O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: kuchnia polska

piątek, 28 października 2011
Z kanonu kuchni polskiej

Podobno pisało mu się bardzo ciężko. Ale w tej książce, jedynej wydanej na emigracji, już po wojnie, mozołu nie widać. Jest barwna, dowcipna (miejscami - zjadliwie) i w sumie bardzo nostalgiczna. To tom składający się z dwóch opowieści, które łączy tytuł: „Turyści z bocianich gniazd”. Ogólnie mówiąc, o polskich marynarzach na obczyźnie.

Autor przed wojną był związany z literackim pismem prawicy „Prosto z mostu”. Wydał jakieś książki, teraz znane chyba tylko niektórym znawcom literatury. Najbardziej jest znany ze swego życiorysu. Razem z Witoldem Gombrowiczem odpłynął latem 1939 roku z Gdyni w rejs do Ameryki Południowej. Gombrowicz został w Argentynie, Czesław Straszewicz, bo o nim mowa, wrócił do chorej Europy. Gombrowicz obśmiał jego wybór w „Transatlantyku”. Straszewicz postąpił zgodnie ze swoimi wartościami. Zaliczył Francję, Anglię, służbę u Maczka (podobno czołg najechał mu na nogę). Potem dopiero gorzką emigrację. Do kraju nie wrócił. Trafił natomiast na kontynent południowoamerykański: do Urugwaju. Tam powstali „Turyści…”. Książka szalona i niepowtarzalna. Nie do podrobienia.

Jedna z opowieści nosi tytuł „Katedra sandwiczów”. I zawiera treści kulinarne! Typowo polskie, można rzec: nadpolskie, hiperpolskie, polskie w takim wymiarze, na jaki tylko emigrant może się poważyć. Coś jakby bigos u Mickiewicza… a główny bohater opowieści to ktoś jakby Sienkiewiczowski Latarnik, z Książką pod pachą… Jaka to książka, dlaczego przez duże K? Oczywiście, to książka kucharska. Która daje bohaterowi, a jest on nazywany Kostkiem Napierskim, tożsamość i wartość we wrogim, obcym świecie zakazanego południowoamerykańskiego portu.

To chyba tęsknota za rodzimym smakiem kazała napisać Straszewiczowi (czy przepisać) literalnie dwa przepisy na potrawy, które uważał zapewne za najbardziej polskie z polskich. Najpierw jego bohater, Kostek, gotuje, oczywiście posiłkując się Książką (zauważmy, że nie jest to mityczna
Księga Schulzowska…, tylko Książka), „Bitki a la Radziwiłł”. Oto jak: Mięso dobrze usiekać, lub skręcić, dodać jedną bułkę namoczoną i wyciśniętą z wody, 2 całe jajka, tartą cebulę, sól, pieprz i szczyptę gałki muszkatołowej. Formować małe, okrągłe bitki, jak pączki, które obsypać mąką i obrumienić na maśle. Potem bitki ułożyć w rondelku, wsypać trochę kaparów i skórki cytrynowej, podlać śmietaną i dusić aż do miękkości.

Czyż nie wspaniała potrawa na sobotni lub niedzielny obiad z rodziną lub przyjaciółmi? Polecam. Nawet bez kaparów, których zresztą Kostek nie mógł dostać, ale my możemy, w hipermarkecie.

A tak naprawdę, na kartach książki bitki gotował Kostek w tygodniu, na sobotę zadysponował „Flaki po polsku”. Na rosole, z pulpetami. Z majerankiem, pieprzem i parmezanem podane. Misterium gotowania opisał Straszewicz z takim sercem, że aż się chce gotować. Cokolwiek. Byle po polsku.

| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
Treść i zdjęcia objęte prawem autorskim. Publikacja jedynie za zezwoleniem autorki. myTaste.pl