańczowego, z dodatkiem łyżeczki cytryny. Gdy wyciskałam sok ze świeżych pomarańczy, nie cedziłam go do winegretu, stąd na wierzchu sałaty znalazły się rozmiękczone cytrusy. Obficie posypałam je czarnym pieprzem z młynka. I już. Sałata z cienkimi plasterkami rostbefu (tak go się kroi, po dostawieniu pod folia al. na 10 minut, aby soki się w nim rozeszły) pasowała do świeżego chleba. Ale oczywiście można upiec lub usmażyć do obiadu ziemniaki, także frytki. I zamiast z sokiem z pomarańczy podać obiad z czerwonym winem o intensywnym smaku, np. jakimś typu merlot.

35. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 19/03/2011 11:03

Sobotni ciemny dzień, należący jeszcze do odchodzącej zimy, po prostu się prosił o jakąś kulinarną zabawę. Wybrałam wyprawę w stronę Dalekiego Wschodu.

Na wrzącą wodę wrzuciłam krewetki, akurat miałam małe tzw. koktajlowe, mrożone, ugotowane (różowe). Przed gotowaniem szybko je rozmroziłam, przelewając wrzątkiem. Musiałam potem niestety mozolnie je czyścić, niebacznie kupiłam niedoczyszczone. W tym celu rozcinałam każdą na grzbiecie, aby usunąć czarną żyłkę. Każde krewetki warto dokładnie obejrzeć i doczyścić. A potem tych z marnej firmy więcej nie kupować. Nawet jeśli są tanie.

Gdy krewetki chwilę się w wodzie pogotowały, dorzuciłam do nich pokrojone w talarki marchewki i seler naciowy oraz różyczki selera naciowego. Przyprawy dodałam, jakie miałam: ze słoiczka różowy galangal (może być też starty imbir), nieco pasty tamaryndowej, trawkę cytrynową, dwa listki limonki kaffir (polecam, warto je mieć, są bardzo aromatyczne, pasują wszędzie tam, gdzie szukamy cytrynowego posmaku). Wszystkie te przyprawy są kwaskowe i nawzajem podkreślają swoje smaki, tworząc szczególną dalekowschodnią całość.

Po 7–10 minutach (warzywa powinny być chrupkie, nie można ich rozgotować) zupę wzbogaciła puszka kokosowego mleka. Po spróbowaniu dodałam do niej nieco soli i zielone curry w postaci gotowej pasty (można też dodać plasterki świeżej papryczki chili). Jeżeli czegoś w smaku będzie brakowało, można poeksperymentować ze szczyptą cukru, albo – przeciwnie – z sosem rybnym nuoc nam lub ostrygowym; kto gotuje potrawy egzotyczne, te sosy na pewno w lodówce ma.

Wielkiej filozofii w tym nie ma, całą zupę, bez obierania krewetek, gotuje się z 15 minut (dochodzi krojenie warzyw). Warto poszukać gotowej przyprawy tom yum, warto ją kupić, wtedy inne przyprawy nie będą konieczne. Niezbędne natomiast jest mleko kokosowe (może być w wersji light, jakkolwiek ja wolę pełne).

Z pieczywem lub ryżem zupa jest całkowitym posiłkiem, ale kto uważa, że białka w niej za mało, no i kto potrzebuje warzyw surowych, może obiad wzbogacić o kolejny element: sałatkę z rukoli ze smażonym tofu. Tofu wcześniej należy pokroić w plastry i zamarynować w jakiejś zalewie (moja składała się z sosu sojowego, oleju sezamowego i trawki cytrynowej). Potem usmażyć na oleju (wzięłam arachidowy). Zalewą z tofu zaprawiłam rukolę, po namyśle dokroiłam do niej nieco chrupkiej cykorii i ósemki pomidora.

Zupa była nie tylko rozgrzewająca, ale jakaś taka... optymistyczna. Wiosna za pasem!

| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl