O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: Iwaszkiewicz Jarosław

niedziela, 09 listopada 2014
Rozgrzewa, aromatyzuje, zdobi…

… a przede wszystkim przydaje smaku. Jedną z przypraw dobrze osadzonych w polskiej kuchni jest cynamon. Znany dobrze i od wieków.

Jest ususzoną korą cynamonowca, rośliny z gatunku wawrzynowatych. Rośnie ona od Japonii po Australię. Za najlepszy jest uważany cejloński. Z powodu tej przyprawy – zresztą do spółki z pieprzem i goździkami – hiszpańscy i portugalscy żeglarze w wieku szesnastym opływali świat. Magellan wręcz z jej powodu oddał życie. Korzenno-słodki zapach i smak cynamonu jest powszechnie znany. Dodaje się go do deserów, głównie z jabłek i śliwek, świetnie się komponuje z potrawami z białego sera. Kawałek laseczki cynamonu można dodać do marynat, choćby odważnie urozmaicić tradycyjną zalewę do grzybków. Można także kawałek cynamonowej kory włożyć do duszonego mięsa. Z dodatkiem mleka kokosowego, powstanie danie à la Wyspy Pacyfiku. Szczypta cynamonu dodana do ryb przydaje im ciekawego smaku i w wypadku ryb morskich pozbawi je nielubianego posmaku tranu, w wypadku rzecznych – mułu. Jak zobaczymy niżej, kucharze naszych przodków dobrze o tym wiedzieli. Jak i o tym, że bez kawałka cynamonu nie obejdzie się grzane wino. Pasuje przy tym i do piwa na gorąco, i do staropolskiego miodowego krupniku, mocnej wódki ze spirytusu podawanej na gorąco lub zimno.

Józef Peszke, badacz kuchni staropolskiej, z którego dociekań publikowanych w „Gazecie Domowej” z roku 1904 często tu korzystam, wśród przypraw znanych Polakom od średniowiecza nie mógł pominąć cynamonu. Dzięki krakowskim czy lwowskim kupcom handlującym tak z krajami Europy Południowej, jak i Azji, już od średniowiecza trafiał na bogate stoły, ale i uboższe, mieszczańskie. Widocznie od razu utrafił w polski smak.  Za czeską książką kucharską o tytule „Kucharstwij” z okolic roku 1535 Peszke podaje garść zamieszczonych przepisów „jak przygotowywać potrawy nazwane tam wyraźnie polskiemi”. Jest wśród nich ryba z cynamonem. Dziś śmiało można spróbować odnaleźć ten szesnastowieczny smak.

Łosoś po polsku

Rozpłataj łososia, a wyjmij ości grzbietowe, a podbrzusze ostrożnie pokraj na kęsy, i posol na nieckach nie bardzo, a gdy przejdzie solą, weź cebuli obierz, wstaw w czystym garnku, gdy się uwarzy włóż do panwi a rozetrzej chędogo, i rozczyń winem czystym, a przecedź i włożże do tego łososia osolonego, przypraw cynamonem, imbierem, kwiatem muszkatowym, szafranem, a dobrze osłodź cukrem, a wina greckiego i migdałów nakrajanych daj na to.

Cynamonem doprawiano jednak głównie desery i napoje. W tym – ulubione wódki. Peszke i o tym pisze: „w wieku tym [XVI] zaczęto już też, idąc za przykładem Włochów, wyrabiać ogólnie wódki przyprawne i słodzone, podobne do likierów dziś używanych. Te, gdy przy stole pańskim wniesiono wety słodkie,

Stoią swymi rzędami, tu Cynamonowe

Wódki, tu Rosasolis, tu у Hanyżowe

Tatarskie, у gorzałki mocno przepalane

I duchy z rozmaitych ziół dystylowane

Były to napitki z początku przewoźne i drogie, więc tylko na stoły pańskie dostające się, niebawem wszakże nauczono się przyprawiać je i sposobem domowym, świadczy nam o tym Władysław Stanisław Jeżowski radząc ziemiance:

W Alembiku przepalać prostą gorzałeczkę,

Z Wina, z Cukrem, z korzeniem, źiołmi na wódeczkę,

a oto, by mieć dobre Wódki rozmaite w domu

Dla przypadku jakiego, у ratunku komu,

Miernie ich zażywając z rana, czasem na noc...

Nie wstydać sie, nie mówić, niemam czem częstować

Lepiey się w czas Mościwa Pani przygotować."

Potwierdza to i Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”: „Były znane w Polsce gorzałki: alembikowa, szumówka, i od zapraw rozmaitych: korzenna, alkiermesowa, cynamonka, fort gatunek wódki z gałganem (rośliną), karolkowa (czyli kminkówka), persyko z pestek, piołunówka, anyżówka, białomorwówka, goździkówka, cytwarowa, kordybanowa, na tatarak nalewana i konwalję”. Piękne nazwy, prawda? Do przepisów na niektóre z nich warto sięgnąć i je z przeszłości przywołać, razem z ich nazwami.

A oto przepis na taki oryginalny napitek. Pochodzi z uroczej książki pt. „Doświadczenia w gospodarstwie…”, wydanej w roku 1808. Było to kolejne wydanie tego dziełka zawierającego moc mniej lub bardziej użytecznych wiadomości. Dzisiaj dokumentują stan wiedzy z tamtych czasów.

Posiłkując się książeczką kto miał ogródek, a w ogródku goździki, mógł sporządzić oryginalną nalewkę, oczywiście z cynamonem. Warto zapamiętać ten przepis do następnego lata!

Nazbieray kwiatu goździkowego, wybieraiąc ten który ieft o czterech liftkach, bo taki ma więcey w sobie essencyi ; obierz ten kwiat, w naczyniu szklanym naley wódką ordynaryiną dobrą, można trochę przydać cynamonu i goździków: zatkawszy, lub obwinąwszy dobrze naczynie, trzymay w cieple miernym przez sześć tygodni. Potym, iak wódka wciągnie w siebie całą essencyją z kwiatów, która ieft bardzo przyiemna i zdrowa, zleiesz ten likwor do innego naczynia, i przydawszy zwyczaynym spo- sobem trochę cukru, będziesz konserwować, aż się dobrze uklasuie.

Na dowód zaś, że cynamonem nie tylko przyprawiano ryby, desery i alkohol, kolejny przepis. Na potrawę z drobiu. Potrawę, czyli nie pieczyste, ale mięso duszone. Wtedy to ściśle odróżniano i na obiad podawano i jedno, i drugie, w ustalonej kolejności. Oczywiście w domach zamożnych. Sposób na potrawę z cynamonem podał tygodnik „Dobra Gospodyni” w roku 1911. Ale mogłaby śmiało wjechać i na siedemnastowieczny stół.

 

Dwa funty świeżych dojrzałych węgierek opłukać, ponakrawać i obrać z pestek. Oczyszczoną kaczkę posolić i udusić w maśle; gdy już prawie gotowa, włożyć śliwki, wlać trochę wody, dodać kawałek cynamonu i dusić pod pokrywą na wolnym ogniu, aż do miękkości.

Tak więc cynamon to przyprawa uniwersalna. Już sam jego zapach ociepla nastrój i podkręca smak. Trzeba jednak, jak w zasadzie wszystkich przypraw, używać z umiarem. No i są osoby, które cynamonu nie znoszą. Zapraszając gości warto o to spytać. A tym, którzy lubią zapach i smak tej sproszkowanej kory drzewa, możemy podać tort z cynamonowym kremem. Niedawno deklarowałam, że będę wykorzystywała odnalezione w szafie stare przepisy z początku lat 90. minionego wieku. Oto kolejny z nich. Szkoda, gdyby przepadł. A ponieważ zawiera mak, może się przydać jako oryginalna alternatywa dla świątecznego makowca. Aha, i nie przyrządza się go trudno!

 

Tort makowy z kremem cynamonowym

4 jajka + 3 żółtka

25 dag drobnego cukru

szczypta soli

10 dag mielonych orzechów laskowych

7 dag mielonego maku [widać opakowanie na zdjęciu] 

25 dag miękkiego masła

3 białka

1–2 łyżeczki mielonego cynamonu

słoik przetworu z borówek

cynamon do posypania

 

Jajka rozbić. 7 żółtek zmiksować z 5 dag cukru (szybciej, gdy cukier będzie drobny; można taki znaleźć). 4 białka ubić na sztywną pianę ze szczypta soli i 5 dag cukru. Pianę dodać do masy z jajek, domieszać mak i orzechy.

Masę wyłożyć do wysmarowanej tortownicy. Piec ok. 35 minut w 180 st. C. Przestudzić 10 minut w tortownicy, potem na kratce kuchennej.

Masło stopić, zdjąć podczas tego pianę (nie będzie jej w maśle klarowanym), przestudzić. 3 białka ubijać na parze [ubijałam zwyczajnie, nie na parze] z pozostałym cukrem. Do sztywnej piany dodać masło i cynamon.

Biszkopt makowy przekroić w poprzek. Na spodni placek wyłożyć lub wycisnąć połowę kremu w sposób pokazany na zdjęciu. Między kremem rozłożyć borówki. Przykryć drugim plackiem.

 

Brzegi tortu posmarować kremem, a pozostały wycisnąć na wierzch i udekorować borówkami. Przed podaniem tort można posypać cynamonem.

Cynamon króluje na zimowych stołach. Na koniec piękny wiersz  z cynamonem w tle – letnim, bo kwitnącym (jak wygląda kwiat cynamonu?!). W roku 1939 w poetyckim „Skamandrze” opublikował go Jarosław Iwaszkiewicz. Zdaje się że po podróży na ukochaną Sycylię.

Les reflets dans l’eau

Greckie oblicze w złotej chwale
Widziałem w świętem Monreale
I strasznie czułem w sercu żale.

I w pieniu przerażonych mnichów
W spadaniu wody do kielichów
Świat wydał mi się tylko pychą.

I kwiat ujrzałem cynamonu
Jak cicho rozkwitł w bożym domu,
Pełen zapachu, pełen sromu.

Padłem. I Bóg jak mała pszczoła,
Wśród woni krążył dookoła,
I wołał, tak jak nikt nie woła.

Może ten cynamon ma jakieś znaczenie symboliczne? I podając tort z cynamonowym kremem przekazujemy coś więcej niż zachętę do łasuchowania? Nie wiem. Gdy się dowiem, napiszę.

poniedziałek, 30 stycznia 2012
Krągły rok zamknięty

Będzie właściwie o poezji, nie o kuchni, chociaż... Kto czytał ten blog co najmniej od dwóch miesięcy, ten wie, że każdemu miesiącowi towarzyszy wiersz Iwaszkiewicza z tomu wydanego przez niego w roku 1967 – „Krągły rok”. Wiersze pisał poeta siedemdziesięcioletni. Jakkolwiek podczas całego roku wraca do niego młodość z jej odczuwaniem świata, to towarzyszy mu odczucie śmierci, odchodzenia, poruszania się na krawędzi życia i przekraczania jej na stronę, gdzie pozostaje pamięć.

Zaczęłam iść tropami Iwaszkiewicza w lutym zeszłego roku. Dlatego teraz sięgam po styczeń, tom rozpoczynający. Styczniowy wiersz jest przepiękny. Ma dwa tytuły:

Styczeń

Wilk

W zimowe takie noce
ja stary wilk
podkradam się pod chaty
 
i chłód
i śnieg
i gwiazdy kudłate
 
patrzę przez szybki
co tam jest
 
śpiewają wysokie tenory
tańczą piją
żyją
 
gorąco z okien bije
i skrzypią drzwi
i znowu cicho

ze studni wodę biorą
i żrą
 
a ja co?
 
na skrzypcach grają
szczęście budują
 
wychodzą w noc
śpiewają jak licho
 
i strach mnie bierze
i złość
 
dlaczego ja tak nie mogę?
i wyję
 
a oni wołają
wilk! wilk!

 W roku 1966, po rozmowie z Kotem Jeleńskim, Iwaszkiewicz napisał taką trzeźwą o sobie opinię: ...dysharmonia intelektu i instynktu twórczego zawsze się bardzo mści. Trochę to wygląda
tragicznie – pod koniec żywota
. Uważał, że intelekt nie dorasta mu do rozmiarów talentu. Wtedy kończył pracę nad tym tomem wierszy, które są poświęcone przemijaniu (podobno pracował nad nimi w latach 1960-66).

Nad całą twórczością Jarosława rozpina się jego pochodzenie i dzieciństwo: z Kresów ukraińskich. Stamtąd wziął szerokość spojrzenia, umiłowanie do nieskrępowanego horyzontem pejzażu, stamtąd ludowe spojrzenie na świat. Zespolenie z przyrodą. I pewien fatalizm. Widać to w tym styczniowym wierszu. Nawiasem, przywołuje go wiele osób, ale zawsze pod tytułem Wilk, a nie Styczeń. A wiersz ma tytuły dwa.

Ukraina była dla Iwaszkiewicza nie tylko „krajem lat dziecinnych”, nosił ją w sobie jako pewną wartość kulturową. Ale chodzi o Ukrainę i o czas, w którym się tam urodził. Szczególny, bogaty, tragiczny czas. Pisze w lutowym zapisie z roku 1966: Na każdym kroku natykam się na moje związki z tamtym czasem – i dziwię się, że mi jeszcze nie wypominają mojej staroświeckości. Cały ten dziwny krąg Polski w diasporze (...) cała siła kultury polskiej, dopóki była rozproszona i ssała soki Rosji, Ukrainy, Uralu, Kaukazu. Teraz korzenie nie mają skąd czerpać i dlatego to karłowacenie.

Krąg Polski splata z „Krągłym rokiem”. A my zaczynamy bardziej rozumieć poczucie obcości poety względem „karłowatych” czasów. Które podgląda „przez szybki”. Jak odmieniec. Pisał w dzienniku: żaden bunt już tutaj nie pomoże – i że to wszystko w bezładzie świata nie ma żadnego znaczenia. O, jakże bym chciał to widzieć zupełnie inaczej. Ale nie mogę. „Rozpacz” zamknięta we mnie. I czy na cała wieczność?

Fatalizm to postawa, która determinuje Iwaszkiewicza jako człowieka. Stąd jego stosunek do władzy, do czasów, w których żył. Przechodził przez nie jak ten wilk z wiersza: patrząc, nie atakując.

Gdy zima mrozi świat, jak dzisiaj, poszukajmy wilków dookoła siebie. Rzućmy im coś ciepłego, dzięki czemu przetrwają zimę. Kożuch, dobre słowo, a może dobry, rozgrzewający obiad?... Sądzę, że Wilk-Iwaszkiewicz rozgrzałby się bardzo obiadem proponowanym na przykład przez Antoniego Teslara, kuchmistrza hr. Potockich z Krzeszowic. Lubił dobrą kuchnię, a na arystokrację zawsze zwracał uwagę, czując się kimś należącym do tego kręgu ludzi i ich spraw z innej epoki. Obiad też z innej epoki, nie tylko dla Iwaszkiewicza żyjącego w siermiężnym PRL-u, ale i dla nas, w naszych czasach znacznie bogatszych, choć zarazem o coś uboższych. Oto menu niecodzienne, które poeta by przyjął z uznaniem:

Obiad XVIII

Consommé Théodora.
Krusztadki à la Mazarin.
Comber z prosięcia marynowany. – Sos chrzanowy.
Cietrzewie po królewsku.
Kurczęta z rożna. – Sałata.
Karczochy smażone à la Villeroy.
Kompot łańcucki.

Może choć kompot zrobić na zakończenie tego mroźnego dnia? Oto przepis: Na soku anansowym i szampanie zrobić lody (cukromierz ma wskazywać 18 stopni), nałożyć je w formę piramidalną, zamrożone wyłożyć na szklaną salaterkę, wkoło ułożyć kompoty z samych doborowych owoców i owoce świeże, zalać rumem, koniakiem, kirszem i podać.

Nie wiem, co to cukromierz. Ale brzmi poetycko. Mimo że z lodami, kompot na pewno rozgrzeje taką rozmaitością alkoholową. A zakończenie stycznia wyjątkowe!

niedziela, 11 grudnia 2011
Grudniowy Iwaszkiewicz

Kolejny wiersz z Iwaszkiewiczowskiego cyklu „Krągły rok”. Poeta poprzedza go cytatem z Byrona, w tłumaczeniu grudniowego jubilata, Adama Mickiewicza. Ten wiersz ten ma taki początek:

Dwoiste życie nasze: sen ma świat udzielny
Śród otchłani, nazwanych bytem i nicestwem,
Nazwanych, lecz nieznanych, – sen ma świat udzielny,
Z rzetelną władzą rządząc nad marnym królestwem.

I to „marne królestwo” opisuje Jarosław przeszło siedemdziesięcioletni, pytając zarazem, czy życie jest chaosem, tylko „tłokiem skłębionych rzeczy”, ścieżką między Mickiewiczowskimi „otchłaniami”. Nazywamy słowami miłość, ale jaki jest jej sens? Znamy ludzi, ale są oni zarazem tylko „skłębionym tłumem”? Jest przyroda, nasze o niej myślenie, ale czy to nie jest tylko to, co zaledwie „nazywamy” „miłością kwiatów i drzew”. Nie potrafimy nic, nawet niszczyć, unicestwiać, nie-być. Skoro jesteśmy. Skoro śnimy i potrafimy to dostrzec i opisać.

 SEN

...sen ma świat udzielny
śród otchłani nazywanych bytem i nicestwem

Adam Mickiewicz

 

Bo ze snu wszystko spływa
niby mgła z przełęczy
i tylko wierchy smreków
czy też macki anten
tuman przeszłości ludzie niewyraźni
ciała stłoczone jak żołnierze w łaźni

Po jednej stronie tłok
skłębionych rzeczy

o których prawdzie nic nie mogę wiedzieć
rośnie w dolinie
Czy to byt ta mglistość?

Po prawej stronie przełęczy nicestwo
nicość (la n
èant)
w tamtą stronę
strącam co chwila
każdą myśl
każde czucie
każdą kulę
każdy krzyż

Unicestwiam siebie
i znów się rodzę
z soku wysokich traw
minionych spraw
zagranych śmierci

czegoś co zwą miłością
kwiatów i drzew

Ale nic zniszczyć nie potrafię
i wszystko żyje
wstaje z otchłani
i woła

Jakaż harmonia brzmi w tamtej dolinie
w dolinie nicestw

chociażbym zniszczył wszystko
nawet siebie
zostanie ta muzyka sfer

wzór matematyczny
równanie wieczności

którą na próżno
spycham
spycham
w tamtą stronę

Gdybyż tylko śnić
między dwiema
przepaściami

Mickiewicz pisał tłumacząc Byrona:

...Więc mary są cienie?
Przeszłość nie jestże cieniem? czymże jest marzenie?
Robotą duszy, –  dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy, niżli w ciała rzeczywiste.

 Iwaszkiewicz ponad Nicością stawia Wieczność. Jest w niej „muzyka sfer”, „harmonia”, „wzór matematyczny”. Coś więcej niż tylko „sen między dwiema przepaściami”, czyli Mickiewiczowskie marzenie.

Być może każdego grudnia, na zakończenie każdego roku, Iwaszkiewicz przypominał sobie zdarzenie, które opisywał w „Dzienniku” (w 1963): „wieczne moje pytanie (pamiętam, jak je zadałem mamie stojącej przy fortepianie w „starym domu”), to pytanie: „I to już wszystko?”.

Odsyłam do wiersza lutowego: poeta odpowiadał na nie w wierszu lutowym tak: „ciągle mówię / mamo mamo / to za mało”.

W lutym w wierszu były wspomniane herbatniki – alberty, w grudniu chyba czas na pierniki?... Sięgnęłam do „Przekroju” z roku 1979. Jan Kalkowski przypominał Zygmunta Glogera i za jedną z czytelniczek podawał dwa przepisy. 

PODAJE: p. Stanisława Uram z Leszna. Zacytujmy „Encyklopedię staropolską” Glogera: „ciasto z mąki i miodu, niewątpliwie od najdawniejszych czasów znane w Polsce i nazywane miodownikiem, a od przyprawy korzennej, czyli pieprznej, po staropolsku „piernej”, przezwane piernikiem... Najobficiej przyrządzane na Wigilję i święta Bożego Narodzenia”. [...]

I. Rozpuścić na ogniu, a następnie ucierać aż do ostygnięcia: pół kg miodu, szklankę cukru, pół kostki masła, kakao dla koloru. Dodać roztarte goździki, cynamon i cukier waniliowy lub wanilię. Następnie dosypywać mąkę (pół kg tortowej), dolewać śmietanę (1/4 1) i wbijać jajka (3 całe). W końcu dodać bakalie: rodzynki i posiekane włoskie orzechy. Blachę do pieczenia wyłożyć pergaminem posmarowanym masłem i wtedy wlać ciasto. Piec w średnio gorącym piecu ok. 40 minut.

II. DWUTYGODNIOWY. Do rondla: pół kg miodu, 25 dkg masła, 20 dkg cukru. Zagotować razem do momentu rozpuszczenia się cukru. Mieszać. Po ostudzeniu dodać kopiatą łyżkę sody oczyszczonej, 2 całe jajka, goździki, cynamon, wanilię i z mąką wyrobić ciasto. Powinno być gęste. Przełożyć do glinianego garnka, nakryć ściereczką, wstawić do chłodnego miejsca na 2 tygodnie. Na same święta piec trzy jednakowe placki na blasze. Jeden posmarować dżemem lub powidłami z siekanymi włoskimi orzechami, drugi – masą czekoladową; złożyć razem i przykryć trzecim. Masa do przekładania: 5 jaj ubijać na parze z dodatkiem 25 dkg cukru, kakao lub rozpuszczonej czekolady.

Lecę rozpuszczać miód z masłem i cukrem (plus kakao dla koloru). Najwyższy czas! Święta już za dwa tygodnie.

piątek, 18 listopada 2011
Iwaszkiewicz listopadowy

Dzisiaj nic o kulinariach. Kolejny już miesiąc towarzyszy mi poezja Iwaszkiewicza. W tomie „Krągły rok” listopadowi poświęcił dwa wiersze: z nazwy – włoskie. We wrześniu byliśmy z poetą w Palermo, jesień kończymy chyba też gdzieś we Włoszech, wśród przyrody. Zachód słońca (il tramonto) i wschód (l’alba) do życia można przyłożyć symbolicznie. Pasują mi do tego dwa obrazy. Nie wiem, czy Iwaszkiewicz miał je przed oczami patrząc na przyrodę i myśląc, jak zawsze, o swoim życiu. Rozpoczyna od zachodu, dlaczego? Bo chyba mu w roku 1966-67 był bliższy, czuł się już planetą zachodzącą, dryfującą nie tyle po niebie, ile po niebieskiej rzece czasu. W wieku, w którym był poeta nie ma się złudzeń, jeżeli się w ogóle coś czuje i myśli, ma się poczucie paradoksu: zła i dobra, ale i cierpienia. Ma się też wizję miejsca, wyspy odległej, gdzie wszystko będzie rozwiązane.

Dlaczego Włochy? Towarzyszą Iwaszkiewiczowi od lat młodzieńczych. Bywał tu z Przyjacielem. Stamtąd czerpał nie raz natchnienie, wzór, pociechę, a może pociechy ułudę. Bo cóż się liczy. Że się jest. Że się obserwuje. Że się trwa w nieskończoności, czyżby ją symbolizował lotos?

Postawa Iwaszkiewicza, obserwatora Zachodu Planety (słońca? własnego istnienia?), kojarzy mi się ze szczególnym obrazem malarza Davida Caspara Friedricha. Ten wybitny wyraziciel romantyzmu w malarstwie, a więc prymatu tematu, obserwacji i konwencji, nad formą, widział świat, a na pewno przedstawiał tak, jak Iwaszkiewicz: poprzez postać obserwatora. W obrazie przedstawiającym zachód słońca jest ich dwóch. Dwóch braci? A może to postaci z innego wiersza poety, przedwojennego, Herr Schmidt mit seinem Schwager?...

 

Il Tramonto
 
Czarna jest ziemia po upadku człowieka
żółte jest słońce które zachodzi
 
niebieska rzeka czasu ciągnie się w meandrach
paradoksy na wodzie leżą niby wyspy
 
Odpływasz coraz dalej
i wyspy zielone
stają się szare i nikną w oddali
 
paradoks zła i dobra
paradoks cierpienia
okrywają się złotem zachodzącego słońca
 
i palmy wyrastają na wyspach odległych
znaki że wszystko będzie rozwiązane
 
w niebieskiej rzece szafirowej
która pokrywa ciebie
ale nie  tak prędko
 
jak tamte trudne i niezrozumiałe
kwiaty lotosu
i liście palmowe

Po zachodzie nieoczekiwany jest świt. A jednak taką kolejność poeta wybrał. Co za tym przemawia? Nadzieja? Pewność, że nic nie ginie, że po zachodzie musi wzejść, że nawet słowa niewypowiedziane żyją po tamtej stronie?

Przyroda dyskretnie wspomniana: róż wschodu słońca między włoskimi piniami. I piękna metafora życia: rozchodzisz się coraz dalej / bo rzucono w ciebie kamieniem. A wschód jako zapowiedź nieśmiertelności. Co zresztą też można wyczytać ze stosownego obrazu D.C. Friedricha. Także zjawisko przyrody jest widoczne poprzez osobę obserwującą.

 

 L’Alba

 O świcie mgła różowa pomiędzy sosnami
przeczuwasz tylko że zaraz się zbudzisz
 
głos nie przenika
pieśń brzmi w środku kryształu
 
i wszystkie nie wypowiedziane słowa
żyć zaczynają po tamtej stronie
 
jak kręgi na wodzie
rozchodzisz się coraz dalej
bo rzucono w ciebie kamieniem
 
przez ściany domu przez szyby
widzisz że świta
 
zbudź się zbudź
 
alleluja

Jeszcze jedno: we Włoszech jest wiele pensjonatów i hoteli noszących wymienione nazwy. Na ogół mają widok na morze. Ja zawsze je słyszę w wierszach Jarosława Iwaszkiewicza. I tę niebieską rzekę szafirową, która nas pokrywa. Każdego dnia.

czwartek, 20 października 2011
Wiersz na październik

Kto zna mój blog, ten wie, że wszystkim miesiącom tego roku, od lutego począwszy, towarzyszą wiersze Jarosława Iwaszkiewicza z tomu „Krągły rok”. Na jeden miesiąc – jeden wiersz. Jeżeli napotykam w nich odniesienia, ogólnie mówiąc, kulinarne, to je odnotowuję. Ale nie zawsze są. W październiku nie ma.

Bo mija już nam październik. W pełnej krasie, zwłaszcza jeżeli świeci słońce. Niestety, nad jarzębiną z mojego podwórka, dzisiaj go nie ma. Pocieszam się w tej szarzyźnie Iwaszkiewiczowskim (bardzo!) wierszem.

PAŹDZIERNIK
 
Ptaki październikowe
schylają zmęczone głowy
 
jak w zadymionych zwierciadłach
stoją jesienne sady
anioły i papugi
obsiadły winogrady
 
jeszcze te trochę liści
jeszcze jagód dwie kiści
i okruszyny w koszyku
 
już po wiosennym krzyku
już po zielonych godach
śpi papierowa uroda
 
już wszyscy gwiezdni ptacy
zaświecili
już wszyscy letni bracia
ulecieli
 
 zasypia jeden za drugim
pod liściem przywiędniętym
 
i nikt już nie pamięta
ja może jeden pamiętam
 
i może jeszcze kto drugi
 

Wiersz dedykował poeta, przeżywający swoje starzenie się, mistrzowi swojej młodości, a zarazem prawie równolatkowi, przedwojennemu celebrycie, Jeanowi Cocteau. Musiał on być bliski poecie nie tylko ze względu na styl życia (był gejem, jakkolwiek miał i romanse z paniami), ale i z powodu wszechstronności talentów i zainteresowań. Także ze względu na śmierć
Ukochanego w młodym wieku... Czemu  zawdzięcza Cocteau swoje „anioły” (z przedwojennego tomiku „L’ange Heurtebise”, potem z filmu „Orfeusz”).

Gdyby Iwaszkiewicz nie urodził się na Ukrainie, gdyby nie wzrastał w Polsce, gdyby nie zaistniał w PRL-u... może by był takim polskim Cocteau. Ciekawa jestem, czy tak o sobie myślał. Czy tego właśnie żałował. Znakomita książka Marka Radziwona, ostatnio wydana, ociera się o odpowiedź na pytanie: czego mógł żałować coraz starszy artysta. Przypomina, jak westchnienie, słowa jednego z bohaterów „Sławy i chwały” (alter ego pisarza w postaci książkowego Janusza Myszyńskiego, wiecznego obserwatora, niezdolnego do wyjścia „poza siebie”): tam jest południe, tam wino, tam są piękne miasta, tam jest nasza ojczyzna: Praga, Wiedeń, Rzym. Iwaszkiewicz dobrze wiedział i mocno czuł, że tam to... tam, a my – tu: w historii, w „rachunkach krzywd”, w swoim niepowtarzalnym sosie. Dlatego nie mógł być barwnym Jeanem Cocteau, a musiał być prezesem Związku Literatów Polskich. A Cocteau nota bene przedstawił w „Sławie i chwale”, jak i cały ten barwny świat przedwojennej paryskiej bohemy (ostatnio objawiony młodemu pokoleniu i przez Woody’ego Allena w filmie, który tu opisałam!).

Dla Cocteau w wierszu październikowym – nie od rzeczy przypomnieć, że był surrealistą – są anioły i papugi, ptaki pod postacią gwiazd (a może na odwrót), zielone gody, dla Iwaszkiewicza jesienne sady, liście przywiędnięte, i ta pamięć, pamięć, która im jest starszy, tym bardziej go boli. Zmęczone głowy ptaków to zmęczona głowa Iwaszkiewicza. Dedykacja dla Cocteau, mistrza młodości, obecnego w wielu numerach „Wiadomości Literackich”, to dedykacja dla siebie, którym mógłby być. W roku wydania tomiku Jean Cocteau nie żył od czterech lat. Podejrzewam, że wiersz lub jego zarys Iwaszkiewicz napisał wtedy, gdy tę śmierć, tak bliskiego w kilku płaszczyznach człowieka ze swojego pokolenia, przeżywał.

środa, 21 września 2011
Iwaszkiewicz na wrzesień

Kolejny wiersz z cyklu „Krągłego roku”. A właściwie dlaczego taki tytuł tomiku? Czemu nie okrągły? Krągły, w moim odczuciu, jest bardziej plastyczny niż okrągły, jakkolwiek oba wyrazy są w zasadzie synonimami. Mówimy „krągłymi zdaniami”, toczonymi, gładkimi. Krągły w stosunku do okrągłego lekko archaizuje. Tytuł odbieram więc jako zabieg świadomy na rzecz pojawiającego się u siedemdziesięcioletniego autora sięgania wstecz, w przeszłość, w czasy, gdy było się ładniejszym, gdy świat był ładniejszy, a mowa prostsza – krągła.

Tyle cały tomik, a wrzesień? Dla Iwaszkiewicza charakterystyczny. Wyjechał z kraju, jest na ukochanej Sycylii (nie mógł nie wspominać przedwojennej podróży z przyjacielem, tak kochanym Józiem). I we wrześniu jest właśnie na tej wyspie wspomnień. Wrześniowe odniesienie jest zatytułowane: „Wiersze z Palermo”.

1
Jak brzydkie są stare słowa
Jak piękne są nowe słowa

Cóż teraz zrobisz ze słowem tęsknota?

A jak piękne są słowa
frustracja
alienacja

fru jakby fruwać
stracja niby stracić

a w alienacji
piękna Alienor
księżniczka Akwitanii

a w Akwitanii żyje
okwitanie

bo wszystko żyje
i wszystko okwita.

Najpierw rozkwita, potem przekwita czyli okwita (znowu archaizm), gubi płatki, obumiera, ale nie zanika, pozostając w cyklu życia. Pozostaje zabawa słowami.

2.

Nauczyła mnie matka
patrząc na pierwszą gwiazdę
pozdrawiać siostrę

nie ma matki nie ma siostry
nie ma siostry
za chwilę moich słów nie będzie

a gwiazda będzie
świecić

dopóki nasza galaktyka
nie rozproszy się
w nicości

Moim zdaniem to jeden z piękniejszych wierszy poety. Jedność życia i nicości, natury rzeczy i tego „słowa”, które jest istnieniem poety. Wszystko przemija. Gwiazda pewnie także. Ale pozostaje gdzieś ta chwila, gdy dziecku matka pokazywała rozgwieżdżone niebo.

3.

Nie udawaj
że pragniesz przegryźć
grecki gest
dalekiego Agrygentu

że interesuje cię
kolumna sosny
rosnącej
przed twoim domem

że cię roztkliwia morze bzów
schodzących do Dniepru

ty szukasz tylko
twej nikłej
dawno zapomnianej
zarośniętej trawami
młodości

To znowu refleksja nad tym, co naprawdę ważne. Do kogo mówi Iwaszkiewicz: nie udawaj. Do siebie oczywiście. Do chłopaka z Ukrainy, który na zawsze w nim pozostał, mimo kultury, mimo zachwytu naturą, mimo Sycylii. Jest w Agrygencie, patrzy na greckie świątynie i pozostaje zawsze i boleśnie sobą. Siedemdziesięcioletnim poetą, który nie potrafi zrozumieć jak to się dzieje, że wypełnia go i uwiera dusza chłopca.

4.

Co tam w domu?
Deszczyk kropi
Psy szczekają
Wczesny zmrok

Krowy z pastwiska wracają
Ciężki ich krok

Nic z porfiru
Nic z purpury
Same drobne udręki

O Boże Boże
Jeśliś jest
Przyjmij moje dzięki

Znamy to? Znamy. Gdy byliśmy na Sycylii i gdziekolwiek indziej, nosiliśmy w sobie swój dom. Siebie. Tylko i aż. I to jest wielkie. Niepowtarzalne. Jak spojrzenie w gwiazdy pokazywane po matkę, ujrzane po raz pierwszy w życiu.

5.

cierpieć – nie mogę
kochać – nie potrafię

cały brzmieć muzyką
jak ul

kiedy mnie ktoś wycisza

pod naszymi stopami
paliły się niebieskie płomienie
morza

a teraz morze
odeszło

daleko

To ta przeszłość, która goni poetę. Tamten czas płomieni morza czy namiętności. Której już nie ma. Morze odeszło. Przeszłość cofnęła się jak błękitna fala. Jest pustka. Stoicyzm. Mądrość starości. Wyciszenie.

6.

(Serenada)

Buona sera, Gattopardo!
A ja jestem z Ukrainy,
U was tutaj żółte góry,
A tam pola i równiny.

Bzy rozrosły się krzaczasto –
A tu takie dziwne miasto,
Sztywne palmy i hibiskus,
W Monreale groźny Chrystus.

Rozsypały się pałace,
Nikt niczego nie pamięta,
Podaj mi swą mocną łapę,
Zgoda, ludzie i zwierzęta!

Noc stróżuje fioletowa
Z półksiężycem-halabardą,
Ciąży twoja senna głowa,
Buona notte Gattopardo.

Oczywiste nawiązanie do powieści znanej u nas pod tytułem „Lampart” (ostatnio "Gepard") Lampedusy (i jako film z udziałem Burta Lancastera w roli księcia Saliny i dziko pięknej Claudii Cardinale). Książę-lampart to przeszłość dzikiej wyspy, pochodzi z porządku, który mija. Nic dziwnego, że żyjący w dwudziestowiecznej Polsce Iwaszkiewicz z nim się utożsamia, że go rozumie, że czuje się nim. Łączy ich wspólne doświadczenie – księcia z odchodzącego świata i chłopca z Ukrainy, ze świata, którego już nie ma. Lampartować w wieku XIX/XX znaczyło "hulać". Przedwojenny "Słownik wyrazów obych" podaj, że lampart to przenośnie łobuz, birbant, hulaka, rozpustnik (dlatego nowe tłumaczenie tytułu powieści uważam za gorsze).

Przywołanego "lamparta" z poetą łaczy także doświadczenie przyrody: bujna w Palermo i bujna na ukraińskim stepie wywołuje wspólnotę odczuwania i pogodzenia się z życiem, odchodzenia w sen, w noc. Także groźny Chrystus ich łączy (ale to za dużo do wyjaśnienia). I jedność świata ludzi i zwierząt. Nikt niczego nie pamięta? Chyba jednak nie naprawdę.

Na zdjęciach: u góry Sycylia nietypowa – góry żółte (jak w Serenadzie), niżej: bujna roślinność z Palermo.

 

A kulinaria? U Lampedusy jest sycylijska zapiekanka z makaronu smakowicie opisana. Kiedyś do niej sięgnę!... 

czwartek, 08 września 2011
100. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 15/08/2011 1:12

Na deszczowe lato dobra i poezja. A więc Jarosław Iwaszkiewicz i kolejny miesiąc przez niego przeżyty i opisany. Przeżyjmy go dobrze i my, nie przejmując się deszczem. Ale czy rzeczywiście myśląc o jesieni?... Wolałabym temat jesieni odłożyć do... października. Przecież mamy lato, panie Jarosławie!

Sierpień

Blask na drzewach jakiś chory
kuropatwy w kartofliskach
zaczęły się meteory
blisko blisko

pani jesień przyjdzie znowu
znowu nic nie wytłumaczy
ani gwiazdy ani słowa
ani ziemi ani płaczu

tylko patrzeć kiedy wrzosy
w liliowe buchną ognisko
twoje losy moje losy
blisko blisko

deszcze zmyją opalenie
liść opadnie nad kołyską
zapomnienie prześwietlenie
blisko blisko

 

Po przeczytaniu wiersza, jeszcze w nastroju refleksyjnym, zajmijmy się typowo sierpniowym przetworem. To gruszki w occie. Zimą będziemy sobie głęboko wdzięczni, gdy sięgniemy po słoik i owoce podamy do klopsa, pieczonego drobiu, wędlin. Zaklęty w  nich sierpień spłynie na nasz stół... I przypomni nam, za wierszem poety, kartofliska, meteory, liliowe ognisko wrzosów (ich krzaczki są na moim bazarku, nie tylko liliowe, ale i różowe; jeżeli mamy wnuczkę, na pewno się jej spodobają...).

A jak zrobić gruszki? Ojej, dokładny przepis odnajdziemy w Sieci. Dodam tylko, że ocet musi być dobry, najlepiej z białego wina, cukru tylko, by podkreślić smak owoców, przyprawy korzenne, jakie lubimy: cynamon w lasce, może kawałek laseczki wanilii. goździki, a ja dodałam ziarenka czerwonego pieprzu. Tak pięknie wyglądają, jak czerwone owoce jarzębiny za moim oknem. Że też Iwaszkiewicz o jagodach jarzębiny nie wspomniał.





97. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 10/08/2011 2:47

Gdy lubimy drób, możemy się zainteresować pewnym przepisem literackim. Oto kura à la Iwaszkiewicz. Ze źródła, jak zobaczymy, stuprocentowo wiarygodnego. Znalazłam przepis w tygodniku „Przekrój” z marca roku 1960.

Najpierw słowo wyjaśnienia. Polska domowa kultura kulinarna po wojnie chodziła różnymi drogami. Wojna przerwała jej historyczną ciągłość, wprowadzając na stoły brukiew, marmoladę z buraków, inne różne erzace. PRL, wprowadzający z kolei np. tzw. zbiorowe żywienie (via ZSRR), a zarazem dotknięty najpierw powojennymi ograniczeniami żywnościowymi, potem następstwami gospodarki planowej, nie zdołał jej całkiem zniszczyć. Dbałość o dobrą kuchnię była wprawdzie przez jaki czas przejawem potępianego drobnomieszczaństwa, ale z czasem smakosze wzięli górę nad siermiężnością stołówek i podejrzanych barów. Przedwojenne tradycje przetrwały u tych, którzy kultywowali tradycje rodzinne i... mieli stare książki kucharskie. (W moim domu była to Monatowa). Z kolei nowinki kulinarne z szerokiego świata przekazywały niektóre czasopisma. Zwłaszcza po okresowym, stopniowym i kapryśnym otwieraniu się na świat w końcówce lat 50. Zwłaszcza na tzw. Zachód. Miejscem, które dbało zarówno o kulinarne tradycje, jak i pokazywanie nowinek zagranicznych był tygodnik „Przekrój”.

