O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: wątróbka

środa, 04 lutego 2015
Obiad z owocami południa

Owoce można łączyć ze wszystkim. Główne danie będzie lżejsze, gdy w jego skład wejdą owoce  – nie tylko słodkie, ale także, a nawet lepiej, lekko kwaskowe. No a deser wprost o owoce się prosi; nie mówiąc, że owoc sam w sobie jest najlepszym deserem.

Zimą lubię cytrusy, a ostatnio sypnęły się nam w handlu granaty. Wykorzystałam więc jedne i drugie, aby skomponować obiad z owocami. Aby był pożywny – pora roku jednak zobowiązuje – ale zarazem nie ciężki. Podstawą naszego obiadu stała się drobiowa wątróbka. Połączyłam ją z pestkami i sokiem z granatów. Przyrządza się szybko, pod warunkiem, że opanowaliśmy oprawianie granatu. Pestki z niego wyjmujemy nad szeroką miską czy talerzem, aby czerwonym sokiem nie poplamić całej kuchni.

Wątróbka indycza z granatem po mojemu

wątróbki z indyka

mąka do panierowania wątróbek

2 cebule

owoc granatu

sól, pieprz

klarowane masło do smażenia lub olej

listki świeżej bazylii

Na patelni rozgrzać tłuszcz. Najpierw usmażyć na nim pokrojoną w półplasterki cebulę. Zdjąć ją z patelni. Dołożyć łyżkę tłuszczu, rozgrzać go. Oczyszczone i ewentualnie pokrojone na pół wątróbki opanierować w mące, strzepnąć jej nadmiar, wrzucać na tłuszcz, smażyć z każdej strony nie za długo, aby tylko się lekko zrumieniły. Do wątróbek dołożyć odłożoną cebulę, posolić, popieprzyć, wymieszać. Dodać pestki i sok z granatu. Zagrzać, przybrać listkami bazylii, podawać od razu.

Do takich wątróbek pasują wszystkie smażone ziemniaki. Ale ja najbardziej lubię je z bagietką. Wtedy zresztą tę najważniejszą część obiadu podamy szybciej. Do niego surówka. Proponuję połączyć roszponkę, plastry świeżego ogórka i trochę pozostawionych pestek granatu. Przyprawić solą, pieprzem (sporo!) i naszą najlepszą oliwą.

Niestety, nie tak szybki do przyrządzenia jak danie główne będzie owocowy deser. Najlepiej zrobić go dzień wcześniej. A do obiadu tylko wyjmujemy z lodówki. Pasuje do niego dobrze zaparzona kawa. Bo deser jest wariacją na temat dobrze znanego i nieraz już banalnego włoskiego tiramisu, w którego skład wchodzi ser mascarpone.

Tiramisu z pomarańczami po mojemu

biszkopty sabaudzkie (savoyarde)

filiżanka mocnej kawy

4 łyżki miodu

ekstrakt z pistacji (ew. migdałowy lub likier amaretto)

250 g sera mascarpone

2 jajka

szczypta soli

skórka starta z pomarańczy (niepryskanej lub starannie umytej)

sok z 2 pomarańczy, miód i żelatyna lub gotowa galaretka pomarańczowa

liście świeżej mięty lub melisy

Z pomarańczy zetrzeć skórkę, wycisnąć sok, przecedzić go. Kawę posłodzić łyżką miodu, doprawić ekstraktem z pistacji. Jajka rozbić, oddzielić żółtka, utrzeć je ze skórką z cytryny i pozostałym miodem (można dać go więcej, jeżeli lubimy smaki słodsze). Dołożyć ser. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Domieszać do żółtek z serem. Doprawić 2–3 łyżkami soku z pomarańczy, ale tak, aby krem nie zrobił się zbyt rzadki.

Biszkopty ułożyć w jednym naczyniu lub miseczkach porcjowych. Najlepiej, gdy da się z nich ułożyć dwie warstwy. Pierwszą nasączyć kawą. Na niej rozłożyć połowę kremu. Rozłożyć drugą warstwę biszkoptów, nasączyć kawą, posmarować kremem. Wstawić do lodówki.

Z soku z pomarańczy, cukru i żelatyny sporządzić galaretkę lub zrobić ją z kupnej galaretki. Gdy się zestali, pokroić ją na drobne kostki. Pomarańczowe kostki rozłożyć na deserze. Podawać z listkami melisy lub mięty.

Ponieważ dzisiaj rzadko podajemy wątróbkę, a niektórzy ją lubią, chcę ich wesprzeć. Podam dwa sposoby na jej przyrządzanie. Może stanie się mniej nudna? Jest wartościowa choćby ze względu na zawartość żelaza. Kiedyś była podstawą żywienia osób z anemią, w tym dzieci i kobiet w ciąży. Dzisiaj nikt by jej już nie podawał codziennie. To zdrowe nie jest. Ale raz na jakiś czas? Warto nią uzupełnić codzienną dietę.

Na początek przepis starszy. Pochodzi z roku 1910, czytelniczka podpisująca się Mrówka umieściła go w „Tygodniku Mód i Powieści”. Jej przepisy są często dowcipne, a przy tym smacznie domowe. Opisuje wątróbkę cielęcą, ale tak można podawać i te drobiowe.

 

WYBORNY SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA WĄTRÓBKI CIELĘCEJ

Wątróbkę udusić. Kiedy już jest na doduszeniu nakrajać i przełożyć plastrami szynki gotowanej. A w sos przetrzeć przez durszlak jeden większy lub dwa małe pomidory. Razem jeszcze dusić parę minut i dać na stół z paroma kartofelkami. Radzę poprobować i życzę smacznego apetytu!

Drugą receptę znalazłam w dodatku do „Gazety Lwowskiej”, zatytułowanym „Kobieta w domu i w salonie”, z roku 1927. Ta zasłużona gazeta ukazywała się w latach 1811–1939. Daty mówią wszystko. Szkoda że dodatek dla pań ukazywał się w niej tylko w latach 20. XX wieku. Zamieszczane w nim przepisy opowiadają nam o polskiej kuchni kresowej.

 

Dopowiem jeszcze tylko, że do obu przepisów można zastosować owoce granatu. W pierwszym – zamiast pomidorów. W drugim – do podduszenia w sosie, także w połączeniu z musztardą. Najlepiej by było użyć tej nazywanej starofrancuską, z ziarenkami gorczycy. Dania mięsne z owocami wcale nie muszą być bowiem natrętnie albo mdło słodkie. Owoce zawsze podkręcamy ostrzejszymi dodatkami: pieprzem, papryką lub właśnie gorczycą. To zresztą wpływa nie tylko na smak. Nabierają wtedy w dodatku właściwości rozgrzewających, zimą pożądanych.

sobota, 13 września 2014
Wykwintny pasztet do smarowania chleba

Najsłynniejsze pasztety pochodzące z alzackiego Strasbourga wyrabia się z wątróbek gęsi, Te ptaki są, niestety, często tuczone na różne sposoby, niekiedy okrutne. Raczej u nas takich nie spotkamy. A i we Francji są bardzo drogie. Ich hodowla jest oprotestowywana. Od tych sposobów przymusowego tuczenia gęsi, aby spowodować u nich przerost i otłuszczenie wątroby, się odchodzi. Dobry pasztet przeznaczony do smarowania pieczywa i nie pieczony można zrobić także z wątróbek ptactwa czy zwierzyny wolno hasającej. A jeśli jest jakaś różnica w smaku? Nie warta dręczenia ptaka!

Takie francuskie pasztety z wątróbek mają w kuchni polskiej długą i dobrą tradycję. Może warto do niej sięgnąć? I co jakiś czas zamiast kupnych wędlin przygotować takie smarowidło do smarowania kanapek. Jego przygotowanie jest bardzo proste. Trzeba tylko się zaopatrzyć wątróbkę. Ma być delikatna. Może być cielęca, mogą to być różne wątróbki drobiowe, niekoniecznie gęsie, choć takie byłyby najbardziej stylowe. Na targu pod Halą Mirowską da się je kupić, a i pewnie na innych targowiskach bywają, oczywiście „w dobrych sklepach” drobiarskich.

Aby sporządzić mój pierwszy w życiu pasztet na sposób strasburski przeprowadziłam solidną kwerendę. Przeszukałam stare gazety z przepisami kulinarnymi i książki kucharskie. Znalazłam wiele pomysłów na taki pasztet! Był bardzo popularny także dlatego, że można go było dość długo przechowywać w czasach bez lodówek. Wytypowałam przepisy trzech dam klasycznej polskiej kuchni, tej dziewiętnastowiecznej: Lucyny Ćwierczakiewiczowej, Marty Norkowskiej i Marii Monatowej. W zasadzie ich przepisy niewiele się różnią. Ale szczegóły mogą być istotne. Prześledźmy więc ich recepty ułożone historycznie. Najstarsza pochodzi z tygodnika „Bluszcz” z roku 1882. Napisała ją zapewne Ćwierczakiewiczowa, współpracująca z tym wówczas coraz bardziej popularnym pismem dla pań.

Drugi przepis znalazłam w „Tygodniku Mód i Powieści. Nasz Dom” z roku 1912. Nie jest podpisany, ale wtedy współpracowała z pismem Marta Norkowska. Zapewne od niej pochodzi kolejny sposób na pasztet.

Świeżą wątróbkę cielęcą wymoczyć kilka godzin w wodzie, zdjąć błonkę, odcedzić z wody i nalać mlekiem, które wyciągnie czerwoność z wątróbki, wyjąć żyły, przeprowadzić przez maszynkę do mięsa i dusić w rondlu, kładąc w rozpuszczony gorący smalec (biorąc na dużą wątróbkę 1/2 f.) warstwami wątróbki plastry cebuli spażonej [!!!] gorącą wodą – dusić pod przykrywą do miękkości – mieć wygotowany z kilku grzybków smak, którym przecierając przez sito uduszoną wątróbkę, podlewać ją, biorąc jednak niewiele smaku, aby masa nie była za rzadka – po przetarciu całości, osolić do smaku, wsypać parę ziarnek utłuczonego jałowcu, przeprowadzić dwa najwyżej grzybki przez maszynkę, dodać łyżkę masła, masę tę trzeć przez pół godziny wałkiem w donicy, rozgrzać na ogniu, mieszając łyżką, i ciepłą masę wlewać najlepiej w formy od Strasburskiego pasztetu, lub małe maselniczki porcelanowe. Podanie bardzo dobre stanowi to purée do przekąsek, a także do herbaty na bułeczkę.

Trzeci przepis, z którego skorzystałam i dał efekt widoczny na zdjęciu, pochodzi z mojej ulubionej książki kucharskiej, którą otrzymała w młodości od wielbiciela moja Mama, czyli z „Kuchni uniwersalnej” Marii Ochorowicz-Monatowej. Przepisuję ją zachowując pisownię autorki i pewne błędy (tylko przecinki litościwie wstawiłam).

Pasztet strasburski z gęsich wątróbek

Kilo dużych gęsich wątróbek (z bardzo tucznych gęsi) namoczyć w mleku na noc. Pół funta młodej słoniny ugotować do miękkości, pokrajać w plastry, zasmażyć na biało jedną cebulę, włożyć na spód połowę słoniny, na słoninę obrane z błony wątróbki, przykryć znów słoniną, dać trochę korzeni i kwiatu muszkatułowego [!] i podlawszy dwie łyżki rosołu, dusić wątróbki przez 15 minut. Potem przepuścić je wraz ze słoniną przez maszynkę, przefasować przez sito, posolić, dać trochę białego pieprzu, wymieszać z kilku truflami ugotowanemi i pokrajanemi w plasterki i układać w gliniane terynki, w których w handlach [tak nazywano sklepy nazywane potem garmażeryjnymi, często ze stoliczkami, przy których kosztowano wyrobów] pasztet strasburski sprzedają. Na wierzchu zalać gęsim smalcem, przykryć papierem woskowym, nałożyć przykrywkę i zalepić brzegi białkiem. Taki pasztet można bardzo długo przechowywać w miejscu zimnem a suchem. Podaje się do śniadania lub smaruje bułeczki na niem kanapki.

Tajemnicze ostatnie zdanie jest złożone z oczywistym błędem. Idzie o smarowanie pasztetem kanapek, które wówczas były nowością, podawaną podczas przyjęć. Obok podanego przepisu u Monatowej znajdziemy takiż pasztet podany w galarecie, nazywanej wtedy auszpikiem. Można go śmiało podać podczas największego przyjęcia. Proszę zerknąć, jak wygląda. Może ktoś szuka eleganckiego dania do weselnego lub rocznicowego bufetu?

Pod przepisem na pasztet w auszpiku Monatowa podaje kolejny sposób na pasztet tego rodzaju, a więc do smarowania. Sporządza się go z dodatkiem cielęciny, jest więc mniej wątróbkowy, bardziej mięsny. Też wart wypróbowania!

Mój pasztet był skromniejszy. Przede wszystkim przyrządziłam go z wątróbki cielęcej i kilku wątróbek drobiowych. Namoczyłam je w mleku. Tak jak radzi Monatowa, dusiłam je ze słoniną (choć chyba w skromniejszych proporcjach). Następnym razem spróbuję wziąć tłuszcz palmowy lub po prostu masło. Do pasztetu dodałam ugotowane pieczarki i dwie trufle, które czekały na taką okazję. Przybrałam nimi wierzch pasztetu. Nie konserwuję go oczywiście w sposób opisany w przepisie. Dzisiaj mamy lodówki i nie jest to konieczne. Jeżeli pasztet chcemy przechować (np. wziąć w podróż), można go zamknąć w słoiczku i spasteryzować.

Pasztet zjedliśmy ze świeżą bagietką francuską (kupuje się jeszcze ciepłe!). Podałam do niego sałatę, a nasz domowy sommelier dobrał wino. Było to muscat, trzymany na taką właśnie okazję.

niedziela, 16 września 2012
Nowy Rok po żydowsku

Staram się poznawać zwyczaje świąteczne różnych narodów i religii, w tym także towarzyszące im reguły i potrawy. Dbam, aby to robić rodzinnie i z przyjaciółmi. To, co znane, przestaje być straszne. Różnorodność i wiedza o niej to bogactwo.

Dzisiaj, gdy słońce zajdzie, zacznie się dla Żydów (piszę z dużej litery, choć chodzi raczej o wyznawcow religii żydowskiej) Nowy Rok 5773. W pierwszy dzień roku został stworzony człowiek. Święto Trąbek wymalował pięknie Aleksander Gierymski. Przedstawia obrzędowość charakterystyczną dla Żydów polskich w w. XIX. Stojąc nad brzegami rzeki oczyszczali kieszenie – symbolicznie wrzucając do wody swoje grzechy. Te „Trąbki” to szofar, róg, w który kapłan dmie, aby ogłosić początek tego żydowskiego święta i Nowego Roku.

Kulinarny wyraz tego obchodów Rosz-Haszana to podawanie pokarmów słodkich. Aby słodki był cały rok. Podaje się też głowę (ryby lub barana). Symbolizuje ona początek nowego cyklu, nowego życia, Rosz-Haszana oznacza bowiem „głowę roku”. Tradycyjnym życzeniem tych żydowskich świąt jest: „Abyś był zapisany na dobry rok”. Wedle wierzeń, Najwyższy otwiera księgę z uczynkami i je osądza. A potem zapisuje człowieka lub nie na kolejny rok. Dlatego jest to święto refleksji, skruchy i pokuty. Jego ukoronowaniem jest Jom Kipur, dzień sądu. Związany jest ze ścisłym postem. Żydzi, często nawet ci, którzy nie praktykują religii, odwiedzają synagogę, gdzie jest wykonywana dramatyczna modlitwa-śpiew Kol Nidre, błaganie o odpuszczenie przewin, tych, które odpuścić można.

A my wraz z tym Nowym Rokiem wydajemy nasz filmowy obiad dla Miłych Gości. Naszykowaliśmy dwa filmy, wybierzemy jeden: albo „Austerię”, według pięknej powieści Juliana Stryjowskiego, albo trochę już oklepanego, ale wciąż jednak ulubionego (Topol!) „Skrzypka na dachu”. A obiad? Poznamy wymiar kulinarny tego święta, na ile się da.

Przede wszystkim będzie słodki karp podawany w naturalnej galarecie (bez żelatyny), a właściwie w gęstym sosie cebulowo-rodzynkowym z migdałami. Przepis już tutaj podawałam. Przypomnę tylko, że istotą ryby po żydowsku jest długie gotowanie ze sporą ilością cebuli i marchwi oraz bakaliami (rodzynki, migdały w skórkach), nadającymi słodycz. Niekiedy faszeruję tego karpia, dzisiaj nie. Będzie gotowany w całości, z noworoczną głową. W sosjerce obok półmiska z rybą stawiam zawsze pozostały "sos".

Faszerowany będzie natomiast kurczak, z nadzieniem z macy, ziół i granatów. Przed nim zaś rosół, barwiony szafranem, z kulkami z macy. Wiem, wiem, maca to pieczywo na Paschę, przaśne, bo wtedy jest zabronione jedzenie chleba na zakwasie, ale w końcu idzie mi o ukazanie żydowskiej tradycji kulinarnej, a nie o ortodoksję.

Na stole powinna być specjalnie upieczona okrągła chała, symbolizująca koło wiecznego życia. Do niej miód. Bo miodu na stole nie może zabraknąć, aby rok był słodki. Stąd pojawi się i cymes, czyli marchewka, słodka sama z siebie, ale dodatkowo jeszcze wzbogacona miodem.

Przyrządzę to danie według przepisu z książeczki pt. „Kuchnia żydowska”, której fatalne tłumaczenie już tu kiedyś opisałam. Potrawy ma sympatyczne, ale ich opis jest niekiedy do bani. Podam więc go po swojemu, zachowując składniki i tok gotowania:

Cymes z marchwi

50 dag marchwi

2 łyżki masła lub oleju

sok z jednej pomarańczy

1 cm kawałka korzenia imbiru

2 łyżki miodu

sól, pieprz

Marchew oczyścić, pokroić w plasterki. Imbir obrać, pokroić w cienkie słupki. Rozgrzać na szerokiej patelni tłuszcz, wrzucić marchew i pozostałe składniki. Zalać wodą (ok. trzy czwarte szklanki). Gotować mieszając, aż woda odparuje, a marchewki będą błyszczące i nie za miękkie.

 

Tradycyjnym deserem podczas tego święta są jabłka w miodzie. U mnie nie będzie to straszny ulepek, upiekę je, wkładając w wydrążenie w zielonych jabłkach Granny Smith miód i kuleczki z granatów, a przybiorę figami, też jako owocami podawanymi po raz pierwszy w tym roku; coś takiego powinno na stole się znaleźć.

Czy się nie zasłodzimy? Zobaczymy. Na stole znajdą się potrawy przełamujące smak słodki: sałatka z buraczków z rukolą i musztardowym winegretem oraz tzw. żydowski kawior, czyli siekane wątróbki drobiowe. Jak napisała mi Dana z Jerozolimy, jej mąż nazywał je „gehackte cures”. A trzeba wiedzieć, że „curesy” to żydowskie zmartwienia, biedy. Niech ich w Nowym Roku nam zabraknie. A miodu niech będzie w bród.

PS Korzystałam z różnych źródeł. Jeżeli w sprawach religijnych napisałam coś nieprecyzyjnie lub błędnie, chętnie przeczytam wyjaśnienia, uzupełnienia, a nawet pouczenia. Za wszystkie będę wdzięczna.

Przepisy na potrawy wymienione, ale nie opisane, zamieszczę kiedy indziej.

piątek, 31 sierpnia 2012
Co ugotować w weekend, na pożegnanie wakacji

Niedługo wybieram się po zakupy. A przed nami weekend. Może wizyta rodziny, może spotkanie z przyjaciółmi. No i wakacje się kończą, ostatni dzień sierpnia o tym przypomina. Zastanawiając się nad tym, co warto ugotować, przypomniałam sobie zapisane niegdyś dawne propozycje z „Przekroju”. Jest rok 1960, redaktor odwiedził kilka krajów tzw. bratnich, inaczej zwanych „demoludami” (od demokracji ludowej, jak nazywano skuwający je ustrój). Poznał ich kuchnie, egzotyczne dla siebie i swoich czytelników. Egzotyczne dlatego, że przez całe lata 50. PRL był twierdzą zamkniętą nawet dla tych przyjaciół zza bratnich granic. Dopiero po roku 1956, a zwłąszcza w latach 60., granice stopniowo się otwierały. Ludziska, w ramach panującego wówczas dobrobytu spod znaku „małej stabilizacji”, nieśmiało zaczęli odwiedzać kurorty nad Balatonem czy Morzem Czarnym. Poznawali produkty u nas niedostępne. Przywozili je do kraju. I tak ustrój przestawał być ponurą twierdzą. A jak się to skończyło? Może w 1981 roku apelem ówczesnej „Solidarności” (zupełnie innej niż ta dzisiejsza) do robotników innych demoludów, aby zawiązywali wolne związki zawodowe, a może dopiero rokiem 1989.

W moim blogu podawałam już kiedyś dania węgierskie przywiezione wtedy przez redaktora Romana Burzyńskiego. Dzisiaj: kuchnia bułgarska. Wyznam, że bardzo ją lubię. W ówczesnej Bułgarii byłam trzy-cztery razy i zawsze cieszyłam się wszystkim, co tam jadłam. Papryka i pomidory, dania mięsne z rusztu (wtedy grille nie były u nas znane), mięsa duszone z warzywami. Do dzisiaj mi ten kierunek odpowiada. No i znakomite bułgarskie, czyli bałkańskie, jogurty i sery, które wreszcie są i u nas dostępne.

Może więc przyrządzić jutro którąś z potraw bułgarskich? Gdy ją zrobię, dodam zdjęcie. Na razie poczytajmy i na któreś z dań się zdecydujmy.

Musaka (akcent na ostatnią sylabę) – doskonała potrawa półmięsna, którą można by przeszczepić do Polski. Oto przepis, który otrzymałem wprost od kucharza restauracji „Czerwony Rak” w Złotych Piaskach.

Część „A”: półtorej cebuli z dodatkiem pieprzu, soli, papryki i odrobiny pomidorów, oraz pół kg kartofli surowych, pokrajanych w drobne kosteczki – usmażyć na patelni na rumiano.

Część „B”: Pół kilo mięsa mielonego – pół na pół cielęcina lub wołowina z wieprzowiną - połączyć z usmażona mieszaniną „A”. Wszystko włożyć do brytfanny i piec w piecyku. Tymczasem przygotować sos „C” składający się z ćwierci litra mleka świeżego lub kwaśnego i dwóch jajek. Gdy masa „A” plus „B” jest gotowa, to znaczy upieczona, wyjąć brytfannę na chwilę z pieca i polać wszystko z wierzchu sosem „C”. Włożyć jeszcze raz do pieca na 3–4 minuty. Podawać pokrajane w duże kostki. Przypisek autora: ta potrawa prawdopodobnie znakomicie nadawałaby się do zapiekania w małych naczyńkach szklanych ogniotrwałych, w których można by ją podawać wprost do stołu.

Kebabczeta (akcent na drugą sylabę), narodowa potrawa, niesłychanie tam popularna. Przepis zapisany na randce z pewną Bułgarką.

Pół kilo mielonego mięsa baraniego, cielęcego, wołowego z małym dodatkiem wieprzowiny. Dodać soli, pieprzu i cebuli, drobno utartej na tarce, dobrze wymieszać i wstawić na trzy godziny do miejsca chłodnego, najlepiej lodówki. Formować z tego mięsa. wałeczki wielkości krótkiej a grubej parówki, ułożyć je na ruszcie i piec na ogniu. Podaje się z możliwie najbardziej urozmaiconym garniturkiem, jak pomidory w plasterkach, posypane zieloną pietruszką i pokropione oliwą z octem, ogórek surowy etc.

Uwaga: zielona nać pietruszki, jako dodatek do sałatek i surówek jest wynalazkiem genialnym. Podobno bardzo zdrowe.

Bardzo ładnie podaje się w Bułgarii zwykłą wątróbkę smażoną: wątróbka krajana jest w wąskie paseczki, a cebulka w cieniutkie niteczki i usmażona na chrupko. Do tego dawano ryż (także i do innych mięs) zmieszany z zielonym groszkiem, co mi bardzo smakowało. Sam ryż jest mdły, sam groszek nudny, a razem te dwie rzeczy doskonale się uzupełniają.

Kilka słów komentarza: musakę przyrządzam z samej wołowiny lub cielęciny. Zwykle polewałam ją białym beszamelem, ale sposób tu podany jest znacznie prostszy. Na pewno go wypróbuję. Do musaki dodaję zazwyczaj bakłażany. Można dawać też cukinie, no i opisane ziemniaki. Ale mnie wydawały się nudne, dotąd więc ich nie stosowałam.

Pieczone na grillu kebabczeta są znakomite. To potrawa znana na całych Bałkanach. Mam z nią związane pewne wspomnienie: gdy w pewnym tygodniku prowadziłam kolumnę kulinarną, podałam przepis na takie „kiełbaski” z mielonego mięsa. Sekretarz redakcji nie wierzył, że bez dodatku bułki i jajka się nie rozpadną. Tłumaczyłam, że na pewno nie, ale pozostał sceptyczny. Po przyjściu do domu przyrządziłam kebabczeta, następnego dnia przyniosłam do redakcji. Przepis zamieściłam, ale czy redaktor mi na pewno uwierzył? Zjadł, smakowały mu, ale nie wydawał się przekonany. Taka jest siła przyzwyczajenia. Także do tych kiełbasek nie dodaję wieprzowiny.

Ryż z groszkiem bardzo polecam! Także do innych potraw. Warto trzymać dyżurną puszkę groszku na półce.

No a te pomidory z octem... Po co ocet, wystarczy sama dobra oliwa. No, chyba że ktoś się upiera. A natka na pewno jest zdrowa. Ma mnóstwo witaminy C. Warto podawać ją nawet do kanapek. I przyzwyczaić dzieci do jej jedzenia.

PS Na zdjęciu obiad po bułgarsku, słabo widać, ale cóż, taki był papier w ówczesnych gazetach, nawet tak poczytnych i sprzedawanych „spod lady” (chyba już nie wszyscy kojarzą to pojęcie), jak „Przekrój”.

| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl