O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: stare gazety

czwartek, 22 sierpnia 2013
Mięsiwo na deszcz i chłód

Kto miał dosyć upałów, ten się cieszy. Wczasowicze się raczej smucą. Ochłodziło się, deszcz pada, mży albo leje. Rośliny się cieszą z nawodnienia, a my? Nie martwmy się. Podobno upały mają wrócić. Na razie możemy skorzystać z ochłodzenia i przygotować obiad solidniejszy niż w przy temperaturach powyżej trzydziestu stopni.

Idźmy na bazar, bo pewnie mamy jakiś ulubiony w pobliżu. Zaopatrzmy się w porcję świeżych warzyw i owoców. Kupmy też jakieś mięso na obiad. Ja wybrałam żeberka. Początkowo miały być upieczone, ale po obejrzeniu wszystkich zakupów z bazaru wybrałam wariant niekonwencjonalny: żeberka duszone z owocami. Te owoce to piękne, sierpniowe gruszki.

Bardzo ślicznie i ciekawie napisał o nich Tadeusz Żakiej (ciekawa postać; kiedyś go już opisałam!), który jako Maria Lemnis i Henryk Vitry wydał „Iskier przewodnik sztuki kulinarnej”. O gruszkach pisał tak (cytuję fragmenty): „Wielkimi amatorami gruszek, już uszlachetnionych, byli starożytni Grecy. Homer, opisując w siódmej księdze ‘Odysei’ wspaniały sad króla Feaków Alkinoosa, wymienia grusze przed jabłoniami: ‘Tam rosną wielkie drzewa, grusze, granaty, dorodne jabłonie’ (przekład Jana Parandowskiego). W pierwszych wiekach n.e. sławą ‘raju grusz’ cieszył się Peloponez”. Dalej wspomniany jest Pliniusz, wymieniający 35 odmian grusz, oraz opisane uprawy współczesne z przeszło tysiącem odmian. A pożytki kulinarne z gruszek?

„Szlachetne odmiany gruszek należą do owoców deserowych bardzo wysokiej klasy, spożywanych na surowo i w przetworach (kompoty, konfitury) zachowujących wykwintny smak i aromat. Gruszki zawierają niezbyt bogaty ilościowo zestaw witamin i soli mineralnych, należą jednak do nielicznych owoców zawierających jod. (...) Działają lekko moczopędnie, są też na ogół dobrze tolerowane przez cierpiących na cukrzycę. Gruszki należy spożywać dojrzałe lub przejrzałe (...)”.

Na pewno i te mniej dojrzałe uduszone z mięsem nie podrażnią nawet delikatnych żołądków. Pod warunkiem, że zachowamy umiar w jedzeniu i nie będziemy sobie dobierać nawet tak smacznej potrawy, choć trzeba wyjątkowo silnej woli, bo mięso jest bardzo smaczne. Nie podaję w przepisie proporcji, bo każdy je może dopasować do swoich potrzeb.

Żeberka duszone z gruszkami po mojemu

porcja żeberek wieprzowych

gruszki

mąka do panierowania

sól, pieprz

świeży tymianek

bulion z kostki: warzywny lub o smaku wędzonki

olej słonecznikowy do obsmażenia mięsa

Żeberka umyć, osuszyć, podzielić na zgrabne porcje. Przyprawić solą i pieprzem, obtoczyć w mące i strząsnąć jej nadmiar. Olej rozgrzać, obsmażyć kawałki mięsa. Przełożyć do rondla, podlać bulionem z kostki, dołożyć tymianek, dusić aż mięso zmięknie, a sos odparuje i zgęstnieje. Gruszki przepołowić, usunąć z nich gniazda nasienne. Do prawie miękkiego mięsa włożyć połówki gruszek, poddusić, spróbować sos, doprawić do smaku.

Kto się nie boi mięs na słodko, może ten sos przyprawić karmelem (w wersji bez smaku wędzonki). Zyska też na kolorze. A w ogóle w odsłonie odświętnej można udusić żeberka na białym winie. Wtedy smak sosu można wzmocnić kilkoma kroplami sosu Worcestershire lub koncentratu maggi. Podając porcję mięsa z gruszką, ozdabiamy ją gałązką świeżego tymianku.

 

A co podać osobnikom uważającym mięso z owocami za zbędną ekstrawagancję? Nie wiem, czy tacy jeszcze gdzieś się uchowali, ale jeżeli tak, znalazłam dla nich wyjście w „Przekroju” z roku 1972:

 

Nieoceniony Jan Kalkowski z rubryką „Jedno danie”, prawda? Cytat z „Paris Matcha” bardzo smaczny.

środa, 21 sierpnia 2013
Z rumu – moja przeróbka klasyki

Opisywałam już daiquiri. Jest to jeden z najbardziej znanych koktajlów świata – pochodzący z Kuby i kojarzony tak z Kubą, jak z kochającym ją Ernestem Hemingwayem. Ta mieszanina rumu i soku z cytryny lub limetki potrafi umilić kolejny wieczór wakacji; dodam, że w nadmiarze jednak zepsuć. Dla miłośników historii i barwnych opowieści cytuję Roba Chirico, nowojorskiego dziennikarza i zawołanego barmana, z jego książeczki o koktajlach: „Mrożone Daiquiri stworzył Constantino Ribalagua, słynny barman z hawańskiego baru La Floridita (zwanego też La Catedral del Daiquiri), dodając do drinka rozdrobniony do konsystencji śniegu lód. Jednym z większych zwolenników mrożonego Daiquiri był Ernest Hemingway. Specjalnie dla niego Ribalagua przyrządzał bezcukrową wersję zwaną Papa Dobles, której znany pisarz potrafił wypić nawet tuzin porcji za jednym posiedzeniem. Pozycja stojąca nie jest możliwa po tylu drinkach”. Że nie wspomnę o samopoczuciu the day after.

Dalej Chirico opisuje, jak wielu barmanów eksperymentuje z daiquiri. „Niektórzy dodając owoce, inni miksują owoce za pomocą blendera, jednak zawsze musi być przyrządzony ze świeżych owoców”. Poszłam tym tropem, ale nie całkiem. Wymyśliłam swoją wersję, a domowy barman rozlał dobrze wstrząśnięty koktajl do kieliszków, na których dnie umieściłam niespodziankę.

 

Oto więc

Daiquiri po mojemu
na 2 porcje

50 ml białego rumu z Martyniki

30 ml świeżo wyciśniętego soku z czerwonego grejpfruta

20 ml likieru pomarańczowego Triple Sec

lód

cztery maliny

Z grejpfruta wycisnąć sok, przelać przez sitko. Rum, sok grejpfrutowy i likier pomarańczowy wstrząsnąć w shakerze. Do kieliszków wrzucić lód i po malinie, drugą przybrać brzeg kieliszka. Nalać koktajl na maliny.  Podawać od razu.

 

Dla porządku podam klasyczną wersję koktajlu za Robem Chirico:

Classic Daiquiri

45 ml białego rumu

30 ml świeżego soku z limonki

1 łyżeczka syropu cukrowego lub drobno mielonego cukru

Starannie wymieszaj składniki w shakerze razem z lodem i przecedź przez sitko do schłodzonego kieliszka koktajlowego.

Właśnie: warto schłodzić kieliszki. Zamiast cukru w mojej wersji jest słodki likier o mocnym smaku pomarańczy. Lód jest w kostkach, aby chłodził koktajl, a nie rozcieńczał go. No i te maliny. A sok z grejpfruta występuje w daiquiri przyrządzanym dla Hemingwaya (Tuzin porcji! Ciekawe, czy mieszano w wielkim shakerze?). Oto przepis także cytowany z książeczki:

Hemingway Daiquiri
Papa Dobles

sok z 2 limonek

sok z 1 grejpfruta

60 ml białego rumu

7–8 ml likieru maraschino

Wymieszaj wszystkie składniki w shakerze razem z pokruszonym lub rozdrobnionym na śnieg lodem. Przecedź napój przez sitko do schłodzonej szklaneczki typu highball.

A na koniec ciekawostka z dziedziny koktajlologii przedwojennej. Julian Tuwim na przełomie lat 1925/26 prowadził czasopismo rozrywkowe o nazwie „To To” (albo „Toto”, bo i tak pisano). Pismo nazywało się „cotygodniowym magazynem ilustrowanym”. Był to zupełny eksperyment. W odróżnieniu od innych tego typu magazynów (choćby „Światowida”), ten miał nie odmóżdżać. Był przeznaczony dla czytelników inteligentnych, ciekawych świata, pragnących rozrywki, która uczy. Ja dostrzegam dzisiaj, że to pisemko – niestety okazało się efemerydą wydawniczą – było pierwowzorem znanego nam dobrze powojennego „Przekroju” Mariana Eilego (przed wojną współpracującego z  „Wiadomościami Literackimi"). Wydawane obok „Wiadomości Literackich” i „Skamandra” reklamowało je i oferowało współsprzedaż po niższych cenach, ale wielu czytelników nie znalazło. Pozostawiło ślad w historii przedwojennej prasy polskiej. Zwierało wiele ciekawostek, w tym historycznych, miało dział rozrywek umysłowych, pokazywało i objaśniało świat, zawsze w formie lekkiej. „Jak jadł Napoleon”, „Dzieje cukierka” – to przykładowe tytuły z pisma. Będę do niego sięgać.

Na początek, co i jak pisano o ówczesnej modzie na podawanie koktajlów (jak zwykle, zachowuję ortografię). W jednym z numerów przedstawiono

 

Kiedy człowiek powłóczy się trochę po świecie, za każdym razem nauczy się czegoś nowego: dotychczas sądziłem, iż największy bar świata znajduje się w Jockey-klubie w Buenos-Aires – ale od czasu, gdy ujrzałem bar w Szanghaju, przekonałem się, że jest inaczej.

Kiedy się wchodzi do przedsionka, wyłożonego całkowicie białemi kaflami, ma się wrażenie, jakgdyby wkraczało się do nieskończenie długiej ulicy, pokrytej kryształkami śniegu: biało, biało, bielutko... Kolumny z białego marmuru stoją po bokach korytarzy, gdzie bezgłośnie przemykają lokaje: uroczyści hindusi w turbanach na głowach. Otwiera się jakieś drzwi i teraz dopiero wchodzi się do właściwego baru, w którym równolegle poustawiane stoły długości 50 metrów dziwnie przypominają szyny kolejowe, biegnące obok siebie w nieskończoność.

Ściany pokryte są od góry do dołu lustrami, które zwielokratniają tysiąckrotnie liczbę flaszek, grających barwami egzotycznych likierów. Ale i bez odbicia liczba tych butli wydaje się nam dostateczna... A co dopiero gdy się człowiek dowie, co się z tych płynów przyrządza, a co potem podają kelnerzy jako „środek przeciw zarazie tropikalnej”, dla „przepłukania żołądka”, lub wprost dla ochłody w przytłaczającym upale.

W barze tym dostać można t y l k o cocktaile. Łatwo to powiedzieć – ale w ilu tysiącach odcieni! Oto jest „bambus” hindusów, „blenton” dla królewsko-brytyjskiej marynarki, „hula-hula” wyspiarzy hawajskich, „gin-fizz” specjalnie dla marynarzy jednej z naczelnych linij okrętowych, pozatem są jeszcze łagodniejsze trunki, jak np. „sol y somora”, pochodzenia hiszpańskiego, przyrządzany z dwóch tylko likierów, „czekolada” brazylijczyków (z chartreuse'y, porta i najdelikatniejszego proszku kakaowego), „gibson” z Yokohamy, który dziwacznym smakiem przypomina białą cebulę, nie należy też zapominać o „H. P. W. Vanderbildzie” i „Bennecie”, nazwanych tak z okazji dwóch wszechświatowej sławy miljarderów, potem wielce osobliwe napoje, które, jak oświadczył pewien „rzeczoznawca” w tych kwestjach, mają wskrzeszać wspomnienie o Indjanach, nazywających wódkę nie tylko „wodą ognistą”, ale także „wodą rozweselającą”. Kiedy ludziska zbyt wiele zażyją alkoholu – co się podobno zdarza niekiedy na bożym świecie – wtedy djabła wypędza się belzebubem: cocktaile z Jawy lub z Antylów, sporządzone ze świeżego soku owocowego. przywracają im przytomność. Robi się także t. zw. „slings” z mleka kokosowego, ale z prawdziwych orzechów kokosowych, nie z namiastki. Są tu też płyny z zielonych cytryn, „handicapy” dla grających w polo, „morskie” dla majtków floty handlowej: „maysair” i „luigi”, a także – o, zgrozo! – trunki pozbawione alkoholu! A więc: „75” – wspomnienie wojny na wschodzie, „sen miłosny” – dla sentymentalnych dudków, „poranek jesienny” – dla natur poetycznych; cocktail dla południowego afrykańczyka zwie się, nie wiedzieć czemu, „bumerang” i bardzo różni się tęgością od poprzednio wymienionych „domowych trunków”; do „coolers” i „egg-moggs” [uwaga, to błąd, powinno być noggs] dodaje się kremu, „flips” przyrządza się bez mleka, ale z żółtkiem; „fizz” (nazwa onomatopeiczna i w djalekcie tamtejszym oznaczająca wszystko to co musuje – szampan, lub choćby wodę sodową); „juleps” i „coblers” wreszcie, które dzięki swym rdzennie angielskim nazwom roznoszą po całym świecie chwałę imienia Wielkiej Brytanji...

Ale kiedy się temu przypatrzeć zbliska, cała ta mieszanina jest raczej zwycięstwem kunsztu holenderskiej fabrykacji likierów, dzięki którym rozsławiły się trunki z angielskich barów, wszystkie te likiery o subtelnych i fantastycznych aromatach, te wódki o treści cierpko-gorzkiej aż do najmocniejszych i najcięższych, które zarówno całkowicie omroczyć mogą, jako też doprowadzić myśl do lekkości piórka, wzniecić gorączkę krwi lub ją ułagodzić, wzbudzić lub ujarzmić – zależnie od kaprysu pijącego, a wszystko to zależy od owego „mixtum compositum”, którego zagadkę zna komponujący je kunsztownie czarodziej – „mixer”.

Dalej jest opis osobistych wrażeń autora podpisanego J. C. Wood z egzotycznej podróży przez świat koktajli. Wtedy były to ciekawostki odległe i wręcz niesamowicie egzotyczne. Dzisiaj, gdy świat się skurczył, już nic nie dziwi. Likiery holenderskie i inne trunki z całego świata stoją na półkach sklepów z alkoholem i barów, a daiquiri czy gibsona zamówimy u każdego barmana w Polsce.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Duży gorący grzyb

Do wybitnych satyryków polskich, którzy pisali w dwudziestoleciu międzywojennym, należą bezsprzecznie wybitni poeci: Antoni Słonimski i Julian Tuwim. Pierwszy z nich, po latach, połączył ich wspólne dokonania satyryczne – bardzo ulotne, bo pomieszczane w primaaprilisowych dodatkach do gazet codziennych – w zbiorku pod tytułem, który stał się określeniem pewnych zjawisk, na które każdy z nas kiedyś bez wątpienia się natknął, natyka i natykać się będzie. Ten tytuł to: „W oparach absurdu”. Jak pisał Antoni Słonimski we wstępie do książeczki, która jest elementarzem dla wszystkich miłośników humoru, a zwłaszcza jej odmiany pure nonsense, czyli czystego nonsensu: „Wszystkie nasze kalendarze, broszury, dodatki nadzwyczajne, odczyty, które podważały powagę słowa, uczyły czytelnika wrażliwości na brednie, podejrzliwości wobec frazesów, pokazywały czarną farbą na gazetowym papierze, że te same czcionki na tych samych łamach prasowych mogą głosić zupełne idiotyzmy. ‘Czysty absurd’ tworzy klimat niesprzyjający wszelkiej solenności, patetycznej frazeologii, ośmiesza to, co Wells nazwał ‘powszechną skłonnością do przyjmowania prawd uświęconych’.” I zapobiega wielu niepokojącym zjawiskom. Jakim? Kto sięgnie do zbiorku, ten się dowie.

Ja na razie sięgam do niego tendencyjnie, czyli skupiając się na kulinariach. Zapewne pana Antoniego by to zdziwiło; ale może zresztą nie? Może by odnotował z uznaniem, że nawet kucharka znajduje u niego coś pożytecznego. Uwaga: to żart. Uważam za stosowne to zaznaczyć, bo nasza epoka przywykła do humoru bardziej topornego niż pure nonsence i wszystko traktuje dosłownie.

Otóż wspomnianym przez Mistrza kalendarzykiem była wydana nakładem autorów „Pracowita pszczółka”. Wyborne to dziełko jest skonstruowane na wzór popularnych wówczas kalendarzy zawierających obok podstawowych danych o poszczególnych miesiącach roku, ciekawostki, pożyteczne mniej czy bardziej. Te kalendarze były naprawdę wtedy czytane. Zastępowały nieistniejący – naprawdę! były takie czasy! – internet. W „Pracowitej pszczółce” podane były na każdy miesiąc: „wskazówki dla rolników” (typu styczniowej: „Mróz styczniowy sprzyja młóceniu sera”), „wspominki historyczne" (np. we wrześniu: „10. 1905 Najście Kohnów na gubernię piotrkowską”), a na końcu miała „Ważniejsze imiona słowiańskie i żydowskie” (z października: „Cytruś, Budzimir, Glinka, Wyszomir, Wyskokowy, Dzierżysław, Gęsior, Prokop, Ojcomir, Matkolub i Kazirodczyk”). Przed nimi zaś – uwaga, uwaga – znajdziemy menu na każdy miesiąc. A więc coś i dla kucharek. Oraz kucharzy. Menu jest zawsze grzybowe. Czy dlatego, że autorzy lubili grzyby, czy dlatego, że ich nie znosili, tego nie dociekniemy. A przypomniało mi się to menu, gdy w sklepie, na stoisku warzywnym, wypatrzyłam wielkie pieczarki. Od razu mnie zaciekawiły, bo zawsze chciałam przyrządzić jakąś potrawę z menu „Pracowitej pszczółki”. To na grudzień składa się z dwóch dań. Pierwsze to: „Grzyby grzane z grzebieniem”, drugie zaś właśnie: „Duży gorący grzyb”.

Ten, który się nazywa Portabella (nie wiem, dlaczego właśnie tak), wreszcie to mi umożliwił. Wszystko o tej odmianie pieczarek można wyczytać w internecie, nie powtarzam ich. Krótko tylko napiszę, że te grzyby zawierają pewne ilości białka, sporo witamin z grupy B oraz pożyteczne mikroelementy. Smakową wartość grzyba oceniłam po jego obróbce cieplnej, jak mawiają technolodzy żywienia: jest wysoka. Grzyb może zastąpić solidny kotlet. Jest znakomitym wyborem dla wszystkich unikających mięsa. Przyrządziłam go tak prosto, ze nawet nie podaję przepisu. Po oczyszczeniu (warto to zrobić szczoteczką i papierem kuchennym, bez wody) skropiłam grzyby oliwą, posypałam ziołami (był to rozmaryn i zioła prowansalskie) i solą oraz pieprzem.

 

Potem już tylko wrzuciłam grzyby na patelnię grillową. Znakomite będą z grilla ogrodowego. Gorąco je polecam. Są mięsiste i delikatnie grzybowe. My te portabelle (?) jedliśmy ze stekiem z wołowego antrykotu, tak samo zresztą przyprawionym i zgrillowanym obok grzybów:

 

A gdy mowa o stekach, przypomnę poradę na temat różnych sposobów ich podawania. Pochodzi sprzed 111 lat. Czy straciła na aktualności? Według mnie, zupełnie nie. Może nawet wręcz wzbogacić współczesne kuchnie i stoły. Zamieściła ją w piśmie „Dobra Gospodyni” z roku 1902 autorka podpisana inicjałami C. M. Zachowuję pisownię oryginału:

 

Podawanie befsztyków na rozmaity sposób. Za pomocą rozmaitych dodatków, możemy zwyczajne smażone befsztyki zamienić na bardzo eleganckie potrawy.

Rossyjskie befsztyki. Po usmażeniu pokrywamy befsztyki kawiorem, naokoło układa się pikle i z kartoflami pieczonemi na stół wydaje.

Strassburski befsztyk. Na każdy upieczony befsztyk kładzie się kawałek pasztetu z gęsiej wątróbki i posypuje siekanemi truflami. Do tych befsztyków podaje się kulki z kartofli puree smażone na maśle.

Wiedeński befsztyk. Po usmażeniu na każdy befsztyk kładzie się jajko sadzone i posypuje kaparami. Później otaczamy befsztyk smażoną cebulą i podajemy z kartofelkami smażonemi na maśle.

Befsztyk na sposób angielski. Podajemy befsztyk, kładąc na każdy jajko sadzone i na to na krzyż sardele oczyszczone z ości. Naokoło befsztyku układa się konserwowane lub świeże grzybki.

Befsztyki ze śmietaną są bardzo smaczne. Smaży się befsztyki, jak zwykle na maśle. Po usmażeniu befsztyku pozostałe masło miesza się z kwaśną śmietaną i dodaje posiekanej pietruszki. Do tych befsztyków podaje się kartofle puree, których powierzchnie posypuje się tartą zrumienioną bułką i tartym serem parmezanem.

Oczywiście, nasz stek z portabella mieści się w sposobie na befsztyk po angielsku. A same zgrillowane portabella w menu „Pracowitej pszczółki”. Do przyrządzania tych grzybów obiecuję powrócić, o ile z warzywniaków nie zginą.

niedziela, 18 sierpnia 2013
Na niedzielne popołudnie

Może – trochę ekstrawagancko w taki upał – zaparzymy popołudniową herbatę? Podamy gorącą, mocną. W porcelanowych filiżankach. Albo, bez ceremonii, w kubkach. A do herbaty co? Jak to co? Poezja i kawałek dobrego ciasta. Że zaś lato, ciasto niech będzie z owocami.

 

A poezja? Nieco staroświecki wiersz Stanisława Balińskiego (1898–1984), śpiewany w „Piwnicy pod Baranami” przez Leszka Długosza. W latach 70.–80., gdy go słuchałam, był odległą abstrakcją, dzisiaj to coraz bardziej rzeczywistość.

W niedzielne letnie popołudnie,
Gdy kulę smutku toczy demon,
Nad rzeką w kwiaty oprawioną
Pod niebem bladym jak anemon,
Siedzieli rzędem staruszkowie.
Pochyłe panie i panowie,
Ubrani jasno mile schludnie
I patrząc w wodę jak zanika
– fala za falą, świat za światem –
Pili herbatę za herbatą.

Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda,
Że dni nasze, dni wiosenne nawet we śnie
Przepłynęły beznamiętnie
Bezszelestnie, jak ta woda.

Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda...

Nastrojowo, prawda? Akurat pod popołudniową melancholię na zakończenie upalnego dnia. I tak, aby wspomnieć zapominanego poetę. Należał do Skamandrytów. Jego opowiadanie fantastyczne, nie wiedzieć czemu nazwane felietonem, ciągnie się przez trzy pierwsze numery „Wiadomości Literackich”. W ich pierwszym numerze z roku 1924 znajdziemy też jego recenzję muzyczną. Miał bowiem takie wykształcenie. Był także dyplomatą. Pierwszy tomik wierszy, w roku 1928, wydał zafascynowany kulturą Bliskiego Wschodu (był na placówce w Iranie, czyli wówczas Persji). Czy dzisiaj mamy takich dyplomatów? I takich poetów?

 

Podczas wojny znalazł się w Londynie i w nim pozostał do śmierci. Także tam współpracował z Mieczysławem Grydzewskim, publikując w jego londyńskich „Wiadomościach”. Zainteresowanym odkrywaniem staroci dopowiem, że numery przedwojennych „Wiadomości Literackich” znajdą w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej, a komplet prasy emigracyjnej, wydawanej przez Mieczysława Grydzewskiego ( podczas wojny – „Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie, po wojnie – „Wiadomości”), początkowo w Paryżu, potem w Londynie, w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej. To skarby. Znajdziemy w nich poezje, ale i felietony Antoniego Słonimskiego, rozprawki Tadeusza Boya-Żeleńskiego, odkryjemy wielu zapomnianych twórców, wyczytamy zapomniane emocje. Inne od naszych? Porównajmy.

Zanim sięgniemy do bibliotecznych skarbów, upieczmy ciasto do herbaty.

Sernik z owocami

gotowe kruche ciasto słodkie

30–40 dag twarogu

2–3 jajka, żółtka i białka osobno

ew. kilka kropli koncentratu waniliowego lub pół laski wanilii

1/2 szklanki cukru pudru lub ile nam pasuje

2 łyżki mąki ziemniaczanej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

świeże listki mięty

truskawki

Żółtka zmiksować z cukrem pudrem. Dodać twaróg, a następnie: mąkę, proszek do pieczenia, ew. wanilię. Na końcu domieszać pianę z białek i drobno posiekane lub porwane w ręku listki świeżej mięty.

 

Foremkę wyłożyć gotowym ciastem kruchym, formując wysokie brzegi. Wypełnić masą serową. Piec 20 minut w 180–200 st. C. Wyjąć, ułożyć na wierzchu truskawki przekrojone na pół. Dopiekać przez 10 minut.

Najlepiej używać foremek silikonowych. Nie trzeba ich niczym smarować. Inne foremki warto wyłożyć papierem do pieczenia, w który zwykle jest owinięte gotowe ciasto. Oczywiście, zamiast truskawek można dać inne owoce (maliny, morele, wiśnie, śliwki). Zapiekamy je krótko, aby pozostały świeże i sokiem nie zabrudziły sernika. Czy koniecznie dodawać do sernika miętę? Niekoniecznie, ale z miętą ma smak bardzo intrygujący. Do ciepłego ciasta można podać kulkę zimnych lodów. W niedzielne letnie popołudnie, gdy kulę smutku toczy demon...

sobota, 17 sierpnia 2013
Warzyw nigdy za dużo

Poszerzajmy swoją znajomość warzyw o te mniej znane, ale dostępne w sprzedaży. Wiele osób ich nie kupuje, bo nie wie, jak przyrządzać. A można zwykle tak samo, jak te nam znane. Na surowo, gotując na parze lub w wodzie, grillując, piekąc.

Do jedzenia takich mało znanych warzyw zachęcano już przed wojną. Że nie wspomnę Lucyny Ćwierczakiewiczowej, pionierki w ich propagowaniu. Zachęcała do ich uprawy oraz jedzenia jeszcze w wieku XIX. Ciekawy tekst popularno-naukowy o warzywach znalazłam w cotygodniowym dodatku do „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”, czyli popularnego przed wojną Ikaca. Dodatek nazywał się „Kuryer Literacko-Naukowy”. W tych czasach wiele osób lekceważąco się wypowiadało o koncernie prasowym Mariana Dąbrowskiego, twórcy tych wszystkich „kuryerów” (i nie tylko). Ale jeżeli gazetę tę uważano za brukowiec (czyli ówczesny tabloid; była pierwszą gazetą polską z bogatym serwisem zdjęciowym i chyba w ogóle pierwszą zamieszczającą zdjęcia), to proszę mi wskazać dzisiejszą gazetę, nawet nie uznaną za popularną, z dodatkiem o takim profilu. „Kuryer Literacko-Naukowy” publikował napisane w przystępny sposób artykuły naukowców z uczelni. Oraz zamieszczał produkcje pisarzy i poetów. Debiutowało na jego łamach wielu, potem znanych! Tematy artykułów były różne. Historia, militaria, geografia, gleboznawstwo, językoznawstwo, biologia, astronomia, antropologia, sylwetki sławnych ludzi itd., itp. Widzę dziś, że to była cenna popularyzacja nauki. Teksty nie mogły być hermetyczne, choć z założenia nieco uproszczone, ale zarazem wiarygodne, bo przecież pisane przez naukowców. Służyły nie popisywaniu się erudycją, tylko pogłębianiu wiedzy czytelników o świecie. Naukowcy, często młodzi, dopiero rozpoczynające karierę, zarabiali, czytelnicy poszerzali swoje horyzonty. Pismo było poczytne, wydawca zarabiał. Komu to przeszkadzało? Dlaczego dzisiaj czegoś takiego nie ma?

Znalazłam na przykład interesujący artykulik o warzywach.

 

Autorem był Stefan Ziobrowski, wówczas doktor, asystent Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, potem profesor (1890–1969). Na stronie UJ napisano o nim: „Był wybitnym znawcą pierwiosnków i temu tematowi poświęcił wiele swych publikacji. Wiedzę pogłębiał na kilku zagranicznych wyższych uczelniach, m.in. w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. W czasie II wojny prowadził w swej rodzinnej posiadłości pod Krakowem nowoczesny zakład ogrodniczy. Po wojnie ponownie na UJ. Swe zainteresowania rozszerzył na rośliny lecznicze i głosił wykłady z tego tematu dla studentów Wydziału Farmacji. Potem objął kierownictwo Zakładu Ogrodnictwa UJ. Był znanym społecznikiem. Upowszechniał wiedzę ogrodniczą i botaniczną organizując kursy doszkalające dla ogrodników, a także amatorów.” Jak widać, etos naukowca nie tylko nie zabraniał przed wojną popularyzacji nauki, ale wręcz jej wymagał.

A oto, co w roku 1937 młody doktor napisał o niektórych warzywach, mało wtedy znanych, a pochodzących z Włoch; jak zwykle zachowuję przedwojenną ortografię:

„Początek XVI w., przyjazd Bony do Polski, wraz z jej do warzyw przyzwyczajonym dworem, podniósł u nas znaczenie jarzyn. Zjawiają się teraz przedewszystkiem przeróżne sałaty, jadane rośliny. Były to tak dzisiaj pospolicie uprawiane formy sałaty główkowej, rzymskiej i szparagowej. Na tę ostatnią wskazywałyby głąbiki, tak dawna specjalność krakowska. Sałaty dzisiejsze pochodzą z dzikiej, rosnącej na pobrzeżu morza Śródziemnego i w Azji, a uprawiali je już od dawna Rzymianie. Za królowej Bony przyszła też do nas kapusta włoska, kalafjory, kalarepa, Karczochy, pory i selery. Nauczono się wówczas jadać szparagi, rosnące i u nas dziko. Wprowadzono szalotkę i trybulkę, koper włoski, pietruszkę naciową, melony i kawony.

Mylnie tylko przypisujemy Włochom przywiezienie do Polski fasoli; to bowiem, co my dzisiaj jako fasolę uprawiamy (Phaseolus vulgaris), przyszło do Europy dopiero po odkryciu Ameryki. Jedzona przez Włochów „fisole’ to była roślina, zwana po łacinie Vigna unguiculata, a przez Czerwiakowskiego nazywana ‘garbipłat’. Jest to motylkowa roślina, podobna nieco liśćmi i ziarnem do fasolki; jest ona jeszcze dzisiaj uprawiana we Włoszech jako ‘fagiolo del-occhio nero’ (fasola o czarnem oczku).

Późniejsze lata doskonalą tylko sztukę kulinarną, gdyż warzywa u Polaków nie miały nigdy zbyt wielkiego znacznie (nazwa ‘szczebrzuchy’ na warzywa odnosi się według niektórych autorów do ‘czcze brzuchy’)”.

No i niektórym rodakom ta niechęć do jedzenia warzyw pozostała. Na szczęście, tych pogardliwie mówiących o sałacie, że to zielsko, jest jednak coraz mniej. Warzywa są zdrowe i modne.

Na przykład koper włoski. Ponieważ wraca upalna pogoda, warto wrócić do jedzenie lżejszego. A może na obiad podać tylko sałatkę? Z lampką schłodzonego białego wina będzie daniem wytwornym. Kto zwraca uwagę na składnik białkowy w posiłku, może potem podać jakiś lekki omlet. Albo z tartym serem, albo, jeśli się lubi słodkie smaki, z owocami. I owoców, i warzyw jest teraz w bród. Można wybierać.

Dzisiejsza moja sałata ma postać tak modnego teraz carpaccio, czyli cienko, jak najcieniej pokrojonych plastrów czegokolwiek (od wołowiny poprzez rybę po warzywa i owoce), polanych zaprawą typu winegret. A jej głównym składnikiem jest wymieniony wyżej fenkuł, czyli koper włoski, którego blade bulwy przyciągają teraz wzrok na straganach, ale nie zawsze się wie, co z nim robić. Ma smak anyżowy i delikatny oraz mocną strukturę liści. Jest bardzo odświeżający i pasuje do naszych upałów, prawie włoskich, i to z południa Włoch.

 

Carpaccio z kopru włoskiego i letnich owoców

bulwa kopru włoskiego

2 twarde brzoskwinie lub nektarynki

2 łodyżki świeżego tymianku

1 pomarańcza

2 łyżki najlepszej oliwy

pół łyżeczki oleju sezamowego

sól, pieprz biały z młynka

Koper przekroić, wyciąć głąb i liście zwiędłe lub uszkodzone. Połówki obmyć, osuszyć, pokroić w jak najcieńsze plasterki. Nać kopru pozostawić do dekoracji. Owoce przekroić na pół, wyciąć pestkę. Miąższ skroić także jak najcieniej.

Pomarańcze umyć, osuszyć, zetrzeć z niej skórkę (bez białej). Przekroić na pół, wycisnąć sok. Wymieszać go w słoiku lub mikserze na winegret z oliwą, olejem sezamowym, solą i pieprzem.

Koper rozmieścić na okrągłym półmisku, na nim rozłożyć owoce. Sałatkę skropić winegretem. Przybrać nacią kopru włoskiego i listkami tymianku. Przez 30 minut przed podaniem trzymać w lodówce.

Owoce nie mogą być przejrzałe, bo nie dadzą się ładnie pokroić. Kto owoców nie lubi, może zamiast nich dać cienkie jak papierek krążki młodej marchewki. A kto się upiera przy sałatce pożywniejszej, niech na plasterkach kopru rozłoży cienkie plasterki łososia wędzonego na zimno. Olej sezamowy nadaje tej sałatce charakter, nie warto go więc ani pomijać, ani zastępować innym.

piątek, 16 sierpnia 2013
Z natury jest wykwintny

Przed wojną łosoś był rybą drogą. Uważaną za wytworną, podawaną od największego święta. Uznawano jego walory smakowe i zdrowotne. W sposób charakterystyczny opisywał łososia „Orędownik Wielkopolski”, pismo będące organem przedwojennych narodowców. Wiele miejsca zajmowało w nich rozwiązywanie problemów narodowościowych II RP oraz walka z rządzącą sanacją. Ale pisało i o innych sprawach. Tekst nawołujący do kupowania i jedzenia polskich ryb pochodzi z roku 1934. (Nawiasem, w tym roku drukowano w gazecie słynną powieść Romana Dmowskiego „Dziedzictwo”, opisującą spisek demonicznych Żydów usidlających szlachetnych Polaków). O rybach pisano w sposób charakterystyczny dla czasów, w których dla Polski otworzyło się morze ze wszystkimi jego darami. Uzyskiwano je jeszcze wtedy radośnie, bez świadomości, że kiedyś może ich zabraknąć. Zwróćmy uwagę na nie najlepszy język w piśmie, które miało krzewić wartości narodowe. Nie chodzi przy tym o przedwojenną ortografię, której zasady, jak zwykle, zachowuję:

 

„Badacze naukowi od czasu do czasu ogłaszają takie wieści, że niejedno nie może się nam w głowie pomieścić. Obliczyli mianowicie niedawno, że w wodzie wszystkich mórz znajduje się złoto, w ogólnej wartości 23 000 000 000 000 dolarów, a więc w sumie tak olbrzymiej, że ją nawet odczytać trudno. Gdyby sumę tę rozdzielić pomiędzy wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej, to jeszcze na każdego mężczyznę, kobietę czy dziecko wypadłoby po 14 000 000 dolarów”.

Te informacje „naukowe” dzisiaj już nas tak nie poruszają, a bardziej bawią w duchu Tuwimowskiej „Pracowitej pszczółki”, czyli kalendarza dla rolników, wydanego w zbiorku „W oparach absurdu”. A oto, jak gazeta objaśniała źródła tego bogactwa: „Otóż deszcz pada na ziemię i w ziemi rozpuszcza rozmaite minerały. Ponieważ woda nadmierna z ziemi spływa do rzek, a rzeki płyną do mórz, więc wszystkie zabrane z ziemi minerały spływają do morza.

Słońce naświecając masy wód morskich, powoduje ich parowanie, minerały jednakże pozostają w morzu, opadają coraz głębiej i na dnie tworzą cale pokłady bogactw, na których wydobycie nauka dotychczas jeszcze nie znalazła sposobu.

W wodzie morskiej jednakże rozpuszcza się poważna część minerałów i soli. Temi żywią się ryby, i stąd w mięsie ryb znajdujemy tak wiele nietylko materjałów potrzebnych dla organizmu, ale nawet takich, których w inny sposób doniedawna człowiek przyswoić sobie nie mógł. Mięso ryb bogate jest bowiem w miedź, żelazo i jodynę, a poza tem zawiera rozmaite witaminy”. Trochę to pomieszanie z poplątaniem (ta jodyna!), ale z samym sednem można by się zgodzić: mięso ryb jest zdrowe. Dzisiaj jednakże pod warunkiem, że nie pochodzi z łowisk zanieczyszczonych. Obok mikroelementów pożytecznych, ryby łatwo mogą przyswajać szkodliwe. Dlatego dzisiaj z jedzeniem ryb nie powinno się przesadzać, a unikać tych, które pochodzą z łowisk nieznanych.

A oto, co w gazecie napisano o łososiu, dzisiaj nas interesującym, i jego właściwościach zdrowotnych:

„Na powierzchni wód morskich żyją rozmaite porosty, nieraz tak drobniutkie, że gołem okiem trudno je dostrzec, a temi porostami karmią się ryby, szczególniej sztokfisze. W tych porostach wodnych pod wpływem promieni słonecznych wytwarzają się witaminy, a następnie przetwarzają się one w wątrobie sztokfiszów i dlatego tran rybi, który tak powszechnie znalazł zastosowanie w leczeniu chorób, szczególniej u dzieci, zawiera w sobie wiele witamin D.

Łosoś świeży, wędzony, czy w puszkach, w rozmaitych gatunkach, bledszy, różowy i czerwony, zależnie od koloru – droższy lub tańszy, ale wszystkie jego odmiany są jednakowo smaczne i jednakowo pożywne. Niema zdaje się ryby, którąby w większych ilościach łowiono i konserwowano jak łosoś. Całe flotylle okrętów, zaopatrzonych nietylko w siecie [!] i przybory do łowienia, ale również w maszynerję i urządzenia do sprawiania, gotowania i puszkowania, pływają po wodach północnych. Jest to olbrzymia gałąź przemysłu, zatrudniająca masy ludzi i wymagająca olbrzymich kapitałów. Łososia jad się wiele, szczególniej w Stanach Zjednoczonych, ponieważ mięso tej ryby nietylko jest smaczne i pożywne, ale także bardzo zdrowe, a nawet pod pewnemi względami dla organizmu potrzebne. Łosoś bowiem, więcej niż wszystkie inne ryby, posiada witamin i białka, a także naturalnego tłuszczu rybnego, w smaku przyjemnego, który dostarcza dla organizmu tak cennej witaminy D”.

O tym, że łosoś należał do ryb podawanych przy najbardziej wytwornych obiadach, świadczy notka z innego prawicowego pisma, wychodzącego przed wojną w Warszawie, dziennika „ABC”. Pochodzi z roku 1926. Opisuje pewien obiad z najwyższej półki, w którego menu znalazła się pozycja: łosoś wędzony. Jak się możemy domyślić, szefem kuchni nie wymienionym z nazwiska był Auguste Escoffier. Jego sylwetkę opisywałam niedawno, przy okazji omówienia pewnej jego zbeletryzowanej biografii.

 

D. 4 października odbył się w Londynie bardzo niezwykły obiad. Przygotowywano go w ciągu trzech tygodni, a z racji tych właśnie przygotowań opinja głosiła, że będzie to coś tak niezwykłego, że dotąd Londyn nigdy nie miał tak wspaniałego obiadu. Obiad wydano w hotelu Savoy. Sporządził go „szef” francuski tego wielkiego hotelu, który kierował całą operacją, mając do pomocy 60 ludzi. Starania te były usprawiedliwione, bo uczestnikami biesiady mieli być w liczbie 250 szefowie wielkich hoteli wszystkich krajów Europy i Ameryki.

Menu obiadu było następujące: ostrygi Colchester, łosoś wędzony, rosół Olimpja, wędliny, sole (ryby podobne do flądry), kotleciki baranie po parysku, kartofle – orzeszki, szampan mrożony, bażant a la Dreux, sałata Vigneronne, lody reine Mary, owoce, kawa.

Specjalnie smakowały wszystkim bażanty i szampan mrożony; kruszon sporządzono z szampana najlepszego roku (1906). Bażant był nadziewany ostrygami i obłożony gronami winnemi, sprowadzonemi tego samego dnia samolotem z Chablis.

Wytwornie? Bardzo. Zapamiętajmy: łosoś to król ryb. Pisała o nim Maria Disslowa, autorka uznanej przed wojną książki kucharskiej, a raczej „praktycznego podręcznika kucharstwa”, zatytułowanego „Jak gotować”, że należy „do najszlachetniejszych morskich ryb”. Opisała go nieomal poetycko: „Ubarwienie łososia jest bardzo piękne; drobna łuska niebieskawo-sina na grzbiecie, poniżej srebrzysta, znaczona czarnemi plamkami. Mięso różowego koloru bardzo delikatne i smaczne. Zimową porą kupić go można w handlu z morskiemi rybami. Rozpowszechnioną jest sprzedaż łososia wędzonego lub konserwowanego w puszkach. Używa się go w tej formie do kanapek, sałat, sosów i do garnirowania półmisków, a to dla wykwintnego smaku i pięknej barwy mięsa”. Na końcu dała wskazówkę kucharską: „łosoś nie potrzebuje przypraw dla podniesienia lub zaostrzenia smaku, a z natury jest wykwintny i najwybitniej występuje jego dobry smak, gdy jest w prosty sposób ugotowany”.

A ja łososia nawet nie gotowałam. Najpierw: słowo wyjaśnienia. Dzisiaj łosoś przestał być rybą kosztowną. Jest tani ten, którego się hoduje. Łososie poławiane w sposób naturalny są nadal drogie i wciąż należą do ryb wykwintnych. My kupujemy raczej te tańsze. I dobrze, są dostępne przez cały rok, a przecież smaczne. Choćby prawdziwi smakosze kręcili na nie nosem.

Łososia nie gotowałam, przyrządziłam bowiem:

 

Tatar z łososia
dla 6 osób

70 dag środkowej części z łososia bez skóry i ości

2 różowe grejpfruty

2 szalotki

pęczek rzodkiewek

cytryna

gałązka naci kopru włoskiego

3 łyżki najlepszej oliwy

1 łyżeczka do kawy pieprzu czerwonego

1 łyżeczka do kawy ziarenek kolendry

sól, pieprz mielony

Rzodkiewki umyć, oczyścić, pokroić w drobną kosteczkę. Podobnie pokroić szalotki. Posiekać natkę kopru włoskiego, odkładając sześć „piórek” do dekoracji. Wymieszać to w salaterce.

Grejpfruty obrać ze skóry, oddzielić fileciki od białej błonki. Sok zbierać. Posiekać, odłożywszy sześć kawałeczków do dekoracji. Posiekanego grejpfruta dodać do salaterki.

Łososia pokroić w kawałeczki tak drobne, jak rzodkiewki i szalotki. Ziarna pieprzu i kolendry zmiażdżyć. Przyprawić nimi łososia, posolić. Odstawić do lodówki co najmniej na pół godziny.

Sporządzić winegret z oliwy, soku z połowy cytryny i soku z grejpfruta, soli i pieprzu.

Wymieszać wszystkie składniki. Uformować z nich sześć porcji. Przybrać cząstkami grejpfruta i natką kopru włoskiego.

 

Jak widać, w przepisie wykorzystuje się łososia surowego. Musi być bardzo świeży. Jeżeli nie mamy co do tego pewności, weźmy łososia wędzonego, najlepiej na zimno. Jest nieco droższy do wędzonego na ciepło, ale smaczniejszy. Zamiast naci kopru włoskiego, możemy spokojnie użyć zwykłego koperku (zawsze bardzo pasuje do łososia), a jeżeli chcemy zachować anyżowy smak, do przypraw dodajmy ziarenka tego kopru lub ziarenka anyżku. Tatara z łososia można, oczywiście, podać w jednej salaterce, niekoniecznie rozkładając go na porcje. Tatara z ryby wędzonej możemy przybrać jej cząstkami. Zwłaszcza wtedy, gdy tak jak mnie się przydarzyło, kupimy bardzo dojrzałe grejpfruty, nie dające się podzielić na cząstki do dekoracji.

Sądzę, że takiego tatara możemy podać podczas najważniejszych dla nas obiadów. Łosoś wciąż jest rybą wykwintną, nawet ten hodowlany, a przy tym – szczęśliwie dla nas – dość tani.

08:53, alina.kwapisz
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 sierpnia 2013
Moreli czas nastał...

... prawie takimi słowami zostałam zachęcona do opisania, co też z tych owoców można i warto robić. Na teraz i na zimowe zapasy. Poproszono mnie także o przypomnienie niedawno podawanego przepisu na nalewkę ze słynnych przed wojną moreli zaleszczyckich. A ponieważ bardzo lubię spełniać prośby i być inspirowana, proszę bardzo. Przepis pochodzi z tygodnika „Bluszcz”, którego redaktor naczelną była wtedy, w latach 30. minionego wieku, Stefania Podhorska-Okołów (1884–1962), dziennikarka i pisarka. Pewną ręką prowadziła „babskie” pismo, redagowane z myślą o kobietach wykształconych, średnio zamożnych, pochodzących z kręgów inteligencji, czyli w realiach pierwszej połowy XX wieku na ogół ze zdeklasowanej szlachty. Panie chciały czytać, chodzić do teatru i kina, budować sobie postępowe poglądy, choć nie radykalne. Niektóre siedziały w domach, „przy mężu”, inne, mniej liczne, już pracowały. Pismo miało inteligentnie redagowany dział porad kulinarnych. Prowadziła go opisywana już przez mnie w blogu Elżbieta Kiewnarska (1871–1944), podpisująca się jako Pani Elżbieta.

Oto jej przepis na alkoholowe wykorzystanie moreli. Ponieważ jest bardzo stylowy i historyczny, przytoczę go w całości, jak zwykle, w pisowni oryginału:

 

Nasze, krajowe, morele zaleszczyckie, szczególniej drobniejsze, wcale się nie nadają do jedzenia na świeżo; natomiast można z nich przyrządzać świetne nalewki i likier, które, starannie zrobione, mogą do złudzenia naśladować zagraniczną „abricotinę”.

Pół gąsiora nałożyć dojrzałemi, a nawet przejrzałemi morelami. Morele przed użyciem przesmażyć i wsypać do nich połowę ich wagi cukru. Zalać wódką 45 st. aby było na dłoń wyżej ponad owoce. Szczelnie zakorkować gąsior, wystawić na działanie słońca na miesiąc lub więcej. Często potrząsnąć, aby się cukier rozpuścił. Nalewkę zlać i zbutelkować. Pozostałe w gąsiorze morele zalać gęstym syropem cukrowym, przyrządzonym jak na konfitury. Gąsior szczelnie zakorkować. Po miesiącu można morele w syropie podawać do czarnej kawy jako „pousse-café”.

Nalewkę można zakolorować odrobiną roślinnego karminu, używanego przez cukierników, a będzie wyglądała, jak abricotine’a.

Pani Elżbieta nie pisze nic o usuwaniu pestek z moreli, ale może warto to zrobić, aby nie doświadczyć działania obecnych w nich nitryli, nazywanych potocznie kwasem pruskim (uczenie cyjanowodorowym). Ja tej nalewki nie robiłam, ale wygląda ciekawie. Choć nie mamy moreli z Zaleszczyk, może ją zrobić?

Zaleszczyki opisywano przed wojną jako krainę wina i właśnie moreli. Pod koniec lat 20. bardzo modna i lansowana stawała się zaleszczycka plaża nad Dniestrem. Pismo poznańskie o oryginalnej nazwie „Wielkopolska Jlustracja” w roku 1929 Zaleszczyki nazywało Polską Riwierą i tak ją opisywało, w tekście z podtytułem „Wśród gajów morelowych Zaleszczyk”, piórem H. Świtalskiego:

„Miano ‘Polska Riviera’ przylgnęło do jaru dniestrowego, ciągnącego się od Zaleszczyk do Okopów św. Trójcy. Okolice te mają istotnie wiele cech klimatu południowego, bujną roślinność i stosunkowo niewielką ilość opadów atmosferycznych. Na pierwszy plan z pośród tamtejszych miejscowości wybijają się Zaleszczyki, wykazujące coraz większą frekwencję letników i mające dużo danych, by stać się w niedalekiej przyszłości pierwszorzędną stacją klimatyczną i miejscem uzdrowiskowem. Zaleszczyki leżą w kotlinie nad Dniestrem, który na przestrzeni kilkunastu kilometrów stanowi granice polsko-rumuńską. Ze stoku jaru, wznoszącego się tarasowato ku północy, otwiera się prześliczny widok na cały obszar Zaleszczyk, tworzący półwysep w kształcie podkowy, z trzech stron otoczony rzeką. (...) Samo miasteczko (ok. 6000 mieszkańców), tonące w ogrodach morelowych, przedstawia się z daleka malowniczo dzięki biało tynkowanym budynkom, pokrytym blachą cynkową. (...) Najlepszy w Polsce, lessowaty czarnoziem i prawie południowy klimat stanowią idealne warunki dla hodowli moreli, kawonów, melonów, winnej latorośli, papryki, tytoniów południowych, jarzyn i in. Państwowy Zakład Ogrodniczy w Zaleszczykach spełnia od szeregu lat pionierską pracę w podnoszeniu kultury ogrodniczej w rejonie Zaleszczyk. Produkcja moreli stale wzrasta i wynosi na sezon około 25 wagonów. Rok rocznie powstają w Zaleszczykach nowe plantacje moreli, winnej latorośli oraz tytoniów”.

Przedwojenny przewodnik krajoznawczy wydany w Tarnopolu w roku 1931 (oprac. Józef Schwartz) o morelach tutejszych pisał tak: „Morele hodowano w Zaleszczykach tu i ówdzie już w czasach przedrozbiorowych i nie ulega wątpliwości, że odmiana zaleszczycka pochodzi od odmiany żardel, hodowanej po dzisiejsze czasy w Kamieńcu Podolskim, gdyż Zaleszczyki ciążyły w czasach Rzeczypospolitej do Kamieńca jako siedziby województwa podolskiego. O produkcji na większą skalę jednak nikt nie myślał, albowiem morela uważana była za owoc lichy. Dopiero gdy wskutek ostrych zim na Węgrzech morele tam wymarły, a za owoce płacono w Zaleszczykach pokaźne ceny, wzmogło się zamiłowanie do tej hodowli W roku 1870 założono pierwszy wielki sad morelowy i od tego czasu produkcja stale wzrasta, tak że wywóz obecnie przewyższa 20 wagonów na sezon. Powstające rok rocznie nowe plantacje w Zaleszczykach i okolicy dają gwarancję, że w niedługim czasie pokryte będzie zapotrzebowanie całej Polski”.

To wszystko już jest historią. Jak śpiewał Bułat Okudżawa, „a wsio-taki żal”. Wróćmy do moreli. Kto unika robienia zapasów na zimę, może się skusi choć na zimny napój dla dorosłych – przyrządzony na winie. Przepis pochodzi z działu kulinarnego „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z roku 1928. Napój jest stylowy i wcale nie archaiczny. Także dzisiaj może być ozdobą letniego wieczoru z przyjaciółmi:

 

Z wina musującego można przygotować wyśmienity napój, biorąc na szklankę wina łyżkę poziomek leśnych, 2 morele, albo jedną brzoskwinię, pokrajaną na ćwiartki. Dosypać łyżeczkę tuczonego cynamonu – dać naciągnąć zapachem przez kilka godzin, przecedzić i podawać z lodem.

Kto woli coś mocniejszego, może się ożywi i schłodzi (?), takim koktajlem z szalonych lat 20. XX wieku (cytuję wiernie):

Doskonałym jest cock tail [!] z pół szklanki wody, pół szklanki wziętych w równych częściach konjaku, araku i kirszu, łyżeczki cukru i łyżeczki wermutu, z trochą cynamonu, wanilji – kilku kropli absyntu i jednego żółtka. To wszystko zmięszać doskonale, dodawszy szklankę potłuczonego lodu.

Hm. Przynajmniej nie da się tej mieszaniny wypić za dużo. To też jakaś wartość. Jest jeszcze coś ciekawego na schłodzenie i bez alkoholu:

Bardzo oszczędnym, a mimo to orzeźwiającym napojem jest odwar z korzenia ślazowego z cytryną; pije się bardzo ochłodzony.

Kto ma w pobliżu łąkę, może poszukać ślazu. Na pewno napój będzie uznany za bardzo oryginalny i, jak to dzisiaj się klepie, ekologiczny.

A kto w ogóle napojów nie potrzebuje robić, może się skusi na moją propozycję uraczenia domowników najprostszym ciastem z owocami. To ciasto kruche. Wystarczy mieć na nie gotowy spód z ciasta kupionego w sklepie lub, ambitniej, zagnieść kruche ciasto samodzielnie. Przepisy są dostępne w Sieci. No i wystarczy mieć owoce. Różne. Ale podstawą mają być morele.

Do wykonania tego ciasta skłonił mnie nie tylko dostatek owoców, ale i bardzo ciekawy Krem chałwowo-daktylowy produkcji izraelskiej, który wypatrzyłam w „Delikatesach” przy Nowym Świecie. Nawiasem, to jeden z nielicznych już sklepów, który był tam „od zawsze”; pamiętam go z dzieciństwa. A krem, choć nie tani, jest fantastyczny!

Letnie ciasto z owocami po mojemu

gotowe ciasto kruche słodkie

morele

wiśnie i truskawki, lub inne owoce drobne

krem daktylowo-chałwowy

cukier puder do posypania gotowego ciasta

ew. bita śmietana

Ciasto rozłożyć na papierze do pieczenia tak, aby miało nieco wyższy brzeg. Nakłuć je widelcem i opiec przez kwadrans, aż przestanie być surowe.

 

Posmarować wierzch kremem, na nim ułożyć owoce przekrojem do spodu. Zapiec przez 10 minut. Zachować temperaturę piekarnika podaną na opakowaniu ciasta. Tuż przed podaniem posypać owoce cukrem pudrem. Na stole obok ciasta postawić miseczkę z ubitą śmietaną.

 

Zamiast kremu można wziąć dżem morelowy lub jakiś gotowy krem z orzechów. Wdzięczność domowników i gości w każdym wariancie zapewniona. A i my możemy poprawić sobie humor konsumując ciasto z podwieczorkową herbatą. Ciepłe jest genialne, ale potem i zimne dojada się bez przykrości; jeśli zostanie.

niedziela, 11 sierpnia 2013
Sezon na wiśnie

Kto lubi owoce jako produkty sezonowe, ma swoje dobre dni. Cieszą oczy na bazarach, a przyniesione do domu można jeść na surowo i wykorzystywać do przetworów. Ale nie tylko. Sezonowe warzywa i owoce kupuję na bazarze pod Halą Mirowską, rozsławioną przez Jana Himilsbacha, który jako „bardzo mi przykro, Sidorowski” z filmu „Rejs”, miał tam aparat Zorkę pięć, którą robił kilka zdjęć. Pamiętam ten stary bazar, nie umywał się do dzisiejszego. Owoce są teraz pięknie układane, a ich rozmaitość powoduje oczopląs. Wśród tej rozmaitości owoców cieszących oczy – królują wiśnie. Duże, mocne w kolorze, soczyste. Warto je kupować.

Wiśnie należą do tych owoców, które były w Polsce chyba od zawsze. Jak pisał dziewiętnastowieczny znawca kultury i obyczaju Zygmunt Gloger: „W najstarszych pieśniach polskich przez lud dochowanych znajdujemy wzmianki o jabłoniach i o sadach wiśniowych, rzadko o gruszach a nigdy o śliwach. (...) W sadzie św. Jadwigi wspominane są wiśnie, w ogrodach książęcych wyborne jabłka, które bogobojne panie same roznosiły dla chorych po szpitalach”. Oczywiście, wiśnie wykorzystywano kulinarnie. I to wcale nie tylko do sporządzania słodkich kompotów czy deserów. Oto, co Gloger pisze w „Encyklopedii staropolskiej”: „Podlewa, niekiedy odlewie. Tak nazywano dawniej każdy sos, którym podlane było mięso lub ryba przy podaniu na stół. Czasem dawano podlewę osobno na przystawce czyli salaterce. Najpospolitsze były 4 rodzaje podlew: żółta szafranem przyprawna, czerwona z sokiem wiśniowym, czarna z powideł śliwkowych i szara. Podlewy czarnej i żółtej używano najczęściej do ryb, węgorza, indyka, prosięcia. Gęś podawano zwykle z szarą podlewą, w której główną przyprawę stanowiła posiekana, ugotowana i przecedzona cebula. Przyprawy do podlew bywały: migdałowe, winne, grzybowe, grochowe, mleczne, piwne z żółtkiem i cynamonem, muszkatołową gałką, imbierem i t. d. Orzechy zastąpione zostały z czasem migdałami, suszone wiśnie rodzynkami a miód cukrem.”

Może więc i my, korzystając z ochłodzenia, sporządźmy mięso z podlewą. Tą czerwoną. Z wiśniami. Takie mięsiwo znajdziemy w najstarszej wydanej po polsku książce kucharskiej Stanisława Czernieckiego. Wśród jego przepisów znajdziemy potrawy, czyli mięso duszone – wprawdzie z kapłona, którego chyba kochano wtedy przyrządzać – z pistacjami, z pinellami (orzeszki piniowe), z bronellami (tu śliwki suszone), z dachtellami (daktyle), z poziomkami, z porzeczkami i właśnie z wiśniami.

Idźmy dalej tym tropem. Natrafimy na bardzo ciekawy przepis na mięso z sokiem wiśniowym u Jana Szyttlera, kucharza warszawskiego, który szlifów nabierał jako kuchcik w kuchni króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, pod okiem słynnego kuchmistrza Pawła Tremo. Dorosłe życie kulinarne prowadził potem w Wilnie, gdzie osiadł w roku 1820. Napisał tam i wydał kilka książek kucharskich, dzisiaj mówiących nam wiele o polskiej kuchni z okresu walk klasyków z romantykami. Oto, jak możemy, korzystając z szacownego przepisu, wykorzystać wiśnie przy okazji sporządzania dania mięsnego:

Bierze się krzyżówka, lub część mostkowa, kładnie się do rondla, do którego na spod należy włożyć włoszczyzny, z funt słoniny w plastry pokrajaney i kawałek cynamonu; wlać bulonu i szklankę wina białego, niech się to gotuje, póki nie będzie mięso miękkie. Gdy się ugotuje, odcedza się bulon, zebrawszy z niego tłustość, dodać należy sosu, któren powinien bydź [!] zrobiony z masła, mąki, bulonu, z dodaniem nieco soku wiśniowego. Przed wydaniem należy zagotować i dodać pół szklanki romu, i tym zalewa się sztuka mięsa, która będzie na blacie ułożona; na garnitur używa się kartofle odsmażane (...) lub oliwki.

Zmieniłam nieco ten przepis. Przede wszystkim użyłam mięsa wołowego pokrojonego na wygodne zrazy. Po drugie: nie brałam słoniny. Zrazy posoliłam i przyprawiłam francuską przyprawą quatre epices. W jej skład wchodzą: pieprz, gałka muszkatołowa, goździki i cynamon, łatwo ją więc zastąpić mieszaniną tych korzeni. Zrazy opanierowałam w mące i lekko obsmażyłam na oleju słonecznikowym. Dusiłam potem podlewając bulionem (ale warzywnym) i białym winem, jak pan Szyttler zalecił. Zamiast soku dodałam wydrylowane wiśnie. No i kieliszek rumu, najważniejszego składnika, wspomnianego w tytule przepisu. Aha, sosu nie zaprawiałam już mąką.

Odsmażone kartofelki na garnitur nie bardzo mi pasowały. Zrazy duszone z wiśniami podałam po prostu z bagietką. Ale będą do nich też pasowały różne kluski: drożdżowe, te gotowane na parze, nazywane pyzami, albo nawet kopytka, czyli włoskie gnocchi. A najbardziej po polsku będzie podać do zrazów kaszę, ugotowaną idealnie na sypko. Tak samo, oczywiście, można przyrządzić kurczaka, kawałki indyka lub kaczki.

Komu nie smakują mięsa z wiśniami, może te cudowne owoce spożytkować jeszcze bardziej tradycyjnie. Na nalewkę. Znakomite recepty znalazłam w „Kurierze Warszawskim” z roku 1886. Była to najdłużej ukazująca się polska gazeta, co podkreślano przy jej winiecie:

 

Ratafia z wiśni.

Mając na względzie sezon wiśniany, podajemy amatorom dwa przepisy na doskonały likier z tego owocu. Według pierwszego postąpić jak następuje: wiśni kwaśnych, obranych z korzonków, roztartych razem z pestkami wziąć 5 funtów, okowity mocnej jedną kwartę. Zalać wiśnie okowitą i pozostawić do maceracji na cały miesiąc. Przecedzić i dodać pół funta cukru, rozpuszczonego w kwarcie wody. Likier gotowy. Na drugi przepis wziąć: 1) wiśni kwaśnych jak uprzednio dwa funty, 2) wiśni czarnych pół funta, 3) malin świeżych 2 funty, 4) okowity jedną kwartę. Potłuc pestki i rozetrzeć razem z miazgą. Po dwóch lub trzech dniach przecedzić, wyżymając sok przez płótno. Zebrany sok zlać razem z okowitą. Podtrzymać macerację w ciągu dwóch miesięcy. Ostatecznie przecedzić i zlać do butelki.

Mięso z wiśniami czy nalewka? A może jedno i drugie?

sobota, 10 sierpnia 2013
Deser włoski z akcentem polskim

Upragniona burza schłodziła powietrze. Może więc zaszalejmy w kuchni? Nie, nie zachęcam do stania przy garach i rozpalonym piecyku. Zachęcam do sporządzenia deseru – takiego bez gotowania i bez pieczenia. Przyrządza się ze znanego już u nas i bardzo lubianego włoskiego sera mascarpone. To moja wariacja na temat tiramisu. O nazwie deseru (znaczy: „podtrzymaj mnie”) i jego pochodzeniu w blogu kiedyś już pisałam. Deser jest efektowny, a zarazem łatwy do wykonania. Uda się bez pudła nawet osobnikom mało w kuchni wprawionym. Nie będziemy sami musieli się chwalić jego własnoręcznym sporządzeniem. Wprowadzony zmyślnie akcent osobisty pozwoli gościom bezbłędnie rozpoznać, że deser nie pochodzi ze sklepu, lecz trudziły się nim „rączki pięknej pani”, jak pisano przed wojną. Do tradycji przedwojennej sięgnę na końcu wpisu.

Nie podaję proporcji w przepisie, gdyż zależy tylko od porcji, jaką chcemy przygotować. Nic tu się nie zepsuje, jeżeli weźmiemy jedno jajko zamiast dwóch, pojemniczek sera mniejszy lub większy, biszkoptów mniej lub więcej.

 

Tiramisu z akcentem osobistym

kubeczek sera mascarpone

cukier puder

2 jajka

garść płatków róży

woda różana

biszkopty

pół filiżanki mocnej kawy

ew. kieliszek likieru amaretto

dowolne owoce
jagodowe

listki świeżej mięty

Płatki róży rozetrzeć z cukrem w moździerzu lub malakserze; kilka zostawić w całości do przybrania. Jajka rozbić na białko i żółtko. Zmiksować żółtka z cukrem, dobierając jego ilość do smaku. Utrzeć z mascarpone. Dodać starte płatki róży i nieco wody różanej do smaku. Białka ubić na sztywno, dodać do masy serowej (przypominam, najpierw dodać trochę piany, dokładnie wymieszać; całość piany potem wmieszać delikatnie i szybko).

Biszkopty nasączyć wywarem z kawy, ewentualnie wzmocnionym likierem. W foremce układać warstwy kremu z mascarpone i biszkoptów. Można przekładać owocami i listkami mięty lub ułożyć je na wierzchu deseru razem z pozostawionymi płatkami róży.

 

To naprawdę wszystko, a efekt na pewno zasłuży na pochwały. Do sera można dodać wanilię w postaci ziarenek zeskrobanych z laski lub ekstraktu (wciąż u nas nie mogę go dostać, przywożę z wojaży). Wodę różaną można kupić w sklepach z żywnością orientalną. Ja do deseru dodałam jagody. Nie wmieszałam ich dużo, za to podałam w miseczce obok. Kto chciał, to sobie dokładał. Listki mięty nie każdy lubi, choć znakomicie podkręcają smak słodkości. Ułóżmy je na wierzchu i także podajmy obok naszego tiramisu. Tradycyjnie posypuje się je warstwą kakao. Ale ja od tego odeszłam, chyba z niezłym efektem.

Tymczasem sięgnijmy do historii. Fenomenem wydawniczym międzywojennej Polski było skromne wydawnictwo ze Żnina, które się rozrosło w prawdziwy koncern. Miał własną drukarnią, a wszystko dzięki wysokonakładowemu tytułowi, który odniósł sukces rynkowy. Pismem był tygodnik „Moja przyjaciółka”, a wydawcą ze znakomitym pomysłem na sukces Alfred Ksycki. Pismo pod koniec lat trzydziestych osiągało nakład 100 tys. egzemplarzy. Zamieszczało różne treści dla kobiet przydatne. Szata graficzna była skromna, dopiero pod koniec lat 30. tygodnik stał się kolorowy. Treści umiejętnie dobrane pod potrzeby czytelniczek z całej Polski. Obok ciekawostek ze świata (jedna z nich ilustruje wpis) i informacji (najczęściej typu „kobieta została dyrektorem wielkiego banku”) oraz obrazków z życia, obszernego działu odpowiedzi na listy czytelników – a raczej czytelniczek – miało bogaty dział poradniczy. W nim, oczywiście, poczesne miejsce zajmowały kulinaria. Obok mody, porad z zakresu wychowania dzieci i w ogóle życia w rodzinie. Przy tym pismo nie było nacechowane ideologicznie. Pisano w nim językiem prostym, ale poprawnym, co przed wojną wcale nie było regułą, zwłaszcza w pismach popularnych.

Redaktorzy tygodnika dbali ponadto, aby język był zrozumiały. Bo tygodnik był przeznaczony dla kobiet średnio zamożnych i  średnio wykształconych. Toteż nie zamieszczał przepisów ekstrawaganckich. Pewnie na moje tiramisu z różą i miętą nie byłoby w nim miejsca. Może więc sięgniemy i my po prosty deser, pokryty nieco patyną historii, bardzo polski. Polski, bo z kaszką. Tu w wersji na ciepło, ale można go schłodzić i podawać z sokiem – najlepszy będzie wiśniowy lub malinowy. Można go postawić obok naszego deseru, w dzbanuszku. Nawet nazwa deseru jest staroświecka, dzisiaj nie używana. Może szkoda?

 

15 dkg. kaszy krakowskiej, szklanka wody, 15 gorzkich migdałów, 2 jajka, 7 dkg. cukru.

Kaszę ugotować w wodzie i ostudzić, migdały drobniutko posiekać i zmieszać z kaszą, dodać dwa żółtka oraz cukier i utrzeć starannie. W końcu dodać sztywno ubitą pianę., lekko zamieszać, włożyć wszystko do wysmarowanej foremki i wstawić na kwadrans do ciepłego pieca.

Nikt nam nie zabroni  do tego deseru retro dodać utartej róży i listków mięty. Kaszka zyska na oryginalności. Wnosząc ją powiedzmy: tak gotowano przed wojną. Przepis pochodzi z roku 1934. Zdjęcie ukazujące nowoczesność w kuchni – z roku 1939.

czwartek, 08 sierpnia 2013
Na najgorętszy dzień w roku

Zapowiadają w Warszawie 36 st. C. Noc była upalna, a ranek nie przyniósł żadnego przewiewu. Kto ma klimatyzację, ten może wygrany, choć przebywanie w sztucznym chłodzie i wychodzenie na rozgrzane powietrze może się skończyć letnią anginą, najgorszą z możliwych. Kto może, szuka pobliskiego akwenu. Pozostali siedzą w domach, chłodzą się wiatraczkami (my!) i... piją sporo wody. Oraz innych napojów. Tym, którym woda się znudziła, a napoje ze sklepu uważają za zbyt słodkie, proponuję domowy napój z mięty. Taką ice-tea miętową:

Dzbanek z miętą

zaparzony napar z mięty

zimna woda gazowana

kilka plasterków cytryny

pęczek świeżej mięty

cukier

lód

Zaparzoną herbatkę miętową schłodzić. Wlać do dzbanka, zalać wodą gazowaną. Listki mięty utrzeć w moździerzu lub malakserze z cukrem. Pozostawić kilka listków w całości.

 

W masie miętowej zanurzyć brzegi szklaneczek, w których podamy napój, potem zanurzyć je w cukrze. To, co pozostało z miętowego przecieru, rozmieszać z zawartością dzbanka; można potem przecedzić przez sitko. Dodać do dzbanka plasterki cytryny i kostki lodu oraz pozostawione listki mięty.

Gdy napój zrobimy wcześniej, trzymamy go w lodówce i dodajemy wodę gazowaną oraz lód bezpośrednio przed podaniem. Miętową ice-tea zamiast cukrem można dosłodzić (umiarkowanie!) miodem lub syropem, np. klonowym lub z agawy. Oprócz cytryny można wrzucić plasterki limonki, pomarańczy lub innego cytrusa. Do mięty można dodać listki melisy; mają miły cytrynowy posmaczek.

A co zrobić, jeżeli obchodzimy właśnie teraz jakieś urodziny, imieniny lub świętujemy inne okazje? Musimy przyjąć gości zaproszonych już dawno. I coś im podać. Proponuję zaczerpnąć z wzorów przedwojennych. Takie przyjęcie opisał ilustrowany tygodnik „Światowid” z lata roku 1938. Podpisał go autor o inicjale Zet. Wtedy też panowały upały. Tekst, jak zwykle, w ortografii oryginału:

 

Gardenparty są w modzie, jak w modzie jest brydż lub cocktail-party zimą. W gruncie rzeczy nie jest to nic nowego, bo zabawy pod gołem niebem, zwłaszcza w wieczornej porze, choćby do księżyca, stare są jak świat, ale moda przyszła z Anglji wraz z dobrze brzmiącą nazwą, więc wolimy używać jej właśnie, niżeli oklepanego określenia, „podwieczorek w ogrodzie lub w altanie”.

Piękne panie, mające wystąpić w charakterze gości garden-party, na długo przedtem omawiają swe stroje, bo to i okazja do pokazania się i do zawarcia nowych znajomości. Inaczej jest z gospodynią, która takie przyjęcie urządza. Łamie sobie wówczas główkę pani domu, aby gościom, zebranym w ogrodzie, rozsypanym po jego zakątkach, przygotować jak najwięcej przyjemności kulinarnych. Myśli jej krążą przedewszystkiem wokół napojów, poszukiwanych przez męską część towarzystwa, jakoteż i tych lżejszego kalibru, bez których nie obejdzie się upojny wieczór letni.

Będą więc i cocktaile dla znawców tych cudzoziemskich mieszanin smaków alkoholowych, będą wina wyborne oraz bowle i kruszony dla młodzieży. Obok nich poszukują goście ochłody w lodach i bombach, misternie mrożonych z owocami. Amatorzy bardziej realnych wartości odżywczych poszukają za zimnemi przekąskami z mięs i jarzyn, smakowicie a pikantnie przyprawionemi, od których wzrasta apetyt i pragnienie.



Gdy w domu jest większa ilość służby, snują się ich cienie pomiędzy gośćmi, uważając, by nikomu
nie zabrakło żądanych przysmaków. Ale bywają swobodniejsze przyjęcia, gdzie dowcipnie zastawione stoliki barowe i kosze pozwolą uczestnikom korzystać samodzielnie ze wszystkiego. Zastaw tego rodzaju jest obecnie bardzo dużo w handlu zagranicznym, który wysila się w kierunku urozmaicenia tych stolików barowych do ogrodowego użytku. Każdy z tych przedmiotów jest ściśle przystosowany do swych celów.
Sezon garden-party w pełni. Korzystajmy z niego jak najwięcej!

Niech korzysta, kto może. W takie upały w ciągu dnia alkoholu nie pijemy. Chyba że lampkę schłodzonego wina do obiadu, jeżeli w ogóle możemy jeść! Ale wieczorem, po zachodzie słońca i podczas przyjęcia, procenty można podać. Może jednak jakieś bardziej oryginalne? Skorzystać można z letniej propozycji z „Bluszczu”, także z lat 30. minionego wieku. Dzisiaj podobnym napojem łączącym wino z owocami jest hiszpańska sangria. Przed wojną, podejrzewam, czerpano z wzorów jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej. Napój ma nazwę rosyjską (choć obecnie Krym to Ukraina!) i widocznie rosyjskie korzenie. Obok wina jest w nim alkohol mocniejszy. Ale go nie za dużo. To ciekawa propozycja także na nam współczesne na party ogrodowe i domowe:

Oczywiście, likiery możemy dodać inne. A jeżeli pozostaniemy tylko przy winie z owocami, „Krymska Czara” na pewno nie będzie smakowała gorzej.

| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Ulubione
Tagi
Treść i zdjęcia objęte prawem autorskim. Publikacja całości lub fragmentów jedynie za zezwoleniem autorki.