O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: parówki

środa, 09 kwietnia 2014
Poczciwe parówki

Kiedyś były podawane na śniadanie ciepłe i treściwe. Ale kto dzisiaj celebruje takie śniadania z koszyczkiem bułeczek, półmiskiem parujących parówek czy kiełbasek, kawą z dzbanka, dżemem domowej roboty podanym w miseczce. Dzisiaj parówki stały się raczej szybkim daniem barowym, jedzonym na obiad lub kolację. Wpisują się więc w potrawy typu małe danko, podawane jeszcze w wieku XIX w tzw. handelkach, do których panowie wpadali na piwko, fajkę i rozmowy. Taki przybytek opisał Prus w „Lalce”. To protoplaści dzisiejszych klimatycznych barów i restauracyjek.

Czy podawane przed dwiema wojnami światowymi  parówki miały coś wspólnego z dzisiejszymi? Niestety, wątpię. Dziś możemy być pewni jednego: nie należy kupować parówek najtańszych. A i kupując droższe, warto przeczytać, z czego się składają, bo w niektórych z nazwy cielęcych lub drobiowych potrafi być tłuszcz wieprzowy zmieszany z... Poczytajcie sami. Najlepiej by było kiełbaski parowe wyrabiać samemu w domu. Potrafił to robić Wojciech Wielądko, kucharz króla Stanisława Augusta, autor „Kucharza doskonałego”. Nic trudnego.

Sposób robienia małych kiełbas

Pospolicie bierze się mięso wieprzowe przerastała tłustością, ieżeli chcesz i innego, bądź cielęciny, zaiąca, albo królika, przydasz sporo tłustości: siekay z pietruszką, cebulą, osól, zapraw korzeniami, nałóż kiełbaśnice tym mięsem, zawiąż z obydwóch końców, uwędź w kominie przed dwa dni, potym gotuy dwie lub trzy godziny w bullionie z solą, możesz przydać, gdy zechcesz szczypioru, siekanego, i sadła topionego nim nadziejesz, podobnież i trufli przemięszać można.

Podobnie zresztą przeszło wiek później radziła przyrządzać kiełbaski Maria Disslowa, autorka książki kucharskiej „Jak gotować”, pochodząca z Lwowa, prowadząca tam szkołę dla gospodyń. Te jej kiełbaski to serdelki, od parówek różniące się kształtem i lekko podwędzane. Jej przepis podaję także w pisowni oryginału. Na jego końcu znajdziemy ciekawy sposób podania serdelków (a i parówek)! Podobny do marynowanych czeskich utopenców.

Warszawskie serdelki

1/2 kg wieprzowiny, 1/2 kg cielęciny, 1/2 kg kości, 2 łyżki soli, po 15 ziarn gorzkiego i ang. pieprzu, 1/2 ltr tęgiego rosołu z kości, jelito.

Na serdelki nadają się najlepiej małe polędwiczki. Wyżyłować je, pokrajać drobno, to samo zrobić z cielęciną. Żyły i kości gotować na tęgi rosół, mięso posiekać bardzo drobno (nie mleć). Gdy kości ugotowane (należy je 3–4 godziny naprzód gotować), odebrać 1/2 litra rosołu, sparzyć nim posiekane mięso, posolić, dodać korzenie i doskonale wyrobić, najmniej 15–20 minut. Następnie napychać cienką wieprzową kiełbaśnicę, w odstępach 10 cm przewiązywać bawełną, powstanie wieniec małych serdelków, należy je zaraz wędzić w gorącym dymie, inaczej popsułyby się. Po wyjęciu z komina, wrzucić do rondla z wrzącą woda, gdy oblecą warem, wyjąć natychmiast i powiesić, aby obeschły. Biorąc do użytku, zedrzeć skórkę, pokrajać w plastry, osobno nakrajać w krążki sałatowej cebuli, posolić, ułożyć serdelki na półmisku, posypać cebulą, polać oliwą prowancką, nacisnąć cytryną, podać na przekąskę, albo zagrzane serdelki podać z chrzanem, jak zwyczajne parówki.

Właśnie: jak zwyczajne parówki. Tym tropem poszłam. Nabyłam zwyczajne parówki, starając się dobrać te najbardziej mi pasujące. Przygotowałam je klasycznie, w sosie pomidorowym. A zainspirował mnie przepis znaleziony w „Tygodniku Mód i Powieści” z roku 1912:

 

Stanowią smaczne podanie na wieczór do herbaty lub na śniadanie – rozgrzane kiełbaski, t. j. włożone we wrzącą wodę i zagotowane kilka razy, polać sosem pomidorowym, przyrządzonym w następujący sposób: zasmażyć łyżkę masła z łyżką mąki, rozrobić kilku łyżkami bulionu i wlać, stosownie do ilości kiełbasek, ze dwie łyżki konserwy pomidorowej (przyrządzonej przez Mutniańskiego, której w każdym sklepie kolonialnym dostać można), zagotować sos i kiełbaski rozgrzane polać, podając na stół. Latem naturalnie używa się świeżych pomidorów.

Kim był Mutniański? Warszawskim aptekarzem, od roku 1913 właścicielem apteki istniejącej od roku 1851 do dziś w tym samym neogotyckim wystroju na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu. Michał Mutniański był także chemikiem i hodowcą warzyw (jak widać, sprzedawał je po przerobieniu), prekursorem stosowania nawozów sztucznych do ich uprawy, autorem używanej do dziś książki poradniczej o pędzeniu wina i miodów pitnych. Kolejną ciekawą i kompletnie zapomnianą postacią dawnej Warszawy. Konserwy Mutniańskiego oczywiście nie mam, toteż parówki przyrządziłam po mojemu. A ponieważ nie mam kiełbaśnicy (o jelitach wieprzowych nie wspominając), musiałam wziąć parówki ze sklepu.

 

Parówki w sosie pomidorowym po mojemu

5–6 parówek

2 czerwone cebule

pęczek koperku

pomidorowa passata lub przecier

sól, pieprz

oliwa

sos Worcestershire

ostry sos paprykowy

ew. pół łyżeczki cukru

Oliwę rozgrzać, dołożyć do niej cebulę, pokrojoną w półplasterki. Dusić aż straci surowość, dodać dobrą garść posiekanego koperku. Po chwili wlać przecier pomidorowy, doprawić do smaku solą i pieprzem. Poddusić. Przed podaniem zagrzać w sosie parówki, doprawić sosami Worcestershire i ostrym paprykowym. Kto lubi, może złamać smak dodając pół łyżeczki cukru. Gorące parówki z sosem wyłożyć na półmisek, podawać posypane świeżo posiekanym koperkiem.

Parówki można podawać w różnych sosach. Gdy podduszoną cebulę posypiemy przyprawą curry, a zamiast pomidorów weźmiemy śmietanę kremową – zagrzane w tym sosie nabiorą zupełnie innego charakteru. Do sosu pomidorowego możemy dodać imbir i rodzynki. Albo czosnek. Albo seler naciowy i bazylię.

Dla amatorów parówek podam jeszcze trzy ciekawe dawne sposoby ich podawania. Wszystkie są szybkie. Będą pasowały tym, którzy nie mają czasu na stanie przy garach, ale chcą podać – lub zjeść – coś ciekawszego niż parówka z wody z musztardą.

„Kobieta w świecie i w domu” z roku 1934 polecała:

Jaja z parówkami i pomidorami

Przygotować gęsty sos pomidorowy na podstawie: masła duszonego z cebulką, przesmażonego z mąką, konserwy pomidorowej, kilka łyżek mocnego rosołu lub buljonu, cukru i soli do smaku. Okrągły półmisek ogniotrwały wysmarować masłem, wybijać na masło jaja, które muszą leżeć dosyć ciasno jedno przy drugiem. Lekko posolić same białka, wsunąć do pieca na 4­5 minut. Przez ten czas ugotować parówki, wyjąć je z wody, pokrajać na niezbyt małe skośne kawałki. Gotowe jaja przybrać gorącemi parówkami, układając je pomiędzy żółtkami, zalać sosem pomidorowym, posypać siekaną zieleninką i natychmiast wydawać na stół.

W roku 1937 zaś:

Parówki lub serdelki zapiekane w kruchym cieście

Proporcja na ciasto: 30 dk mąki pszennej, 15 dk masła, 4 żółtka, szczypta soli.

Zagnieść szybko kruche ciasto, podług wyżej wskazanej proporcji, wyrabiane długo skruszy się w wałkowaniu. Gotowe ciasto położyć na miseczce, przykryć, postawić w chłodzie. Serdelki albo parówki rozgrzać w piecyku, zdjąć delikatnie wierzchnią skóreczkę, starając się nie uszkodzić powierzchni. Wystudzić. Rozwałkować dosyć cienko kruche ciasto, zawijać w nie serdelki, czy kiełbaski, zlepić ciasto na końcach. Ogniotrwały półmisek wysmarować cieniutko masłem, ułożyć na nim gotowe kiełbaski, posmarować po wierzchu rozbitym jajkiem, upiec na złoty kolor w gorącym piecu, który grzeje równomiernie od spodu i z wierzchu. Podawać na tym samym półmisku (przy zdejmowaniu ciasto może się pokruszyć; oddzielnie w sosjerce dać sos ostry rumiany koperkowy.

Za każdym razem autorką była Elżbieta Kiewnarska, współpracująca z pismem, a także szacownym tygodnikiem „Bluszcz”, należącym do tego samego wydawcy. Opublikowała ona, jako Pani Elżbieta, bo tak podpisywała się w czasopismach, popularną przed wojną książeczkę „200 obiadów”.

 

W książce daje propozycje menu obiadowych. Z tych samych potraw, gdy trzeba poszerzonych o inne, proponuje obiady: normalny, skromny,  wykwintny, jarski. W jednym z nich znajdziemy nawet... zupę z parówkami.

Barszczyk z parówkami

Na półtora litra ugotowanego jak zwykle czerwonego barszczyku z buraków, obrać ze skórki sześć parówek, pokrajać w kostkę i przed samem wydaniem włożyć do zupy. Tylko zagrzać mocno, nie gotując, gdyż parówki, gotując się mocno, smak i soczystość stracą.

Niby nic, ale zawsze to jakiś pomysł. Dzisiaj w dobie barszczyku z kartonika może takiego jego wzbogacenie kogoś zainteresuje? Nie zapomnijmy o solidnej porcji zieleniny: koperku lub natki pietruszki.

sobota, 06 października 2012
Amerykański sen kulinarny

Najprostsze, najszybsze do przygotowania i do jedzenia, niedrogie – to przesłanki, które spopularyzowały w Ameryce (tak będę nazywała Stany Zjednoczone A. P.) niektóre potrawy. Dzisiaj nazywane "śmieciowymi". Nie będę tego ich aspektu poruszała. Piszę bowiem o ich karierze przedwojennej. Wtedy były dobrodziejstwem. Zwłaszcza w czasach prawdziwie Wielkiego Kryzysu z początku lat 30. XX wieku nikt o żadnym jedzeniu by nie powiedział, że to śmieci.

Dlaczego właśnie zrobiły karierę te potrawy i produkty, a nie inne? Pewnie było kilka ku temu przesłanek. Jedno je łączy: wszystkie przywieźli ze sobą emigranci. Przybywający na statkach, aby przeżyć swój amerykański sen. Niektórzy z nich, właśnie za sprawą przywiezionych przez siebie wynalazków kulinarnych – a raczej sposobu ich sprzedawania – spełnili marzenia, zdobyli majątek, powodzenie, zostali królami.

Na przykład hot-dogi. Ich głównym składnikiem są parówki, nazywane w USA frankfurterkami, co wskazuje na ich pochodzenie. Kiełbaski przywieźli zamiłowani w wędlinach przybysze z Niemiec. O „wynalezieniu” parówek już tutaj pisałam. Oczywiście w Ameryce ewoluowały tak, aby opłacało się je wytwarzać. Dalej ich kariera potoczyła się po... amerykańsku. Za sprawą człowieka, który miał zostać Królem, Parówek oczywiście. Pouczającą historię jego drogi do bogactwa znalazłam w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” z roku 1932 (zachowuję pisownię z epoki):

 

(j. w.) Oczywiście, że „król" taki istnieć może tylko w Ameryce. Nazywa się on Harry Stevens. Ma on teraz 70 lat i jest właścicielem tej samej ilości... miljonów, które jak większość „królów” amerykańskich zdobył sobie sam.

Będąc synem adwokata londyńskiego, Stevens, jeszcze jako młody chłopiec udał się na poszukiwanie szczęścia do Ameryki. Początkowo głodował, potem ożenił się i wstąpił na służbę do pewnego zakładu metalurgicznego, w charakterze skromnego urzędnika. Gdy pewnego dnia syndykat robotników ogłosił strajk, Stevens, oprócz żony miał jeszcze na swem utrzymaniu czworo dzieci. W poszukiwaniu zarobków, począł on sprzedawać gazety i pewnego dnia znalazł się przed boiskiem sportowem. Rzuciwszy okiem na program, Stevens pomyślał sobie: „Jak źle jest ten program wydrukowany”. Był to początek jego karjery. Stevens udał się do właściciela stadjonu i zaproponował mu wzięcie w dzierżawę programu.

– Dobrze – brzmiała odpowiedź – ale za każde wydanie programu zapłaci mi pan po 500 dolarów. Stevens miał wówczas w kieszeni kilkanaście centów, lecz mimo to zgodził się. Udał się on natychmiast na poszukiwanie ogłoszeń do swego programu, zebrał w ten sposób 700 dolarów, co mu dało 200 dolarów czystego zysku.

Stopniowo skoncentrował Stevens w swych rękach cały handel programów sportowych w Ameryce Północnej i dziś sprzedaje je miljonami. Ma on specjalne drukarnie i tysiące agentów, którzy zajmują się akwizycją ogłoszeń. Jednocześnie zdobył on monopol sprzedaży sandwiczów i napojów chłodzących na różnych zawodach sportowych. Moda ta dość trudno się przyjęła, lecz dziś Stevens sprzedaje nieraz 250.000 kanapek w jeden dzień i na jednem miejscu. Oczywiście że posiada on teraz własne fabryki kiełbas i piekarnie.

Rzeczywistym „królem” stał się Stevens w roku 1900, a to dzięki wynalazkowi t. zw. „gorących piesków”. Publiczność, przebywająca na świeżem powietrzu – słusznie rozumował Stevens – chętnie zjadłaby coś ciepłego. Lecz na olbrzymich stadjonacb trudno wszak roznosić skomplikowane dania. Można jednakowoż położyć pomiędzy dwa kawałki chleba niewielką ciepłą parówkę, posmarowawszy ją musztardą. Parówka taka względnie długo trzyma ciepło, zwłaszcza, o ile roznosić się je będzie w odpowiednich grzejnikach.

Gorące kiełbaski Stevensa odrazu zyskały sobie wzięcie. Nikt nie żądał więcej kanapek z zimnem mięsem. Stevens, jako dobry Jankes, wziął na swój „wynalazek” patent i kto chciał także sprzedawać gorące parówki musiał mu za to dobrze zapłacić.

Sława Stevensa  wzmocniona została w zgoła nieoczekiwany sposób. Znany karykaturzysta Ted Dorian nazwał parówki „gorącymi pieskami”,  zapewniając., że fabrykowane są z... psiego mięsa. Ktoś inny na miejscu Stevensa pociągnąłby karykaturzystę do odpowiedzialności sądowej. Lecz Stevens znał swoją publikę i z „gorących piesków” zrobił swoją markę fabryczną. Natychmiast prawie popyt na parówki podwoił się. Od tego czasu Stevens posyła karykaturzyście na każde Boże Narodzenie piękny upominek...

Jest jeszcze jeden aspekt powodzenia takiego prostego jedzenia (oprócz wspomnianej już niskiej ceny). Każdy, kto jechał do Ameryki, wiedział, że na swoje powodzenie musi sam ciężko  zapracować. Godzin pracy, zwłaszcza „na swoim”, nikt tu nie liczył. Pracujący wychodził z domu świtkiem, wracał wieczorem. W ciągu dnia musiał coś zjeść. Tania, a w dodatku ciepła namiastka posiłku musiała zyskać popularność. A za parę lat ktoś musiał wpaść na pomysł, jak rozszerzyć sprzedaż, początkowo właśnie hot-dogów. Byli to dwaj bracia, Maurice i Richard Mc Donalds. To oni w roku 1940 roku otworzyli w San Bernardino w Kalifornii bar w, którym początkowo podawali hot-dogi i sok ze świeżych pomarańczy. Interes szedł dobrze, w roku 1948 bracia wdrożyli Speedee Service System, czyli szybki system obsług. Uważa się ten fakt za początek nowoczesnych fast foodów. Ale czy nie maczał w nich rąk pan Stevens, Król Parówek?

Pamiętam pierwsze w Warszawie okienko i bar z  hot-dogami. Mieścił się przy Nowym Świecie, tuż obok kawiarni „Nowy Świat”. Były to wczesne lata 70. XX wieku. Parówki w gorącej bułce zachwycały. Dzisiaj w tym miejscu mieści się barek sushisignum temporis. Tu chcę przypomnieć pewien happening z hot-dogiem w roli głównej. Odbył się w Łodzi, w budynku Uniwersytetu Łódzkiego (Wydział Filologii Polskiej) przy ul. Kościuszki. Mój przyjaciel Boguś przyniósł spreparowanego przez siebie hot-doga po łódzku. Była to „ćwiara” chleba z wydłubanym miąższem i włożonym w to miejsce kawałkiem tzw. parówkowej, czyli topornej parówki. Potrawa w sam raz do spożycia w pobliskiej bramie z butelką piwa, zwanej kałamarzem (z racji kształtu). Szkoda, że wtedy nie było aparatów fotograficznych w telefonach (ha, ha, samych telefonów też nie było, kto mi dzisiaj w to uwierzy?!).

Ale, wróćmy do naszych parówek. W Polsce były zawsze lubiane, zwłaszcza jako potrawa śniadaniowa. Ale podawano je także pod postacią pasztecików. Oto przepis z „Bluszczu”, także z lat 30. XX wieku:

Paszteciki z parówek

Dwadzieścia deka mąki pszennej, dziesięć deka tłustego masła, białko z jednego jaja, łyżeczka do kawy soli. Siekać to wszystko tasakiem na stolnicy, podlewając trzy łyżki zimnej wody. Gdy się uformuje ciasto (nie należy go nigdy dotykać ręką, a tylko ogarniać tasakiem), wynieść na chłód. Ostudzone rozwałkować cienko, pokrajać w pasy, długie mn. w. na dwanaście centymetrów i na pięć centymetrów szerokie. Kłaść na każdym pasku parówkę, zwinąć ciasto, dobrze zacisnąć brzegi. Posmarować pozostałem żółtkiem. Upiec w bardzo gorącym piecu. Ułożyć na talerzu lub półmisku, pokrytym serwetą, ubrać zielonemi gałązkami pietruszki (z tej ilości ciasta powinno wyjść do dwunastu pasztecików). Podawać gorące do przekąski, lub jako danie kolacjowe.

Przedstawiam na koniec moje paszteciki. Nie ma co dawać przepisu, wystarczy opis, bo bardzo ułatwiłam sobie sprawę. Parówki (nie kupujcie najtańszych!) owinęłam w rozmrożone ciasto francuskie, pokrojone w paski. Zawiniątka obok moich pasztecików z parówkami, widoczne na zdjęciu, to eksperymentalne paszteciki: jedne z wędzonym halibutem, drugie z serem pleśniowym. Te z wędzoną rybą można pozostawić otwarte, jak rosyjskie rastiegaje, te z serem trzeba zacisnąć dokładnie, aby ser nie uciekł. Wszystkie są pyszne. Można je podawać do zup, zwłaszcza klasycznie i po polsku – do czerwonego barszczu, ale także do piwa, wina, i – herbaty, w długi jesienny wieczór.

PS

Na koniec bardzo ważny

KOMUNIKAT

Wiernych i nie zawsze wiernych Czytelników mojego bloga zawiadamiam, że uciekam na południe (znacie Mrożkową „Ucieczkę na południe”?). Wyprawa potrwa dwa tygodnie. Czy będę pisała? Pożyjemy, zobaczymy. Gdy napiszę, podam, gdzie jestem. Na razie to sekret.

niedziela, 25 marca 2012
O ważeniu i głodówce w roku 1930

Przytoczony poniżej felieton dotyczy realiów odchudzania się w roku 1930. Jak widać, wywoływało ono wiele emocji. Felieton przypomniał jeden z widoków zapomnianych, który zniknął bezpowrotnie. Z dzieciństwa pamiętam z ulic i parków (Łazienki?) wagi osobowe, z których można było skorzystać w razie nagłej potrzeby skontrolowania swoich gabarytów. Były atrakcją spacerów i cieszyły się sporym wzięciem. Do całkiem niedawna takie urządzenie ważące po wrzuceniu monety stało przy ulicy Świętojańskiej na warszawskim Starym Mieście. (A może jeszcze ta waga stoi? Gdy sprawdzę i będzie, zrobię zdjęcie). Jeszcze dawniej wagi obsługiwał człowiek, inkasujący oczywiście osobiście ową monetę. Wagi z obsługą były siedzące, jak solidne krzesła.

Podpisany inicjałami L.G. autor rozwlekłego nieco felietonu (miał jak widać wiele miejsca i „watował” temat, jak mógł), wypowiada się: a. przeciw ważeniu, b. przeciw głodówkom. Ma wiele racji. I dzisiaj są zwolennicy głodówek, chociaż przeprowadzanych „naukowo”, pod różnymi rygorami i oczywiście przy dobrym stanie zdrowia. Czy mają rację? Co jest ich celem? A jakie są następstwa? Najczęściej to zdaje się efekt jo-jo. Stanowisko felietonisty w zasadzie mi odpowiada. Może z wyjątkiem tezy, aby ważenie pozostawić lekarzowi. Waga łazienkowa jest pożyteczna. Pomaga podjąć niektóre dietetyczne postanowienia, skłonić do spaceru, roweru, koszykówki (prawda?). Zwracam uwagę na ciekawą ortografię przedwojenną.

Żyjemy w epoce radja, samolotów i... wagi osobowej. W miastach i miasteczkach stoją na ulicach, w poczekalniach, na dworcach kolejowych, pięknie polakierowane, sztywne i milczące wagi osobowe, które po wrzuceniu drobnej monety powiadają każdemu ciekawemu, ile waży.

Każdy z nas wie doskonale o tem, ile waży w płaszczu, ile w ubraniu, ile bez ubrania, ile ważył przed tygodniem, ile przed miesiącem, ile przed rokiem, wie prawdopodobnie również, ile waży jego żona, przyjaciółka, przyjaciółka przyjaciółki, brat, ojciec, matka... Żyjemy pod znakiem wagi.

Znam mnóstwo ludzi o kwitnącem zdrowiu, którzy do obiadu nie jadają zupy, by nie przytyć (z zupy!). Wielu ludzi głodzi się tygodniami, a nawet miesiącami, by stracić kilka kg. wagi, chwalą się potem z rozpromienioną miną, że „stracili kilka kilogramów i czują się doskonale”.

Doświadczenie uczy, że z małym wyjątkiem teorje naukowe żyją kilka kilkanaście, czy w rzadkich wypadkach kilkadziesiąt lat, by później uprzejmie ustąpić miejsca następnym, zgoła odmiennym. Przesądy żyją znacznie dłużej. Ale też się zmieniają. Trudno powiedzieć, by pragnienie idealnej budowy ciała i t. zw. normalnej wagi, było przesądem. Przesądem jednak jest mniemanie, że długotrwałą głodówką uzyskamy piękną, chłopięcą linję ciała i kwitnące zdrowie. Jednodniowa głodówka jest, być może, bardzo korzystną dla zdrowia. Tak twierdzą niektórzy lekarze, tak twierdzą starzy higjeniści – to zdają się również potwierdzać pewne badania eksperymentalne na owadach i zwierzętach. Zwłaszcza korzystną jest niezupełna głodówka, lecz tak zwane dnie owocowe lub jarzynowe, wstawione raz na kilka lub kilkanaście dni.

Głodówki, o których mowa, mają tylko wówczas swe znaczenie zdrowotne, o ile bezpośrednio, po takiej jedno, czy ewentualnie dwudniowej głodówce (względnie djecie owocowo-jarzynowej), odżywiamy się intenzywnie, obficiej niż normalnie. Wówczas owa głodówka odgrywa rolę czynnika pobudzającego tak, że w kilka dni potem, wskutek owego pobudzenia i intenzywnego następnie odżywienia, organizm ulega wzmocnieniu.

Z całą pewnością jednak długotrwałe głodzenie się jest dla zdrowia wysoce szkodliwem. Żadna kuracja odtłuszczająca nie jest obojętną dla zdrowia. Każdy z nas czytał zresztą niejednokrotnie o wypadkach śmierci z wyczerpania wśród artystek, które odbywały kurację zeszczuplającą. Wyjaśnienie jest bardzo proste: Każdy organizm rozwija się indywidualnie; nasilenie przemiany materji i odkładanie tkanki tłuszczowej, zależne jest nietylko od ilości dowożonych pokarmów, ale przedewszystkiem od czynności systemu regulującego nasilenie przemiany materji, w pierwszym rzędzie od systemu t.zw. gruczołów o wewnętrznem wydzielaniu.

Ogromną rolę odgrywa tutaj tryb naszego życia i stan systemu nerwowego. Wszak człowiek ciężko pracujący może jeść „ile wlezie”, a mimo to nie przybierze na wadze. Czasem znów ludzie niewiele pracujący jedzą bardzo dużo, a mimo to są szczupli i nie mogą przytyć. Tak więc napozór prosty sposób, jak zredukowanie ilości pożywienia, nie wywołała na pewno oczekiwanego skutku: zeszczuplenia. W razie zredukowania pokarmu toczy się w organiźmie [tak pisano!] między poszczególnemi tkankami rodzaj walki o pokarm. Laik sądzi, że ofiarą padnie tkanka tłuszczowa – bo o to przecież chodzi. Tymczasem niestety natura nie zawsze słucha naszych rozkazów. Ofiarą pada tkanka najwartościowsza i najbardziej na czynniki niekorzystne, a więc brak pokarmu, wrażliwa: mianowicie tkanka nerwowa.

Człowiek, który odbywa ,,kurację odtłuszczającą”, zatem głodówkę, czuje się po niedługim czasie niezbyt dobrze, staje się drażliwym, nie może dobrze i intenzywnie pracować, zdolność przyjmowania wrażeń staje się mniejsza (co laicy nazywają zazwyczaj „zanikiem” pamięci), nie umie się już skupić, a często rozwija się u niego stan przygnębienia, depresji. Są to wszystko objawy nieprawidłowego funkcjonowania systemu nerwowego skutkiem niedostatecznego odżywiania się. W dalszym ciągu cierpi również mięsień sercowy, bardzo wrażliwy na niedostateczne ilościowo i jakościowo odżywienie.

Nic dziwnego, że w takich przypadkach, pod wpływem zadziałania jakiejś przejściowej szkodliwości, mięsień taki, już osłabiony, odmawia posłuszeństwa – i to wskutek szkodliwości, którą w normalnym „niegłodzonym” stanie byłby z łatwością przetrzymał. To wszystko robimy dla pięknej, modnej linji ciała. Kuracje te odbywają starzy i młodzi, stare i młode. Nie powinniśmy jeść za dużo. To nie ulega żadnej wątpliwości i tutaj niema dyskusji. Znakomitym jednak, danym nam przez naturę miernikiem jest poprostu nasz apetyt. Jedzmy tyle, ile mamy ochotę, resztę zostawmy na talerzu. To jest ogólnie obowiązującą zasadą. Wszelkie wagi osobowe możemy wyrzucić na szmelc, za wyjątkiem kilku, przeznaczonych dla lekarzy. – Mamy przecież na świecie tyle ciekawych i ważnych rzeczy. Przestańmy się interesować naszą wagą, jedzmy tyle, ile nam każe apetyt i nie myślmy o tem, jakbyśmy wyglądali, gdybyśmy ważyli o 10 kg mniej – podobnie, jak nie myślimy o tem, jakbyśmy wyglądali, będąc o 10 cm. niższymi, względnie wyższymi.

Kuracje odtłuszczające, t. zw. głodówki, są bezwzględnie szkodliwe i wywołać mogą wprost katastrofalne skutki. W żadnym razie zaś nie spowodują trwałego zeszczuplenia. Starajmy się żyć higienicznie, dbajmy o codzienny spacer, o higjenę życia umysłowego, nie objadajmy się, jedzmy dużo świeżych owoców i świeżych jarzyn – troskę zaś o „linię” i wagę zostawmy tym nielicznym szczęśliwcom, którzy innych kłopotów na głowie nie mają.

Normalny, higjeniczny tryb życia, a zwłaszcza higjena pracy umysłowej i codzienny, conajmniej godzinny spacer, przyczynią się z całą pewnością lepiej do ustabilizowania indywidualnego wagi ciała, niż najintenzywniejsza głodówka – co najważniejsza zaś, dadzą nam poczucie zdrowia, dobry humor i radość życia – a to jest znacznie ważniejsze niż „linja”...

W zgodzie z dobrym humorem, po porcji wiosennego spaceru, obiad z tych lżejszych. Sałata (rzymska sałata, pomarańcze, cebula czerwona plus oliwa i gęsty ocet cytrynowy, widoczne na zdjęciu) oraz lekkie krewetki z kolendrą, zagrzane w oliwie lub odrobinie masła. Kto ogranicza węglowodany, niech ograniczy ilość bagietki prowansalskiej do jednego ułamania i lampkę chłodnego białego wina do jednej, no, góra dwóch. Bo każdy alkohol to kalorie!

A na koniec, jako bonus, z tego samego numeru ciekawostka historyczna, z historii kulinariow oczywiście:

 

środa, 07 września 2011
30. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 14/03/2011 2:52

Rozpoczyna się wiosenny sezon potraw, które można podawać na powietrzu, do piwa. Niech to nie będzie tylko nieśmiertelna karkówka z grilla. O wesołe powitanie wiosny i otwarcie sezonu grillowego i nie tylko w najbliższy weekend, warto zatroszczyć się wcześniej. I zamarynować... parówki lub serdelki. Takie są jedzone przez przyjaciół-Czechów. Oni wiedzą najlepiej, co do piwa smakuje. Potrawa się nazywa: utopenec.

Na  3-litrowy słój bierzemy 1 kg serdelków (lub parówek), szklankę octu (dobrego) i 3 szklanki wody. Serdelki należy obrać gdy są w folii, ponakrawać wzdłuż. Cebulę trzeba oczyścić, przekroić na pół, pokroić w cienkie talarki. Do środka serdelka wkłada się po
kawałku cebuli i ew. papryki, spina wykałaczką. Układa się je w słoju, przekładając pozostałą papryką i cebulą.
Przygotowuje się zalewę octową. Do zalewy ostrej 10% ocet rozcieńcza się w stosunku
1:3, dla zalewy łagodnej trzeba dolać więcej wody lub zastosować ocet o mniejszym stężeniu. Wodę z octem i przyprawami (liść lauru, ziele angielskie, kolendra, chili, czosnek itp.; ew. cukier) należy zagotować. Po przestudzeniu zalewa się serdelki.

To nie koniec. Domowego grafika komputerowego (ja takiego mam!), prosi się o wykonanie gustownej mniej lub bardziej etykiety na słój z utopencami. Oczywiście można je podawać nie tylko do piwa i nie tylko na powietrzu.

| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl