O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: makaron

piątek, 16 maja 2014
Karp i nie tylko. Plus papryka

W chłodne i bardzo mokre dni potrzebujemy potraw bardziej energetyzujących. A energii dostarcza na pewno papryka. Stąd dzisiaj menu paprykowe. Tę roślinę przywiezioną przez odkrywców Ameryki pokochały szybko narody południa Europy. Wśród nich byli Węgrzy. Tam papryka ukorzeniła się, można powiedzieć, tak, że bez niej obecnie nie wyobraża się kuchni narodowej. Występuje w większości potraw i to ta ostra – zaostrzając je, i słodka – nadając im smak i fantastyczny kolor. Bo przeważnie jest żywo czerwona.

Proponuję trzy czerwone dania z papryką, a że czerwień pięknie wygląda w połączeniu z białym (my, Polacy, najlepiej to wiemy i doceniamy!), zestawiam ją ze śnieżną śmietaną, perłowo białą cebulą i z białym serem. Przyrządzając moje dania posługiwałam się moją ulubioną książką o kuchni węgierskiej: „Nobel dla papryki” Tadeusza Olszańskiego.

Przepis przytaczam wiernie. Na początku zaś daję to, co Autor napisał na końcu: „Węgrzy wszystkie swoje rybne potrawy robią przeważnie z karpia. Jest to bardzo delikatna i smaczna ryba, ale sądzę, że również znajdujące się u nas w sprzedaży morskie ryby można przyrządzać jako paprykarz lub pörkölt”. Charakterystyczny to znak epoki, w której powstała ksiązka: lat 70. XX wieku, czyli czasów PRL-u. Dzisiaj trudno niektórym będzie uwierzyć, ale wtedy karpie pojawiały się w sklepach właściwie wyłącznie przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Stało się po nie w długich kolejkach. Natomiast ryby morskie były w sprzedaży ciągłej, tanie i... niezbyt lubiane. To dla nas zupełna egzotyka! I to jest bardzo dobre.

Paprykarz z karpia
Paprikás ponty

1,8 kg karpia

100 g smalcu

średnia cebula

300 g śmietany

50 g mąki

strąk papryki

papryka w proszku

pół czuszki

sól

Karpia oczyścić, wypatroszyć, odciąć głowę i ogon, pokrajać w dzwonka lub kwadratowe filety, posolić i odstawić na 30 min. w chłodne miejsce. Bardzo drobno posiekaną lub nawet utartą cebulę zrumienić na tłuszczu, dosypać paprykę i pokrajany w krążki strąk papryki i dusić 10–15 min. Przed podaniem dolać śmietanę zaprawioną mąką, raz jeszcze zagotować i podawać z lanymi kluseczkami lub świeżym chlebem.

Dodatkową zaletą tej potrawy przygotowywanej dzisiaj jest, że idzie piorunem. Zwłaszcza gdy kupimy karpia już pokrajanego w dzwonka czy filety. Zdradzę tylko, że jako tłuszczu użyłam oleju. Choć smalec – ulubiony w kuchni węgierskiej – byłby bardziej stylowy. Ponadto nie zagęszczałam śmietany mąką. po prostu dałam gęstą kremówkę. W miejsce czuszki dałam zaś całą papryczkę chili. Jeśli nie jest ostra, trzeba zastosować „zaostrzacz”: paprykę sypką ostrą w proszku lub płynną.

Do takiego karpia ozdobionego kleksem białej śmietany podałam sałatkę z papryki opieczonej, odartej ze skóry, przyprawionej oliwą oraz krążkami białej cebuli. A że zieleń też występuje w węgierskiej fladze, sałatkę przybrałam grubo posiekanymi listkami natki pietruszki.

 

Do tego postawiłam na stole jeszcze jedną specjalność. Łagodzące ostrość paprykarza z karpia kluski z serem. Także z przepisu Tadeusza Olszańskiego, nieco jednak zmodyfikowanego. Na początek wersja kanoniczna opatrzona pewną zachętą autora: „Łazanki można przyrządzić z fabrycznego makaronu, najlepiej z tasiemek, ale raz od wielkiego dzwonu można zrobić je w domu, na stolnicy, jak za dawnych lat”. Kto będzie miał czas, z porady skorzysta.

 

Łazanki z serem
Turós csusza

500 g mąki

2 jaja

sól

400 g białego sera

200 śmietany

100 g wędzonej słoniny lub boczku

łyżka smalcu

Wybić w mąkę jaja, posolić, dodać tyle wody, aby ciasto można było dobrze wyrobić. Uformować 2 gomuły i rozwałkować ciasto jak najcieniej. Pokrajać w szeroką kostkę i odstawić na 1 godz. Zagotować wodę w dużym garnku i przed wrzuceniem łazanek dodać do niej łyżkę smalcu, aby ciasto w czasie gotowania nie kleiło się. Po ugotowaniu wyłożyć łazanki na ogniotrwały półmisek, posypać pokruszonym świeżym białym serem, tłuszczem oraz skwarkami z wędzonej słoniny. Polać śmietaną, posypać dla dekoracji papryką w proszku i podawać. Można też zapiec najpierw łazanki ze skwarkami w piekarniku i dopiero posypać je serem i polać śmietaną.

Ja użyłam jednak gotowego makaronu, szerokich wstążek (włoskie tagliatelle). Posypałam go serem, polałam stopionym smalcem ze skwarkami i posypałam jeszcze czerwoną słodką papryką. Śmietany już nie dawałam i dania nie zapiekałam. A więc kluski były skróconą wersją  oryginalnego przepisu. Czy gorszą? Ważne, że nam smakowało.

Aby było coś do poczytania, przytoczę bardzo ciekawy tekst o warzywach, w tym o papryce. Z ciekawej gazety. To „Kurier Wileński” z roku 1940, czyli z czasów, gdy Wilno pozostawało pod panowaniem litewskim. Gdy w wyniku traktatu Ribbentrop-Mołotow, a dokładnie po 17 września 1939 roku tę część Polski zajęli Rosjanie, przekazali ją Litwinom, aby rychło ją zaanektować i przyłączyć jako kolejną z radzieckich republik. Po tymi skrzydłami Wilno pozostawało do roku 1991, gdy zostało stolicą znów niepodległego państwa litewskiego. Rok 1940 był rokiem niepokoju i tańca na wulkanie. W Wilnie znalazło się wielu uchodźców z Polski zajętej przez wojska Hitlera. Jakoś musieli sobie układać życie, no i czymś się żywić. Pozytywny postulat w tym względzie zgłosił na łamach ukazującego się po polsku „Kuriera Wileńskiego” profesor Jan Muszyński (1884–1957). Był to botanik i farmaceuta wykształcony w Dorpacie (dzisiaj Tartu w Estonii), organizator Oddziału Farmacji na Wydziale Lekarskim wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego, jego profesor od roku 1937. Potem, gdy Wilno także zajęli Niemcy, a miłość ich ze Stalinem przerodziła się w krwawą rozgrywkę, miał trafić do Warszawy, aby wziąć udział w Powstaniu Warszawskim, po wojnie zaś organizować farmację na Uniwersytecie Łódzkim.

Tym postulatem pozytywnym, który miał w jakimś stopniu pomóc w rozwiązaniu braków żywności, było promowanie uprawy pożytecznych warzyw. Także na miejskich trawnikach. Wśród tych warzyw była i papryka, promowana przez profesora jeszcze przed wojną.

Nie samym chlebem człowiek żyje, a pełne misy nie są jedyną ozdobę stołu. Kulturalnemu człowiekowi potrzeba również do życia trochę piękna. A cóż jest piękniejszego w przyrodzie ponad kwiaty. Kwiat jest symbolem piękna przyjaźni i nadziei. Czy to w starożytnym Egipcie lub Helladzie, w Chinach, na współczesnej Riwierze czy na Wyspach Hawajskich człowiek hodował i hoduje kwiaty.

Kult kwiatów jest szczególnie rozpowszechniony wśród narodów rolniczych a kapłankami tego kultu są kobiety. Nasz kraj, jako kraj rolniczy, ma zakorzeniony w duszy ten kult kwiatów. Wszak nawet koło ubogich domów wiejskich spotykamy zawsze ogródki kwiatowe. W miastach, gdzie ludność najczęściej pozbawiona jest ziemi, mieszkańcy stwarzają sobie złudy kwietników, hodując kwiaty w skrzyneczkach i doniczkach na oknie lub balkonie.

Lecz oto teraz jest wojna. Wojna niszczy zawsze nie tylko życie, ale również wszelki dorobek kultury. Chcąc ratować życie, musimy z konieczności rezygnować częstokroć z tego co jest piękne i wzniosłe. W czasie wielkiej Rewolucji Francuskiej ogrodnikowi króla Ludwika XVI darowano życie pod tym warunkiem, że w byłych ogrodach królewskich wyrzuci wszystkie róże, a na ich miejsce zasadzi kartofle!

My również będziemy zmuszeni miast wonnych gwoździków, puszystych astrów i poetycznych powojów hodować specyficznie wonną cebulę i pory, kędzierzawą pietruszkę i sałatę, a piękne powoje zastąpić bardziej prozaiczną fasolą. Ale czy nie możnaby połączyć pięknego z pożytecznym? Owszem można. Mamy już gotowe wzory z poprzedniej wojny.

Ówczesne ogródki niemieckie a nawet kwietniki w publicznych parkach i ogrodach zamieniono na praktyczne ale estetycznie ułożone warzywniki. Widziałem taki ,,gastronomiczny” klomb, który sprawiał bardzo piękne wrażenie. W środku piętrzyła się kępa złocistych słoneczników, otoczonych dookoła ciemnopurpurową gwiazdą ćwikłowych buraków; między promieniami „buraczanej” gwiazdy rosła ciemnozielona kędzierzawa pietruszka, a całość otaczał pierścień jasnozielonych porów.

Rozkochani w kwiatach nie chcieliśmy patrzeć na piękno niektórych warzyw. Wszak jarmuż kędzierzawy, zwłaszcza czerwono-fiołkowy, jest śliczną rośliną ozdobną, a jednocześnie jarmuż należy do najcenniejszych jarzyn witaminowych. Mak ogrodowy jest ulubioną rośliną ozdobną w Anglii oraz Ameryce. Fasola turecka o białych lub ognistych kwiatach jest pięknym materiałem na altanki, a jej nasiona są jadalne i bardzo pożywne.

Zresztą niektóre z naszych kwiatów, hodowanych dla ozdoby, posiadają cenną wartość kulinarną. Pomarańczowe kwiaty nagietków i aksamitek używane są na Kaukazie, w Grecji i Małej Azji jako przyprawa do ciast i sosów, w zastępstwie kosztownego szafranu. Pochodząca z Paragwaju nasturcja daje smaczną i zdrową sałatę, która przypomina w smaku francuską rzerzuszkę [!] (Cresson). Jada się młode liście i kwiaty przyprawione octem i oliwą. W ostatnich latach zaczęto reklamować nasturcję jako znakomity środek na kamicę żółciową, ale pacjenci zamiast jeść świeżą sałatę z nasturcji pijali napary z suszonych liści, co jest mniej skuteczne, a jeszcze mniej smaczne.

Chciałem tu zwrócić uwagę na bardzo cenną pod względem witaminowym roślinę, jadaną masowo na Węgrzech i na Bałkanach, a prawie nieznaną w Wilnie. Jest to t. zw. papryka, albo pieprz turecki. Typowa papryka jest piekielnie ostra i bywa używana jako przyprawa do mięs, ale istnieją obecnie odmiany pozbawione ostrej kapsaicyny, zwane papryką słodką, która się jada w postaci sałatek, marynat lub faszerowane mięsem.

Papryka jest bardzo ładną rośliną o białych kwiatach. Hoduje się ją jak pomidory (wyhodować wczesną rozsadę!). W Wilnie hodowałem ją w gruncie od szeregu lał. a więc klimat tutejszy będzie jej odpowiadał.

Przygotowując ozdobny warzywnik, trzeba umiejętnie dobierać warzywa nie tylko pod względem barwy, kształtu i wielkości, ale również i pod względem trwałości. Buraki, marchewka, pietruszka, selery, pory, jarmuż, brukiew, kapusta czerwona są roślinami które trwają przez cale lato aż do jesieni. Sałata zaś, koper, kalafior, rzodkiewka, cebula mają stosunkowo krótki okres trwania, muszą być szybko zużyte, a wtedy miejsce w klombie byłoby ogołocone, Dlatego pomiędzy nimi należy wy sadzać w miarę zużywania ich inne rośliny, jak fasolę, rzodkiew, paprykę, względnie kwiaty ozdobne.

Przed paniami które niegdyś hodowały kwiaty, otwiera się teraz wdzięczne pole do rywalizacji w urządzaniu estetycznych klombów z prozaicznych, ale niestety niezbędnych do życia warzyw, które są dla nas głównym źródłem witamin i soli mineralnych.

Papryka na polskie stoły powszechniej wróciła dopiero w latach 70. dwudziestego wieku. W latach 60. pojawiała się sezonowo, głównie jako import z Bułgarii. Pełna normalność wróciła nam dopiero dwadzieścia pięć lat temu. Na grządkach miejskich parków rosną coraz piękniejsze kwiaty. Obyśmy znów nie musieli tam sadzić papryki i buraków. Bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani parkowe rabatki, ani niepodległość państw.

piątek, 14 marca 2014
Dla tych, którzy lubią i owoce morza, i dania hot, i kino

W kuchni włoskiej, aby potrawy zaostrzyć, traktuje się je papryczkami peperoni, ich smak zaś i moc wspomaga czosnkiem. Jeden z klasycznych sosów włoskich nazywa się all’arrabbiata. Podaje się go zwykle z makaronem penne. Potrawa pochodzi z Lazio, powinna być wściekle ostra, bo arrabbiato to właśnie „wściekły”. Oryginalny przepis na penne all’arrabbiata podaję za książką „Ricettario Italiano. 1700 ricette dalla tradizione regionale” (Janku, nieustanne podziękowania!). Podaję nieco skrócony (m.in. o opis, jak zdjąć skórkę z pomidorów).

Penne all’arrabbiata

400 g makarony penne

500 g pomidorów dojrzałych i jędrnych

2 ząbki czosnku

oliwa extravergine

starty ser pecorino

sól

1 peperoncino

Na oliwę wrzucić czosnek (uważać, aby się nie przypalił), dodać pomidory bez skórek i ziaren. Sos dusić wolno z solą i posiekaną papryczką przez ok. 20 minut, mieszając od czasu do czasu. Penne ugotować zgodnie z przepisem. Podawać z sosem i startym serem pecorino.

Sos powinien być gęsty, mocno pikantny. Lubię przełamać ten smak. Dlatego dodaję łyżeczkę cukru. Zwłaszcza że nie mogę liczyć na pomidory naturalnie słodkie, dojrzałe na włoskim słońcu. Zresztą, pomidorów świeżych używam tylko w sezonie. Zimą zastępuję je pomidorową passatą czyli przecierem. Na zdjęciu widać markę, która mi odpowiada.

A w ogóle sos pomidorowy wzbogaciłam dodatkiem, który przydał mu zupełnie nowego charakteru. Były to mrożone mule. Z ich jakości byłam bardzo zadowolona: smaczne, słodkawe, po rozmrożeniu jędrne. Z tych muli, z przecieru pomidorowego oraz gotowej mieszanki all’arrabbiata przygotowałam sos. A do niego ugotowałam spaghetti. Wyszło danko, które powinno smakować wszystkim miłośnikom opery włoskiej (że przypomnę zjazd tego gremium z filmu „Pół żartem, pół serio”). Sos arrabbiata doprawiłam pewnym tajemnym składnikiem, który zdradzę poniżej. Zastąpił cukier.

Spaghetti all’arrabbiata z mulami po mojemu

makaron spaghetti

opakowanie muli mrożonych

passata pomidorowa

łyżeczka gotowej przyprawy all’arrabbiata

cebula

2 ząbki czosnku

posiekana natka pietruszki

sól

starta skórka z mandarynki

sok z mandarynki

oliwa

starty ser pecorino romano

Oliwę lekko rozgrzać, poddusić w niej cebulę pokrojoną w półplasterki lub drobniej. Dołożyć posiekany czosnek i mule lekko rozmrożone. Poddusić, aż mule całkowicie się rozmrożą i lekko zmiękną. Dodać przyprawę, dobrze zamieszać. Po 3 minutach dodać passatę, dusić co najmniej 10 minut.

Dodać startą skórkę z mandarynki i wyciśnięty z niej sok. Nie musi być go dużo, aby nie rozrzedził sosu.

Spaghetti ugotować zgodnie z przepisem na opakowaniu (radzę czas zmniejszyć o minutę, nawet dwie). Odcedzić, skropić oliwą, wymieszać z natką. Podawać posypane startym serem.

Kto nie ma gotowej przyprawy, która jest naprawdę wściekle ostra (przywiozłam ją z Włoch, ale można o nią popytać w „Kuchniach świata” lub poszukać w sklepach internetowych), może ją zastąpić ostrą papryczką. Jedną lub dwiema, co zależy od ich mocy. Sos powinien naprawdę palić podniebienie. Tak, aby trzeba je było spłukiwać dobrym Chianti.

Ochota na klimaty włoskie wzięła się u mnie z wizyty w kinie. Udało się załapać na ostatni seans w moim kinie (dobre filmy idą krótko) „Wielkiego piękna” („La grande bellezza”) Paolo Sorrentino. Z uwagą będę śledziła jego filmy. Po „Obcym”, o Andreottim, wydawał się interesujący, w tym ostatnim widzę jego rozwój i zdołał mnie on zaciekawić. Film nawiązuje do dokonań Felliniego.

Ale podróż głównej postaci filmu przez dokonania życia, czy raczej, w sumie, ich brak, kojarzy się nie tylko ze „Słodkim życiem”, ale i innymi dziełami kultury europejskiej. Film rozpoczyna cytat z Céline'a, autora przedwojennego, dzisiaj raczej zapomnianego. „Nasza podróż jest całkowicie urojona. W tym jej moc”. Cytat z jego powieści uznanej w swoich czasach za skandalizującą (z wypiekami czytałam ją na studiach!), z „Podróży do kresu nocy” (tytuł znaczący dla filmu), rozpoczyna nasze śledzenie nocnych wędrówek po Rzymie, które odbywa filmowy pisarz i dziennikarz Jep Gambarella. My, jako turyści, takiego Rzymu nie poznamy. Może i dobrze?... Śmietanka towarzyska tego miasta bawi się po nocach w sposób, który wymaga końskiego zdrowia! Innymi odniesieniami do filmu mogą być: wspomniane w nim celowo dzieło Prousta, ale i „Wilk stepowy” Hessego, i uwagi jakby wzięte wprost od Oskara Wilde'a. Kto lubi zabawę w szukanie cytatów z literatury i filmów, tu znajdzie pożywkę i okazję do odgadywania pozostawionych tropów.

Do obejrzenia filmu zachęcam także tych, którzy kochają Rzym. Jest pięknie fotografowany. I tak pusty, jakiego chyba normalny wędrowiec nie ujrzy! Korzystajmy.

Odnotuję jeszcze dwie kreacje aktorskie: Toni Servillo – niegdyś filmowy Andreotti, a więc aktor lubiany przez reżysera – stworzył wielką kreację, na miarę Mastroianniego, aczkolwiek podstarzałego. Oskarową; choć film w tym roku nagrodzono „tylko" Oskarem jako najlepszy obraz nieanglojęzyczny. Drugi aktor, na którego zwróciłam uwagę, to Roberto Herlitzka w roli kardynała Bellucciego. I to on w filmie reprezentuje (obok wspaniałej gry) wątki kulinarne.

Jest zapewne wielkim miłośnikiem kuchni, bo każde jego zjawienie na ekranie wiąże się z podawanymi przez niego przepisami na potrawy. Widać, że to jedyny temat, który go naprawdę interesuje (choć nudzi obecnych, co poddaję pod rozwagę tym, którzy zanudzają bliźnich własną kulinarną pasją!). Gotujmy, ale nie zanudzajmy szczegółami przyrządzania królika po liguryjsku...

A w ogóle radzę iść ze znajomymi do kina, a potem zaprosić ich na penne lub spaghetti all’arrabbiata. Przyrządzimy je w mig (sos możemy zresztą ugotować wcześniej). Fajnie będzie filmowe wątki rozplątywać we włoskim anturażu.

sobota, 01 marca 2014
Włoska potrawa ze smakiem tajskim, na żydowskim tle

Nawet jeżeli jeszcze coś białego z nieba nas posypie, nawet jeżeli pomrozi, da się już wyszukać jakieś bardzo nieśmiałe oznaki wiosny. Wystarczy wyjść na spacer do najbliższego ogrodu. Po spacerze wymyślmy jakiś niecodzienny posiłek. Z rodzaju tych, które poprawiają humor.

Jego przygotowanie nie powinno się wiązać z długim staniem w kuchni. W sobotę jest tyle innych rzeczy do zrobienia! Szybkie do zrobienia są prawie wszystkie makarony z kuchni włoskiej. Proponuję jednak nie poprzestać na smaku ściśle włoskim i typowy włoski makaron – penne – wzbogacić o tchnienie Dalekiego Wschodu.

Na początek trochę do poczytania. Oto, jak kuchnię włoską opisywał przedwojenny tygodnik dla kobiet żydowskich „Ewa”. Tekst mówi trochę o czasach, w których powstał, czyli o roku 1930, o tych szczęśliwych czasach, gdy w Europie nie rozpętała się jeszcze powszechna histeria antyżydowska, gdy – mimo kryzysu – interesowano się kulturą, także kulinarną, innych krajów i narodów. Zawiera przy tym akcenty charakterystyczne dla społeczności polskich Żydów, dumnych ze swojej tożsamości. Ale także bardzo ciekawy opis tego, jak wyglądała włoska kuchnia jeszcze nie tak popularna i zepsuta powodzeniem, jak dzisiaj. Zilustruje tekst reklama znanej warszawskiej wędliniarni. Zbliżały się wiosenne święta – katolicka Wielkanoc i żydowskie Pesach – w pismach reklam spożywczych było coraz więcej. Wyobraźmy sobie, jeżeli potrafimy, smak tych wędlin! Kto ma blisko do babci czy prababci pamiętającej czasy przedwojenne, niech o ten smak i rodzaje wędlin koniecznie wypyta.

Artykulik o kuchni włoskiej podaję w całości i, jak zwykle, w ówczesnej ortografii. Zwracam uwagę na podane sposoby gotowania oryginalnych włoskich dań: od zupy poprzez sos boloński po farsz do włoskich drobnych pierożków, których znamy znacznie więcej niż Autorka. Jej opis poprzedza wstęp napisany przez redakcję wyraźnie się tłumaczącą, dlaczego wykracza poza przepisy kuchni żydowskiej.

 

Obce Kraje, obce Kuchnie

Pielęgnowanie przez gospodynię żydowską kuchni żydowskiej jest – między innemi – jednem z jej zaszczytnych zadań. Nie ulega wątpliwości, że wśród innych czynników, kształtujących indywidualność narodu – kuchnia odgrywa niepoślednią rolę. Cóż dopiero da się powiedzieć o kuchni żydowskiej, tak specyficznej i charakterystycznej, dzięki swym przyprawom i smakowi! Lecz niestety, wraz z postępem, musimy uznać, że czasami wyłączne przygotowanie potraw według pewnej tradycji nie idzie w parze z duchem czasu. Nowoczesne zdobycze medycyny niejednokrotnie staczają bitwę z przestarzałemi, aczkolwiek posiadającemi swój urok i wartość – przepisami kuchni żydowskiej.

Połączyć ducha kuchni żydowskiej z tem, co nam ostatnio zaleca wiedza – to ideał inteligentnej gospodyni. W miarę możności modernizujemy naszą kuchnię, wprowadzamy nowe idee – do starych, starając się pewnych przepisów nie przekraczać. Dla urozmaicenia kuchni, co jest tak bardzo ważne przy odżywianiu, zapożyczamy przepisów na przyrządzanie potraw od innych narodów.

Tym razem, za „Org. gospodarstwa domowego” podajemy szereg cennych przepisów na potrawy wedle kuchni włoskiej. Żydowska gospodyni skorzysta z tego materjału, modyfikując odpowiednio potrawy – odejmując i dodając to i owo – jeżeli prowadzi kuchnię koszerną. Całość i smak potraw napewno na tem nie ucierpią. P. Teresa Skórzewska pisze:

Przezorny opiekun i nieodstępny towarzysz podróżnych Baedecker ostrzega przed zaburzeniami żołądkowemi, grożącemi jakoby podróżnym, zbytciekawym włoskich wrażeń gastronomicznych. Moje doświadczenia z podróży są wprost przeciwne. Kuchnia wielkich hoteli we Włoszech jest marną imitacją kuchni francuskiej, monotonną i bezbarwną, natomiast potrawy rdzennie włoskie, którekosztować można już tylko w mniejszych „albergach” i „trattorjach”, są na ogół oryginalne i smaczne. Może w wielkich miastach oliwa, stanowiąca w uboższych warstwach ludności jedyną prawie okrasę, pozostawia pod względem jakości do życzenia; jednak w okolicach pełnych gajów oliwkowych, w których miałam sposobność się z nią zaznajomić, oliwa była wyborna, a smażone na niej ryby, „fritelli” i t. d. sprawiały prawdziwą przyjemność podniebieniu.

Nie chodzi mi jednak o zachwalanie oliwy, która, jako kosztowny produkt zagraniczny jest w kuchniach naszych zbyteczna, ale o podanie Paniom szeregu potraw smacznych a tanich, które mogą się przyczynić bez specjalnych kosztów do urozmaicenia codziennego pożywienia.

Na pierwszem miejscu postawiłabym zupy, stanowiące podstawę odżywiania szerokich mas. „Minestrę” taką, gęstą, pożywną i niezmiernie aromatyczną przynoszą sobie w południe gondoljerzy weneccy na miejsce postoju; takąż zupę z pewnemi odmianami widziałam sprzedawaną na placu targowym w Genui, podobną robił „padrone” maleńkiego hotelu w górach, od którego się nauczyłam przyrządzania jej.

Proszę rondel wypełnić jarzynami, o które w danej porze najłatwiej, nie zapominając – o ile się da – o kilku marchwiach i selerach; poza niemi na wiosnę dodajemy groszek, latem – fasolkę zieloną, kalafjory, później – kapustę zwyczajną, włoską lub brukselską, zimą – fasolę suchą itp. Jarzyny te zalać wodą, lekko osolić, rondel przykryć i wygotować z nich rosół przez trzy kwadranse do godziny. Po nastawieniu go przyrządzić zaprawkę następującą: dobrą łyżkę masła rozpuścić na ogniu i smażyć w niej posiekaną cebulę, tak, by się nie przyrumieniła, dodać parę łyżek marmelady pomidorowej i smażyć dalej 10 minut, poczem zaprawkę tę wlać do rosołu. Po odgotowaniu przelewamy zupę przez sito, z jarzyn odrzucamy te, których nie lubimy, a inne krajemy i wrzucamy zpowrotem do rosołu, dodając doń ponadto najróżniejsze rzeczy: więc ryż lub makaron, jeden z wielu gatunków klusek, pierożków itp., czasem także parówki lub jaja półmiękko na wodzie ugotowane. W ostatniej chwili dodajemy pokrajanych w paski liści szczawiu lub szpinaku, (które, nie będąc już gotowane, zachowują witaminy), a przy stole każdy posypuje obficie swą porcję tartym parmezanem (w naszych stosunkach lepiej używać sera polskiego, zwanego szwajcarskim).

Ta prosta potrawa zawiera wszystkie chemiczne składniki, potrzebne w pożywieniu; tłuszcz – w zaprawie, do której zresztą dodać można trochę posiekanej słoninki; węglowodany – w jarzynach i kluskach, białko – w serze. To też popularność we Włoszech tego pożywienia przez lud „zupskiem” (minestrone) zwanego jest bardzo uzasadniona.

Niech Panie przypomną sobie ten przepis, szczególnie na letnisku, gdzie często chodzi o to, by bez pomocy służącej łatwo, tanio, a jednak pożywnie i smacznie rodzinę odżywić.

Oto znów zupa lekka a pożywna, którą nawet chorym podać możemy: dwa żółtka wymieszać dobrze z mąką w ilości łyżeczki do herbaty, litr wody lub rosołu dolewać powoli, mieszając, gotować przez pięć minut, dodawszy szczyptę siekanej pietruszki; mieszając, wsypać łyżkę tartego sera i podać.

Najwybitniejszą jednak specjalnością włoską, odgrywającą w odżywianiu ludowem rolę przynajmniej równie dużą, jak u nas kartofle, są ciasta, u nas podpadające pod ogólną nazwę makaronów, a tam, zależnie od jakości, grubości czy kształtu, rozróżniane jako maccheroni lub określane obrazowo jako „końskie zęby”, „ptasie języczki”, „motylki” itp. Zasadą przy gotowaniu makaronów, jak wszelkich klusek i pierożków, powinno być wrzucanie ich w wodę, silnie się gotującą, lekko osoloną i to nie jednym zamachem, ale powoli aby się nie oziębiła i wrzeć nie przestała. Zawsze należy używać dużego rondla, zawierającego, jak najwięcej wody, gdyż wielka ilość wody wrzącej, a zatem znajdującej się w ruchu, zapobiega sklejaniu się makaronów.

Błędem często u nas spotykanym jest zbyt długie gotowanie makaronu, wskutek czego zamienia się on w rozmiękłe bezkształtne ciasto, gdy tymczasem powinien zachować swoją formę i stawiać zębom lekki opór. Wobec ogromnej ilości odmian makaronów nie można tu dać norm stałych: dla gatunków najdrobniejszych i najcieńszych wystarczy pięć minut, dla najgrubszych na ogół dwadzieścia minut gotowania. Jeżeli chcemy użyć makaronu do wyżej opisanej minestry, gotujemy go w niej odrazu; jeśli natomiast podajemy makaron, jako oddzielną potrawę, gotujemy go w wodzie, którą następnie odlewamy, a makaron przyprawiamy bądź masłem, bądź różnemi zaprawkami.

Oto jedna z nich używana w Bolonji, chlubiącej się przodowaniem w sztuce kulinarnej wszystkim miastom włoskim. Na pół kg. makaronu 150 gr. cielęciny lub innego mięsa, 50 gr. szynki wędzonki, 40 gr. masła, ćwierć cebuli, pół marchwi, kawał selera, szczypta mąki, szklanka rosołu. Wędzonkę i cebulę posiekać; mięso pokrajać w drobne kostki i razem z cebulą i wędzonką przyrumienić na roztopionem maśle na ogniu; potem domieszać szczyptę mąki, dolać rosołu i gotować z pół godziny.

Można zmienić smak takiej zaprawki np. przez zastąpienie mięsa grzybami lub dodanie marmelady pomidorowej. W niektórych okolicach zamiast cebuli używa się czosnku, który mimo ostrego zapachu jest bardzo zdrowy i przez niektórych lubiany.

Jedną z lepszych specjalności włoskich są drobne rybki, krewetki itp. smażone w cieście. Jako „fritto misto” podają w ton sposób przyrządzone kawałki móżdżku, nerek, jarzyn itp. Dobroć tych potraw, osmażanych polega na wielkiej kruchości i delikatności ciast, w którem się je macza przed osmażeniem w tłuszczu. Oto przepis na nie: 100 gr. mąki, łyżkę stołową oliwy, takąż łyżkę
spirytusu, jedno żółtko wymieszać dobrze, dodając pomału wody — tyle, by uzyskać ciasto miękkie, lecz niezbyt płynne. Wymieszać, zostawić ciasto na kilka godzin, poczem przed samem użyciem dodać jeszcze jedno białko ubite na piankę. Móżdżki np. w takiem cieście z sosem tatarskim lub parówki z sosem pomidorowym są doskonałe.

Do sosu pomidorowego Włosi nie używają śmietany, ani pod żadnym warunkiem mąki; siekają drobno ćwierć cebuli, odrobinę czosnku, dodają kawałek selera i pietruszki i smażą na maśle. W tę zaprawkę kładą 10 rozduszonych dobrze dojrzałych ciemnych pomidorów i, mieszając raz po raz, pozostawiają na ogniu aż sos dobrze zgęstnieje. Podają po przetasowaniu przez sito.

Pierożki nasze znajdujemy we Włoszech pod nazwą „cappeletti”. Ponieważ farsz tam używany jest znacznie delikatniejszy od naszego, podaję go Paniom: 100 gr. kury, cielęciny lub innego białego mięsa udusić w maśle, posiekać drobno, dodać 30 gr. sera tartego, 2 żółtka i 1 białko, szczyptę soli.

Pierożki wypełnione tym farszem gotować 2—3 minuty w wodzie, poczem je wstawić do pieca, polane jedną z wyżej podanych zaprawek i przesypane parmezanem, czy też innym serem, albo też odgotować je i podać w rosole z kury.

Przepisy do wykorzystania; prawda? Zapamiętawszy je, przyrządziłam szybkie penne z sosem o smaku włosko... tajskim.

Penne z owocami morza po mojemu

makaron penne

bazylia świeża

papryka wędzona z młynka

sól

oliwa

Sos:

krewetki i mule mrożone

2 cebule dymki ze szczypiorem

czosnek

oliwa

bazylia świeża, natka pietruszki

mleczko kokosowe

2 łyżeczki przyprawy Tom Yum

ew. sól, pieprz

Wstawić osoloną wodę na makaron. Przyrządzić sos: rozgrzać oliwę, wrzucić pokrojone cebulki, lekko poddusić, dodać posiekany czosnek i owoce morza (gdy zamrożone, przelać je na sicie gorącą wodą). Poddusić. Gdy krewetki i mule są już lekko miękkie, dolać mleczko kokosowe i przyprawę Tom Yum.

Do wrzącej wody wrzucić makaron. Gotować nieco krócej niż czas pokazywany na opakowaniu. Przed odcedzeniem spróbować, czy nie jest za twardy. Odcedzić, ale trochę wody zachować. W misce wymieszać makaron z wodą, z oliwą, porwanymi na kawałeczki listkami bazylii, z wierzchu posypać papryką. Do sos dodać świeże zioła, natkę i szczypior, wymieszać.

Sos i makaron podaję oddzielnie. Na stole stawiam też coś surowego, najczęściej jest to któraś z sałat. Ale dziś, aby pozostać w klimacie smaków wschodu, ale także aby się zabezpieczyć przed wiosennym podziębieniem, proponuję sałatkę bogatą w witaminy.

Sałatka z dymki i zielonej papryczki chili

2 cebule dymki ze szczypiorem

1–2 zielone papryczki chili

oliwa

sól, pieprz czarny lub papryka wędzona z młynka

Cebule pokroić w plasterki, dwa odłożyć. Papryczkę oczyścić z pestek, posiekać. Cebule i chili wymieszać w salaterce z oliwą, posypać przyprawami. Przybrać odłożonymi plasterkami cebuli, podzielonymi na krążki. Z wierzchu skropić oliwą.

A deser? Może jednak? Przygotowałam coś lekkiego, smakiem nawiązującego do sosu. Jak to się udało?

Galaretka ananasowa z sorbetem kokosowym

opakowanie galaretki o smaku piña colada

świeże listki melisy lub mięty

mleczko kokosowe

cukier puder do smaku

Mleczko kokosowe ubić mikserem z cukrem pudrem. Wstawić do zamrażalnika na co najmniej godzinę, ze dwa razy przemieszać widelcem. Galaretkę przygotować zgodnie z przepisem na opakowaniu. Wlać do kieliszków lub przezroczystych miseczek. Gdy wystygnie i zacznie się zestalać, włożyć listki melisy lub mięty. Podać przybraną sorbetem kokosowym, który może być tylko lekko zamrożony.

Przygotowanie tego obiadu powinno się zacząć od deseru. Najlepiej zrobić to rano. Gdy on jest gotowy, wszystko idzie szybko. To typowy szybki obiad w pół godziny. Reszta soboty to już relaks.

sobota, 04 stycznia 2014
Sobotnie refleksje przy obiedzie z brukselką

Przy okazji wolnych dni (właśnie mi przypomniano, że wolny ma być i poniedziałek!) kolejna porcja lektury. Znów sięgam do starej gazety. Znalazłam w niej tekst, w którym rówieśniczka naszej praprababci starała się sięgnąć myślą i intuicją w przyszłość, aby dopowiedzieć na pytanie, jak my, jej praprawnuczki, będziemy żyły. W roku 1938 w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” autor o inicjałach Z. K. zamieścił typowy dla sezonu ogórkowego tekst o przyszłości. Opowiada o wizjach angielskiej lekarki Elizabeth MacFarlane Sloan Chesser (1877–1940), popularnej wtedy autorki książki „Kobieta, małżeństwo i macierzyństwo”, wydanej w roku 1913, a także wielu innych pozycji o zdrowiu kobiet i dzieci. Była autorytetem swoich czasów. W kwestiach żywienia wypowiadała się przeciw szalonym i radykalnym dietom (faddism food), opowiadając za rozsądnym szukaniem przyjemności z miarkowanego jedzenia.

Czy jej wizja przyszłości jest trafna? Niezależnie od tego, na pewno nam pomoże przystanąć, przyjrzeć się sobie i odpowiedzieć na pytanie: jak naprawdę żyjemy. W jaką przyszłość kierujemy lub skierowaliśmy nasze dzieci. Co po sobie zostawiamy. W pierwszych dniach nowego roku takie refleksje mogą być bardzo inspirujące. futurystyczny tekst podaję z zachowaniem archaicznej ortografii.

Dr. med. Elisa Sloan-Chesser, profesor londyńskiego uniwersytetu, zastanawia się nad tem, jaką będzie kobieta w roku 2000, jak nasze prawnuczki będą żyły, kochały i tworzyły? „Ja – mówi ta wybitna uczona – zazdroszczą już mojej, nieurodzonej jeszcze prawnuczce, ona bowiem będzie wiodła życie znacznie bogatsze w wiedzę, treść, no i czas, ponieważ wobec postępów techniki, zwłaszcza w komunikacji, pozna wszystkie piękności ziemi, a mimo to dość czasu mieć będzie na celową, umiłowaną pracę.

Przedłużona młodość.

Odrobinę także zazdroszczę jej doskonałego zdrowia, sprężystości ciała, siły, które będą charakteryzowały przyszłą kobietę. My lekarze w ciągu najbliższych dziesiątek lat bez wątpienia gwałtownie się zmienimy; ci nowi będą się tak różnili od nas dzisiejszych, jak my różnimy się dziś od czarowników i eskulapów średniowiecznych. Lepszy wgląd w prawa natury i w ludzki organizm sprawi, że zbędną stanie się większość dzisiejszych medykamentów i kuracyj. Owe pozornie tak niewinne, a przecież niebezpieczne schorzenia, które określamy jako „przeziębienia” i „katary”, owe bolesne, a postarzające choroby, znane pod nazwą reumatyzmu, będą w roku 2000 tak rzadkie, jak dziś cholera, albo dżuma.

Dobry lekarz będzie równie dobrym psychologiem – takim być musi. Spotęgowana odporność na różne zakażenia naszych ciał, umożliwi przedłużenie wydatne młodości i piękności, tak, że „pięćdziesięciolatki” z roku 2000 będą posiadały kości, zęby, włosy i tkanki dzisiejszych „trzydziestolatek”. Na dzisiejsze środki piękności, kosmetyki, będą lekarze owej epoki patrzyli mniej więcej tak, jak my dziś na sproszkowane żaby, węże i napoje miłosne naszych praprababek...

Gospodarstwo domowe w przyszłości.

W jaki sposób urządzą sobie gospodarstwo domowe kobiety w 2000 roku? Obraz domu przyszłości zaczyna się już zwolna, choć mglisto zarysowywać. W Stanach Zjednoczonych można już obecnie na podstawie katalogów zamawiać listownie domek wiejski z żelazo-betonu i asbestu, a w kilka dni później posiada się już taki domek gotowy, zaopatrzony w centralne ogrzewanie, w chłodnice, elektryczne zmywalnie naczyń i t. d. Takie domy już usuwają wielką część kłopotów gospodarczych z życia kobiety. Ale nasze prawnuczki i pod tym względem będą w jeszcze lepszej sytuacji. Oto elektryczne maszyny do naczyń będą już rzeczą przestarzałą, bowiem w gospodarstwie 2000-go roku będą talerze, filiżanki i t. p. – z papieru, jednak wyglądające, jak saska porcelana. Po użyciu będzie się je poprostu wrzucało do elektrycznych pieców. Puszyste ręczniki i jedwabna, wspaniała bielizna, będą również z papieru, a pani 2000-go roku po jednorazowem ich użyciu będzie je także paliła. Jeżeli w mieszkaniach tej przyszłej epoki jeszcze pokaże się kurz, to nasze prawnuczki w żadnym razie nie będą z nim walczyły „elektroluksami”, ściereczkami do kurzu i t. p.

Codzienne posiłki.

I tutaj nastąpią zmiany, chociaż nie tak wybitne. Nie wierzę w chemiczne pigułki odżywcze przyszłości – przez nie skarlały ród ludzki wyginąłby prędko. Myślę zresztą, iż przyszli ludzie kulturalni wykształcą sobie bardzo „wymagające” podniebienia. Smaczne obiadki w odpowiedniem towarzystwie są przyjemnością, której ludzie roku 2000 także się nie wyrzekną, gdyby nawet mieli możliwość odżywiania się taką jedną pigułką, o jakiej marzą chemicy.

Wyprodukowane będą nowe owoce i jarzyny, a posiłki, może w elektrycznych grzejnikach, dostarczać się będzie z centralnych kuchni. Niewątpliwie jednak przyrządzanie dobrego jedzenia coraz bardziej i bardziej stawać się będzie sztuką i wiedzą, wymagającą inteligencji i wiadomości chemicznych i fizjologicznych studjów, które nasze prawnuczki z pewnością posiadać będą.

Małżeństwo i macierzyństwo w 2000 roku.

W przyszłej generacji musi dojrzeć zgoła nowe „nastawienie” do życia. Nasz człowiek, znajdujący się na przełomie, pełen zgiełku, niepokojów, różnych przesądów, stanie się niechybnie przedmiotem kpin i śmiechu naszych prawnuczek. Co będą one myślały o małżeństwie i macierzyństwie? Jedno jest pewne: instynkt macierzyński, niewygasające dziedzictwo ludzkości, był i pozostanie źródłem siły także przyszłych cywilizacyj. Zatem małżeństwo, jako forma najkorzystniejszej opieki dla potomstwa, istnieć będzie nadal i przypuszczam – wobec zupełnego równouprawnienia obu płci – doskonalsze, zakładane na więcej etycznych podstawach. Jest możliwem także, że wobec zwiększającej się przewagi liczebnej kobiet, pewna ich część nie będzie wogóle zdolna do małżeństwa, natomiast obdarzona będzie wybitną energią, przedsiębiorczością, zdolnością twórczą, a więc przymiotami, które przypisuje się dziś specjalnie mężczyznom.

Rozsądne prognozy do pewnego stopnia się spełniły. Te o papierowych naczyniach – zupełnie nie. Jak i „centralne kuchnie", cokolwiek to znaczy, nie powstały.  I może dobrze. Na pewno żyjemy dzisiaj, już lat czternaście po prognozowanym 2000., lepiej niż nasze przodkinie z roku poprzedzającego wybuch II wojny światowej. Jest nam wygodniej, nasze zdrowie pozwala dłużej się cieszyć dobrą formą i ładnym wyglądem, no i na szczęście, zgodnie z przepowiednią, nie musimy spożywać obiadów w postaci pastylek. A sobota to dobry czas na obiad prosty, skromny, ale smaczny. Zużyjemy do niego resztki poświątecznej wędliny (jeżeli ktoś je jeszcze ma) i jedno zimowe warzywo. To kapusta brukselska. Jeżeli jest jedzona, to w postaci gotowanych główek, potraktowanych tartą bułeczką zasmażoną z masłem. Proponuję przyrządzić ją inaczej. Bez wody. Zyska na smaku i wartościach odżywczych.

Tagliatelle z sosem pomidorowym z brukselką

świeży makaron jajeczny tagliatelle

passata pomidorowa lub pomidorowy przecier

cebulka, czosnek

natka pietruszki i świeży koperek

kapusta brukselska

skrawki szynki lub innej wędliny

oliwa

sól, pieprz lub papryka słodka i ostra, szczypta cukru

starty włoski ser

Brukselkę oczyścić (odciąć u nasady, zdjąć zwiędnięte listki), szybko obmyć i osuszyć na ociekaczu. Cebulę pokroić w półplasterki, czosnek przesiekać drobno z natką. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić brukselkę, smażyć ją aż zacznie mięknąć (10­–15 minut, zależnie od wielkości; duże główki można przekroić na pół). Następnie dołożyć cebulę i skrawki wędliny, razem lekko obsmażyć (cebulka nie powinna się zrumienić). Dorzucić czosnek z natką. Chwilę pomieszać, wlać passatę pomidorową, doprawić solą, pieprzem lub papryką i cukrem. Pogotować dalszy
kwadrans.

W tym czasie ugotować makaron zgodnie z zaleceniem na opakowaniu (albo nieco krócej, często tak robię). Zetrzeć ser.

Podawać makaron ze świeżą natką, startym serem i oliwą. Sos – oddzielnie.

Starty ser to zwykle parmezan (parmigiano reggiano) albo pecorino, ale ja mam grzeczny zapasik grana trentino (dziękuję, Stasiu). Może to być każdy inny ser; do brukselki będzie smakował także angielski cheddar. Natkę i koperek można zastąpić świeżymi ziołami: bazylią, oregano, nawet bardziej swojskim majerankiem. Z wędlin, oczywiście, można zrezygnować. Ale wtedy dajmy więcej sera. Nie ścieram go drobno. Robię to na grubych oczkach tarki lub wręcz ucieram ser w płatki. Jest wtedy bardziej wyrazisty w smaku.

 A jeżeli już jesteśmy po solidnym spacerze lub wykonaliśmy wszystkie sobotnie domowe porządki, otwórzmy butelkę dobrego czerwonego wina, na przykład któregoś z okolic Trydentu. Ostatnio nam bardzo smakowało eleganckie i wyraziste Mezzacorona Teroldego Rotaliano (Stasiu, j.w.; jest boskie!), jakkolwiek do brukselki chyba będzie zbyt... eleganckie. Brukselska kapusta nie będzie nigdy potrawą wykwitną i trzeba się z tym pogodzić. To jednak znakomite warzywo domowej kuchni codziennej. Podajmy więc do niego równie smaczne primitivo z południa Włoch, w Kalifornii znane jako zinfandel.

poniedziałek, 02 września 2013
Lasagne – przekładaniec po włosku

Podaję na zamówienie. Czy są różne pomysły na lasagne, czy tylko jeden, ten najbardziej popularny, z sosem w typie bolońskiego? Czy są jakieś triki pozwalające otrzymać zwarty kwadrat ciasta na talerzu, a nie rozmamłaną mieszaninę? Spróbuję na to odpowiedzieć.

Jest to danie wymagające pewnego nakładu pracy, większego niż zwykła pasta, czyli np. popularne spaghetti z sosem bolońskim, czy carbonara. Przepisów jest sporo. Płaty ciasta można przekładać różnymi sosami wykonanymi na mocnej podstawie sosu pomidorowego lub sosami białymi. Do sosów możemy dodawać różne dodatki: mielone mięsa, oczywiście, bardzo różne warzywa i wreszcie – sery. Podaję poradę z „Kuchni włoskiej” Alberto Massariego: „Sos musi być wystarczająco rzadki, ponieważ służy do nasączania poszczególnych warstw potrawy”. Ale, dodam od siebie, nie może być wodnisty. W cytowanej książce sos jest sporządzony z marchewki, cebuli i selera naciowego, duszonych z szynką i kiełbasą (tak jest przetłumaczone, bez wyjaśnienia, jaka to kiełbasa – według mnie tzw. metka, czyli kiełbasa o mięsie surowym; zastąpmy ją wołowym mięsem mielonym) oraz z pomidorami. Sos dusi się, obok soli, pieprzu i listka laurowego, z goździkiem i cynamonem, co nadaje mu ciekawą nutę smakową.

Tu przypomina mi się „Lampart” i słynna zapiekanka sycylijska (chyba to tymbal czyli timballo) opisana przez Giuseppe Tomasiego di Lampedusę. Danie podał gościom powieściowy książę Salina, którego rodowód (jak i autora, także arystokraty), gwarantuje jego historyczność, sięgającą wieku co najmniej szesnastego: „Lokaje w zieleni i złocie liberii wnieśli ogromne srebrne półmiski, na których piętrzyły się piramidy makaronu. (...) Przyrumieniona na złoty kolor powierzchnia ciasta i bijący w nozdrza słodki aromat cynamonu stanowiły tylko preludium dla delicji ukrywających się w środku; gdy nóż przecinał chrupiąca powłokę, najpierw dobywała się ze środka wonna para, a potem dopiero ukazywały się kurze wątróbki, cienkie plasterki jajek na twardo, szynki, kawałki pulardy i trufle zagłębione w tłustej, gorącej masie nitek makaronu, któremu esencjonalny sos mięsny nadawał ponętny kolor brunatnego zamszu”. Mowa o makaronie cienkim, ale kto nam zabroni takimi smakołykami przekładać płaty ciasta?

Zanim się do tego przymierzymy, sporządźmy prostszą wersję zapiekanki. Bo lasagne to typowe danie zapiekane. Bardzo wygodne – można je przygotować wcześniej i zapiec przed podaniem.

Zaczęłam od tego, że na moim bazarze pod Halą Mirowską kupiłam wspaniałe pomidory. Nazwane były pomidorami brzoskwiniowymi. Duże, o pachnącym czerwonym miąższu. Wyglądały wspaniale i tak smakowały.

 

Sos z nich ugotowany jest bardzo smaczny. Nie obierałam ich ze skórki, nie wyciskałam z nich pestek; kto chce, może to zrobić. Po prostu je pokroiłam i wrzuciłam do garnka, w którym na oliwie zmiękczyłam drobno pokrojoną słodką cebulę i porwane listki bazylii. Sos przyprawiłam tylko solą i pieprzem. Myślałam o dodaniu czosnku, ale uznałam, że nie chcę, aby tłumił smak tych wspaniałych pomidorów. Sos dusił się długo – do czasu do czasu mieszany – aby zgęstniał. I tak się stało:

W tym czasie, gdy sos pyrkotał na najmniejszym gazie, przygotowałam pozostałe składniki. Czyli płaty ciasta. Miałam jajeczne ciasto świeże (pasta fresca) i zastanawiałam się, czy je obgotować. Tak podają przepisy. Jest to zawsze kłopotliwe. Zwłaszcza gdy płaty ciasta są długie. Sklejają się, trzeba potem je obsuszać na ściereczce. Cała ceremonia. Postanowiłam płatów ciasta nie obgotowywać. Przecież dokładnie otoczone sosami – ugotują się podczas zapiekania. I tak się stało. Ponadto ciasto zachowało jędrność, a zapiekanka po pokrojeniu nie rozpaćkała się na talerzu.

A w ogóle dla miłych gości przygotowałam dwa makarony: lasagne i pappardelle (szersze wstążki) z sosem pomidorowym. Najpierw ta druga:

Pappardelle z pomidorami

makaron pappardelle

oliwa

sos pomidorowy (patrz wyżej)

pomidor cały

sól, pieprz, ew. zioła świeże np. bazylia lub oregano

starty ser włoski (parmezan, grana padano)

Ugotować makaron, aby był jeszcze lekko twardawy. Wymieszać z oliwą i ziołami. Domieszać sos. Na wierzchu zapiekanki położyć plastry pomidora. Posypać startym serem. Zapiekać 20–30 minut.

Na zdjęciu obok makaronu zapiekanego z pomidorami widać lasagne. Czym proponuję je wypełnić?

Lasagne ze szpinakiem i pomidorami

lasagne jajeczne

szpinak świeży lub mrożony

sos pomidorowy

ser mozzarella w całości

sos biały:

1–2 łyżki masła

1–2 łyżki mąki

mleko

natka

sól, biały pieprz, starta gałka muszkatołowa

Przygotować sos biały (w typie beszamelu): zasmażyć masło z mąką (mieszać chwilę, aby mąka straciła surowość; nie rumienić). Odstawić na chwilę. Gdy przez kilka minut nieco wystygnie, mieszać z mlekiem. Postawić na gazie, mieszać, aż sos zgęstnieje. Rozcieńczać mlekiem do osiągnięcia pożądanej konsystencji. Przyprawić, wymieszać z natką.

Przygotować szpinak: świeży – po umyciu dusić na oliwie, mrożony – rozmrozić w mikrofalówce lub na patelni z oliwą. Przyprawić do smaku.

Mozzarellę pokroić w cienkie plasterki.

Spód naczynia do zapiekania wysmarować warstwą sosu białego. Układać z nim plastry ciasta, przekładając je na zmianę szpinakiem z plasterkami mozzarelli i sosem pomidorowym, także z mozzarellą.

Na wierzchu dać płat ciasta, dokładnie go oblać sosem białym. Posypać startym serem. Zapiekać 30–40 minut w 180 st. C.

Podobnie przygotowuje się lasagne z ciasta suchego. Są takie, których się nie obgotowuje (przepisy przygotowania mają na opakowaniu). Aby nie otrzymać smętnego efektu w postaci suchego ciasta, każdy płat trzeba wyjątkowo starannie pokrywać sosem. Te bez sosu będą suche i twarde.

Podanie dwóch zapiekanek makaronowych zadowoli wybrednych i bardzo głodnych gości. Oba dania można potem odgrzewać. Nie martwmy się więc, gdy makaronu wyjdzie duuużo.

sobota, 06 lipca 2013
Duet biało-czerwony na obiad

Taki obiad jedliśmy najbardziej upalnego dnia w Le Cape d’Agde. Dzisiaj to już wspomnienie naszych niedawnych wakacji. W dzień gorący, ale – po kilkukrotnym pływaniu w morzu – zatęskniliśmy za porządną miską makaronu z sosem z pomidorami. Nie było wyjścia, postawiłam na sprawdzony sos boloński, ale w wersji langwedockiej. Z owoców tej pięknej krainy wzięłam oliwki. Pięć ich rodzajów rodzajów na targu. Sprzedawczyni częstowała klientów kanapeczkami z bułki z tapenadą – pastą sporządzaną z mielonych oliwek, w różny sposób doprawioną. Jest pasta ciemna albo jasna, jest czerwona, z anchois lub bez nich, z jakimiś tajemnymi dodatkami zapewniającymi jej niepowtarzalny smak. Tak jak i oliwek, jest jej kilka rodzajów. A obok na stoisku znajdujemy butelki z oliwą z tychże oliwek. Wszystko zachwyca, inspiruje i napełnia podniebienie smakiem Południa. Chce się kupować, gotować, a potem spędzać przy posiłku godziny, gdy upał już słabnie.

Obiad zestawiłam z jasnej sałatki z selera głowiastego i czerwonego sosu na jasnym makaronie. Do sałatki wypiliśmy szklaneczkę któregoś z tutejszych białych win, pewnie sauvignion blanc. Do sosu mięsno-pomidorowo-oliwkowego wzięliśmy wino czerwone, może cabernet sauvignon Les Ormes de Cambras, pochodzący z Béziers, historycznej siedziby albigensów. Oczywiście, dania były przygotowywane w warunkach kuchenki campingowej. Nie mogły być wymyślne. Chciało się je jeść, nawet w gorącym dniu.

Sałatka z selera

mały seler

natka z pietruszki

sok z cytryny

crème fraîche lub gęsta śmietana

majonez

ew. sól, pieprz

Ze śmietany i majonezu sporządzić sos, doprawić go do smaku. Posiekać natkę, ale raczej grubo.
Seler oczyścić, zetrzeć. Od razu skropić sokiem z cytryny. Wymieszać natychmiast z sosem i  natką pietruszki.

Proporcji tego mało ambitnego, ale smacznego sosu nie podaję, bo każdy może go dostosować do swego smaku. Soli się go mniej, jeżeli daliśmy więcej majonezu – i na odwrót. Pieprz najlepiej zastosować biały, ale na campingu możemy go nie mieć. Natki nie warto żałować, z selerem tworzą znakomity duet. Sałatkę do czasu podania trzymamy, w miarę możliwości, w lodówce.

Gdy sałatka czeka, szybko gotujemy sos do makaronu. Ja go robię z mielonej wołowiny. Przypomnę klasyczny przepis, nieco uproszczony, jak to na campingu.

Sos w stylu bolońskim

200–400 g mielonej wołowiny

spora cebula

3–4 ząbki czosnku

szklaneczka białego wina

szklaneczka wina czerwonego

oliwa

dobry przecier pomidorowy (passata) lub 1/2 kg pomidorów świeżych

sól, pieprz

oliwki ciemne i jasne

natka pietruszki lub świeże zioła, np. oregano lub bazylia

zioła suszone, np. prowansalskie lub oregano

Oliwę rozgrzać, wrzucić do niej cebulę pokrojoną w kostkę. Gdy się zeszkli, dodać mięso, podsmażyć je na większym ogniu. Zalać winem. Gdy wino odparuje, dodać przecier pomidorowy lub posiekane świeże pomidory, zmiażdżone ząbki czosnku, suszone zioła, sól i pieprz. Dusić aż sos uzyska jednolitą konsystencję. Gdyby był zbyt gęsty, dolewać wino czerwone. Tuż przed podaniem dodać oliwki, podgotować, aby smaki się połączyły. Na końcu dorzucić natkę i/lub zioła świeże.

Dla dzieci sos przygotowujemy bez wina, ale z dobrym bulionem wołowym; wtedy nie solić. Z wodą tylko wtedy, gdy bulionu nie mamy. Ilość czosnku można dopasować do swojego smaku. Jak i przyprawy. Czy oliwki odpestkować? Dla dorosłych nie trzeba, ale dla dzieci musimy się pomęczyć lub kupić oliwki bez pestek.

Sos podałam z makaronem linguini, ale oczywiście może być i spaghetti. Makaron zawsze podaję oddzielnie, doprawiając go oliwą i jakimś zielonym dodatkiem ziół lub natki (może być czosnek lub/i chili). Ser powinien byś drobno starty. Ale tarki nie miałam, pokroiłam go więc w drobne słupki. Był nawet bardziej wyrazisty.

wtorek, 28 maja 2013
Błyskawicznie po włosku

Nie udawajmy, że zawsze gotujemy wszystko sami, że codziennie jemy trzydaniowe obiady  całkowicie przez nas przygotowane, że nie kupujemy żadnych gotowych dań czy choćby półproduktów. Są przecież całe dania do dogrzewania. Mrożone lub chłodzone. Można zamawiać obiady do domu. Albo kupować gotowe, tylko do odgrzewania, dania tzw. garmażeryjne (należy do nich pieczony kurczak, ale i różne kotlety, bigosy, kluski z dodatkami), polskie pierogi (amatorzy na pewno mają swoją ulubioną markę), surówki i sałatki. Są i szybkie do przygotowania makarony z różnymi sosami. Ostatnio jest nawet pasta fresca, czyli makaron świeży, a nie suszony. Ten świeży jest ponadto zwykle jajeczny. Dobrze mieć takich "pomocników kucharza" i zaplanować ich wykorzystanie na ten dzień tygodnia, który mamy najbardziej wypełniony obowiązkami. Warunek: przechowywanie tych półproduktów zgodnie z zasadami opisanymi na opakowaniu i dotrzymywanie terminu przydatności do spożycia.

Wyznam, że kocham właśnie włoskie makarony. W tym – małe pierożki. Te suszone, i te z ciasta świeżego. Mają najrozmaitsze kształty. Są malutkie kwadraciki ravioli, nadziewane często ricottą ze szpinakiem albo grzybami. Są tortellini, np. z mięsem lub szynką, w kształcie naszych uszek; frywolni Włosi twierdzą, że inspiracją do nich był pępek Wenus lub żony szefa kucharza, który je wymyślił. Te pierożki są także oferowane jako pasta secca. Są jeszcze mniejsze i większe kapelusiki capeletti, istnieją panzarotti z okolic Piacenzy, orecchiette alla pugliese (kapelusiki), agnolotti z Piemontu i wiele, wiele innych. Podobno samych rodzajów tortellini jest ze sto. Ich odmianą są większe tortelloni – także w różnych kolorach. Wszystkie bowiem makarony można barwić. Szpinakiem na zielono, koncentratem pomidorowym, chili, a nawet burakami na czerwono i wywarem z sepii na czarno, a z szafranu – na żółto.

Kupiłam świeże tortelloni. Są większe od tortellini, choć wciąż mniejsze od naszych pierogów. Jedne były ze szpinakiem i ricottą, drugie – z suszonymi pomidorami i mozzarellą. Oba bardzo smaczne. Takie pierożki można podawać z włoskim sosem pesto (jest obecnie wiele ich rodzajów, od różnych wytwórców, warto sobie upatrzyć ulubiony). Albo którymś z sosów pomidorowych. Oczywiście, najlepiej sos zrobić samodzielnie. Ale, nie czarujmy, nie zawsze na to jest czas i ochota. A może jeszcze prościej, bez sosu?

Tortelloni z ricottą i szpinakiem doprawiłam intensywnym w smaku brązowo-zielonym olejem z pestek dyni. Wymieszałam z liśćmi szałwii. Posypałam papryką chili z młynka. Tortelloni z mozzarellą i pomidorami suszonymi doprawiłam łagodnym olejem z prażonych orzechów włoskich. Dodałam do niego tylko małe pomidorki, przekrojone na pół, oraz liście bazylii. Na oba rodzaje pierożków poszedł starty ser włoski; był to grana padano, ale może być i inny. To wszystko. Przygotowanie tego obiadu trwa z siedem minut, no, dziesięć, ze starciem sera, obmyciem i osuszeniem ziół, przygotowaniem talerzy itd. Domowy sommelier ma czas, aby dobrać wino, otworzyć je i postawić na stole kieliszki. Na przykład Nero d’Avola. Albo jakieś inne. Najlepiej także z Italii.

sobota, 04 maja 2013
Menu filmowe lub książkowe

Pogoda paskudna. Kto nie wyjechał w te kilka wolnych dni, czyli weekend przeciągający się na cały tydzień, szuka zajęć domowych. A może sięgnąć po klasyk filmowy lub książkowy? Wybrałam już leciwy, w co trudno mi uwierzyć, bo pamiętam, gdy był przebojem. To film włoski z ducha: „Ojciec chrzestny”. W swoim czasie modne było naśladowanie chrapliwego głosu Marlona Brando. A może ktoś sięgnie po książkę, którą napisał Mario Puzo, będącą pierwowzorem filmu? Filmy są trzy. Akurat na trzy odsłony obiadu czy długo trwającej kolacji. Nie napracujemy się, nie nadwerężymy zawartości lodówki. Proponuję menu proste.

Najpierw aperitif. Znalazłam go w książce o koktajlach autorstwa Roba Chirico. Jak objaśnia, istnieje wiele koktajli, które wymyślono na część filmów czy filmowych gwiazd. Zwykle nie żyją długo. Ten jakoś przetrwał. Kiedy go pić? „Czy alpejska wiosna, lato w pełni, złota polska jesień czy też ferie zimowe, Ojciec Chrzestny będzie mężczyzną na wszystkie pory roku”. A gdzie go można znaleźć? Autor radzi: „Rozejrzyj się za klubami w klimacie Hollywood. Czy w twoim mieście jest bar w stylu Cinema Noir? Jeśli nie, być może stworzenie go okaże się świetnym biznesem na przyszłość?” Hm. Na razie próba domowa. Koktajl jest bardzo prosty. Wystarczą dwa składniki. My je mieliśmy.

 

Godfather
Ojciec chrzestny

60 ml szkockiej whisky

30 ml amaretto

Wlej wszystkie składniki do uprzednio schłodzonej szklanki typu old-fashioned tumbler wypełnionej lodem i zamieszaj.

Koktajl jest mocny. Czy wystarczy na całą pierwszą część filmu, tę najbardziej klasyczną? Warto to rozważyć zawczasu. Autorowi pasuje do tego koktajlu cielęcina. Hm. Może jako vitello tonnato? To klasyczna potrawa włoska – cielęcina w sosie tuńczykowym; takie połączenia można znaleźć w moim blogu. Ale ja cielęciny nie miałam. W ogóle z zakupami nie przesadziłam, bo tłum w sklepach był okrutny (w jednym usłyszałam, jak pan mówi do pana wskazując na kolejki do kas: "patrz, k..., to przez ten kryzys"). A sklepy w świąteczne dni były przykładnie zamknięte.

Trzeba było coś przygotować z domowych zapasów. Zawsze mam jakąś passatę z pomidorów. Makaron. I już właściwy kierunek. Włoska pasta. W naszym wypadku – pasta fresca. Ostatnio takie można kupić. Gotują się trzy minuty. Trzeba pilnować, aby nie rozgotować. To potrawa najprostsza jaka być może. Nie ma co robić zbyt długiej przerwy w filmie bądź co bądź bardzo długim, nawet jeżeli oglądamy tylko pierwszą część. Dodałam do niej parówki cielęce. W zamrażalniku mam zapas na czarną godzinę. Nie ma co oszczędzać. Kupujmy najdroższe, a jeżeli są w opakowaniu zawsze sprawdzajmy, co zawierają. Czy w tych cielęcych jest cielęcina, a w drobiowych drób. Z warzyw – wyjęłam z lodówki brokuły. Ale może to być papryka. Podduszona cebula z czosnkiem. Marchewka pokrojona w dość grube talarki i podgotowana lub podduszona.

 

Tagliatelle z warzywami

paczka świeżego makaronu jajecznego

brokuły

passata pomidorowa

2–4 parówki cielęce

świeże zioła

ser tarty typu włoskiego

oliwa

sól, pieprz, pół łyżeczki cukru

Brokuły podgotować na parze, aby pozostały twardawe. Podgrzać sos, doprawić do smaku. Pokroić parówki. Wrzucić do sosu. Zagotować wodę na makaron. Ugotować go pilnując, aby się nie rozgotował. Odcedzić. Wymieszać z oliwą. Ułożyć na nim brokuły. Polać sosem, resztę sosu podać oddzielnie. Tak samo podać posiekane zioła i starty ser.

To wszystko. Ugotowanie tej potrawy trwa dziesięć minut, a nawet krócej. Pasuje do prawie każdego włoskiego filmu. Ambitni oczywiście mogą wcześniej poddusić mięso wołowe lub cielęce i dodać do sosu. Albo podać makaron tylko z warzywami. Zaręczam jednak, że prostackie parówki też smakują w sosie pomidorowym dobrze. Jak to parówki.

Deser podajemy jeszcze prostszy. Truskawki do niego warto przygotować wcześniej i do chwili podania chłodzić w lodówce.

 

Lody na truskawkach

lody jogurtowe

truskawki

likier np. amaretto

listki świeżej melisy

Truskawki obmyć, osuszyć, pokroić odrzucając niedojrzałą część przy szypułce. Skropić likierem. Na owocach położyć kulkę lodów. Przybrać listkami melisy. Melisę można też posiekać i wymieszać z owocami.

Lody można dać jakieś inne, ale takie, aby smakiem nie przytłumiły owoców. Warto je smakiem dobrać do likieru (np. cytrynowe lub waniliowe do limoncello). Zamiast melisy można wziąć miętę. A kulki dać dwie, jeżeli się nie boimy słodkich kalorii.

wtorek, 16 kwietnia 2013
Znad Morza Śródziemnego

Kuchnia śródziemnomorska jest zdrowa, bo w jej menu znajduje się dużo warzyw – w tym tak cennych jak pomidory i papryka. Są też odpowiednie węglowodany i zdrowy tłuszcz: oliwa. Mało tłuszczów zwierzęcych. Sporo ryb, zioła, dobry ser. Jej dania są na ogół proste, do szybkiego wykonania. Ma wiele znakomitych, łatwych do wykonania potraw, na których można przyjemnie się uczyć gotowania. Dzisiaj przedstawię taki zestaw obiadowy. Wykona go każdy, kto zechce. Otrzyma w kwadrans (bez wstępnego przygotowania papryki) dwa dania, których nie wstyd podać także gościom lub Ukochanej Osobie. Taki obiad lub kolacja z butelką dobrego wina zmiękczy serce, rozwiąże język, pomoże odprężyć się i cieszyć życiem. Przy okazji dostarczymy witamin i mikroelementów organizmom, z których wiele odczuwa, jak słyszę, szalejącą wiosnę – dla zdrowia i urody.

 

Papryka pieczona. Kilka razy już opisywałam jej wykorzystanie, ale może warto pokazać, jak ją opiec. Umytą w całości układamy na blasze lub w naczyniu żaroodpornym w piekarniku, najlepiej pod górnym, opiekaczem. Skórka na niej ma się mocno zrumienić, nawet zwęglić, nie bójmy się tego. Ale tylko skórka – nie sam miąższ. On ma być miękki i słodki. Strąki trzeba obracać, aby skórka rumieniła się z każdej strony. Warto kontrolować, aby cała papryka się po prostu nie spaliła, będzie nie do użycia.

 

Gdy już z każdej strony jest opieczona, wkładamy ją do plastikowej torebki. Niech wystygnie. Wtedy zdejmujemy ze strąków skórkę (bardzo łatwo ją zsuwać), czyścimy paprykę z pestek. Uwaga, z jej środka może wypływać sok. Warto więc ją czyścić nad talerzem.

Z takiej papryki robię sałatkę. Kroję ją niezbyt cienko (ale gdy ktoś woli w cienkie paski, niech tak zrobi). Układam, aby kolory się mijały (można po prostu wszystko wymieszać). Przybieram krążkami cebuli i posiekaną zieloną natką pietruszki. Mogą to być świeże zioła. Teraz wystarczy już tylko oliwa. Kto chce – soli, ja daję tylko pieprz. Taka sałatka w zasadzie wystarcza za całe danie. Z bagietką (jest ich teraz rozmaitość: wiejskie, na zakwasie, obok francuskich, paryskich i prowansalskich) lub ciabattą.

Ale może zamiast pieczywa ugotujemy makaron. Wybrałam fettucine zabarwione papryką na czerwono. Ten świeży jajeczny makaron gotuje się nie dłużej niż 3 minuty. To ważne, aby tego dokładnie pilnować, a nawet wyjąć go szybciej. Nie może być rozgotowany.

Fettucine ugotowane al dente podałam po doprawieniu natką pietruszki przesiekaną z czosnkiem i ukręceniu tej mieszaniny z oliwą. To wszystko. Można dodać tarty ser, najlepiej grana padano, parmezan lub pecorino. Wszystkie są do kupienia.

 

Aby obiad przygotować błyskawicznie, warto najpierw – rano lub nawet wieczorem poprzedniego dnia – opiec paprykę. Pierwszą czynnością będzie przygotowanie dodatków do sałatki oraz makaronu: cebuli i natki. Natkę siekamy z czosnkiem i rozcieramy z oliwą na sos do makaronu. A potem już tylko trzeba: ułożyć pokrojoną paprykę, przybrać cebulą i natką, a w tym czasie zagotować posoloną wodę na makaron. Gotową sałatkę wnosimy na stół. Domowy sommelier otwiera i nalewa wino. Wtedy wrzucamy makaron i pilnujemy gotowania przez 2,5–3 minuty, odcedzamy, mieszamy z oliwą doprawioną czosnkiem i natką. Buon appetito!

piątek, 01 lutego 2013
Miłośnikom spaghetti

Polubiłam spaghetti z mąki pełnego przemiału (integrali). Jest brązowe. Ma swój smak. A przede wszystkim – jest zdrowe. Gotuje się jak zwykłe. Podaje z sosem. Jak każdy makaron jest podstawą do wykonania potraw szybkich, z kilku składników. Dyżurne, które lubimy i które pozwalają gotować szybkie obiady, staram się mieć w domu. Pomagają się poratować, gdy wydarzenia nie mieszczą się w 24 godzinach dnia.

Istotą sprawy w daniu zwanym „spaghetti” jest sos. Najprostsze to tylko aglio e olio: czosnek i oliwa. Gdy do tego domy parmezan i zielone zioła – mamy wartościowe danie najszybsze. Mój szybki sos był wymyślniejszy. Do jego błyskawicznego ugotowania wykorzystałam kilka zamrożonych krewetek z zamrażalnika, cukinię z lodówki, pomidory krojone z kartonika. Można też dać cebulę i czosnek. No i przyprawy. C’est tout.

Spaghetti integrali po mojemu

spaghetti z mąki pełnego przemiału

cebula

cukinia umyta, pokrojona w plastry

mrożone krewetki

kartonik z krojonymi pomidorami

sól, oregano, pieprz

świeże zioła lub natka pietruszki

oliwa

Włączam czajnik elektryczny. W garnku nastawiam osoloną wodę na spaghetti. Zamrożone krewetki przelewam wrzątkiem z czajnika. W tym czasie: na patelni w rozgrzanym oleju zmiękczam cebulę, dodaję pokrojoną w plastry cukinię. Krótko obsmażam (ma być twardawa). Wrzucam  krewetki. Mieszam, przyprawiam.

 

Do zagotowanej wody wkręcam  makaron. Gotuję go zwykle nieco krócej niż jest podane na opakowaniu. Do cukinii dodaję pomidory. Mieszam, podgrzewam. Dalej już z górki: odcedzam makaron, mieszam z odrobiną oliwy i sosem, posypuję ziołami, podaję. Na stole stawiam starty ser, jeżeli go mam.

Przygotowanie sosu trwa w zasadzie tyle, ile trzeba na ugotowanie makaronu. Zamiast krewetek można wziąć pokrojoną szynkę, chudy boczek (czyli włoską pancettę), tuńczyka z puszki lub inną rybę albo nawet parówki. W miejsce cukinii może iść papryka lub fasolka z puszki. Zamiast cebuli lub obok niej można wkroić selera naciowego. W ogóle: każde warzywo, każdy dodatek białkowy, dowolnie dobrane przyprawy pozwolą w minut dziesięć przygotować ciekawy sos.

 
1 , 2 , 3
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Ulubione
Tagi
Treść i zdjęcia objęte prawem autorskim. Publikacja całości lub fragmentów jedynie za zezwoleniem autorki.