Rubryczkę kulinarną prowadziła w nim m.in. Maria Iwaszkiewiczówna, córka Jarosława. I właśnie ona, jako to wiarygodne źródło, przekazała Iwaszkiewiczowski przepis na Kurę Literacką. Oto on, może warto skorzystać?

Jak zachwala p. Maria, jest to potrawa świetnie nadająca się na danie gorące, podawane po kanapkach czy zakąskach. Oto przepis:

Kurę (może być nawet chuda) dzielimy na kawałki. Na dno rondla wkładamy parę plasterków boczku wędzonego, tak aby mniej więcej przykryły dno. Na to kładziemy grubą warstwę pokrajanych cienko jarzyn – marchwi, pietruszki, selera, pora, cebuli – przemieszanych z plasterkami kiełbasy zwyczajnej lub polskiej. Potem kładziemy kawałki kury. Przykrywamy taką samą warstwą jarzyn. Dajemy trochę masła lub margaryny. Stawiamy na niedużym ogniu i gotujemy aż jarzyny i kura będą miękkie. Jeśli się przypala, albo jeśli jest mało sosu, można dodać trochę wody.

Czy może to być nie kura, tylko kurczak? Pewnie tak, tyle że krócej duszony. Zwracam uwagę na ówczesną kiełbasę zwyczajną! Była najtańszą wędliną, ale i tak niekiedy trudno dostępną, zdobywaną, a nie normalnie kupowaną. Z czasem, w latach 70. i 80., stawała się coraz paskudniejsza. Czy dzisiaj istnieje? Przyznam, że nie wiem. Sprawdzę.

Dalej p. Maria tworzy swoją wersję dania: Gdyby dodać do jarzyn czosnku, a zamiast wody dolać czerwonego wytrawnego wina (1/2 szklanki), kura zmieniłaby smak i nazwę – kura po burgundzku. I dodaje ważną uwagę: Tak jak wszystkie tego rodzaju potrawy można odgrzewać, a nawet im bardziej odgrzewane tym lepsze.

Dlatego jest to ciekawy przepis, który może być wykorzystany podczas sierpniowych okazji towarzyskich. Potrawę można przygotować wcześniej i zajmować się gośćmi, a nie pichcić przy nich coś w kuchni. Z winem lub bez niego na pewno to ciekawa alternatywa dla późnoletniego grilla. Zwłaszcza gdy pogoda nie pozwala na urządzenie garden party, czyli bankietu w krzakach, wedle terminu Jeremiego Przybory.

Jako dodatek podaję jeden z przepisów tej samej autorki na wykorzystanie pewnego produktu sezonowego. To grzyby. Zbieramy je sami lub zaopatrujemy się w nie na bazarze (na moim, pod halą Mirowska już są). Oto propozycje Marii Iwaszkiewiczówny:

1. Grzyby borowiki lub koźlaki dusimy pokrajane w rondlu pod przykryciem z dużą ilością cebuli. Na dno rondla kładziemy spory kawałek masła. W połowie gotowania – gotować się muszą około półtorej godziny – dodać soli i pieprzu do smaku i kwaśnej śmietany. Jako dodatki do takich grzybów polecam ryż ugotowany na sypko lub kluseczki. Ja nie, ale – de gustibus...

2. Jeżeli chcemy podać grzyby w sposób bardzo ładny i elegancki, to kupujemy ptysie puste i niesłodkie. W każdą połóweczkę ptysia nakładamy grzybów, do których dodaliśmy trochę tartego sera. Jeżeli masa jest rzadka, możemy dodać trochę mąki. Można również wstawić na chwilę do pieca.

3. Udusić pokrajane grzyby [borowiki] w maśle z cebulą. Gdy już będą gotowe dodać pokrajanych w plasterki surowych kartofli, śmietany i tartego sera. Wymieszać i wstawić w ogniotrwałym naczyniu do pieca na pół godziny. Kartofle powinny być miękkie.

Dalej autorka podaje sposób na rydze. Ale ponieważ rydze pojawiają się – o ile w ogóle są! – później, jesienią, przepisów na razie nie cytuję.

89. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 26/07/2011 2:02

Nie zapomniałam o „Krągłym roku” Iwaszkiewicza i kolejnym opisanym przez niego miesiącu. Po prostu czekałam na lipiec taki, jaki ona widział: pełen słońca, złotych kłosów, lip pachnących w upale. Chyba już się takiej pogody nie doczekamy. Może więc wspomnijmy, zanim się skończy tegoroczny, jaki może być lipiec (i na pewno jeszcze w którymś pogodniejszym roku będzie!):

Pachną lipce – Reymontowskie
i zwyczajne
pełne rowy kwietnej panny
miododajnej

kopic żyta złote róże
ściąga sinych wstążek krata
rzeki małe rzeki duże
Bzura Mrowa i Pilica
i Utrata

i topole jak kominy
i kominy jak topole
biegną słupy mleczni bracia
koniczyną buraczyną
przez pole

cienie ciemnogranatowe
gdzie olszyny
mchami całe oplatane
dojrzewają już
jeżyny

asfalt się roztapia w niebie
pełen olśnień
i cholernie ciągnie ciebie
w Polskę w Polskę.

Gdyby nie tegoroczne deszcze, też by nas ciągnęło. W Polskę. Cholernie. Nad wodę, choćby nad mazowieckie rzeczki, tak przez poetę lubiane. Z okolic, które kochał (odsyłam do wpisu czerwcowego!) i do których wracał w poezji i prozie. Trzeba jednak przyznać, że w tym mokrym roku w mieście – jednak nieco opustoszałym – trwa się dobrze. Na pocieszenie możemy sobie zrobić sernik na zimno: ze wspomnianymi w wierszu  jeżynami lub jagodami. Choć taki kontakt z przyrodą nas na pewno wzbogaci.

Przepis na sernik wzięłam z jednego z popularnych pisemek kulinarnych. Dałam jednak mniej cukru niż przewidywał. W skrócie: 40 dag białego sera zmiksowałam z 4 żółtkami i 15 dag cukru pudru oraz zapachem waniliowym (koncentrat w płynie z wanilii, oczywiście można zeskrobać jej strączek). W tym czasie namoczyłam żelatynę (w przepisie 2 łyżki żelatyny w proszku, ja mam listki, dałam ich za mało, sernik wyszedł za miękki), a po 5 minutach ją rozgrzałam w mikrofalówce (można nad parą gotującej się wody). Osobno ubiłam 30 dag śmietanki kremowej (36%) z cukrem (w przepisie było kolejne 15 dag, dałam wyraźnie mniej, do mojego smaku). Wszystko połączyłam i dodałam 40 dag jagód. Mogą być każde inne owoce, najlepiej jagodowe. Masę serową wylałam na ułożone w tortownicy biszkopty; można je pewnie nasączyć kawą. Sernik ma teraz trafić na co najmniej 4 godziny do lodówki.

Do piękniejszego i smaczniejszego podania warto zagotować 10 dag jagód z łyżką cukru. Powstałym jagodowym sosem polać sernik. Zaparzyć ulubioną herbatę, wyciągnąć tomik poezji Iwaszkiewicza i poszukać na przykład drugiego wiersza o lipcu. Przedwojennego. Porównać, co pisał poeta trzydziestopięcioletni a co przeszło siedemdziesięcioletni.

Oto lipiec Iwaszkiewicza z tomu „Księga dnia i księga nocy”, wydanego w roku 1929:

Żytnie kłosy blade.
Spali słońce niskie –
O, niebiańskie sady,
Obłoki wy bliskie!

Mijacie nade mną
Lekko i wypukle –
Zwijając się w kłębki
Niby włosów pukle.

W niebieskim ogrodzie
Wolno i przyjemnie,
Obłoki jak łodzie
Przepływają we mnie...

I wszystko się zlewa
W łagodną pogodę.
Lipiec miodem śpiewa
Złoci żyto młode.

Refleksja optymistyczna: dojrzałość potrafi dobrze zrobić. Choćby na poetycką wenę.

 

środa, 07 września 2011
69. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 15/06/2011 1:55

Czerwiec w kalendarzu. Sto lat właśnie mija od wakacji w dworze w podłódzkich Byszewach, które Jarosław Iwaszkiewicz zapamiętał na całe życie. Przez lata były dla niego inspiracją. Z Byszew wzięły się opisywane przez niego młyny, stamtąd zaczerpnął kilka postaci i pejzaży uwiecznionych w prozie, z tych podłódzkich okolic wiele razy czerpał natchnienie sprzyjające poezji wysokiego lotu. Spotkałam opinie, że wiersz, a raczej cykl wierszy zatytułowany „Czerwiec”, z opisywanego przez mnie co miesiąc tomu „Krągły rok”, należą do najlepszych i najbardziej wyrazistych, a zarazem osobistych, w jego poezji. Są rzeczywiście bardzo piękne. Wymagają przy tym lektury nieśpiesznej.

Czytam je od początku miesiąca. Przy każdym zajrzeniu do nich odkrywam nowe smaki i podskórne życie tej poezji.

Najpierw tło: jak napisałam, równo sto lat temu młody Jarosław zjawił się w byszewskim dworze, należącym do rodziny Plichtów, jako korepetytor synów siostry właściciela, pani Świerczyńskiej. Sprowadził go Józio, jak pisał o najstarszym synu jego wakacyjny nauczyciel i towarzysz. Wymieni go w czerwcowym wierszu. Jarosława, przywykłego do ukraińskich równin, okolica od razu jakoś zauroczyła. Gdy po latach odwiedził ją z córką, odnotował, że jej urok był obiektywny, jako że i ona go poczuła. Dochodziła do tego młodość, czas, gdy naturę pojmuje się dojmująco mocno. Miał przecież wtedy zaledwie lat siedmenaście.

Jak pisał po latach, w „Książce moich wspomnień”, odczuwało się wtedy „w powietrzu dreszcze przeczuć”. Jak potem można było sprecyzować, były to sygnały nadchodzącej wojny, niepodległości, epoki jakiegoś przełomu. Wiemy, że wtedy zaczął się właściwie XX wiek... „Na tym tle nasza młodość, przygotowująca się jakże niedostatecznie do życia tak skomplikowanego, jakie nas czekało”.

To tło. Tło, które tak zapadło w pamięć, że po przeszło półwieczu zostało odnotowane w wierszu wspominającym zapewne tamten czerwiec, tamten początek lata. Poeta ma już lat siedemdziesiąt, nauczył się więc dostatecznie odwracania za siebie, spoglądania na to, co było. Już wie, że wszystko, co wtedy przeżył i czuł, szło za nim przez lata i nie opuści go nigdy. Obrazy umarłego świata pod powiekami, na skórze, we wnętrzu, są tak samo plastyczne jak wtedy, gdy się je widziało, gdy czuło jak pulsującą w żyłach krew. Tylko że wtedy się je odczuwało, nie myśląc o nich, a po latach – aż bolą.

Przeczytajmy najpierw Iwaszkiewiczowskie wspomnienia w przywołanej książce, a potem sięgnijmy po wiersz. We wspomnieniach poeta opisuje dwa stawy, owe „źródła”, w których pluskaliśmy się po całych dniach. [...] Przy dwóch stawach, mieniących się w blasku słońca, i pośród zielonych łąk jak „morskie oka” nie tylko po całych dniach „roiliśmy się nadzy” – ale także sprawialiśmy gospodarczą funkcję kąpania, czyli tak zwanego „pławienia” koni. Skoro, jak wyznaje, to zajęcie było jedną z największych przyjemności mojej młodości, nic dziwnego, że powraca do niego, odczuwane i wtedy, i po latach jako uczucie przymierza z przyrodą.

Spójrzmy za okno, i nawet nie pławiąc nigdy w życiu koni, możemy doświadczyć i dziś tego uczucia. A gdy mamy „swoje lata”, gdy sięgniemy do wspomnień, może i my doświadczymy magii „przymierza z przyrodą”. Gdy wspomnimy łagodny powiew powietrza przed wyjściem na przedwakacyjne ostatnie szkolne lekcje, poczujemy na skórze pazurki czerwcowego chrabąszcza, posmakujemy truskawki i czereśnie, zobaczymy bogatą zieleń liści nad parkową ławką, poczujemy pierwsze ukłucie gorącego słońca na skórze. Wszystko to, do wyboru i koloru, czego sami doznaliśmy. Pamiętamy? I czy ta pamięć jest tak gorzka, jak u poety? Tak przepełniona doświadczeniem przemijania, nieuchronności odejścia? Tak czarna?

1.

Pod czarnym niebem
nocy wiosennej
z samego dna
wstaje katedra
zatopiona

W rechocie żab
w jaśminach
wstaje
ramionami wież
ociekających
wodą

z samego dna
wznosi się czarna
twarz
w srebrzystej ramie
kropel

w szmerze i brzmieniu
umarłych imion
dalekim grzmotem
co jak pęknięte
grzmią dzwony

rośnie ku gardłu
i ku powiekom
pełna oddechów
dawno umarłych
i pełna westchnień
jak step szerokich
i zapomnianych
na wieki

młodości moja
nie umarła – żywa
wznosisz się w górę
muzyką
pieśnią i słowem
i brzmieniem strun
zardzewiałych
a przecież
dźwięczniejszych
od dni dzisiejszych
pełnych i mocnych

i spływa woda
woda zapomnień
i jesteś znowu
strzelista grzmiąca
muzyką dzwonów
pod niebem czarnym
pod niebem niemym
wiosny

Porównanie młodości do katedr i ta nieoczekiwana wiosną dominacja czerni (poza czernią czerwcowej nocy) jest tak nieoczekiwana, że z początku dziwi. Ale jest po chwili zrozumiała.  Bo strzelistość młodości we wspomnieniach wraca, wraca jak wiosna, w całej pełni swojej sensualności.

2.

Gdy przyjdzie lato
zrzucę ubranie
będę zupełnie nagi
siądę na konia
i wjadę w wodę

koń mnie poniesie
na głębię
i gdzie nie sięgnie
popłynie

znowu czuć będę
jego muskuły
i słyszeć będę
prychanie

znowu na brzegu
Józio i Janek
brzęczeć łańcuchem
nie przestaną

i wołać potopisz konie
i cieniem łąki
pomkniemy
nadzy
mokrzy
mocni

pachnący sianem
i wodą źródeł
jak wtedy

3.

Pławię konie z chłopakami
z chłopakami z Cyganami
z Cyganami z gitarami
z łachmanami z jeżynami

czarne oczy z jeżynami
mokre włosy jeżem sterczą
bo Cyganie jedzą jeże
bo Cyganie kradną konie

bo nad głębią konie rżały
bo nad głębią jeże kłują
bo na rżysku i nad wodą
grochem sypią gitar pstrągi
konie z wody uciekają
i prychają jak gitary
pławię konie z gitarami
z jeżynami z granatami
z Cyganami z chłopakami

My, nie pławiący koni, zapewne też mamy podobne odczucia – związane może z górskimi wycieczkami (widok z przełęczy na Krzyżnem...), może z mazurskimi wschodami słońca, albo z zapachem wody morskiej o słońca zachodzie, a może tylko z kwitnącym za oknem jaśminem, z kurzem wiejskiej drogi czy miejską parkową alejką. Dzisiaj wiemy, że to czuliśmy to był Aufschwung. A to, co czujemy dzisiaj to nieśmiała nadzieja, że nie wszystko umrze, przepadnie, ulegnie zapomnieniu. Jak w Mahlerowskiej II Symfonii Zmartwychwstania.

4.

(Aufschwung)
Obłoki po pęciny
obłoki czy pasaże
pasaże chmur pejzaże
po kolana po zady

tuby trąby i flety
dęba stają w obłokach
unoszą się w akordy
coraz czarniejsze niebo

coraz czarniejsze chmury
coraz większe te konie
coraz straszniejsze mordy
coraz twardsze wędzidła

nie ma nie ma stawidła
woda niesie
obłoki
chmury
niebo
nic

Kolejna część wiersza działa na inne nasze zmysły. Dedykowana jest wybitnemu malarzowi-koloryście. Ale nawiązuje do słynnych mozaik z rzymskiej willi z IV w. n.e. w pobliżu sycylijskiego miasteczka o nazwie Piazza Armerina, zachowanych dzięki lawinie błota (podobno kataklizm miał miejsce w XII wieku), pod którym przetrwały do ich odnalezienia. Eibisch w latach 60. malował pejzaże także włoskie (miał nawet indywidualną wystawę w Parmie). Może poeta rozmawiał z nim (i znalazł wspólny język) o sycylijskich mozaikach, które wprawdzie odkryto już w wieku XIX, ale przywrócono światu dzięki żmudnej rekonstrukcji (prace są prowadzone do dziś) w latach 50. i 60 XX w.

5.

Eugeniuszowi Eibischowi

Po co latać wysoko
to trzeba tak zwyczajnie
wykąpać konie a potem
zaprowadzić do stajni

spod kopyt kurzu kłęby
jak przyziemne obłoki
przyćmią błyszczące boki
mokre zady mokre kłęby

na drodze pod drzewami
ten fresk się porozwiesza
jak na bułanej mozaice
Na Sycylii w Piazza Armerina

W kolejnych strofach wiersza nastrój ten sam. Obraz samego siebie wśród leszczyn, wody, lektur, stanowiącego jedność z nimi. I te przejmujące wierzby-siostry. Jedność to z naturą, czy nawiązanie do sióstr poety. Pamiętajmy, że był beniaminkiem w rodzinie, znacznie młodszym bratem trzech sióstr.

6.

Zielone jak skorupy
porozrzucane na łące
grynszpanowe zalewy
rzeżucha rzęsy i grążele
żółte lilie
upał pije wargami
odgarnia rzęsy rękami
i widać czarne oko
dna

wyłuskany
laskowy orzech
nagie plecy chłopca
co czyta moją książkę
na trawie

To jak bym ja sam
czytał sybilską książkę
moich losów

i młoda wodo

wysokie drzewo szeleszczące
grobla wyciąga ramię
zielenią owłosione

idą groblą wierzby
tanecznice płaczące

i siostry moje jakie smutne

A wszystko co wiosenne, czerwcowe dąży do finału. Będzie z nim odczucie jedności z całym światem, wręcz franciszkańskiej jedności z każdym stworzeniem (przypomina się piosenka Jana Kaczmarka z kabaretu Elita: Do serca przytul psa, weź na kolana kota...), także z tymi pawiami z rzymskiej mozaiki, także z tymi końmi z własnych wspomnień. W tym nadzieja na to, o czym grał i Gustaw Mahler.

7.

Conventio ad creaturas

Nie przepłyniesz cienia
mętne morze błota
w tobie faluje
przytul się do stworzenia
obejmij brata psa
brata kota

zawierz mięśniom konia
on zdepcze małże i szczeżuje
przez głąb przeprawi

nie trzeba pogoni
nie trzeba trąb
ani rogów w lesie
ani gołębi
ani pawi

wierzyć czemuś
wierzyć komuś
nie pytać

i nie zważać na głębie
przepaści na której zrębie
potkną się wreszcie kopyta

52. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 05/05/2011 11:21

Majowe dni rozpoczynają się niestety z chłodem i z namysłem (co do ciepła przynajmniej). Dni długie, mroźne (!) poranki i wieczory jednak nie zapraszają do spacerów, a tym bardziej do słuchania słowika w grodzie. Bzy rozkwitają powoli, jak i świeczki na kasztanach, rano trawę pokrywa warstewka szronu.

Na szczęście w domu ciepło, czas kolejnych świąt nie nastraja do wytężonej pracy, sięgam po poezję. Tradycyjnie po Iwaszkiewicza,  aby odhaczyć kolejny miesiąc z jego tomu pt. „Krągły rok”. Maj. Co przyniósł poecie? Co przyniesie nam?

Może zarażą nas jego majowe przemyślenia. Te głębokie, dotyczące sensu i szczegółów naszego na świecie istnienia.

Maj

1. Status creaturae

Nie pragnę pociech żadnych
ani łask duchowych

w cierpieniu osobności
znajdę nieukończenie

Nieukończenie nieukojenie
drogę wyboru

anioł poda wino w kielichu
purpurowego koloru

2. Princpium individuationis

Gdzie jest owoc granatu
którego jestem ziarnkiem?

Gdzie jest melon
którego jestem płatem?

Ostrze srebrnego noża
po co mnie odkroiło?

Czy z ziarna wyrośnie drzewo?
Czy w płacie ukryte nasienie?

Nóż mnie przeszywa co chwila.
Na krzyk odpowiada milczenie

3. Interminabilis vitae posessio

W doskonałości czasu
posiadać początek i koniec
Posadźcie korzeń kosaćca
i kwiat irysa

rzeczy skończone
z nieskończonością identyczne

trzy płatki w dół
trzy w górę
potrójny płomień duszy

przeszłe i przyszłe
razem dzisiaj zakwita

to nie wieczne posiadanie
ipsa interminabilis est vita

Mistyka tego wiersza zastanawia. Przede wszystkim: dlaczego pojawia się mistyka, a nie majowy sensualizm? Może to kwestia wieku? Wiersza nie pisał młodzieniaszek... Dlatego od wzdychania do bzów ważniejsze się stało rozważanie takich kwestii filozoficznych jak „stan stworzenia”, „zasada ujednostkowienia”, „nieustające posiadanie życia” (przepraszam, jeżeli tłumaczenia zbyt dosłowne...). Rozważali je filozofowie starożytni, myślał o nich Tomasz z Akwinu, sięgali po nie Nietzsche i Schopenhauer, a ostatni termin jest Boecjuszową definicją aeternitas, czyli nieskończoności.

To trop. Majowe odradzanie życia, kiełkujące w ogrodzie irysy (czyli kosaćce) wynurzają się z podziemia. Z Hadesu. Z piekła. Wciąż na nowo i na nowo, każdej wiosny. Trzy płatki kwiatów rosną w górę, do życia, trzy w dół, w stronę ziemi. Jak dusza o potrójnym płomieniu – w chrześcijaństwie jako Trójca Przenajświętsza, i głębiej, jako archetypiczne wartości: miłość, mądrość, moc, jak trzy cnoty ewangeliczne: wiara, nadzieja, miłość – która żyjąc dąży do umierania, a zarazem do jedności. Tą jest nieskończoność. Ipsa interminabilis est vita. Samo życie jest nieskończone, co wiosną dziwi nieodmiennie, co roku głębiej.

Purpurowy kolor w pierwszym wierszu: kielicha czy wina? Kolor ciemnej krwi. Koresponduje z wyraziście czerwonymi pestkami granatu – owocu mającego w kulturach Wschodu (skąd pochodzi) związek z nieśmiertelnością. Bogowie greccy i rzymscy znali go dobrze. Pestki granatu w rękach Junony oznaczały małżeńska miłość i płodność. W chrześcijaństwie, przeciwnie, symbolizował czystość i dziewictwo. Jako jabłko królewskie (królowie trzymali właśnie owoc granatu w rękach!) podkreślał potęgę panującej dynastii i jej ciągłość. W sumie wszystko to oznacza nieśmiertelne trwanie, trwanie w przemijaniu.

Owoce granatu i melon pokrojony na płatki. Melon także jako symbol płodności, a więc przetrwania, w swoim mięsistym wnętrzu przenoszący pestki. Po co? Odpowiada na to ostatni wiersz: dla samego odradzania się w nieskończoności. Tylko i aż.

Dla porównania: jak inaczej czuł poeta młody, wiersz pt. „Maj” zamieszczony w młodzieńczym tomiku „Okstostychy”, dedykowany „Picadorom”, czyli kolegom z kawiarni „Picador”, z którymi młodziutki Jarosław wstępował na drogę poezji: Tuwimowi, Lechoniowi, Wierzyńskiemu. Jakże inny. Jak uroczo błahy... ale może przeczuwający trud długiego życia?

Maj

Płomienne młode maki. Uwertura Rienzi.
Oczekiwanie lata, które nic nie ziści.

Panienki muślinowe i abiturienci.
Uśmiech leciutkiej wzgardy – lecz bez nienawiści.

Pierwsze różowe lody. Pachnące truskawki.
Różańcowa jednych wspominań stokrotność.

Spotkanie – gdzieś, w ogrodzie, na dwóch końcach ławki.
I wierna, nieco gorzka piastunka – Samotność.

Publikując różowo-truskawkowy maj poeta miał 25 lat, wydając ten o nieskończoności miał 73.

 

41. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 06/04/2011 3:00

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym

Tak Czesław Miłosz wstąpił na „Ziemię jałową” T. S. Eliota. Pracował nad jego wierszami w mrokach okupacji. Fragmenty ukazały się już w roku 1945 w wydawanym w Krakowie „Dzienniku Polskim”. Oczywiście tłumaczenie Miłosza znał Jarosław Iwaszkiewicz, gdy tworzył swój wiersz o kwietniu, umieszczony w wydanym w roku 1967 tomiku „Krągły rok”. Kwietniowy utwór zatytułował zresztą, aby nie było wątpliwości, „Okrutny miesiąc”.

Nim ziemia odtajała
spod śniegu to się wynurza

ani listek ani kwiatek ani trawka

brwi twoje
i twoje rzęsy

pociemniałe kwiaty krokusu
pachnące szafranem

wiosenne Dziady
świętego Jura

skowronek dzwoni
jak czerwona pisanka
o obnażone twoje zęby

ani jadła ani napoju
i tak nie zostawisz
mnie w pokoju

słowa moje marne ziarno
łzy moje gorzkie poidło
pieniste piwo
soków brzozowych
gardła twojego nie przepłucze

śnieg stopnieje zapachami

a ciebie nie ma

Smutny ten kwiecień obu poetów. Jak listopad. Dostrzegają topos: obecną we wszystkich kulturach całość, która wyznacza i opisuje człowieczy los: narodziny i życie – umieranie i śmierć. Wiosna to czas odrodzenia, ale i myślenia o zmarłych. Bo my z nich. Topniejący śnieg uzmysławia to mocno, wywołując wiosenną melancholię. Spod niego wyłania się tak nowe istnienie, jak i to, które odeszło.

Wiosenne święta, niegdyś bardziej niż dzisiaj, łączyły jedno z drugim. O symbolice jaja nie ma się co rozpisywać. Malowane kraszanki czy pisanki znoszono na groby zmarłych. Tak robiono na Wschodzie, skąd poeta pochodził, czyli na Kijowszczyźnie. Tradycja malowania jaj nie przeminęła. W ukraińskiej Kołomyi zbudowano muzeum pisanek (w kształcie jaja), w którym można obejrzeć eksponaty z całej Ukrainy. Czerwone pisanki do dzisiaj w niektórych krajach, np. na Bałkanach, są przy wiosennych świętach niezbędne. Można upatrywać w nich symbolu krwi, można sięgać głębiej, do starożytnej Grecji i świata zmarłych.

A to już ma związek z krokusem, pachnącym szafranem. Krokusy to jedne z kwiatów Hadesu. Zarazem to jedne z pierwszych wiosną kwiatów. Zrywała je Persefona, gdy Hades ją porwał. Łączą Tam i Tu. Pachną szafranem, bo właśnie z ich pręcików wyrabia się tę cenną przyprawę. Otrzymuje się ją niełatwo i w małych ilościach. Kwiaty odmiany Crocus sativus zbiera się ręcznie. Do wyprodukowania kilograma szafranu potrzeba dwustu tysięcy kwiatów. Z hektara corocznie uzyskuje się około dwadzieścia kilo szafranu. Szafranem pachną nie tyle krokusy, ile wielkanocne baby. Kawałek żółtej dzięki przyprawie baby, o korzennym smaku, zanoszono tak w koszyczku do kościoła, ze święconką, jak i, ze znacznie starszą niż chrześcijańska tradycją, na grób Drogiego Zmarłego.

Takim był dla Iwaszkiewicza Jerzy Mikłucho-Makłaj, zwany Jurą, przyjaciel lub wręcz ukochany. W „Książce moich wspomnień” nazywa go frapującą postacią, poświęcając mu sporo miejsca. Opisuje tam dokładnie swoją fascynację tym człowiekiem, którego już nigdy nie miał spotkać i który miał mu towarzyszyć w długiej wędrówce życie. Człowiek sam i ślad po nim zaginął. Cała jego rodzina została wymordowana i nie wiem, czy jest ktoś na świecie, kto tego niepospolitego chłopca jeszcze pamięta – pisał poeta w roku 1942. Jura zginął zabity przez chłopów w swej posiadłości w roku 1918. Poeta wiąże z tą znajomością wiele rozmów budujących jego światopogląd oraz ważne dla siebie wydarzenie. Jak pisze, 25 kwietnia 1911 szedł do niego, aby z nim zerwać, przekonany jednocześnie, że popełni samobójstwo. Kwietniowy nastrój... kwietniowe imieniny Jerzego musiały poecie co roku przypominać ten szczególny nastrój towarzyszący młodzieńczym myślom o śmierci. Nie miejsce tu na rozpatrywanie symboliki imienia Jerzego, dość wspomnieć, że w Bułgarii ma on swoje specjalne święto Georgiowden.

Cóż, pozostaje jeszcze brzoza. Sok z brzozy zbiera się wczesną wiosną, gdy tylko soki ruszają w drzewie. Pozyskuje się go bez szkody dla drzewa, gdy się zadba, aby jego skaleczenie opatrzyć we właściwy sposób. Tradycja zbierania soku także pochodzi ze wschodu. W Rosji, na Białorusi i Ukrainie jest sprzedawany w postaci bezbarwnego, lekko słodkawego napoju. Jest bardzo zdrowy, m.in. dla wszystkich wiosennych kuracji oczyszczających organizm. Ostatnio można go kupić i u nas. Może poeta wyczuł, że wypicie soku brzozowego jest jak wypicie wody z Lety, z „dobrej wody, [która] zwie się Letą”, jak pisał udręczony Heine. Pozwala świadomości zapomnieć. Choć zarazem ból nieobecności, w nieświadomości, i tak pozostanie na zawsze. Przychodząc jesienią i wiosną.

25. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 02/03/2011 4:53

Iwaszkiewicz wraca. Dzisiaj mija 31 lat od dnia jego śmierci. Zaznał przywileju czy przekleństwa długowieczności: pożegnał wielu ukochanych, bliskich, znajomych, pożegnał epokę. Odchodził w czasie, którego raczej już nie rozumiał. Był rok 1980. Za progiem czaił się Sierpień, przedtem lipcowe strajki. Marzec w 80-tym roku był zimny, zagrypiony, ponury i gorzki.
W czasie pisania tomu „Krągły rok” (rok 1967) przeszło siedemdziesięcioletni poeta – miał przed sobą jeszcze kilkanaście lat życia – spoglądał na swój ogród i widział Marzec tak:

dużo śniegu w ogrodzie
ptaki nie wiedzą gdzie siadać
jagody
i ręce
toną w puchu

śnieg nie powinien tajać
nigdy

pod śniegiem są pochowane
szkielety podkowy rdza
pod śniegiem
jest moje słowo

zagrzebane niedobre gorzkie
jak marcowy chleb

Te „jagody”, które jak i ręce toną w puchu, to raczej nie owoce, ale policzki. Jakie śliczne przykłady na to zapomniane znaczenie podaje Linde: „Krople łez sierotek z jagodeczek ich pochop wzięły aż do nieba”. (Dominika Birkowskiego Kazania niedzielne). Albo – na odmianę wesoło – „Jagódki twe okrąglutkie, I usteczka rumieniuchne”. (Grochowskiego Stanisława wiersze). Czy z zadumą: „Gdzież ów alabastr czoła? gdzie jagód róże?” (Z „Monitora Warszawskiego”).

Tak więc policzki. Ale jagody na śniegu, w obecności ptaków, też mają sens. Mnie się kojarzą z czerwonymi jagodami jarzębiny, którą mam przed oknem. Gdy zaczęła się zimna i spadł śnieg, pięknie się od niego odcinały żywym kolorem, aż któregoś dnia nadleciało stadko sikorek-czubatek (sfotografowałam je) i wszystkie owocki wyjadły. Teraz, w marcu, na drzewie śladu po nich nie ma... Są wspomnieniem.

Jak i te inne, te wszystkie schowane metaforycznie pod śniegiem. Te dawne sprawy, osoby w pełnym ich kształcie, emocje. Już tylko jako „szkielety”. Śnieg je przykrywa warstwą, która tajać nie powinna, według nas, ale oczywiście wiemy, że się rozpuści i wyparuje. To, co spod niego się ukaże, będzie już tylko „rdzą”.

Tu kolejne wspomnienie z mojego podwórza, w okolicach warszawskiej Starówki: kilka lat temu przy okazji remontu z ziemi wychynęły zardzewiałe metalowe przedmioty: podkowa właśnie, jakiś rygiel, ogniwa łańcucha. Podobne wykopaliska pamiętam z dzieciństwa, z Powiśla, z okolic Bednarskiej, tam, obok podkowy czy jakiś elementów uprzęży, w wykopie znajdowaliśmy końskie kości i zęby. Historia pod ziemią, pod śniegiem. Nie zawsze dobrze rozumiana. Zawsze będąca cieniem życia.

Na końcu poeta pod śniegiem widzi swoje słowo. Swoją poezję. Nie pasującą do czasów. Niedobrą. Słowo „gorzkie jak marcowy chleb”. Co to ten chleb marcowy?  Dlaczego gorzki?

Chleb marcowy – z łacińskiego martius panis – do niego pochodzi podobno marcepan (marcypan). Wcale nie gorzki. Znajomy starożytnik nie wie, czym mógł być ów martius panis. Mówi, że raczej pochodzi ze średniowiecza niż ze starożytności. Może to przednówkowy chleb ze zleżałej mąki i dlatego jest „gorzki”?

Jeszcze jeden trop: „gorzki chleb wygnania”. Taki związek frazeologiczny podaje słownik St. Skorupki. Iwaszkiewicz pisał swój wiersz co najmniej rok, a raczej dwa lata przed tym, co w historii jest zapisane jako Marzec 1968. Ale w Polsce poeta tradycyjnie bywa wieszczem. Antycypował?

Powróćmy jednak do tropu: przednówek. Sięgnijmy po czarny chleb z żytniej mąki razowej. Jest mocno wytrawny w smaku, zwłaszcza, gdy pieczony w liściu chrzanu. Chrzan to roślina, kojarzona przez Żydów z goryczą tułaczki i niewoli, tradycyjnie stawiana – jako „gorzkie zioła” – na paschalnym stole, aby trudny czas przypominała. Tułaczka to całe życie, tak mógł myśleć przeszło siedemdziesięcioletni poeta. Marcowy chleb jest szczególnie gorzki, gdy wiosna nie nadchodzi. I gdy wszystko przemija, jak „niegdysiejsze śniegi”.

22. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 21/02/2011 11:36

Lubię Iwaszkiewicza. Nieodmiennie. „Sławę i chwałę” czytam co kilka lat, wciąż odnajdując w niej coś nowego. Szkoda, że jej uekranowienia nie były dotąd ani razu udane. A przecież solidny serial, z dobrymi aktorami, mógłby dorównywać klasycznym brytyjskim produkcjom.

Poezje też lubię. Jest tomik Iwaszkiewicza pt. „Krągły rok”. Z 1967 (to był rok!). Od stycznia nie udało się zacząć, rozpocznę od lutego:

Luty

Jak nas wtedy
sypkim śniegiem
zasypało

powiedziałem: mamo mamo
to za mało

była mleczna czekolada
i alberty
japońskimi kwiatuszkami
koperty

zbierane na Murzyniątka
stare marki
i garnuszki ukraińskie
z jarmarku

serce biło mocno biło
aż ustało

ciągle mówię
mamo mamo
to za mało

„Na Murzyniątka” zbierano wtedy nie tylko pieniądze, ale i „marki”, a więc znaczki pocztowe, i papierki do cukierków czy srebrną „cynfolię” (bodajże w „Marii i Magdalenie” Samozwaniec o tym czytałam, ale może się mylę?). Teraz na cele dobroczynne zbieramy plastikowe nakrętki od butelek, ale już nie „na Murzyniątka”, bo to niepoprawne politycznie.

Mleczna czekolada jest nam oczywiście znana, ale „alberty”, kto wie czym są alberty? Przedwojenny słownik wyrazów obcych Arcta podaje: „Alberty – nazwa pewnego rodzaju biszkoptów angielskich”. Ja pamiętam je jako okrągłe, dość miękkie herbatniki. Podobno wymyślono je istotnie w Anglii, a upamiętniają księcia Alberta, ukochanego męża królowej Wiktorii.

Powęszyłam w internecie, wyczytałam, że Biskwity Alberta rozpoczął wytwarzać niejaki Robert Middlemass w Middlemass’ Biscuit Factory w roku 1835. Od końca XIX wieku zaczęły być tam wyrabiane mechanicznie, masowo. Czy istotnie był to ten rok? Czy nie było to pięć lat później? Gdy Wiktoria zobaczyła Alberta po raz pierwszy właśnie w roku 1835, nie zrobił na niej dobrego wrażenia. Dopiero po kilku latach, gdy zmężniał, zakochała się w nim. On w niej także, byli szczęśliwym małżeństwem począwszy odo roku 1840, a konkretnie od 10 lutego! Herbatniki, biszkopty czy biskwity Alberta moim zdaniem upamiętniają ten rok.

Wszystko jedno. Weszły do kanonu klasycznych ciastek.

Załączam przepis z książki Marii Monatowej.

Wspomniane przez nią „kryształki” to środek spulchniający ciasta, czyli kwaśny węglan amonu. Podobno można go dostać i u nas jako produkt firmy „Appetita”. Przyznam, że nie spotkałam, ale teraz poszukam.

Przy okazji: wyczytałam, oto czym się różnią soda, amoniak i proszek do pieczenia:

  • – soda oczyszczona trafia tam, gdzie występują składniki o odczynie kwaśnym (ocet, soki owocowe, śmietana, kwaśne mleko, miód, melasa). Reagując z nimi wytwarza gaz, który podnosi ciasto. Działa tuż po dodaniu do mieszanki, dlatego ciasta z nią się nie odstawia, ale od razu piecze. Nie dodaje się sody do ciast, w których nie ma kwaśnego składnika – nie zadziała, tylko pozostawi nieprzyjemny smak;
  • – amoniak (kwaśny węglan amonu) nadaje ciastkom porowatą strukturę, przy zachowaniu i puszystości, i chrupkości. Zaczyna działać pod wpływem ciepła, surowe ciasto z nim może stać, a nawet być zamrożone. Podczas pieczenia rozkłada się, jego zapach czuje się podczas pieczenia, ale już nie po nim. Trzyma się go w szczelnym pudelku, bo wietrzeje;
  • – proszek do pieczenia daje się tam, gdzie nie ma składników kwaśnych. Zawiera sodę oczyszczoną i substancję kwaśną, aktywującą jej działanie (np. pirofosforan dwusodowy, który zaczyna działać pod wpływem wilgoci, czyli po dodaniu do suchych składników wody lub mleka).
  • – Są przepisy zawierające i proszek do pieczenia, i sodę. Natrafiłam na takie muffiny. Tak ma być. Proszek, którego można dodawać więcej, służy do podniesienia ciasta, a soda do zneutralizowania jego niemiłego posmaku.

Od Iwaszkiewicza, poprzez królową Wiktorię, do amoniaku, czyż nie ładnie?

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl