O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: halaszle

środa, 07 września 2011
28. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 10/03/2011 2:30

Nastał czas spożywania ryb. Jemy śledzie, różne mrożone ryby morskie (niestety, dorsze coraz droższe), od święta sięgamy po łososia. Czy umiemy je przyrządzić ciekawiej niż usmażyć na oleju?

Przyznam, że ryby bardzo lubię jeść. W restauracji często je wybieram, lubię i te, które sama mam podać. Chociaż nie podaję tak często, jak bym chciała. Powód: trudności z kupieniem ryby prawdziwie świeżej. A tylko taka jest dobra. Sklepy rybne z mojej dzielnicy (Stare Miasto i okolice) zniknęły. W hipermarketach wybór jest może duży, ale świeżość pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście w budkach na bazarze, który odwiedzam (pod Halą Mirowską, już o tym chyba pisałam), są stoiska rybne. Z towarem świeżym jak marzenie.

Kupiłam sfiletowanego karpia. Można dostać takiego już bez ości, ale wolałam oporządzić go sama. Z odkrojonych płetw z okolicami oraz dużych ości (fachowo są to kości, ości to te małe, śródmięśniowe, też staram się usuwać) ugotowałam wywar, w którym rozpuściłam – po dodaniu pomidorów z puszki – oryginalną kostkę do przyrządzenia czy raczej doprawienia hálaszlé.

Hálaszlé należy się chwila uwagi. To węgierska zupa rybacka, nie rybna. Gotuje się ją z rozmaitych mniejszych ryb lub okrawków z nich, łbów itp., z cebulą, papryką, pomidorami i przyprawami (w tym oczywiście papryką słodką i ostrą), na koniec wrzucając do czerwonego wywaru (ja tę zupę przecieram, jest wtedy zawiesista) filety z dobrej ryby. Ma być aromatyczna, pikantna, treściwa.

Dzisiejsza moja zupa była smaczna, chociaż oczywiście nie tak rewelacyjna, jak ta, która bywa ugotowana na wywarze z drobnicy rybnej (płoci, okonków, leszczy itd.). Ta była bowiem tylko na resztkach z filetów oraz kostce, którą kupiłam w sklepie z oryginalnymi produktami z Węgier. Ten sklep przytulił się na Saskiej Kępie. Ale w sumie zupa nie była najgorsza (może dlatego, ze ugotowana z sercem?).

Ty razem filetów w mojej zupie jednak nie ugotowałam. Z nich sprokurowałam paprykarz, wedle mojej ulubionej książki Tadeusza Olszańskiego o węgierskiej kuchni: paprikás ponty. Nieskromnie powiem, że wyszedł niezły.

Jest to wymarzona potrawa na zimę, która nie chce odejść. Filety karpia, dobrze oczyszczone (im bardziej się przyłożymy, tym spokojniej będzie się jadło), posolić. Niech postoją w lodówce. Cebulę utrzeć (lub kupić w wyżej wzmiankowanym sklepie tubkę z takąż gotową) i podsmażyć na tłuszczu. Na jakim tłuszczu? Powinien być smalec, kuchnia węgierska ma z nim prawdziwy romans. Ale ja jednak wzięłam olej. Zezłoconą cebule, po odstawieniu z ognia (aby się nie skarmelizowała w zbyt wysokiej temperaturze), solidnie posypałam słodką papryką. Podlałam wodą, poddusiłam. Dołożyłam filety i pokrojoną w paski świeżą paprykę. Dorzuciłam także trochę kawałków pomidorów z puszki (to niekonieczne). Doprawiłam do smaku solą i papryką ostrą. Na koniec zaprawiłam gęstą kwaśną śmietaną.

Zupę i paprykarz podałam ze świeżym chlebem. Nie robi się tych dań długo (najdłuższe jest czyszczenie karpia z ości, można z tego zrezygnować, gdy brakuje czasu, ale w czasie jedzenia trzeba się pilnować). Ma smak lata i musowo poprawia humor.

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl