O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: brzoskwinie

czwartek, 29 września 2016
Kiełbasa i boczek inne niż zwykle

Każda wizyta na jesiennym bazarze wprawia w dobry nastrój. Kolory i zapachy (jabłka i śliwki pachną z daleka!) cieszą zmysły, trudno wybrać, co chce się kupić. Na zakupy idę z jakąś listą, ale często kupuję więcej lub… coś innego niż zapisałam. Bo niespodziewanie przychodzi apetyt, gdy widzi się produkty apetyczne, pięknie ułożone i świeże. I cały plan zakupów trzeba zmodyfikować! Tym razem na bazarze przy Hali Mirowskiej mój wzrok padł na piękne mięsa i wędliny. Oczywiście, mam swoje ulubione stoisko, gdzie kupuję szynkę dobrze upeklowaną i nie za słoną. Tym razem zakupy rozszerzyłam.

Nie oparłam się pięknie wyglądającej kiełbasie z dodatkiem mięsa wołowego. Kupiłam pęto. Do tego poprosiłam o świeży boczek. Chudziutki, różowiutki, znakomity do zrolowania i upieczenia. Ale do tych mięs kupiłam, rzecz jasna, solidną porcję warzyw i owoców. Dzięki czemu mogłam połączyć z nimi owe mięsa. To łączenie zna dobrze kuchnia polska, choć w niedawnym jej okresie – gdzieś przed jakimiś siedemdziesięcioma laty – o tym zapomniano. Sięgnijmy do kuchni aż staropolskiej. Przywróćmy pamięć o tych – na przykład – „potrawach z kapłona” z porzeczkami, z poziomkami, z wiśniami, o tych rybach „z limonią”, „z sałatą”, „z  pistacjami”, „ze szczawiem”, o tej „potrawie osobliwie baranek z czosnkiem”, o daniach z jabłkami lub gruszkami „tretowanymi”… A wymieniam tylko kilka siedemnastowiecznych pomysłów za „Compendium ferculorum” imć Stanisława Czernieckiego, kucharza Lubomirskich, autora pierwszej znanej nam książki kucharskiej pisanej po polsku.

Można się bawić i gotować po staropolsku, można też te pomysły przenosić w wiek XXI i tworzyć potrawy z ich stylizacjami. Czy warto? Chyba tak. To świetna zabawa! A i zdrowa, bo na stoły trafia więcej warzyw, a ogranicza się spożycie mięsa. Dlatego z bazaru przynośmy przede wszystkim koszyki pełne owocowych i warzywnych dóbr jesieni. Od ich ilości w głowie może się zakręcić! Mimo pokus nie kupujmy jednak za dużo, aby nic się nam nie zmarnowało.

A oto dwie propozycje na dania z produktów przyniesionych z bazaru. Poczciwa smażona kiełbasa na szybki obiad może być usmażona nieco inaczej niż zwykle. Zwracam uwagę na pieprz, którego użyłam. „Kamis” wprowadził na rynek całą gamę rozmaitych rodzajów pieprzu – testuję je właśnie.

Kiełbasa z cebulą i pomidorami po mojemu

kiełbasa

ew. smalec gęsi lub olej

2 cebule

2 pomidory

suszone oregano lub majeranek

sól, czarny pieprz ostry lampung

Kiełbasę obmyć, osuszyć. Naciąć skórkę. Obsmażyć na patelni beztłuszczowej, jeżeli tłuszcz się z niej nie wytopi – dodać dwie łyżki smalcu lub oleju. Cebule pokroić w półplasterki, dorzucić do kiełbasy. Smażyć mieszając cebulę, a kiełbasę obsmażać z każdej strony. Pod koniec dodać pomidory, zagrzać mocno, posolić, posypać pieprzem.

Jak widać, smażenie nie trwało zbyt długo. A przygotowanie kiełbasy nie wymaga wiele umiejętności. Podajmy ją albo do gotowanych ziemniaków, albo po prostu do chleba. Zdradzę jeszcze, że nam ta pomidorowo-cebulowa kiełbasa smakowała z piwem. Kto zaś lubi lub potrzebuje, może nieco piwa kapnąć do smażącego się dania i patelnię przykryć, a po kilku minutach najtwardsza kiełbasa się poddusi i zmięknie. Nabierze też dodatkowego smaku.

Nieco więcej zabawy miałam z boczkiem. Uwaga: można znaleźć takie już zrolowane, gotowe do pieczenia. Albo zrolować boczek samodzielnie i związać go sznurkiem (specjalne nici lub sznurek można znaleźć wśród kuchennych akcesoriów). Zastosowany zestaw przypraw odesłał nasz poczciwy boczek nieco w stronę Dalekiego Wschodu, ale takiego fusion, podkręconego smakiem wędzonki za sprawą wędzonej papryki. A kto czytał moje poprzednie odcinki bloga, ten wie, że właśnie z Azji pochodzą też brzoskwinie, które nadały mu ostatecznego szlifu.

 

Boczek pieczony z brzoskwiniami po mojemu

zrolowany świeży boczek

sos z mirinem

torebka przypraw miso

majeranek

papryka wędzona ostra

świeży tymianek

olej ryżowy do smażenia

Zrolowany i związany boczek posmarować sosem z mirinem i pastą miso, wetrzeć je w mięso razem z majerankiem i wędzoną papryką. Odstawić do lodówki na dzień, a nawet dwa, a wcierając przyprawy odwracać

 

Na patelni rozgrzać olej, mięso starannie obsmażyć z każdej strony.

 

Przełożyć do odpowiedniego naczynia, piec ok. godzinę w 180 st. C lub 3 godziny w 80 st. C; mięso ma być miękkie także w środku. Podczas pieczenia ponownie polać sosem z mirinem, na spód naczynia kapnąć nieco wody. Boczek odwracać. Pod koniec pieczenia dołożyć brzoskwinię pokrojoną w półplasterki i gałązki tymianku. Polać wszystko sosem, na 10 minut zwiększyć temperaturę do 200 st. C. Po wyjęciu z piekarnika odstawić na 10 minut pod przykryciem z foli aluminiowej. Kroić w cienkie plastry.

Do tego boczku proponuję sałatę masłową z brzoskwiniami. Doprawiłam ją olejem ryżowym i kremowym octem balsamico o smaku owocowym.

 

Swojska kiełbasa, swojski boczek smakują inaczej niż zwykle. Zamiast pomidorów do kiełbasy można dać paprykę albo... świeże śliwki, podobnie można piec boczek z innymi owocami, także tymi z puszki. Ale to zostawmy na zimę. Teraz koniecznie kupujmy warzywa i owoce świeże. I wszystkie zjadamy przyrządzone na różne sposoby.

Na koniec tradycyjny deser z łamów starej prasy. Oto kiełbasiany temat z „Kuriera Warszawskiego” z roku 1847. Pisownia, jak zwykle, oryginału. A temat też oryginalny!

 

W wielu kraiach bywaią potrawy na przyiacielskie uczty dawane, tylko z iednego przedmiotu sporządzane, lecz w rozmaitych postaciach stosownie do pory roku. W czasie karnawału, takich uczt są bohaterkami kiełbasy. Komuż w Warszawie niewiadome te zebrania amatorów na tak nazwane Piwo Bawarskie. Nareszcie i kiełbasy doczekały się iuż podobnego zaszczytu. Kilka dni temu w piwnicach lokalu utrzymywanego przez JP. Kutznera, w połączeniu z innemi podobnego rodzaiu dogodnościami, w domu przechodnim zwanym Rezlera,przy dobranej muzyce, odbyła się wieczerza, Wurst-Pikmik, niby schadzka na kiełbasę; należało do tego pikmiku osób ze 40ści. Bodajto były domy przechodnie. Wspomniana kolacja miała w sobie tę osobliwość, że składała się z 6ciu potraw z samych kiełbas przyrządzonych; zakończyła się nieodrodnym także pasztetem. W wielu miastach niemieckich piękna rodu ludzkiego połowa od podobnych uczt nie iest wyłączona. W naszym kraiu a szczególniei w Warszawie, w czasie karnawału głównemi przysmakami są pączki i faworki; lecz gdy większa połowa mężczyzn nie są lubownikami słodyczy, przeto w karnawale zadowala się kiełbasami, zwłaszcza urozmaiconemi przyprawami.

Niestety, autor notki nie wymienia sposobów sześciokrotnego przyprawienia kiełbasy. „Pikmik” zabawny. Może powtórzyć pomysł i odtworzyć kiełbasianą ucztę? Jesień i zima będą sprzyjać takim apetytom i zabawom.

piątek, 23 września 2016
Pomarańczowo (3). W tym o nieśmiertelności

Królewskimi owocami o pomarańczowej barwie miąższu są brzoskwinie. Od moreli większe, subtelniejsze w smaku, soczyste, cieszą się zasłużonym powodzeniem. Jak wszystkie owoce pomarańczowej barwy, zawierają wartościową prowitaminę A. Ale także żelazo, magnez, wapń. Jemy je dla zdrowia i smaku. Mają dość twardą skórkę z charakterystycznym meszkiem. Do sporządzania deserów zwykle ją usuwamy. Schodzi łatwo po zanurzeniu owoców na kilka sekund w gotującej się wodzie.

Z brzoskwiń nie musimy koniecznie przyrządzać deserów, ale w nich roztaczają pełnię swojej urody. Pyszne są surowe – np. w sałatkach owocowych, znakomite gotowane w syropie, a nawet pieczone. I takie właśnie brzoskwiniowe desery dzisiaj pokażę. Warto je traktować tylko jako wstępne propozycje. Delikatny smak brzoskwiń można podkręcać na różne sposoby. Kiedyś już pokazałam takie z czekoladowym sosem. W połączeniach z innymi owocami. Na ciastach.

Dzisiaj będą u mnie proste desery wedle sprawdzonych przepisów. Szybkie i łatwe do wykonania, pozwolą nam ugościć przyjaciół prawdziwie wykwintnie. O ile lepszym smakołykiem od kupowanych ciastek czy ciast. I zdrowszym, i... tańszym.

Zacznijmy od przepisu, który znalazłam w przepięknie wydanej książce Alaina Senderensa „Le cuisin selon Proust” (Janku, merci!). Tytuł mówi o jej treści., Oprócz porcji tekstu zawiera znakomite przepisy, pochodzące z epoki Autora, który „poszukiwał straconego czasu”. Ilustracje z epoki pozwalają z nostalgią zanurzyć się w ten czas, który pulsował rytmem zupełnie innym niż nasz. Spokojniejszym. Pieczołowicie wypracowanym. Pozwalającym chyba bardziej cieszyć się światem. Zwłaszcza tym, którzy nie musieli w pocie zabiega o chleb powszedni, bo należeli do opisywanego przez Prousta świata arystokracji i bogatego mieszczaństwa.

 

Przepis „proustowski” jest wzorcowo prosty. A pozwala uzyskać zachwycający efekt eleganckiego deseru owocowego. To kompot. Jednak taki w dawnym stylu, a nie ten wodnisty, podawany w szklankach, właściwie jako napój, a nie deser. Recepta z książki pozwala podać go chyba dla dziesięciu gości. Ja przyrządziłam go z trzech owoców, redukując ilość cukru. Ale podaję proporcje oryginalne.

 

Brzoskwinie jako kompot z czasów Prousta

1,6 kg brzoskwiń

16 dag cukru

1 cytryna

Brzoskwinie po zblanszowaniu obrać ze skórki, przepołowić, pestki odrzucić. Połówki pokroić w kostkę. W rondelku o grubym dnie owoce zasypać cukrem i polać sokiem z cytryny. Na małym ogniu gotować pod przykryciem 40 minut, od czasu do czasu mieszając. Kompot podawać przybrany listkami mięty.

Brzoskwinie w kompocie będą się gotowały we własnym soku, doprawionym tylko cukrem (śmiało można go dać mniej!) i sokiem z cytryny. Można je podawać na ciepło lub na zimno; mocno schłodzone po sutym obiedzie zadziałają na żołądek jak łagodny kompres. Ja dodałam do ich przyrządzenia wanilię. Bardzo to miłe zestawienie.

W kolejnym deserze podobny efekt uzyskamy nieco innym sposobem: podgotujemy klasyczny deser, czyli brzoskwinie w syropie. Można je podawać same lub układać na ciastach, dodawać do sałatek itd.

 

Brzoskwinie w syropie z lodami po mojemu

brzoskwinie

10 dag cukru

szklanka wody

kilka ziarenek anyżku

2 goździki

Brzoskwinie po sparzeniu obrać ze skórki, pokroić w dość cienkie półplasterki. Z cukru i wody przyrządzić syrop, do gorącego włożyć owoce oraz przyprawy. Gotować 15 minut, aby owoce nabrały smaku, ale się nie rozgotowały.

 

Odcedzić. Wyłożyć do salaterek. Podawać ciepłe, tuż przed podaniem na każdej porcji położyć kulkę lodów waniliowych lub pistacjowych. Przybrać listkami mięty lub melisy. Podawać od razu, zanim lody się rozpuszczą.

Syropu brzoskwiniowego, oczywiście, nie wylewamy! Może posłużyć do sporządzania napojów, można go dodawać do innych deserów lub wręcz duszonych potraw, nawet z mięs czy drobiu.

A teraz brzoskwinie pieczone. Smakują solidniej niż poprzednie. Podajemy je więc po lekkim obiedzie, na przykład takim składającym się tylko z sałatki. Tych owoców nie obieramy ze skórki. W piecu zmięknie.

 

Brzoskwinie z pieca po mojemu

brzoskwinie

stewia do słodzenia

płatki lub słupki migdałów

świeże masło

Brzoskwinie umyć, osuszyć. Przekroić na pół, usunąć pestki. W miejsce pestek włożyć szczyptę płatków lub słupków migdałów i kulkę masła, posypać słodzikiem ze stewii. Ułożyć w naczyniu żaroodpornym lekko nasmarowanym masłem, zapiekać 30­–40 minut w 160 st. C. Podawać na
gorąco.

W wyższej temperaturze brzoskwinie upieką się szybciej, ale nie będą tak delikatne. Deser można dodatkowo posypać migdałami prażonymi na suchej patelni. Można przybrać konfiturami z wiśni. Obok warto postawić ciasteczka kruche lub z ciasta francuskiego.

A teraz elegancki przepis z czasów przedproustowskich. Ciekawy! Podał go „Kurier Warszawski” w roku 1865. Ten deser zachowuje dyskretny urok tamtego straconego czasu. Jak zwykle, nie zmieniam archaicznej pisowni.

 

Ponieważ w tym roku, Brzoskwinie w owocarniach Warszawskich i licznie i w dobrym gatunku się pojawiają, przeto pozwolą nam Panowie smakosze, że im zaleciemy praktykowany bardzo powszechnie w południowej Francji sposób spożywania onych. Owóż, sposób ten polega na tem, iż

obraną ze skórki brzoskwinię, nalewa się dobrem burgundzkiem winem, a jeżeli owoc nie jest bardzo słodki, dodaje się wedle upodobania nieco tłuczonego cukru i brzoskwinię się w winie ugniata. Jest to jedna z tych szczęśliwych kombinacyi gastronomicznych, skutkiem której smak tak wina jak i owocu, wzajemnie się podnoszą i doskonale się harmonizują. Dodajemy, że na jedne szklankę wina, bierze się dwie brzoskwinie.

No dobrze, co przyrządzić z brzoskwiń – już wiemy. Teraz czas na porcję wiedzy, między innymi o ich pochodzeniu. Poznajmy ją za przedwojennym magazynem ilustrowanym „As” z roku 1935.

 

Chińczycy przypisywali brzoskwiniom duże własności. Brzoskwinia „Yu” ma chronić – według nich – ciało od zepsucia i zachować je tak aż do końca świata. Cesarze chińscy tej miary co Tsinchi-Hoang, jak wierzą Chińczycy, żywili się brzoskwiniami, które zapewniły im nieśmiertelność. Chouy-ki podaje, że „ktokolwiek zje brzoskwinie z gór Kouoliou zapewni sobie wieczne życie”.

Z tych powodów Chińczycy umieszczali ją na malowidłach i rzeźbach swoich grobowców. Jako idea długiego życia jest wysyłana jako prezent z życzeniami.

Z Chin dostała się brzoskwinia do Japonji już dość wcześnie. Na zachód przez mur chiński przeszła późno, już w czasach, kiedy ludy mówiące sanskrytem dawno się po świecie rozeszły. Toteż nie spotykamy w sanskrycie żadnej w zmianki o niej. Również literatura hebrajska nie zna brzoskwiń.

Z Indji rozpowszechniła się w Armenji i Persji, gdzie poznali ją Grecy i dlatego nazwali „Persica vulgaris”. Pierwszy z pisarzy greckich wspomina o niej Theofrast – (322 r. przed Chrystusem), jako o drzewie perskiem. Jednak za jego czasów nie była jeszcze w Grecji znana, dopiero wyprawy Aleksandra Wielkiego rozpowszechniły ją po całej Grecji.

Do Rzymu dostała się brzoskwinia w I w. po Chrystusie, według Pliniusza za Augusta. Znajdujemy ją w wykopaliskach Pompei. Z osadnikami rzymskimi rozeszła się po całej Galji i Europie południowe j i środkowej.

W siedemnastym wieku przewieziono brzoskwinie do Ameryki, gdzie dzięki doskonałym warunkom klimatycznym uprawa jej tak się udawała, że owocami karmiono nawet świnie. […]

Dlaczego Grecy nazwali brzoskwinie nie w swoim języku, lecz po łacinie – pozostanie na wieki zagadką autorki tekstu, podpisanej jako inż. H. Popławska. Zapewne w jej opisie znajdziemy też uproszczenia. Ale teza o tym, że brzoskwinie zapewniają nieśmiertelność, jest zdecydowanie ciekawa. Czy jednak tylko te z tajemniczych chińskich gór? Czy nadal tam można je spotkać? Bo może ktoś je już wszystkie wyjadł. Tylko kto? Może wśród spożywających był Marcel Proust? I stał się prawdziwie Nieśmiertelny.

O brzoskwiniach w daniach innych niż desery jeszcze napiszę. Te owoce zasługują na solidne potraktowanie i częste podawanie.

wtorek, 09 sierpnia 2016
Owoce sierpnia

Sierpień to ukochany miesiąc tych, którzy kochają owoce. Ich wybór na bazarze jest duży, choć ceny zwykle zależą od urodzaju. W tym roku nie są wysokie (może z wyjątkiem malin). Cieszą oczy i podniebienie, dekorują dom, no i stanowią podstawę zimowych zapasów. Ale nie o nich dzisiaj będzie. Będzie o ciastach z owocami.

Wiele razy już pisałam, że nie mam ambicji ani uzdolnień, aby być dobrym cukiernikiem (cukierniczką – to jednak dziwnie brzmi; prawda?). Wypieki nie zawsze mi się udają. Zwykle nie mają pięknego wyglądu i nawet gdy są smaczne, stołu nie ozdobią. Choć ciasta z owocami może należą do wyjątków. Wprawdzie, oczywiście, nie wyglądają tak, jak te z cukierni, ale same owoce są tak dekoracyjne, że dobrze wypływają na wygląd. Nawet, gdy jest nieco… niedbały.

Sam wybór owoców może nastręczać trudności. Na bazarze pierwsze piękne jabłka – blade papierówki i antonówki, gdzieniegdzie jeszcze ciemne wiśnie, pojawiają się śliwki różnych gatunków i barw, brzoskwinie i morele, arbuzy z miąższem czerwonym i żółtym, pierwsze winogrona od granatowych poprzez różowe po jasne, no i mamy moc owoców jagodowych. Maliny, jeszcze ostatnie truskawki i poziomki, jeżyny, pierwsze jagody, no i porzeczki. Czy którychś nie wymieniłam?

Porzeczki w dzieciństwie jadłam namiętnie, moje koleżanki też. Nie wiem, czy dzieci nadal je jedzą z takim zapałem (moje wnuki troszkę poskubały, ale bez entuzjazmu). Nie każdy je lubi. Są wyraźnie kwaskowe i mają pesteczki, ale jak pięknie radosny wygląd! Lubię kupić i białe, i czerwone. A gdy obok pojawią się czarne, na wschodzie nazywane smorodiną – chciałoby się je namalować. Albo zużyć na przetwory. Dżemy, galaretki (zawierają moc pektyn), soki, nalewki, dla wyspecjalizowanych wino (moja Babcia nastawiała takie w gąsiorze, było pyszne; mogłam w nim zamoczyć usta). Na to będzie jeszcze czas. Na razie kupiłam porzeczki czerwone i wykorzystałam je do ciasta. Polecam je gorąco – i porzeczki, i to ciasto, na które przepis znalazłam w moim starym zeszycie z roku… 1986. Prehistoria, prawda?

Placek z porzeczkami

50 dag czerwonych porzeczek

4 jajka

22,5 dag cukru

10 dag masła

cukier, ekstrakt wanilii lub jej ziarenka

szczypta soli

17,5 dag mąki pszennej

1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

płaska łyżka mąki ziemniaczanej

75 g wiórków kokosowych

Porzeczki oddzielić od gałązek. Odważyć 100 g cukru, dodać szczyptę soli, utrzeć z masłem, wanilią, jednym całym jajkiem i trzema żółtkami (białka odstawić do lodówki). Do masy maślano-jajecznej przesiać mąkę pszenną i proszek do pieczenia, utrzeć. Ciasto wyłożyć do średniej tortownicy, piec 30 minut w 180 st. C.

 

Upieczony krążek wyjąć na kratkę, wystudzić. Trzy białka ubić jak zwykle (najpierw na małych obrotach, potem je zwiększyć), dodając po trochu pozostały cukier, a wreszcie mąkę ziemniaczaną i wiórki kokosowe. Masę bezową wymieszać z porzeczkami, rozsmarować na krążku ciasta wstawionym ponownie do tortownicy.

 

Piec ponownie 35 minut w 180 st. C. Wyjąć z piekarnika, gdy przestygnie.

Zamiast kokosowych wiórków można wziąć mielone orzechy lub migdały. To ciasto dobrze smakuje nawet po dwóch-trzech dniach. Do popołudniowej herbaty – znakomite. Lecz może nie mamy piekarnika, ale mamy tylko lodówkę, bo jesteśmy np. na campingu. Możemy przyrządzić sernik malinowy. Byle kupić ser biały trzy razy zmielony lub ricottę czy mascarpone. Gdy sernik przygotujemy rano, wieczorem, a jeszcze lepiej następnego dnia, zaprośmy wakacyjnych gości. Zapamiętany z dzieciństwa sernik z galaretką będzie miłym akcentem spotkania.

 

Sernik z malinami w galaretce

30–40 dag malin

25–30 dag sera zmielonego na sernik, ricotty lub mascarpone

ew. cukier puder

2 galaretki z owoców jagodowych

herbatniki

bezy cukiernicze

Maliny opłukać, wysuszyć. Jedną galaretkę przygotować w połowie przewidzianej porcji wody, drugą w porcji całej. Obie przestudzić. Schłodzoną (może być jeszcze letnia, byle nie gorąca) galaretkę z połowy porcji wody wymieszać z serem, spróbować, jeżeli potrzeba dosłodzić cukrem pudrem. Herbatnikami wyłożyć spód tortownicy, na nim rozsmarować masę serową.

 

Na niej rozłożyć maliny i pokruszone bezy, zalać koniecznie zimną i tężejącą drugą porcją galaretki. Wstawić do lodówki. Sernik podawać przybrany listkami mięty i pokruszoną bezą.

Ten sernik będzie się ładnie prezentował niezależnie od zdolności cukierniczych. Dzieci go zwykle bardzo lubią. A i dorosłym da porcję przyjemności. Trzeba go przygotować wcześniej, najlepiej gdy postoi w lodówce całą noc.

Na koniec podam więc radę dla tych, których dopadli goście niezapowiedziani. Latem nietrudno o rodzinę lub przyjaciół bawiących przejazdem, może się zdarzyć i najazd wnuków, z którymi rodzice coś muszą zrobić, i spotkanie z przyjaciółmi, którzy zapragnęli opowiedzieć nam o swoim urlopie. Co zrobić, gdy „nic nie ma w domu”? Ratunkiem będzie gotowe schłodzone ciasto francuskie lub kruche, które zawsze warto trzymać w lodówce. No i owoce. Tym razem będą to brzoskwinie. Ciasto jest tak banalnie proste, że przyrządzi je nawet słomiany wdowiec. O ile ktoś jeszcze wie, że nazywano tak pana, który zostawał „w mieście”, podczas gdy rodzina bawiła na letnisku. Współczesny słomiany wdowiec da radę upiec takie ciasto na powitanie rodziny powracającej z wakacji.

 

Tarta z brzoskwiniami po mojemu

2–4 brzoskwinie

schłodzone ciasto kruche lub francuskie

mielone orzechy laskowe lub migdały

cukier kryształ i cukier puder

cynamon mielony

wiórki migdałowe

Ciasto przygotować do pieczenia jak wskazano na opakowaniu. Podpiec wstępnie przez 10–15 minut w 200 st. C. Orzechy wymieszać z cukrem kryształem. Wyjąć. Brzoskwinie umyć, wysuszyć, pokroić w półplasterki. Rozłożyć je na cieście, posypać cukrem pudrem, cynamonem i wiórkami migdałów. Piec 20–30 minut w 180 st. C. Tarta jest gotowa, gdy brzegi ciasta i migdały się delikatnie zazłocą, a brzoskwinie lekko puszczą sok, który wmiesza się z warstwą orzechów.

To wszystko. Tarta smakuje znakomicie po lekkim przestudzeniu, ale na drugi dzień też będzie dobra. Może stać w pomieszczeniu, ale trzeba ją przykryć, aby nie przyciągała much. Nie podaję proporcji cukru, każdy może je dostosować do smaku i możliwości. Kto ma białko, może je ubić z cukrem i zapiec na cieście, aby utworzyła się warstwa bezowa. To jednak dodatkowe kalorie. A brzoskwinie po zblanszowaniu, czyli zanurzeniu na minutę we wrzątku, można obrać ze skórki. Ale czy warto?...

Podane trzy przepisy są tylko skromnymi przykładami z bogatej listy receptur ciast z owocami. Polska kuchnia w nich się kochała. Obok skromniejszych placków z kruchego ciasta (ze śliwkami najlepszy!), poprzez ciasta drożdżowe (najpyszniejsze z jagodami!) po owocowe strudle (przyznajmy, że wzięte z kuchni Austro-Węgier), kremowe rolady i torty. Tych wymyślnych raczej poszukam w cukierni.

Na koniec owocowa propozycja bez ciasta. Zadowoli i tych, co na diecie, i tych, którzy za ciastami nie przepadają. To po prostu owocowa sałatka. W roku 1934 opisała ją Pani Elżbieta, czyli Elżbieta Kiewnarska w „Kurierze Warszawskim”. Przywołana macédoine była modna przed wojną. Może warto przywrócić tę zdrową modę? Z francuską nazwą lub banalniejszą polską. Przypominam, że tekst zamieszczam w przedwojennej pisowni.

 

Na zapytanie kilku czytelniczek, co właściwie oznacza ta nazwa i czemu w każdej restauracji deser, noszący tę nazwę, inaczej smakuje, odpowiem krótko: „Macédoine jest to francuska nazwa dla każdej mieszanej sałaty jarzynowej czy owocowej”.

Specjalne jednak u nas stosuje się nazwę „macédoine” do letnich sałatek owocowych z owoców surowych, do tego, co Anglicy nazywają „fruit salad” lub „fruit cocktail". Różnica tych obu polega głównie na tem, że pierwszą się podaje na talerzykach i jako deser lub jako danie podwieczorkowe, od drugiego się zaczyna drugie śniadanie lub obiad. Zastępuje ona miejsce owocu, który znów zastępuje zupę.

Rozmaitość smaku „macédoine” w rozmaitych jadłodajniach pochodzi stąd, że właściwie ścisły przepis na ten przysmak nie istnieje. Każdy kuchmistrz czy każda gospodyni w przyrządzeniu jego rządzi się nietylko indywidualnym smakiem, lecz i zasobami, jakiemi w danej chwili rozporządza jego lub jej spiżarnia.

Zasadą główną jest zmięszanie jaknajwiększej ilości gatunków owoców, przyczem chociaż część tych owoców powinna być bardzo aromatyczna – ocukrzenie ich i mięszanie od czasu do czasu, aby się przejęły aromatem najbardziej pachnących i trzymanie na lodzie aż do chwili podania. W praktyce najsmaczniejsze jest „macédoine”, zrobione przynajmniej na dwadzieścia cztery godziny przed chwilą podania. Wszelkie sałatki owocowe a głównie różne surówki, o ile chociaż część w skład ich wchodzących owoców nie jest gotowana, można nazwać „macédoine”. Zależnie od kraju i gustów jego mieszkańców skład tego „mięszanego kompotu” może być najrozmaitszy. W Anglji naprzykład, a za jej przykładem na naszych statkach pasażerskich, przerażających Anglików, taki „fruit salad” lub „fruit cocktail” składa się z ananasu i grape'ów (pample-mousse'ów). Gorzej jest, gdy do takiego „refreshment”, nie pytając, doleją trochę „custard'a”, który w założeniu ma być zaciągany kremem waniljowym a w praktyce jest jakimś
rzadkim mlecznym kisielem.

W Ameryce obok tych dwóch podstawowych owoców dodają wybornych brzoskwiń i moreli, soczystych gruszek i śliwek, – niestety, nieraz papryki i pietruszki siekanej i zalewają to wszystko „french dressing”, czyli zwykłym sosem majonezowym.

Nie możemy ani nie powinniśmy imitować jednych ani drugich, ananasy i grapy są dla nas za kosztowne, a kombinacje amerykańskie najbardziej stanowczo do naszych gustów nie trafiają. To też zamiast „salads” i „cocktails” możemy robić „macédoines” francuskie. Od wczesnej wiosny mięszaniny poziomek leśnych, truskawek, jagód czarnych, niedużej ilości jaknajdrobniej krajanego, szlachetnego rabarbarum. Późnej można dodawać do tego różne czereśnie, wiśnie-szklanka, maliny, porzeczki białe i różowe (nie czarne, bo nie wszyscy ich zapach na surowo znoszą). Jeszcze później wiśnie (takie, jak czereśnie, koniecznie dochowane), różne gatunki renklod i innych śliwek, na części pokrajane morele i brzoskwinie. Późną jesienią soczyste gruszki, oliwne jabłka, węgierki bez skórki i pestek. Przez całe lato miesięczne poziomki, remontujące maliny i zawsze, niezależnie od miesiąca lata czy jesieni, dla aromatu trochę krajanego w kostkę melona. Jeżeli nie zawsze możemy mieć melon świeży, to można użyć konserwowanego kompotu z melona, Lub w ostateczności konfitury melonowej. Aromat melona daje właściwe „cachet” „macédoine'nie”. W ostatecznym jednak razie melon zastąpić można dobrym kieliszkiem araku lub jakiegobądź aromatycznego likieru – byle nie typu Chartreuse'y czy Benedyktynki – gdyż podstawowy ich aromat „dzięgiel” zepsuje najsmaczniejszą kombinację owocową. Dużo cukru-pudru i dwudziestoczterogodzinne pozostanie w lodówce i mamy wykwintną a tak mało pracy wymagającą leguminę.

Przeczytaliście tekst dokładnie? Nic (oprócz pisowni) was nie zdziwiło? Tak, pojawił się błąd! Na tyle przykry i zarazem śmieszny, że wymagał sprostowania w kolejnym felietonie. Dołączam je więc i ja.

 

A teraz uwaga dodatkowa. Nikt już nie używa nazwy legumina. Brzmi staroświecko i dziś nie każdy wie, że chodzi o słodkie zakończenie obiadu. Dzisiejszy deser. Ale mieszanie owoców i podawanie ich dla dorosłych z kieliszkiem rumu, kirschu lub likieru – nadal pozostaje aktualne. Do owoców można dodać także – tuż przed podaniem – kulkę lodów lub, jeszcze lepiej, sorbetu. Sałatki owocowe to deser najtańszy i najlżejszy. Można je jeść codziennie. Będą ozdobą lata. Ciasto z owocami można upiec czy zastudzić w lodówce od święta. Raz się żyje!

sobota, 25 czerwca 2016
Dwa razy sałatka

Co jeść w te saharyjskie upały? Na pewno sałatki. Poszłam tym tropem i na obiad przygotowałam to, czego nie trzeba gotować. Warto więc się zaopatrzyć w świeże warzywa i owoce. Z nich sporządziłam nasz obiadowy zestaw: danie główne, czyli sałatkę, oraz deser, czyli także sałatkę.

Pierwsza była zmodyfikowaną wersją sałatki greckiej, tak zawsze świetnej w lato. Wzbogaciłam ją o sezonowe akcenty, zmieniła więc nieco charakter i smak. Ale nadal była lekka i – dzięki dodatkowi sera feta – pożywna. Sprawia on, że staje się zawsze bardziej słona niż codzienne jedzenie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Ale teraz, gdy się więcej pocimy – można więcej solić. A nawet trzeba. No i dużo pić. Wody, wody. Alkohol, nawet wino, w upały nie służy.

Sałatka niby grecka po mojemu

kruchy środek sałaty

papryka czerwona słodka

pomidor

cebula cukrowa

czarne oliwki

ser feta

liście młodego selera lub seler naciowy

bazylia grecka

ząbek czosnku

oliwa

ocet z białego wina

sól, czarny pieprz z młynka

Sałatę umyć, osuszyć w wirówce, rękami porwać na cząstki. Liście selera razem z młodymi gałązkami po umyciu posiekać. Oliwki pokroić w plasterki. Paprykę i pomidora, po usunięciu gniazd nasiennych i pestek, pokroić w cząstki, a cebule w cienkie półplasterki. Czosnek posiekać jak najdrobniej.

Na dnie salaterki ułożyć wszystkie liście sałaty, potem warzywa i ser układać warstwami (paprykę, pomidor, cebulę, liście selera, fetę, oliwki), przesypując listkami bazylii. Warstwy najlepiej aby były dwie. Te z pomidorem można lekko posolić. Wierzch sałatki przybrać liśćmi (kilka można zostawić w całości) i bazylią oraz posiekanym czosnkiem. Sałatkę skropić obficie oliwą i symbolicznie octem, przyprawić pieprzem z młynka.

Jeżeli sałatkę przyrządzamy wcześniej i trzymamy w lodówce, trzeba ją wyjąć z pół godziny przed podaniem. Oliwa powinna być płynna, a smaki mają się połączyć. Do każdej greckiej sałatki pasuje pieczywo na tyle miękkie, aby dało się nasączyć smaczną oliwą z dna salaterki.

Po tej sałatce z wyraźnym posmaczkiem czosnku – młody, jak smakuje! – podałam owocowy deser. Prosty i elegancki. Z lodówki. Owoce kupiłam do niego na bazarze, ale – uwaga – truskawki już się kończą. Było ich mało i stały się dość drogie. Zamiast nich można już kupować pierwsze maliny. Też dobrze.

Sałatka z truskawek i brzoskwiń

brzoskwinie

truskawki

ocet z marynowanych śliwek lub owocowy kremowy ocet balsamiczny

świeża mięta

 

Brzoskwinie umyć, przepołowić, zakrzywionym nożykiem wyjąć z nich pestki (jeżeli same nie wychodzą). Miąższ pokroić w cienkie półplasterki. Truskawki podzielić na dwie lub na trzy części. W salaterkach porcjowych lub na talerzykach dekoracyjnie rozłożyć oba owoce. Skropić je octem, przybrać listkami lub gałązkami mięty. Deser koniecznie schłodzić.

Jeżeli ocet byłby zbyt kwaśny, można go dosłodzić cukrem lub miodem. Kto nie lubi dość twardej skórki brzoskwiń, może je zblanszować, czyli na chwilkę zanurzyć we wrzątku, i skórkę zdjąć. Potem owoce schłodzić. Zamiast mięty można wziąć melisę lub bazylię. Ta grecka, którą ostatnio wypatrzyłam, ma listki drobne i bardzo ładnie pachnące. Można wypatrzyć także bazylię cytrynową. Z ziołami w niecodziennych i nieoczywistych połączeniach warto eksperymentować. Zwłaszcza teraz, latem.

Sałatki z letnich owoców były popularne i nawet modne już przed wojną. Nic dziwnego, skoro obowiązywała moda na smukłe sylwetki. Odziane w lekkie i tak eleganckie suknie, jakie pokazywał paniom  tygodnik „Kobieta w świecie i w domu” w roku 1934. Tak ubierały się nasze babcie i prababcie. Ileż w tych strojach wdzięku.

 

Z tego też roku pochodzi przepis na sympatyczną sałatkę, także z brzoskwiń.

 

Pokrajać dojrzałego melona w kostkę. Oddzielnie przygotować brzoskwinie obrane z wierzchniej skórki, podzielone na ćwiartki, skropione obficie białem winem i pocukrowane. Oberwać piękne, dojrzałe jagody czarnych winogron, wypłókać [tak pisano!], osączyć. Wszystko to wstawić do lodowni, a gdy doskonale zaziębnie układać warstwami na salaterce kryształowej. Wierzchnią warstwę uformować zręcznie z mieszanych owoców. Soki jakie się wytworzyły z melona i brzoskwiń wymieszać i polać nimi sałatkę.

Wyborną kombinacją jest też połączenie melona i malin, które ukazują się jesienią na rynkach handlowych. Malin nie należy cukrować zawczasu, a w chwili wydania melona na stół przekładać warstwę melona warstwą suchych, doskonale ochłodzonych malin. Po wierzchu przybrać dorodnemi jagodami malin.

Ale, ale, czy możemy się więcej dowiedzieć o walorach brzoskwiń? Służę informacją z roku… 1840. Zamieścił ją „Dziennik Domowy”, ambitny tygodnik ukazujący się w Poznaniu.

 

Obiecuję częściej sięgać do tego ciekawego pisma. Wydawano je, jako tygodnik, potem dwutygodnik, tylko przez siedem lat i miało nakład zaledwie 800 egzemplarzy, a potem pewnie mniej… Było wartościowe, także z powodu ujmowania się za emancypacją kobiet, na ile wówczas była możliwa. Dość wspomnieć, że współpracowali z nim Karol Libelt, Paulina Wilkońska (znana wówczas literatka), Klementyna z Tańskich Hoffmanowa oraz Józef Ignacy Kraszewski. Znaleźć je można w zasobach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej. Obok działów publicystyki i literackiego miało także gospodarsko-poradniczy. Co w nim pisano o brzoskwiniach i ich kuzynkach morelach, nazywanych aprykozami?

 

Zwracam uwagę na chłodzące walory obu owoców. Oraz te związane z walką z nadmiarem żółci. Ostatnie wydarzenia mogą powodować niezdrowy wzrost jej poziomu w organizmach. Leczmy się brzoskwiniami. Przy okazji i nasza waga będzie leciała w dół. A nasze nastroje – w górę. Na ile to możliwe tego upalnego lata, tak bogatego w wydarzenia.

sobota, 15 sierpnia 2015
Królewski owoc: brzoskwinie

Mają wspaniały smak, orzeźwiają i właśnie jest na nie sezon. To wystarcza, aby po nie sięgać. Przeważnie są do nas sprowadzane, ale szczęśliwcom drzewka brzoskwiniowe rodzą owoce i w naszym klimacie. Opisała je PRL-wska znawczyni zdrowego odżywiania Irena Gumowska w książce pod znamiennym tytułem „Czy wiesz, co jesz”. Nieco historii, nieco wiedzy o wartości tych niebywale smacznych owoców (czy znajdzie się ktoś, kto ich nie lubi?). Swojej opowieści nadała także znaczący tytuł. Cytuję ją ze skrótami.

Brzoskwiniowa uroda

Brzoskwinie pochodzą z Dalekiego Wschodu. Za ich ojczyznę uważa się przede wszystkim Chiny, a w dzikim stanie można je spotkać na południowych zboczach Himalajów (Mussuri). Tam uprawia się je w sadach od około 4 tysięcy lat. Ponadto dzikie brzoskwinie rosną też w perskiej prowincji Gilanie oraz w Kraju Zakaukaskim. (…)

Brzoskwinie dojrzałe mają wielkie walory żywieniowe. Dostarczają tylko 40 kalorii w 100 gramach owocu, są łatwo strawne i łatwo przyswajalne, a przy tym zasadotwórcze. Są dość bogate w witaminy A, zawierają też po trochu witaminy C, PP, B1, B2, mają spore ilości związków mineralnych – stosunkowo dużo żelaza, magnezu, wapnia.

Jak większość owoców, mają właściwości lekko czyszczące i, jak wszystkie owoce i warzywa, najwięcej witamin mają tuż pod skórką lub w skórce. Stąd zaleca się – przy zdrowych żołądkach – jadanie brzoskwiń ze skórką. Niektórzy dietetycy twierdzą, że cukier dojrzałych brzoskwiń wywołuje zwiększone wydzielanie gruczołów gastrycznych i ułatwia trawienie. Jeśli się ma wrażliwy żołądek, lepiej ugotować kompot z brzoskwiń niedojrzałych. (…)

W krajach Południa ślicznotki o pięknej cerze twierdzą, że zawdzięczają ją brzoskwiniom. Nie dlatego, że je jedzą, ale ponieważ robią sobie maseczki z brzoskwiń. Brzoskwinię kraje się na cieniutkie płatki i okłada nimi umytą twarz. Maseczkę się zdejmuje, gdy płatki owocowe przyschną. Przemywa się potem twarz najlepiej wodą deszczową lub destylowaną.

Migdałki wydobywane z brzoskwiń [z pestek] były uważane w starożytności za antidotum alkoholowe, a także – roztarte – stosowano zewnętrznie jako środek przeciw migrenom i bólom newralgicznym. Robiono z nich okłady na czoło lub na kark. Obecnie nie poleca się jadania tych pestek, bo zawierają substancje toksyczne (m.in. kwas pruski).

Sądzę, że i jedzenie brzoskwiń przysparza urody. Ułatwia wszak trawienie... A teraz porównajmy, jak o brzoskwiniach w roku 1938 w „Kurierze Warszawskim” w swojej gospodarskiej pogadance pisała Elżbieta Kiewnarska, czyli Pani Elżbieta. Jak zwykle, jej tekst w pisowni przedwojennej. Dopełnia rys historyczny pani Ireny, bo mówi o brzoskwiniach w Polsce. Historycznie i bardzo dla nas ciekawie. Daje też obserwacje ze swoich czasów. A dla nas i one są już historią.

 

Dowodem tego, jak się ogrodnictwo w Polsce całej, a w szczególności pod Warszawą rozwija, mamy najlepszy przykład na brzoskwiniach. Hodowla ich dawniej była znana w Polsce. Już w wieku XVII autor pierwszej polskiej książki kulinarnej, urodzonego Stanisława Czarneckiego, kuchmistrza Aleks. Mich. hr. Lubomirskiego w opisie owoców używanych stale umieszcza brzoskwinie. Jednak przez parę następnych stuleci brzoskwinie należą do roślin cieplarnianych, a przynajmniej szklarnianych i są uprawiane w posiadłościach bogaczy na ich tylko prywatny użytek. Dopiero w wieku XX, wieku par excellence demokratycznym, uprzystępniającym szerokim masom dawniej zbytkowne artykuły ubrania, pożywienia, mieszkania i t. p. brzoskwinia pojawia się w większych ilościach.

Wytrzymałe, amerykańskie jej gatunki na równi z innymi, pestkowymi, doskonale znoszą nasze, surowe zimy, a owocują obficiej i regularniej nietylko od moreli lecz nawet od renklod. Jedną z poważnych przeszkód w rozwoju sadownictwa brzoskwiniowego, stanowią systematycznie uprawiane kradzieże tego owocu dojrzewającego w czasie najpilniejszych robót polnych — sprzętu zboża, kiedy trudno o dozór nad sadem. Jak dalece takie nieposzanowanie cudzej własności jest rozpowszechnione, ilustruje następujący z życia wzięty przykład. Przed paru laty oglądałam wspaniały sad brzoskwiniowy, własność zamożnego, inteligentnego gospodarza pod Grodziskiem. Pięćset pięćdziesiąt drzewek pokrytych różowym kwieciem, wyglądało czarująco. Zrobiłam mały rachunek. Przy średnim urodzaju, po pięć kg. z drzewka, około trzech tysięcy kilo brzoskwiń, po cenie hurtowej dwa złote za kilo — sześć tysięcy złotych — dochód z porządnego folwarku.

Gospodarz poprawił moje obliczenie: Nie po dwa złote biorę za brzoskwinie, lecz po cztery. Są zawsze pierwsze na rynku i cały urodzaj na ogół dojrzałego owocu sprzedaję dużej firmie cukierniczej. Jednak zechce pani odtrącić duże koszta utrzymania plantacji, ochronę zimową drzew, dwóch stróżów przez lato no i — kradzieże. Dobrze jeżeli nieskradną połowę tylko. Wszak sam słyszałem, jak na zabawie w sąsiednim młynie, młodzież się umawiała: „Chłopcy, nie wynajmować się na roboty w lipcu i sierpniu, brzoskwinie nam latoś urodziły. Smutne to — lecz, niestety, prawdziwe!

Zanim się — miejmy nadzieję — pod wpływem szkoły warunki te poprawią, mamy jednak coraz większą ilość brzoskwiń na rynkach stołecznych.

Oprócz spożycia ich na surowo, co jest najsmaczniejsze, znajdują one szerokie zastosowanie, jako konserwy. Więc przede wszystkim twarde, zielone owoce, sprzedawane w dużych ilościach i dosyć tanio, dają pierwszorzędny materiał na konfitury i owoce smażone suche. Przechowane w niedużej ilości syropu dają się łatwo osuszyć zimą, w miarę potrzeby. Wiele gospodyń robi z nich kompoty co uważam za mniej wskazane. Na kompoty znacznie lepsze są owoce zupełnie dojrzałe, z dającą się oddzielić pestką i skórką. Kompot z brzoskwiń zielonych ani specyficznego, wybornego aromatu, ani smaku nie posiada. Z nieco przejrzałych brzoskwiń otrzymujemy wyborny likier w niczym angielskiemu „Peach brandy” nie ustępujący. Na koniec szeregu legumin deserowych, w których brzoskwinie zastępują jabłko, przy czym nie należy zapominać o dodaniu paru roztłuczonych pestek brzoskwiniowych. Jedną z łatwych a smacznych „Pêches Bourdalone”, tu podaję:

8 brzoskwiń, 4 jaja, półtorej szklanki mleka, duża łyżka mąki kartoflanej, pół szklanki cukru. Migdały zmielone jak najdrobniej, cukier utarty z żółtkami, dodać do mleka ugotowanego i zaprawionego kartoflaną mąką jak na kisielek, wymięszać doskonale, dodać białka ubite na sztywną pianę. Brzoskwinie obrać ze skórki i pestek ułożyć w wysmarowanej masłem ogniotrwałej foremce, pokryć przygotowaną masą, upiec w lekkim piecu do zrumienienia. Do tego cukier i zimne mleko lub śmietanka.

Pani Elżbieta w przepisie zapomniała podać, ile do ciasta dać migdałów. Myślę, że 50 g zmielonych nie zaszkodzi. A w ogóle nazwa jej przepisu uległa chyba jakiemuś zniekształceniu. Znanym deserem francuskim są bowiem brzoskwinie Pêches Bordaloue. I o nie jej chodziło! Tarty z owocami o tej nazwie (dzisiaj jest na nie kilka bardzo różnych przepisów, weszły bowiem do kuchni domowej) mają nazwę od paryskiej ulicy, przy której w wieku XIX mieściła się słynna cukiernia z tymi przysmakami. Klasyczne są gruszkowe i właśnie brzoskwiniowe. Kiedyś może sięgnę po receptę Pani Elżbiety. Albo któryś z przepisów francuskich.

Upiekłam ciasto brzoskwiniowe z jeszcze innego przepisu. Otóż znalazłam w starej teczce z różnymi wycinkami ten, którego bezskutecznie szukałam od lat. Pochodzi z miesięcznika „Ty i ja”, który ukazywał się w latach 1960–1973. Było to znakomite pismo, na wysokim poziomie graficznym (makietę stworzył Roman Cieślewicz, z pismem współpracowali Henryk Tomaszewski, Waldemar Świerzy, Julian Pałka). Było to pismo dla inteligencji pracującej, jak się wtedy mówiło, choć sam termin spotkałam i przed wojną, m.in. w felietonach Pani Elżbiety. Inteligentne, co się zowie. Przedstawiało trendy swoich czasów, czerpiąc wiele z wzorów zagranicznych (moda, muzyka, literatura), ale i najlepszych krajowych (wzornictwo, plastyka, film). Bogaty dział kulinarny prowadził w nim Tadeusz Żakiej. Tak, tak, jako Maria Lemnis i Henryk Vitry. To wtedy stał się czołowym kulinarnym dziennikarzem PRL-u. O niezwykłej kulturze, śmiało można powiedzieć – przedwojennej, i wysokiej erudycji. Propagował gastronomiczne nowinki z kuchni świata, ale traktował wiele i o historycznej kuchni polskiej. Łączył tradycję z nowoczesnością. Jego informacje i dzisiaj przytaczam z przyjemnością. I, myślę, że z pożytkiem.

„Ty i ja” kupowałam za swoją tygodniówkę w latach szkolnych. Żałuję, że nie zachowałam roczników pisma. Z wycinków kulinarnych znalazłam ten jeden. Na ciasto z brzoskwiniami. Stało się w naszym domu przebojem i zawsze w sezonie piekłam je z brzoskwiń z importu, bułgarskich.

Jego miejscem była cykliczna rubryczka kolumny kulinarnej zatytułowana: Nasz niedzielny placek. Za wypiekami nigdy nie przepadałam i nadal nie mam do nich „dobrej ręki”, ale to ciasto zawsze mi się udawało, od lat szkolnych. W mojej rodzinie bywało ozdobą niedzielnych obiadów. No i powodem mojej dumy.

Autor przygotowywał je z brzoskwiń z puszki (przepis podawał w listopadzie!), ale ze świeżych też się udaje. Można go robić także z moreli. Pomijam wstępne odcedzanie owoców z syropu i dalej podaję wiernie tekst podpisany „Maria Lemnis”. Łącznie z tytułem. Ale zdjęcia już moje.

 

Placek brzoskwiniowy „Słoneczny”

(…) 10 dkg [tak wtedy pisano] masła ucieramy na puch z 14 dkg cukru oraz 1 paczką (pojedynczą) cukru waniliowego. Do utartego masła, nadal pilnie ucierając, dodajemy kolejno 3 całe jaja.

 

Gdy jaja utworzą z masą maślaną jednolity krem, dodajemy 15 dkg mąki zmieszanej z 2 łyżeczkami proszku do pieczenia, otartą skórką z 1/2 cytryny (uprzednio dokładnie wyszorowanej szczoteczką w gorącej wodzie) i szczyptą soli.

 

Po dokładnym wymieszaniu ciasta nakładamy równomiernie do dobrze natłuszczonej tortownicy (średnicy 24 cm) i posypujemy je 5 dkg drobniutko posiekanych orzechów włoskich. W środku tortownicy umieszczamy, przecięciem w dół, połówkę osączonej brzoskwini. Resztę dzielimy ostrym nożem na ćwiartki i układamy (zawsze przecięciem na dół) promieniście wokół centralnej połówki (stąd nazwa: „słoneczny”). Brzoskwinie lekko wciskamy w ciasto.

 

Tortownicę wsuwamy do dobrze nagrzanego piekarnika (200 st. C) na 50 minut.

Po upieczeniu placek oprószamy cukrem pudrem.

Kilka uwag: zwykle placek piekłam bez żadnych orzechów. Wtedy można na koniec posypać cukrem pudrem. Bo warstwy orzechowej cukrem nie warto posypywać. Zresztą bez niej brzoskwinie lepiej zatapiają się w cieście.

Tym razem wierzch posypałam. Mieszanką mielonych orzechów laskowych i kokosowych wiórków. Była dość sztywna, zaimpregnowała więc ciasto i brzoskwinie pozostały na powierzchni, nie zatopiły się w nim. Ale placek był bardzo smaczny i to od razu, a nie pozostawiony do następnego dnia, co końcówka przepisu zaleca.

A teraz jeszcze jeden użytek z brzoskwiń, dla tych, którzy nie lubią lub nie pieką ciast albo muszą ich unikać. Po sałatkę sięgną zaś wszyscy, którzy dbają o wskazania wagi, no i lubią takie smaki – orzeźwiające a zarazem pikantne. Łączenie warzyw z owocami pochodzi z kuchni amerykańskiej. My do niego przywykliśmy (choć nie wszyscy!), ale przed wojną bardzo się mu dziwowano. I… tego nie lubiano. Oto jak o amerykańskich sałatkach pisała Pani Elżbieta w roku 1926.

(…) gdy przejdziemy do królestwa roślinnego, to bogactwo fantazji amerykańskiej nie ma granic, literalnie dziesiątki dań z jarzyn i owoców w jednym posiłku, przyczem rzeczywiście pomieszanie pojęć, naszych europejskich pojęć, jest kompletne. W jednej sałacie zgodnie się łączy zielona sałata, brzoskwinie, pomidory, ananas, wiśnie w maraskinie (a co mówi prohibicja alkoholowa?), pomarańcze i pieprz turecki, wszystko pokryte sosem majonezowym lub — bitą śmietaną i posypane kajenną lub kaparami!

Wszystko, co wymieniła, istotnie byłoby dziwną kombinacją. Ale rozdzielone na kilka połączeń smakowych jest jak najbardziej do przyjęcia. Z takiego ducha pochodzi moja prosta sałata na niedzielę (można ją zjeść przed słonecznym plackiem).

 

Sałata z brzoskwiniami po mojemu

sałata masłowa

2 twarde brzoskwinie

świeża bazylia

kwiaty lawendy świeże lub suszone

czarny pieprz Tellicherry z młynka

winegret z oliwy, octu z białego wina i musztardy z Dijon

Sałatę umyć, ususzyć, podzielić na liście, porwać je na dwie-trzy cząstki. Listkami wyłożyć salaterkę. Na nich ułożyć cząstki brzoskwiń. Posypać porwanymi listkami bazylii i kwiatkami lawendy. Przed podaniem polać winegretem i posypać pieprzem z młynka.

Sałatka powinna być zimna, z lodówki. Dlatego tam warto potrzymać brzoskwinie. Można ją zrobić wcześniej i do czasu podania trzymać w chłodzie. Ale przyprawiamy zawsze w chwili podania. A mieszamy już przy stole.

Sałatka i placek. Kto się w kuchni relaksuje, będzie z przepisów na nie miał trochę pożytku. A kto się odpręża przy stole – też.

środa, 05 sierpnia 2015
Lody na śmietanie i bez niej

Kto pamięta łażących po plaży lodziarzy w niby-białych kitlach, targających skrzynki z lodami i wołających: „Lody pingwin na śmietanie”? Ja pamiętam! I te lody na cienkich patyczkach. A w jednym z moich najdawniejszych wspomnień z dzieciństwa dostaję od mamy papierową złotówkę czy dwa złote i kupuję (sama!) loda w rożku. Miałam chyba trzy lata.

O lodach można pisać na sposoby różne. Historycznie – wywodząc ich dzieje od Rzymian i ich szalonych uczt, poprzez Medyceuszy, po to, jak lody się przyjęły w Polsce. Ciekawostkowo – jak się mroziło lody w czasach, gdy nie było lodówek. Konkretnie – podając zachowane w starych książkach i gazetach przepisy na rozmaite lodowe pyszności. Fakt, należały zawsze do deserów i wykwintnych, i najbardziej lubianych. Można je było podawać podczas skromnych obiadów codziennie i podczas wytwornych balów, rautów, uczt.

Dzisiaj opiszę lody jeszcze inaczej: troszkę z humorem. Piękną anegdotę z nimi w tle opisał Antoni Słonimski w „Alfabecie wspomnień”. Pod literą „G” znajdziemy postać Władysława Grabowskiego, aktora i wielkiego warszawskiego ekscentryka. Jak pisze Słonimski, „mówił stylem Pickwickowskiego pana Jingle”. A to już dobra rekomendacja, prawda? Wspomina pan Antoni: „Kiedyś latem w ogródku 'Ziemiańskiej' [nawiasem, lody i ciastka z niej reklamowano obficie w przedwojennej prasie, sloganami, niekiedy rymowanymi] siedziałem z Lechoniem, który jadł lody. Władzio przechodząc rzucił nam tylko dwa słowa: ‘Lody? Latem?'. Powtarzam to powiedzenie kilka razy w ciągu lata. Zwłaszcza tak upalnego, jak obecnie.

W tym roku nie tylko ze względu na żar z nieba bardzo bawię się wyrabianiem lodów. Nawet kupiliśmy maszynkę do ich kręcenia. Jest przy tym naprawdę sporo zabawy. Dawniej, przed wojną, lody trzeba było kręcić ręcznie. Dzisiaj do tego mamy urządzenia z silniczkami. No i silniczek kręci się u nas co dwa-trzy dni.

Na początek dwa starutkie, bo sprzed przeszło stu lat przepisy na lodowe specjały. Zapisuję je i dla siebie, bo tych jeszcze nie kręciłam. Ale mam zamiar. Znalazłam je w „Tygodniku Mód i Powieści”, ukazującym się już z podtytułem „Nasz Dom”, z roku 1912. Pisownia, jak zwykle, autentyku.

 

15—16 sztuk zupełnie dojrzałych moreli rozdzielić na połówki, wyjąć pestki i przetrzeć przez gięste [tak w oryginale!] sito — ubić 5 żółtek z 1/2 f. pudru, dodać pół kwarty reńskiego wina, przetarte morele, a w końcu pół kwarty słodkiej śmietanki dobrze ubitej — wymieszać wszystko razem starannie, włożyć w maszynkę od lodów i zamrażać, jak zwykle wszystkie lody — zaglądając do niej, i obierając z brzegów zamrażającą się masę.

 

1/4 [funta???] kawy najlepszej, sparzyć dwoma szklankami wody wrzącej. Kawę parzy się w woreczku płóciennym umieszczonym w wazie — 12 żółtek ubić z 1 f. cukru miałkiego — kwartę śmietanki zagotować z kawałkiem wanilii, i tą gorącą śmietanką sparzyć żółtka, ale trzeba w nie wlać trochę zimnej śmietanki, wlać kawę wymieszać to dobrze i niechaj masa ostygnie. Na kilka godzin przed podaniem ubić pół kwarty kremowej śmietanki, zmieszać z ową masą kawową, włożyć w puszkę z lodem i kręcić po kwadransie w ciągu godziny, obierając masę z brzegów puszki — czynność tę powtórzyć 3—4 razy, poczem kawa będzie gotowa i starczy na jakie 30 osób.

Takich wymyślnych lodowych cudów jeszcze nie wyrabiam. Dopiero się uczę sztuki dobierania składników we właściwych proporcjach, kręcenia, mrożenia. Dotąd korzystałam z przepisów dołączonych do maszynki i z książeczki, którą wypatrzyłam w księgarni (Shelly Kaldunski „Lody”). Jak się udały? Smakowo – wyborne, miałam natomiast drobne kłopoty związane z mrożeniem, a więc z ich konsystencją (najpierw za płynne, potem zbyt zmrożone). Sądzę jednak, że to kwestia wprawy i zachowywania proporcji z przepisów, zwłaszcza na początku. Jak zwykle w kuchni: procentuje doświadczenie..

Zacznę od lodów opisanych w instrukcji maszynki. Powiem jedno: były bardzo smaczne. No i miały smak egzotyki. Chociaż czy mango, a jeszcze bardziej banany to dla nas egzotyka? Chociaż pamiętam nieodległe czasy, gdy tak było. Podaję przepisy napisane własnymi słowami, ale proporcje zachowuję wiernie za książeczką. Nie jest w niej napisane, jaką wziąć śmietanę. Zastosowałam kremówkę.

 

Lody bananowe

banan wagi 75 g

115 ml mleka pełnego

55 ml śmietany

35 g cukru pudru

 

Obranego banana pokroić w plasterki i zemleć blenderem. Śmietanę lekko ubić. Zmieszać miąższ banana i śmietanę, rozetrzeć z mlekiem, cukrem waniliowym [nie podanym wśród składników; zastosowałam wanilię w proszku] i cukrem pudrem. Masę schłodzić w lodówce do 5–10 st. C., wlewać ją do włączonej maszynki do lodów. Lody wyrabiać zgodnie z instrukcją 20–30 min.

Lody z mango

90 miąższu owocu mango

90 ml mleka pełnego

50 ml śmietany

25 g cukru pudru

 

Mango odkroić od pestki, obrać ze skórki, zemleć w blenderze. Śmietanę lekko ubić. Miąższ mango zmieszać ze śmietaną, mlekiem, cukrem waniliowym [także go brak wśród składników] i cukrem pudrem. Dalej postępować, jak z lodami bananowymi.

A teraz lody z książeczki Shelly Kaldunski; opisuję je też własnymi słowami, zachowując proporcje. To także lody owocowe. Są szczególnie odświeżające. W sam raz na letni wieczór po upalnym dniu.

 

Lody borówkowo-lawendowe

30 g borówek amerykańskich

1,5 łyżeczki świeżych kwiatów lawendy lub 3/4 łyżeczki suszonych

skórka z 1 niepryskanej lub starannie umytej cytryny

80 ml soku z cytryny

 

Z żółtej skórki cytryny zeskrobać paseczki (bez białego miąższu). Cukier, kwiaty lawendy i paseczki skórek zalać w rondelku 125 ml wody. Zagotować, mieszać, aż cukier się rozpuści. Borówki zmiażdżyć widelcem, wrzucić do syropu, odstawić co najmniej na 5 minut [lepiej dłużej]. Mieszankę przecedzić przez gęste sitko. Borówkowy syrop wymieszać z sokiem cytrynowym. Ostudzić. Dalej postępować, jak w instrukcji maszynki do lodów. Zamrażając tradycyjnie wlać do foremek, autorka zaleca je mrozić co najmniej 4 godziny.

 Lody brzoskwiniowe

3 dojrzałe brzoskwinie (ok. 500 g)

90 g drobnego cukru

2 łyżeczki soku z cytryny

40 ml śmietany kremówki

40 ml mleka pełnego

szczypta soli

 

Brzoskwinie obrać ze skórki (po zanurzeniu we wrzątku), przekroić, pestki usnąć. Miąższ pokroić, blenderem zemleć z cukrem, szczyptą soli, sokiem z cytryny oraz śmietanką i mlekiem. Lody mrozić, jak podano wyżej.

Na koniec znowu akcent humorystyczny. A właściwie historyczno-humorystyczny. Chociaż niektórym do śmiechu nie było! A tymi niektórymi byli właściciele przedwojennej wytwórni lodów Pingwin. Jak widać, zasłużona marka przetrwałą wojnę. Lody Pingwin na plaży w Międzyzdrojach na pewno roznoszono jeszcze we wczesnych latach 60.

W latach trzydziestych te właśnie lody weszły na polski rynek. Oczywiście, musiały się borykać z konkurencją. Ta rozpuściła miażdżące wówczas insynuacje, że właścicielami wytwórni są Żydzi. Dla niektórych był to dostateczny powód, by „Pingwiny” omijać szerokim łukiem. No i upadek firmy gotowy!

Właściciele próbowali ratować swoje „dobre" imię i przedstawiać swoje dopuszczalne, bo chrześcijańskie pochodzenie. Kampanię przeciwdziałającą „zniesławieniom” prowadzono na łamach pism narodowych. W oenerowskiej gazecie codziennej „ABC” z lata roku 1937 znalazłam taką odpowiedź dla zaniepokojonego czytelnika:

 

Antysemityzmem w niektórych środowiskach oddychano wtedy, jak powietrzem. Dzisiaj może to śmieszyć (no, mam nadzieję!), tak jak śmieszą humorystyczne ogłoszenia, które wyczytamy „W oparach absurdu” Juliana Tuwima i Antoniego Słonimskiego: „Żyd kupi spodnie” obok „Chrześcijanin sprzeda spodnie”, lub na odwrót. Ale wtedy do śmiechu nikomu nie było. Zwłaszcza tym, którzy sobie zdawali sprawę z tego, że Hitler stoi tuż za granicami. No i tym, którzy brali udział w walce polsko-żydowskiej, na razie ekonomicznej.

Do historii lodów Pingwin może jeszcze powrócę i przedstawię reportażyk przywołany w notce. Pingwiny reklamowano ostro w przedwojennej prasie. A kupowano je, bo były smaczne.

 

Pamiętam smak tych śmietankowych lodów na patyku i ich żółtawy kolor. Zdaje się, że już ich nie ma (kiedy zniknęły?). A na pewno nie przetrwała ich warszawska wytwórnia na Nowolipkach, jak i cała firma „Damara”, w „stu procentach chrześcijańska”.

piątek, 24 lipca 2015
Kwiaty w kuchni

Polska kuchnia ma bogate tradycje w wykorzystywaniu kwiatów jako dodatku do potraw, a nawet używania ich jako składnika podstawowego. A raczej miała. Jakoś one zanikły. Szkoda.

Smażono kwiaty akacji, czarnego bzu, fiołki. Do sałat stosowano nasturcje. Nie wspominając o nalewkach i naparach z rozmaitych kwitnących ziół, ale – na przykład – i płatków róż, kwiatów lawendy czy pomarańczy. Smażono z nich słynne konfitury. Przepisy na te smakowitości znajdziemy w rękopisie kulinarnym opracowanym, przez znanego badacza kuchni staropolskiej Jarosława Dumanowskiego, znalezionym w Archiwum Radziwiłłów. Wydał go pod zaczerpniętym z oryginału wdzięcznym tytułem: „Moda bardzo dobra smażenia różnych konfektów i innych słodkości…”. Przy tym nie ogranicza się tylko dań słodkich. Jest znakomitym uzupełnieniem pierwszej polskiej książki kucharskiej Stanisława Czernieckiego, słynnego „Compendium ferculorum”.

Z tej kwietnej rozmaitości dzisiaj zostały nam zaledwie konfitury z róży, stosowane do wypełniania karnawałowych pączków. Szkoda. Warto powrócić do kwiatów w kuchni.

Ponieważ przyjaciółka zaopatrzyła mnie w płatki róży, postanowiłam je wykorzystać nie tylko do sporządzenia nalewki z orzechów. A orzechy zebrane, jak należy, w okolicach świętego Jana, aż do teraz czekały w lodówce; wykorzystałam je do nalewki. Opiszę ją i tutaj, ale nie dzisiaj.

Dzisiaj będzie potrawa wytworna, lekka i kwiatowa – szczególne risotto. Przyrządzone klasycznie, dzięki dodatkowi kwiatów zyskało smak, osobisty wyraz i zgodność z porą roku. Bardzo lubię sezonowość w kuchni. Czyż życiu nie nadaje ładu? W dzisiejszych czasach tak potrzebnego.

Risotto z kwiatami po mojemu

szklanka ryżu okrągłego

białe wino, lekki bulion lub woda (1/2 l)

masło klarowane

1–2 szalotki

płatki róży i kwiaty lawendy

ew. 1–2 krople olejku z lawendy

sól hawajska czerwona

3–4 łyżki śmietany kremowej

parmezan

mozzarella

Na patelni o grubym dnie rozgrzać masło klarowane. Wrzucić szalotki jak najdrobniej pokrojone. Gdy zaczną się szklić, dorzucić ryż. Smażyć, aby każde ziarenko było obtoczone w maśle i szkliste. Dorzucić płatki róż i kwiatki lawendy (trochę z nich zostawić). Posolić, zalać szklanką wina, gdy się wchłonie, dolewać stopniowo płyny (gdy stosuje się bulion, z soleniem trzeba uważać).

Gdy ryż zaczyna mięknąć, dolać śmietanę, wymieszać. Dosypać starty parmezan, wymieszać.

Na końcu, gdy ryż już jest całkiem miękki, dorzucić mozzarellę pokrojoną w drobną kosteczkę. Risotto podawać posypane pozostawionymi płatkami róż oraz kwiatkami lawendy.

Przyrządzenie risotta zajmie nie więcej niż pół godziny, zwłaszcza gdy mamy w tym już wprawę. W tym czasie przygotujmy sałatę. Tę bardzo polską, masłową, o tej porze roku pyszną. Zwłaszcza gdy pochodzi z przydomowej grządki. Ja kupiłam ją przy bardzo sympatycznym warzywniaku, który stanął na obrzeżach Placu Teatralnego. Bardzo sympatyczni prowadzący mają wiele sezonowych nowinek owocowo-warzywnych, ale i ciekawych ziół. Ceny dość wysokie, ale to konsekwencja mieszkania w centrum. Taniej (choć tylko nieco) jest na bazarze. Ale że w tym roku ceny nie szybują pod niebo, można płacić więcej.

Taką sałatę kto chce, może oczywiście przyprawić po polsku – śmietaną. Będzie pasowała do kwiatowego risotta. Ale ja zaproponuje inną kombinację. Bardziej wyrazistą, a zarazem też sezonową. Z owocami. Nowocześniejszą czy bardziej starodawną?

Sałata z brzoskwiniami po mojemu

sałata masłowa

gotowy winegret z musztardą z Dijon

brzoskwinie

czarny pieprz z młynka

bazylia

Sałatę umyć, osuszyć w suszarce lub w kuchennej czystej ściereczce. Listki rozerwać na cząstki. Brzoskwinie pokroić w plasterki (gdy mają twardą skórkę, może je obrać po sparzeniu). Wymieszać sałatę z brzoskwiniami. Tuż przed podaniem polać sosem (oczywiście, winegret musztardowy można ukręcić samemu). Posypać świeżo startym pieprzem. Posypać listkami bazylii.

Najsmaczniej będzie, gdy zastosujemy bardzo aromatyczny pieprz Tellicherry. Podkreśli owocowy wyraz tej sałaty. Sałatę z owocami, ale bez zaprawy, do czasu podania trzymamy w lodówce. Ma być chłodna. Do tego ciepłe risotto i zimne białe wino. I mamy zestaw na romantyczną kolację. Byle włożyć serce do przyrządzania risotta, sukces kulinarny zapewniony. A może nie tylko kulinarny?... Do serca wszak przez żołądek.

środa, 22 lipca 2015
Na toast z bąbelkami

Elżbieta Kiewnarska, czyli Pani Elżbieta, w „Kurierze Warszawskim” z roku 1938 wypisała historyjkę o powstaniu amerykańskich koktajli. Nawet jeśli jest ona jedną z bardzo wielu, może zawiera jakąś historyczną prawdę? Choćby o tym, jak w Ameryce szukano korzeni każdego ze zjawisk. W tym wypadku – sposobu podawania zmieszanych alkoholi. Można potraktować ją jako bajeczkę i uraczyć nią gości podczas przyjęcia, gdy będziemy się bawić w barmana.

Zachowuję jak zwykle pisownię Autorki, która już w jej czasach była w niektórych wyrażeniach staroświecka. Pani Elżbieta z Szachnów Kiewnarska, urodzona w roku 1871 w Wilnie, dzieciństwo spędziła na Inflantach. W roku 1938 miała więc swoje lata i pewne charakterystyczne dla Kresów naleciałości językowe. Ale duchem była młoda. W swoich felietonach, nazywanych tu w „Kurierze” gospodarskimi, chętnie i często przedstawiała rozmaite nowinki. A koktajle wciąż do nich należały. Od lat 20. XX wieku, gdy za sprawą amerykańskich żołnierzy z Wielkiej Wojny, a potem turystów szalejących po Europie dzięki mocnemu dolarowi, stały się popularne w Paryżu, w Londynie i w... Warszawie. Jazz i koktajle panowały przed kolejną wojną. W każdym razie na popularnych wtedy dancingach. to było coś jak taniec na wulkanie. Pani Elżbieta miała zginąć w jego wybuchu. W roku 1944, podczas Powstania Warszawskiego. Pracowała niezmordowanie do końca.

Dosłowne tłomaczenie angielskiego cocktail’a, tego amerykańskiego trunku o tysiącznych odmianach, który jednocześnie z murzyńskimi tańcami opanował niemal całą starą Europę.

Ale czemu właśnie „koguci ogon”? Jedni sądzili, że po wypiciu mocnej mięszaniny alkoholi wszystko się widzi w tęczowych kolorach; inni znów nazwę przypisywali również tęczowym rzędom ostrożnie nalewanych jeden na drugi różnokolorowych likierów. To ostatnie było zupełnie mylne, gdyż, chociaż pomiędzy licznymi szeregami „americans drinks” są rozmaite bardzo kolorowe mięszaniny, jednak, gwałtownie utrącane w „shaker'ze” łączą się wszystkie nieraz w zupełnie nieapetyczny kolor. Te jedne na drugie nalewane likiery z surowym żółtkiem na dnie kieliszka od lat wielu, bo nawet w ostatnim ćwierćwiecza ubiegłego stulecia były znane amatorom alkoholu i nosiły czysto niemiecką nazwę „ Knickebein” [likiery różniące się kolorami nalewano kolejno do małych kieliszków, tworzyły napój tęczowy].

Mój francuski podręcznik cocktail'ów, z trudem wynaleziony w antykwarni, ktoś pożyczył na dni kilka i od trzech lat nie oddaje. Książeczka jest absolutnie wyczerpana, zdobyć jej nie sposób. Sprowadziłam więc oryginalny amerykański „Cocktail Book”, i — o radości, znalazłam w nim całą, oryginalną historię (a może legendę tylko!) o powstaniu nowej nazwy od dawna znanych mieszanin „suchej” Ameryki. Bajeczka ta brzmi:

Na brzegu rzeki Hudson, w miejscowości, gdzie obecnie i leży miasto Yonkers, stała wielka oberża. Właściciel jej, Van Eyck, słynął z humoru, dowcipu i przyrządzania świetnych trunków, które z niezrównanym wdziękiem podawała gościom jego piękna i cnotliwa córka, Peggy.

Van Eyck kochał trzy rzeczy: swoją oberżę, a głównie jej zasobną piwnicę, córkę Peggy — i bojowego koguta, światło swoich oczu, noszącego nazwę „Lightning”, czyli światełko, ów zwycięzca w wielu krwawych bojach — łakomy kąsek dla złodziejów — mieszkał w oddzielnym, komfortowo urządzonym, a zamczystym pawilonie.

Piękna Peggy głucha była na słodkie słówka zalotników. Jeden z nich tylko, młodszy oficer na jednym ze statków, krążących po Hudsonie, nazwiskiem Appleton, miał łaski u dziewczyny. Ojciec wprawdzie niechętnie patrzył na młodzieniaszka, musiał jednak w końcu obiecać, że zgodzi się na zaręczyny, lecz dopiero wtedy, kiedy Appleton zostanie komendantem statku.

Prędko baśń się baje — nie tak prędko rzecz się staje.

On tęsknił otwarcie, ona skrycie. Rad ze stanu rzeczy był tylko stary ojciec, nie mający chęci rozstawania się z córka, a głównie utracenia jej z za lady, dokąd przyciągała publiczność.

W końcu jednak młody Appleton został kapitanem statku. Uszczęśliwiony zameldował się u pięknej Peggy. Trzeba było jednak równie przyjaźnie usposobić Van Eycka. Zdecydowano zrobić taki napój, jakby, odurzając go lekko, skłonił do zgody na natychmiastowe zaręczyny. Zabrano się do tego w apartamencie „Światełka”.

Mądry kogut widocznie zrozumiał powagę chwili. W chwili, kiedy ukończono mięszanie alkoholi i po próbie zdecydowano, że jest odpowiednio smaczna i mocna — zapiał potężnie. Zapiał, otrząsnął się — i — jedno tęczowe pióro z jego ogona popłynęło wolno i upadło na szklankę nowo Wynalezionego napoju. „Lightninga'” daję nazwę naszemu wynalazkowi — zawołała Peggy — nazwijmy go „cocktailem”. Opowieści angielskie muszą mieć „happy end”, więc czarodziejski napój podziałał. Van Eyck na małżeństwo się zgodził. A znacznie później, kiedy w oberży już gospodarowali Appletonowie, szyldem jej był wspaniały ogon koguci — a jego imiennik, ognisty trunek — dał dobrobyt młodemu małżeństwu, ich dzieciom i wnukom.

Koktajle dzisiaj nikogo już nie dziwią. Są różne i nie muszą być zredukowane do tzw. drinka, składającego się z wódki oraz soku pomarańczowego lub coli. A nawet nie powinny być tylko tak prymitywne!

Mieszanie alkoholi może być znakomitą zabawą. Byle się nie przesadziło z ich mocą. Koktajle bywają zdradliwe. Ale nie ten, który przedstawię.

Nadaje się na specjalne okazje. Jest smaczny jak deser (może go zastąpić!). Pasuje do upalnej pory roku. Nie wymaga aptekarskiego wyważania proporcji. Jest moją autorską wersją koktajlu Bellini, którym już kiedyś witaliśmy Nowy Rok i który tu opisałam.

Do jego sporządzenia wykorzystaliśmy przywiezione z Langwedocji wino musujące Crémant de Limoux. Tych „kremantów”, czyli musującej alternatywy drogich szampanów, wysypało się ostatnio wiele. Najpierw poznaliśmy – i przyjęliśmy z uznaniem – ten z Alzacji. Langwedocki nie jest gorszy. Wino musujące zawsze musi być bardzo zimne, także do tego koktajlu. Przed otworzeniem można je zamrozić, ale nie za długo, aby nie było trudności z otworzeniem. Mocowanie się z korkiem, gdy z kieliszkami czeka się na pienisty toast, bywa bardzo irytujące.

 

Cocktail Bellini po mojemu

wino musujące

przecier z białych brzoskwiń

likier Triple Sec

Brzoskwinie obrać ze skórki zanurzając na chwilę we wrzątku. Oziębić w lodówce. Zetrzeć w blenderze na mus.

Do płaskich kieliszków, czyli szampanek, nałożyć przecier, zalać likierem Triple Sec. Dopełnić winem musującym. Podawać od razu.

Brzoskwinie na mus warto ucierać w ostatniej chwili. Ja niestety zrobiłam to wcześniej i wstawiłam je do lodówki. Zszarzały, bo się utleniły. Kto chciałby zachować biel ich miąższu, powinien, być może, je zakwasić sokiem z cytryny. Jak to się odbije na smaku koktajlu? Może kiedyś wypróbuję!

czwartek, 02 kwietnia 2015
Gdy mało czasu… Plus świąteczne ciasto

Wśród przedświątecznych przygotowań czasu mało, ale obiad i tak zjeść trzeba. Warto pomyśleć przy tym o szybkim zbiciu choćby pół kilograma wagi, aby się wbić w elegancki strój i jak najlepiej zaprezentować się rodzinie. Co podać na szybki i bezboleśnie przygotowany lekki obiad? Proponuję sałatę z łososiem. Łososia wędzonego na zimno najlepiej kupić w postaci filetu i ostrym nożem skroić z niego plasterki. Do tego zaopatrzmy się w chleb. Razowy albo inny, jaki lubimy. Nam ostatnio zasmakował chleb włoski, z suszonymi pomidorami i oliwkami. Miskę sałaty przyrządzamy z tego, co mamy pod ręką. U nas w lodówce stale stoją dyżurne oliwki, dlatego je dodałam. Poza nimi dajemy to, co świeżo kupione z warzyw. W przepisach wskazuję jedynie kierunek. Do sałaty i łososia można dodawać pomidorki koktajlowe lub zwykłe, świeże ogórki, paprykę, rzodkiewki… co tam wymyślimy. Będą także pasowały świeże zioła. A może chcemy podać któryś ser pleśniowy? Albo grecką fetę? Na pewno też będą pyszne.

 

Sałata z cebulą dymką i oliwkami

roszponka

dymka razem ze szczypiorem

koperek

czarne oliwki

oliwa extra vergine

kilka kropli octu z białego wina

kwiat soli, czarny pieprz świeżo mielony

Sałatę umyć, osuszyć. Cebulę dymkę pokroić w krążki. Szczypior i koperek posiekać. Oliwki odsączyć z zalewy. Na roszponkę położyć oliwki i cebulę. Polać winegretem ukręconym, jak zwykle, z oliwy, odrobiny octu i przypraw. Posypać szczypiorem i koperkiem. Od razu podać.

 

Łososie do tej sałatki podajemy oddzielnie, krojąc go jak najcieniej, kładąc obok niego ćwiartki cytryny. Inna wersja sałatki jest jeszcze prostsza (na pewno do jedzenia): zakłada wymieszanie sałaty z łososiem pokrojonym w paseczki. Nadają się do tego gorsze, poszarpane plasterki.

 

Sałata z łososiem i orzechami

sałata rzymska

łosoś wędzony

cebula dymka pokrojona w krążki

orzechy włoskie wyłuskane

winegret z oleju słonecznikowego, musztardy starofrancuskiej, soku z cytryny, soli, pieprzu czarnego lub białego i szczypty cukru

Sałatę umyć, osuszyć, pokroić w paski. W paski połowę cieńsze pokroić łososia. W zakręconym słoiczku przyrządzić winegret, potrząsając podane składniki (cytryny w stosunku do oleju ma być jedna trzecia lub mniej). Sałatę ułożyć w salaterce. Na nią dać łososia, orzechy i krążki cebuli. Tuż przed podaniem polać winegretem. Wymieszać przy stole.

Czas wolny przeznaczamy na przetestowanie świątecznego ciasta. Czekoladowo-brzoskwiniowego. Można je podać na święta zamiast tortu lub mazurka. Inspiracją był przepis na ciasto ucierane, przygotowane z całkiem innych owoców, pochodzący z początku lat 90., ze starego czasopisma. Trochę go przerobiłam. Proszę się nie dziwić, że obok ciasta stoi owocowa galaretka. Wyjaśnienie będzie niżej.



Ciasto z owocami i czekoladą

na ciasto:

15 dag mąki pszennej

łyżeczka proszku do pieczenia

50 g mielonych orzechów laskowych

12,5 dag masła

szczypta soli

1/1 łyżeczka sypkiego cynamonu

1/4 łyżeczki sypkich goździków

3 jajka

20 ml brandy

10 dag syropu z buraków cukrowych

do przełożenia ciasta:

dobry dżem brzoskwiniowy lub morelowy

brzoskwinie lub morele z puszki

tabliczka czekolady gorzkiej

1 łyżka masła

1/4 szklanki cukru pudru

ekstrakt z wanilii

orzechy włoskie

 

Przygotować wszystkie wymienione składniki. Ciasto sporządzić ucierając masło z solą, korzeniami, żółtkami, brandy i syropem z buraków. Wetrzeć mąkę przesianą przez sitko wraz z proszkiem do pieczenia oraz mielone orzechy. Białka ubić, starannie wmieszać w ciasto. Nałożyć do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej masłem i posypanej tartą bułką. Piec 45–50 minut w 175 st. C. Upieczone ciasto zostawić na 10 minut w formie, wyłożyć na kratkę kuchenną. Przekroić na pół.

 

Pół tabliczki czekolady pokruszyć, drugą połówkę roztopić z masłem w mikrofalówce lub na parze i wymieszać z cukrem pudrem oraz ekstraktem z wanilii. Przekrojone ciasto posmarować cienko dżemem, posypać pokruszoną czekoladą i orzechami, na co znów dać dżem. Nakryć drugą połową ciasta. Polać polewą z czekolady, na niej ułożyć brzoskwinie lub morele z puszki i orzechy.

A teraz wyjaśnię, dlaczego na zdjęciu obok ciasta znalazła się galaretka. Gdybyśmy nie byli pewni, czy wszyscy z gości mogą jeść orzechy i czekoladę, albo byli pewni, że ktoś z nich na orzechy lub/i czekoladę jest uczulony, z pozostałych owoców zróbmy galaretkę. Zalewę owocową z puszki należy połączyć z żelatyną lub z gotowym proszkiem na galaretką morelową. W niej zatapiamy ładnie ułożone owoce. Oczywiście, galaretę sporządzamy zachowując proporcje podane na opakowaniu. Do syropu na nią można wkropić sok z połówki cytryny, będzie mniej cukierkowo słodka. A może zdrowsza? Płynem zalewamy owoce z puszki, do których można dołożyć np. cząstki mandarynek czy pomarańczy oraz kilka listków mięty lub melisy. I – voila! Nadmienię, że lekka galaretka owocowa jest także dobrą propozycją dla tych, którzy o linię i wagę dbają nawet podczas świąt. Zaręczam, że ktoś z naszych gości przyjmie ją z wdzięcznością.

sobota, 19 lipca 2014
Owoce z rumieńcem

O tej porze roku brzoskwinie i morele na mechatych skórkach mają piękne rumieńce. Z brzoskwiń skórkę zdejmujemy (po zblanszowaniu, czyli krótkim zanurzeniu czy obgotowaniu we wrzątku). Na delikatniejszych morelach – zostawiamy. Z obu owoców usuwamy pestki. Jak pisała Irena Gumowska, „nasiona, zawarte w pestkach moreli, są jadalne. Nieraz się je podaje do marcepana. W krajach południowych, gdzie jest moreli w bród, z tych ‘migdałków’ wyciska się olej, nie tylko w celach spożywczych, ale jako nadzwyczajny środek kosmetyczny upiększający cerę. Używają tego olejku Japonki jako jednego ze składników maści do pielęgnacji słynnych z urody dłoni”.

Same owoce zaś są bardzo zdrowe ze względu na wysoką zawartość witaminy A, żelaza, wapnia, potasu, fosforu. Jak pisze pani Gumowska: „morele zasługują na wyróżnienie. Są lekiem na anemię, Tak jak wątroba wołowa potrafią odbudować czerwone ciałka krwi”. Są polecane „rekonwalescentom, ludziom z nadkwasotą, anemicznym, sportowcom, zmęczonym i kobietom w ciąży”. Choć zarazem autorka przestrzega, iż niewskazane są „dla dzieci poniżej 6 lat, dla wątrobiarzy, jeśli je źle znoszą i dla tych, którzy mają kłopoty z przewodem pokarmowym, o ile im te owoce nie wychodzą na zdrowie”. Z czego wynika, że jeśli morele nam nie szkodzą – warto je jeść. Teraz, w sezonie, świeże, potem – suszone w przetworach (te nie powinny szkodzić nawet osobom wymienionym wcześniej). Od siebie dodam, że morele (jak i brzoskwinie) pasują nie tylko do deserów. Dodaję je do sałaty, do mięsa i drobiu – pieczonego i duszonego. Ale pozostańmy przy deserach.

Jeszcze jedno: morele nazywano dawniej u nas niekiedy aprikozami. Z rosyjska.

Owoce najlepsze są same, jako najprostszy deser. W takie upalne dni będą smakowały po schłodzeniu w lodówce. Nie mogą być rozkłapciane i niemiło ciepłe. Takich można użyć do ciasta. Najprostszą na nie poradę znalazłam w „Tygodniku Mód i Powieści” z roku 1911. A więc sprzed przeszło stu lat! Pismo zamieściło w jednym z letnich numerów garść przepisów na desery z owocami, odpowiadając na zapotrzebowanie jednej z czytelniczek. Są podpisane inicjałami M. H. N.; podejrzewam, że kryją współpracującą z tym tygodnikiem Martę Norkowską, autorkę popularnych wtedy książek kucharskich, właścicielkę szkoły z internatem uczącej gospodarstwa (pierwszej takiej w zaborze rosyjskim, po jej śmierci w roku 1930 prowadzonej przez współpracowniczki) oraz redaktorkę kolejno w kilku pismach kobiecych.

Latem podała trzy propozycje najprostszych deserów, do szybkiego przyrządzenia nadają się i dzisiaj, także przez osoby mało z kuchnią mające do czynienia. No i wykorzystujące owoce sezonowe. Drugi z przepisów pozwoli wykorzystać owoce przejrzałe. Jak zwykle, zachowuję pisownię oryginału.

 

BRZOSKWINIE NADZIEWANE

Wybrać dwie brzoskwinie, obciągnąć ze skórki, wydrążyć ostrożnie jednym końcem z pestki. W środek nasypać cukru, włożyć łyżeczkę drobnych konfitur (malin, porzeczek, poziomek), polać kirszem albo arakiem, ułożyć na półmisku, pokryć z wierzchu pianą, ubitą z 6-ciu białek z tyluż łyżkami cukru, posypać usiekanymi migdałami z cukrem i wstawić do wolnego pieca na 15 do 20 minut.

SZARLOTKA Z MORELI

W takiem samem kruchem cieście, w jakim się robi szarlotkę z jabłek, (naszą starą znajomą, którą każda gospodyni przyrządzać potrafi), można zrobić szarlotkę z moreli, napełniając formę morelami pokrajanemi na ćwiartki, obciągniętemi ze skórki i uduszonemi z cukrem i masłem, jak jabłka. Można dodać do nich ziarnka z pestek, oparzone i obrane z łupin.

JABŁKA ZAPIEKANE Z PIANĄ

Przygotowane jak do pieczenia, wydrążone i nadziane konfiturami jabłka przykryć pianą ubitą z odpowiedniej ilości białek z cukrem i zapiec w wolnym piecu przez 20 minut.

Proste, prawda? Ciekawe, czy pani Hortensji L. desery smakowały... Podane w ogródku lub choćby przy otwartym oknie nam na pewno zasmakują. Nawet tym, którzy źle znoszą upały.

A ja przygotowałam coś jeszcze szybszego, bo z gotowego ciasta. Było to schłodzone ciasto francuskie. Moje morele też były nieco już mniej świeże. Nie zaszkodziło to ani urodzie, ani smakowi deseru.

Szybka tarta z morelami po mojemu

gotowe ciasto francuskie lub kruche

morele

syrop daktylowy

migdały w słupkach

świeża melisa

Ciasto rozłożyć na blaszce lub wyłożyć nim formę do tarty (zwykle jest sprzedawane z papierem do pieczenia; nadmiar papieru odciąć). Na 10 minut wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st. C . W tym czasie w rondelku rozgrzać syrop, poddusić w nim morele, ale nie za długo, aby się nie rozgotowały.

Podpieczone ciasto wyjąć z piekarnika, wyłożyć na nie morele, zalać syropem. Posypać słupkami migdałów i świeżymi listkami melisy. Piec jeszcze przez pół godziny. Kto chce mieć migdały szczególnie chrupkie, może w piekarniku na chwilę włączyć górny opiekacz. Ale z wyczuciem, aby nie spalić wierzchu ciasta.

Przygotowanie ciasta trwa kwadrans. Ostatnie pół godziny to tylko pieczenie, które można zacząć w czasie jedzenia obiadu. Ciasto jest znakomite na ciepło, choć i następnego dnia będzie atrakcyjne. Przed podaniem można je przybrać świeżą melisą. Podane na ciepło z kulką lodów pistacjowych zakasuje każdy deser z cukierni. W dodatku tak samo można w syropie obgotować inne owoce: brzoskwinie lub śliwki, gruszki lub jabłka. Kto nie ma syropu daktylowego (warto go poszukać!), może wziąć i inny (np. z agawy, pojawił się już i u nas; ale i syrop klonowy), a także po prostu sporządzić syrop z wody z cukrem. Do każdego pasuje sok z cytryny. No i świeże zioła: melisa lub, odważniej, mięta.

piątek, 11 lipca 2014
Sałatka z owoców i sera

Zaczyna się sezon na brzoskwinie. Bardzo lubię te kolorowe owoce pełne soku i słodkiego, charakterystycznego smaku. Zwykle jemy je na surowo, po prostu jako słodki deser. Dzisiaj propozycja „zupełnie z innej beczki” (kto jeszcze pamięta genialne tłumaczenie Monty Pythonów autorstwa Tomka Beksińskiego?...). Brzoskwinie pikantne. W sałatce pięknej dla oka i atrakcyjnej dla podniebienia, zwłaszcza w upalny dzień.

Sałatka z brzoskwiń po mojemu

brzoskwinie

cebula, najlepiej słodka

twardy ser feta

świeże liście laurowe

płatki soli z papryką chipotle

papryka wędzona z młynka

oliwa

ew. sok z cytryny

ew. czarny pieprz z młynka

liście świeżej bazylii

Cebulę zblanszować we wrzącej wodzie. Ostudzić, pokroić w półplasterki. Brzoskwinie także zanurzyć we wrzątku, obrać ze skóry, pokroić w kostkę po usunięciu pestki. Owoce ułożyć w salaterce, przykryć cebulą, przyprawić solą i papryką wędzoną z młynka. Dołożyć kilka świeżych listków laurowych, zalać oliwą.

Ser odsączyć, obsuszyć, pokroić w kostkę. Rozłożyć wokół owoców i cebuli. Skropić go oliwą i jeszcze raz przyprawami. Wstawić sałatkę do lodówki.

Sałatkę wyjąć z lodówki przed podaniem na tyle wcześniej, by oliwa zrobiła się płynna. Przybrać porwanymi w palcach listkami bazylii, ew. skropić sokiem z cytryny i posypać pieprzem świeżo zmielonym.

Dla tych, którzy połączenie brzoskwiń z cebulą uznają za zbyt ekstrawaganckie, podam teraz propozycję z roku 1934 przedstawioną przez dwutygodnik „Kobieta w świecie i w domu”. Abyśmy mogli sobie wyobrazić, gdzie mieściła się redakcja, wklejam stopkę redakcyjną. Gdy będę znowu na Solcu (jest tam budka warzywna, którą warto odwiedzić!), spojrzę, czy budynek pod tym adresem się zachował. Solec 87.

Pismo wydrukowało kilka przepisów pozwalających wykorzystać dojrzałe brzoskwinie. Wrócę do nich, a przynajmniej sobie to obiecuję. Niech trud przedwojennych redaktorek nie pójdzie w powietrze! Na razie – sałatka. Jak zwykle, w pisowni z epoki.

 

Wykwintna sałatka mieszana

Pokrajać dojrzałego melona w kostkę. Oddzielnie przygotować brzoskwinie obrane z wierzchniej skórki, podzielone na ćwiartki, skropione obficie białem winem i pocukrowane. Oberwać piękne, dojrzałe jagody czarnych winogron, wypłókać [tak!], osączyć. Wszystko to wstawić do lodowni, a gdy doskonale zaziębnie układać warstwami na salaterce kryształowej. Wierzchnią warstwę uformować zręcznie z mieszanych owoców. Soki jakie się wytworzyły z melona i brzoskwiń wymieszać i polać nimi sałatkę.

Wyborną kombinacją jest też połączenie melona i malin, które ukazują się [...] na rynkach handlowych. Malin nie należy cukrować zawczasu, a w chwili wydania melona na stół przekładać warstwę melona warstwą suchych, doskonale ochłodzonych malin. Po wierzchu przybrać dorodnemi jagodami malin.

A więc do brzoskwiń – ciemne winogrona albo maliny. Deser lekki i efektowny, nawet przy większej uroczystości. Wcale nie staroświecki. Podana na początku moja sałatka z brzoskwiń, cebuli i greckiego sera feta to z kolei propozycja na posiłek codzienny. Ma jeszcze jedną zaletę – obok wartości odżywczych i świetnego smaku – można ją w mig przyrządzić, schłodzić tylko lekko (warto, zwłaszcza, gdy jest gorąco) i od razu podać. Kawałek świeżej bagietki lub ciabatty oraz kieliszek schłodzonego białego wina uczyni z dnia powszedniego święto. U nas na stole z sałatką pojawiła się schłodzona retsina, greckie wino o smaku żywicy. Nie każdy je lubi, ale nam smakuje bardzo. Niech żyje lato!

niedziela, 25 sierpnia 2013
Naleśniki i owoce jako torcik

Dzisiaj czas na deser. Skąd wzięłam ochotę na sierpniowe morele i brzoskwinie, aby go przygotować?

Nieoczekiwana inspiracja kulinarna przyszła ze „starej gazety”, którą wertuję. To warszawskie „Nowiny Codzienne”, należące do tego samego wydawcy co narodowa gazeta „ABC”. Były próbą wejścia przez obóz narodowy na rynek warszawskiej popularnej prasy z pismem porannym, lekkiego kalibru, operującym sensacjami. Wychodziły tylko przez trzy lata i w końcu włączono je do macierzystego, poważniejszego tytułu, czyli właśnie „ABC”.

„Nowiny Codzienne”, ukazujące się jeszcze przed okresem jawnego i ostrego antysemityzmu, przedstawiały wydarzenia nie wdając się w ich głębsze analizy, ale przede wszystkim opisywały potoczny warszawski dzień. I to dzisiaj w gazecie jest najciekawsze. Drobne i większe wypadki, ruch budowlany, opisy targowisk, w tym cen i rodzajów produktów. Setki nazwisk warszawiaków wraz z adresami (nie było wtedy tajemnicy danych osobowych) to kopalnia dla historyków zajmujących się życiem codziennym, a może i genealogów. Obok różnych lekko traktowanych ciekawostek, znalazłam w gazecie kilka porad kulinarnych. Zamieszczała je osoba podpisująca się Z. O. Z. Są właściwie... takimi sobie zapchajdziurami. Każda redakcja ma na podorędziu takie ponadczasowe notki z różnych dziedzin. Tu widocznie potrzebny był ukłon w stronę pań, a ściślej gospodyń, zawsze chętnie czytających o kulinariach, bo jawnie do nich jest kierowana porada kulinarna.

Z wiosny roku 1934 pochodzi przepis na słodkie małe danie, które dzisiaj byśmy uważali za deser, a wtedy jeszcze je nazywano leguminą. Przepis jest marnie napisany, ale ciekawy historycznie, bo w skrócie przedstawia klimat swoich czasów. Poczytajmy:

Obiady nasze w dzisiejszych ciężkich czasach, składają się przeważnie z zupy i dania mięsnego lub jarskiego. Legominki uważamy jako zbytek, na który, tylko od czasu do czasu pozwolić sobie możemy przy święcie, lub jeśli kogo zaprosimy. Na deser możemy dać torcik kruchy, który zrobimy biorąc masło, śmietanę, jedno lub dwa żółtka, szczyptę sody i trochę cukru [autor zapomniał o mące!] ; upieczemy w tortownicy z rantem. Jak się ciasto zrumieni i trochę ostygnie położymy na niem morele, które wigilją tego dnia wieczorem namoczymy w letniej, dobrze ocukrzonej wodzie, do tego kupimy suche morele, które leżąc przez noc w osłodzonej wodzie zmiękną i napęcznieją, skórkę z łatwością zdejmiemy i w takim stanie dobrze osączone zapełnią kruchy torcik i będą jak świeże. – Następnie weźmiemy półtorej szklanki mleka niezbieranego, postawimy na płycie, jak się zagotuje, wsypiemy trzy czwarte szklanki cukru, włożymy laseczkę waniliji i będziemy gotować tak długo, aż mleko trochę zżółknie, wtedy zdejmiemy z ognia, postawimy na lodzie i będziemy ucierać tak długo, aż masa zacznie gęstnieć, kucharze nazywają tak przyrządzony kremik kajmakiem, zalejemy tą masą kruchy torcik z morelami, a będzie bardzo dobry. Lepszy byłby o wiele gdybyśmy zamiast mleka użyły śmietanki, ale to nie na teraźniejsze czasy.

W nawiasie podałam istotny składnik, który nie pojawił się w przepisie, chyba przez gapiostwo, dwa razy natomiast autor (autorka?) opisuje, jakich to moreli trzeba użyć. Gdyby dzisiaj przyrządzić taki torcik, można wziąć gotowe kruche ciasto, a kajmak sporządzić znaną metodą długiego gotowania puszki słodzonego mleka skondensowanego. O tej porze roku morele oczywiście damy świeże, te suszone pozostawiając na zimę.

Przepis podałam tylko jako ciekawostkę. Sama proponuję sporządzenie innej „legominki”, choć z także z owoców pomarańczowych w kolorze, a więc zawierających witaminę A, która pomoże nam chronić się przed jesiennymi katarami. To naleśniki. Można nimi przywitać wracające z wakacji dzieci i wnuki. Na pewno z uznaniem przyjmą taki domowy, solidny deser.

Naleśniki zapiekane z owocami po mojemu

5 naleśników

2 lub 3 morele lub/i brzoskwinie pokrojone w paseczki (kilka plasterków do dekoracji)

jajko podzielone na żółtko i białko

cukier puder

ew. łyżeczka likieru pomarańczowego lub zapach pomarańczowy

skórka starta z pomarańczy

cynamon

masło

listki mięty

Żółtko ubić z cukrem pudrem, oddzielnie ubić białko, połączyć je z zapachem lub likierem pomarańczowym i startą skórką. Naleśniki układać w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym masłem. Przekładać je owocami i masą jajeczno-pomarańczową.

Na ostatnim naleśniku ułożyć dekoracyjnie owoce i ew. listki lub gałązkę mięty oraz kilka kawałeczków masła. Wszystko posypać cynamonem. Zapiekać w 180 st. C przez 20–30 minut.

 

Torcik naleśnikowy, już po podzieleniu na porcje, można podawać z bitą śmietaną lub kulką lodów. Najbardziej pasują waniliowe lub śmietankowe. Kto lubi, udekoruje go świeżą miętą.

A w ogóle jest to sposób na wykorzystanie resztek ciasta naleśnikowego. Zdarza się, że po smażeniu pozostaje odrobina, z którą nie wiadomo co robić. Albo mamy kilka naleśników pustych. Wykorzystajmy je na efektowny deser – leguminę w starym stylu.

niedziela, 21 lipca 2013
Uwaga, drobiowe wątróbki na lato

Specjalnie zatytułowałam wpis tak, aby każdy, kto omija podroby szerokim łukiem, tym razem w ten sposób potraktował mój blog. Podrobów, czy w wypadku drobiu chyba podróbków (bo chyba nie dwuznacznie: podróbek?), nie jemy codziennie. Czasami jednak, dla odmiany, można je przyrządzić. Zwłaszcza że amatorzy na nie bywają.

Kiedyś w ogóle jadało się je częściej. Są porcją białka tańszą od mięsa, a przy tym bardzo solidną. Ponadto – zawierają sporo witamin z grupy B. A już szczególnie wątróbkę zalecano przy anemii i braku żelaza. W tym paniom, jak mawiano wówczas, przy nadziei. Dzisiaj wolimy tabletki z apteki, a nie zdrowie w postaci naturalnej. Wiemy już przy tym, że wątróbek nie powinno się jeść zbyt często. A więc – raz na kilka miesięcy. Nastał czas na drobiowe wątróbki.

Przyrządziłam ich wersję elegancką: w winie. I na dodatek: z owocami. Potrawa może być ozdobą specjalnego obiadu dla prababci. Wątróbki są miękkie, a prababci może się przypomni smak dzieciństwa? Posmakujmy wraz z nią:

Wątróbki drobiowe w marsali z brzoskwiniami po mojemu

40 dag wątróbek drobiowych

wino marsala (sherry, porto, ew. wermut)

rozmaryn suszony

ziarna anyżu

olej i masło (2
łyżki)

mąka do obtoczenia

natka pietruszki

sól morska, pieprz

po jednej brzoskwini na osobę

Wątróbki oczyścić usuwając łączące je włókna. Nie przejmujmy się, gdy się rozpadną na mniejsze kawałki. Obmyć, osuszyć. Zalać winem, aby je przykryło. Posypać rozmarynem i anyżem. Odstawić w lodówce nawet do następnego dnia (wystarczy i godzina).

Odsączyć na sitku z wina. Zostawić je. Rozgrzać na patelni olej, dodać łyżkę masła. Wątróbki wymieszać z natką pietruszki. Każdą wątróbkę obtoczyć w mące, strzasnąć jej nadmiar. Smażyć na patelni z każdej strony po kilka minut. Nie powinny się smażyć za długo. (Jeżeli nie mamy pewności, czy w środku już doszły, wyjąć jedną i przekroić). Wyjąć, odstawić na ogrzanym półmisku (można wstawić do lekko ciepłego piekarnika).

Brzoskwinie posolić i popieprzyć. Dodać do patelni drugą łyżkę masła. Smażyć brzoskwinie z obu stron, zaczynając od wypukłej. Obsmażone dołożyć do wątróbek.

Dolać do patelni wino z marynaty. Rozmieszać z pozostałościami ze smażenia wątróbek i brzoskwiń. Doprawić solą i pieprzem, odparować, aby powstał intensywny sos. Polać nim wątróbki lub podać go oddzielnie. Wątróbki przed podaniem posolić, ew. posypać świeżą natką.

Wątroba była dawniej cenioną porcją mięsa. Może dlatego, że taka wartościowa. W dodatku szybko się ją przyrządza. W książce Wojciecha Wielądki, kuchmistrza Stanisława Augusta Poniatowskiego, nie ma wprawdzie przepisu na wątróbki drobiowe, ale jest kilka na cielęce. Jeden z nich nieco przypomina ten mój, choć jest bez owoców. Podaję go w pisowni oryginału, czyli z końca osiemnastego wieku:

Wątrobka cielęca duszona
Na danie

Pokray wątrobkę grubo na palec, rozpuść w tyglu masła, ugotuy w nim wątróbkę kraianą z solą i pieprzem. Gdy się ugotuie czyli opiecze ziednej [!] strony, przewróć na drugą, wyimiy z tygla, włóż natomiast pietruszki, cebuli, szarlotki, kawałek czosnku,w szystko usiekawszy, zamięszay w tyglu, wsyp szczubeć mąki, zaley pułkwaterkiem [!] wina, zagotuy. Na wydaniu przyday soku winnego.

Pietruszka to jej natka, szarlotka to szalotka, co ciekawe, występuje obok cebuli, a nie zamiast niej. Przepis jak najbardziej do wykorzystania.

W dziedzinie przyrządzania wątróbki pewne sposoby się nie zmieniły przez wieki. Na dowód kolejny. Tym razem z roku 1962. Pochodzi z „Przekroju” z rubryki „jedno danie”, którą z zacięciem prowadził tam przez lata redaktor Jan Kalkowski. Obok podawania recept zasłyszanych i wyczytanych gdzie indziej, zamieszczał także te od czytelników. Nadsyłali je regularnie, z ochotą dzieląc się swoją kuchnią z innymi. Zawsze je dobrze przyjmowano; nie było jeszcze wtedy możliwości jadowitego ich komentowania, bo... nie było internetu. Także zresztą książki kucharskie nie były powszechnie dostępne. Kupowano je spod lady. A w ogóle w latach 60. XX wieku w PRL-u książek kucharskich wydawano niewiele. W domach królował opasły tom „Kuchni polskiej”, napisanej raczej przez technologów żywienia niż smakoszy. Dlatego kulinarne nowinki „przekrojowe” tak chętnie czytano. Dzięki nim pismo miało czytelników tak licznych i tak je kochających.

PODAJE: ciocia Jula (świetna Gospodyni): Kupić wątróbki z drobiu (kurze, gęsie). Wystarczy po jednej na osobę. Wymyć je pod kranem, posiekać nożem na desce i posolić. Na patelni przysmażyć drobno posiekaną cebulkę do zrumienienia i na nią wrzucić wątróbkę. Mieszać. Na to, po kilku minutach, rozbite jajka. Dobre!

wtorek, 02 lipca 2013
Ostrygi i szampan

Gdy nastał 16 czerwca, dzień moich imienin, byliśmy na naszym campingu. Postanowiliśmy urządzić elegancką kolację. Nie na próżno przebywaliśmy obok jednych z większych we Francji hodowli ostryg. Znajdują się w jeziorze Thau, obok nieodległej Le Cape d’Agde miejscowości Sète. Nic więc dziwnego, że ostrygi można tu dostać we wszystkich sklepach z owocami morza, a są nawet punkty tylko je oferujące. Jak ostrygi, to i szampan. Nie był to jednak oryginalny trunek z Szampanii, ale znakomite wino musujące z Alzacji, oczywiście tzw. metodą szampańską preparowane. To Crémant d'Alsace. Szczerze go polecam (już w blogu o nim pisałam). Zamiast kupować taniego szampana o niewiadomej jakości, wybierzmy ten trunek w wersji brut, czyli mocno wytrawnej. Schłodźmy go porządnie. I cieszmy się nim. Pojawił się także w Polsce.

 

A ostrygi? Gdy je jem, przypominam sobie opowieść Isadory Duncan, słynnej tancerki z początków wieku XX, z lat 20., ekscentrycznej Amerykanki, przez pewien czas żony poety rosyjskiego Sergiusza Jesienina. Wymyśliła swój własny styl tańca, wzorowany jakoby na antyku, polegający m.in. na wirowaniu w przezroczystych szatach (w tych czasach!). W swojej autobiografii (wydanej u nas jako „Moje życie”; mam wyd. I z roku 1969, tłum. Karola Bunscha) opowiadała, że ten styl i potrzebę ruchu miała już przed narodzinami. Tłumaczyła to na swój sposób: „Charakter dziecka jest ukształtowany już w łonie matki. Przed moim urodzeniem matka przeżywała wielką udrękę duchową i znajdowała się w tragicznej sytuacji. Nie mogła przyjmować żadnego pożywienia poza mrożonymi ostrygami i szampanem. Gdy ludzie pytają mnie, kiedy zaczęłam tańczyć, odpowiadam: ‑ W łonie matki, prawdopodobnie dzięki ostrygom i szampanowi, które są pokarmem Afrodyty”.

Tłumacz chyba się machnął, a redaktor przepuścił: to szampan raczej był mrożony (choć i ostrygi podaje się na lodzie), a ostrygi można uznać za pokarm Afrodyty, greckiej bogini miłości. Potem w życiu Isadory szampan także płynął szeroką strugą, a pewnie i ostryg nie odmawiała. Pójdźmy jej drogą. Są, oczywiście, tacy, którzy żadnych mięczaków nie wezmą do rąk, a co dopiero do ust. Oni niech nie czytają. Choć może tylko jeszcze niech się dowiedzą, że ostrygi znali i jedli nasi sarmaccy przodkowie. Występują np. w pierwszej drukowanej książce kucharskiej po polsku (wydanej w r. 1682), u Stanisława Czernieckiego. Pisze o nich tak, bez obrzydzenia, jak widać, także o surowych:

Ostrygi

Ostrygi świeże porozłupowawszy, na wierzchney skorupce piecz będziesz, przydawszy potrosze oliwy albo dobrego masła, soli y chleba trochę białego tartego, pieprzu i gałki [muszkatołowej], a gdy się pocznie rumienić, daway ciepło; możesz y Cytrynę świeżą wycisnąć, jeżeli takiego smaku potrzebować będą, y surowo z oliwą y pieprzem możesz dać.

No i dałam takie właśnie ostrygi, jak te na końcu. Surowe, czyli na zimno, choć nie „mrożone”. Nie tylko dlatego, że w warunkach campingowych nie ma możliwości zapiekania z tartą bułeczką i masłem. Kiedyś do tak przyrządzonych ostryg wrócę. Na razie – klasyka. Ostrygi surowe, takie lubimy. Opisała je w końcu wieku XIX Maria Ochorowicz-Monatowa w „Uniwersalnej książce kucharskiej”, wydawanej potem wiele razy przez pierwszą połowę wieku XX:

Ostrygi podają się zazwyczaj przy wykwintnych śniadaniach. Jest bardzo dużo gatunków ostryg, ale najsmaczniejsze są angielskie, holenderskie i francuskie. Ostrygi trzeba otwierać ostrożnie, aby je nie uszkodzić i by się z nich sok nie wylał. Należy je podważyć grubym nożem kuchennym, lub najlepiej kogo stać na podawanie tego przysmaku, aby sobie kupił specjalną maszynkę do otwierania ostryg. Otwarte układać na tacy na małych kawałeczkach lodu, a pomiędzy nie kłaść połówki przekrojonych cytryn. Osobno na stole poustawiać małe solniczki z grubo potłuczonym pieprzem.

Solniczki z pieprzem. Hm. A czy Anglicy rzeczywiście jedzą ostrygi? Otóż tak. I jedli zawsze. W wieku XVII i tam były tak popularne, że Samuel Pepys, autor pamiętnika, u nas smacznie przetłumaczonego przez Marię Dąbrowską, kupował je całymi beczułkami. Wspomina je bardzo często.

Pani Monatowa z grubsza wytłumaczyła, że ostrygi trzeba otwierać specjalnie. Ale jak się do tego  zabrać? My kupiliśmy specjalne nożyki. Mają krótkie, mocne ostrza i wygodne rękojeści. Taki nożyk trzeba wsunąć między połówki skorupki mniej więcej w tym miejscu:

 

Potem trzeba ostrze przesuwać wzdłuż spojenia skorupek:

 

Gdy się takie mocne ostrze przekręci – ostrożnie, aby nie wylać płynu – skorupka się otworzy:

 

Podważamy mięczaka, skrapiamy cytryną, posypujemy pieprzem i – jemy. Popijając winem musującym lub niemusującym, zawsze białym i schłodzonym. Zagryzając świeżą bagietką. Podobno smakosze takie ostrygi jadali tuzinami (chyba bez pieczywa); tak je się i dzisiaj kupuje. Mnie wystarczyło, i zwykle wystarcza, sześć.

 

Dlatego miałam miejsce na deser. Taki campingowy, nieskomplikowany. Ale myślę, że i w domu może smakować:

Brzoskwinie dla dorosłych po mojemu

brzoskwinie przekrojone na pół

cukier

woda

łyżka mocnego alkoholu (np. brandy, marc lub grappa, kirsch)

crème fraîche lub bita śmietana

Z wody z dodatkiem alkoholu i cukru sporządzić dość gęsty syrop. Włożyć do niego połówki brzoskwiń. Obgotować je przez kilka minut, aby pozostały jędrne. Schłodzić. Podawać z gęstą śmietaną.

 

Do tego deseru wypiliśmy filiżankę kawy i lampkę armaniaku. W końcu byliśmy we Francji. Imieniny uznałam za bardzo udane, także kulinarnie.

środa, 12 grudnia 2012
Prosty deser z owocami (z puszki)

Wracam do zeszytu z przepisami, który dał się odnaleźć po prawie trzydziestu latach. Były lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku (!), gdy w zwykły zeszyt 16-kartkowy w kratkę wpisywałam przepisy tłumaczone z jakiś niemieckich pism. Wybierałam te potrawy, których wykonanie było jako tako możliwe. Ograniczała mnie dostępność, czy raczej niedostępność, większości wymienianych produktów. Czy były wtedy w sklepach brzoskwinie w puszkach? Mam wątpliwości. Ale przepis zapisałam. Raczej liczyłam na brzoskwinie  świeże. Kakao, o ile pamiętam, czasem dawało się dostać, w przeciwieństwie do czekolady (był czas, że była na kartki!). Ten deser przypomina spotykane wówczas wyroby tzw. czekoladopodobne. Też były rarytasem.

Oto dowód moich kulinarnych nadziei; przepisy pisałam skrótami, tłumacząc na gorąco:

 

Dzisiaj z kupieniem puszki brzoskwiń kłopotu nie miałam. Najwyżej z tym, której firmy produkt wybrać. Resztę zrobiłam prawie jak w przepisie. Z tym, że cukier wzięłam drobny brązowy, a do sosu wrzuciłam kilka nasionek anyżu.

 

Ponieważ owoce miały być dla dzieci, nie dodałam do nich brandy. Prosty, szybki deser z rodzaju tych cudnych porad ze starych książek kucharskich, „gdy niczego nie ma w domu”...

07:28, alina.kwapisz
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 września 2012
Dzieci to lubią plus coś dla dorosłych

To, co znajome dzieci lubią, nazywają babeczkami, ale tak naprawdę to muffiny. Uwielbiają mieszać ciasto, dodawać owoce, nakładać do foremek, potem oglądać, jak się pieką, i wreszcie – jeść. Wyjeżdżając zabierają pudełeczko z wypiekiem, aby poczęstować rodziców, których z nimi nie było, i przyjaciół.

O tym, że muffiny są proste do upieczenia i antytalentom do wypieków udają się tak samo, jak wytrawnym specom od ciast – nie muszę przekonywać. Ale jeżeli ktoś jeszcze o tym nie wie, to go o tym informuję.

Aby do jedzenia nie było samo ciasto, dodałam do niego brzoskwinie. Powinny być te twarde, w żadnym wypadku nie rozmiękłe. Skoro jest pora na te owoce, korzystajmy z nich!

Pochodzą z Chin. Podobno stamtąd przywędrowały do Persji, a potem trafiły do parków i sadów Europy. W Chinach owoce są ważnym składnikiem kuchni. Od wieków podawano je jako dodatek do potraw, a niekiedy na zakończenie posiłku. Niezależnie od smaku, są uważane za lekarstwo, które ma zapobiegać, wzmacniać, leczyć. Chłodzą organizm i odżywiają jego „żeński” pierwiastek. Uczta opisana w klasycznej chińskiej powieści Wu Cz’eng-ena z epoki Ming, wydanej u nas pod tytułem „Małpi bunt”, nieprzypadkowo się nazywa Ucztą Brzoskwiniową. Odbywa się podczas niej „zjazd nieśmiertelnych”. Tę cechę zapewniają właśnie brzoskwinie i owoce gingko.

Wysoka zawartość witamin A i C, lekkie właściwości regulujące trawienie, to zalety brzoskwiń. Mają odczyn zasadowy, nie zakwaszają więc organizmu. Są niskokaloryczne. Uprawiane w zagłębiu owocowym Kalifornii, trafiają na stoły gwiazd, pilnujących wagi. Są składnikiem diet owocowych.

Drzewka brzoskwiń, mimo naszego surowego klimatu, w Polsce były znane już w średniowieczu, zdobiły ogrody epoki saskiej. Owoce podawano na ucztach.

W wieku XIX słynny francuski kucharz Escoffier, jako szef restauracji londyńskiego „Savoyu”, gdy słynna gwiazda sceny operowej Melba śpiewała w operze Wagnera „Lohengrin”, uhonorował ją specjalnym deserem. Znamy go do dziś, nazywamy po prostu melbą. Wtedy była to kompozycja lodów waniliowych i brzoskwiń, podana w srebrnym pucharku, złożona między skrzydłami lohengrinowskiego łabędzia wyciętego z lodu, przykrytego woalem z karmelu. W roku 1900, kiedy Escoffier otwierał restaurację w też londyńskim „Carltonie”, po raz pierwszy wpisał tę kompozycję do menu, jako Pêche Melba. Podał tę melbę już bez łabędzia, lecz z przecierem malinowym. Dziś zwykle na lody waniliowe kładzie się połówkę brzoskwini, ugotowanej w syropie (oczywiście bez pestki i skórki), przybraną purée malinowym. Zamiast niego dopuszcza się podanie lekko rozpuszczonych lodów porzeczkowych, aromatyzowanych kirschem. Owoce też mogą być inne, np. poziomki czy truskawki, ale brzoskwinie – to klasyka. Ale uwaga: prawdziwej melby nie uzupełniajmy bitą śmietaną ani innymi dodatkami, na siłę nie amerykanizujmy kuchni.

Opowiadając o brzoskwiniach, warto wspomnieć o ich pestkach. Dawniej je szeroko wykorzystywano do różnych celów, głównie kulinarnych, ale i kosmetycznych, i leczniczych. Dzisiaj postępuje się z nimi ostrożniej, zawierają pochodne kwasu pruskiego, wysoce szkodliwe. Podobno pestkom z brzoskwiń swój migdałowy smak zawdzięcza włoski likier amaretto. Podejrzewam, że dzisiaj dają go jakieś syntetyczne zapachy.

Ale wróćmy do owoców i „babeczek”. Razem z dziećmi wymieszajmy proste, szybkie i łatwe

Muffiny z brzoskwiniami po mojemu

15 dag mąki orkiszowej

15 dag mąki kukurydzianej lub ziemniaczanej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody kuchennej

10–15 dag ciemnego cukru z trzciny

2 jajka

180 g jogurtu naturalnego

pół szklanki mleka

esencja waniliowa lub miąższ z pół strączka wanilii

3 brzoskwinie obrane ze skórki i pokrojone w kostkę

do uznania: 1/2 łyżeczki anyżu, cynamonu lub goździków 

Składniki suche wsypać do miski, wymieszać składniki „mokre” i domieszać do suchych. Na końcu dodać kostki brzoskwiń i korzenie; ja dałam anyż. Piec 20–25 min, w piekarniku nagrzanym do 180 st. C. Polukrować lub posypać cukrem pudrem (zwracam uwagę na ten bardzo wygodny, z młynka).

A gdy dzieci już pójdą do rodzinnego domu, możemy przygotować francuski deser dla dorosłych. Przepis podaje Amerykanka Alicja B. Toklas:

Brzoskwinie płonące (pêches flambées)

Pożądane są świeże brzoskwinie, aczkolwiek mogą być zastąpione tymi z puszki. Jeśli są świeże, wziąć 6, włożyć do wrzącej wody na kilka minut, przykryć, a po wyjęciu obrać ze skórki. Już obrane, gotować z 1,5 szklanki wody na wolnym ogniu przez 3 – 4 minuty. Ułożyć na ogrzanym półmisku, posypać 1/4 szklanki cukru oraz zalać 3/4 szklanki brzoskwiniowej brandy. Przynieść do stołu i zapalić. Płonącym syropem polać brzoskwinie. Podawać płonące. Jest to deser prosty, szykowny i efektowny.

piątek, 24 sierpnia 2012
Krewetki szybkie i efektowne

Krewetki zawsze warto mieć w zamrażalniku. Oczywiście, jeżeli się je lubi. Staram się kupować zawsze wtedy, gdy znajduję te w korzystnej cenie. A można się natknąć na ciekawe promocje.

Najlepsze są krewetki duże, im większe, tym lepsze, choć i droższe. Warto się przyjrzeć, czy są dokładnie oczyszczone. Nie powinny mieć czarnych żyłek; gdy je widać – trzeba usunąć. Powinny wyglądać świeżo, mieć ładny różowy kolor, nie być zmrożone w jedną bryłę.

A potem, gdy czas goni, a trzeba przyszykować szybki posiłek, zamrożone krewetki są bardzo pożyteczne. Na przykład w wypadku niespodziewanej wizyty przyjaciół. Byle owoce morza cenili. Dla takiego posiłku warto także mieć dyżurną butelkę białego wina w lodówce. Taki obiad jest znakomitym lekarstwem na zmęczenie.

Krewetki zamrożone miałam, a także warzywa i owoce. Wyjęłam więc z lodówki, co było, popatrzyłam i wymyśliłam

Krewetki z brzoskwiniami po mojemu

porcja krewetek (na 2 osoby to 30–40 dag)

dymka

czosnek

papryczka chili

seler naciowy

natka pietruszki lub świeża kolendra

2 brzoskwinie

oliwa

sól, pieprz lub ostra papryka, np. chili lub cayenne

Krewetki szybko rozmrozić przelewając wrzątkiem. Osuszyć. Pokroić oczyszczone warzywa i brzoskwinię. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić pokrojoną cebulę wraz ze szczypiorem, czosnek (nie podaję ile, bo każdy lubi inaczej), seler naciowy (wystarczy jedna gałązka, ale gdy chcemy mieć więcej warzyw...). Potem dodać pokrojoną papryczkę. Warzywa powinny lekko zmięknąć, wtedy dodać krewetki, smażyć mieszając. Gdy krewetki się zagrzeją, dołożyć brzoskwinie, dalej mieszać na patelni, na końcu dodać natkę lub kolendrę. Zdjąć z ognia. Kto chce wzbogacić smak, a nie boi się masła, niech doda jego łyżkę lub choćby pół. Przyprawić. Szybko podać.

Krewetek nie trzeba smażyć za długo, zwłaszcza gdy się kupuje te już obgotowane (różowe). Dodatek chłodnego wina białego bardzo podnosi jakość tego krewetkowo-warzywno-owocowego obiadu. Jak i świeże pieczywo; ja podałam bułeczki z żurawinami.

| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl