O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: feta

piątek, 11 lipca 2014
Sałatka z owoców i sera

Zaczyna się sezon na brzoskwinie. Bardzo lubię te kolorowe owoce pełne soku i słodkiego, charakterystycznego smaku. Zwykle jemy je na surowo, po prostu jako słodki deser. Dzisiaj propozycja „zupełnie z innej beczki” (kto jeszcze pamięta genialne tłumaczenie Monty Pythonów autorstwa Tomka Beksińskiego?...). Brzoskwinie pikantne. W sałatce pięknej dla oka i atrakcyjnej dla podniebienia, zwłaszcza w upalny dzień.

Sałatka z brzoskwiń po mojemu

brzoskwinie

cebula, najlepiej słodka

twardy ser feta

świeże liście laurowe

płatki soli z papryką chipotle

papryka wędzona z młynka

oliwa

ew. sok z cytryny

ew. czarny pieprz z młynka

liście świeżej bazylii

Cebulę zblanszować we wrzącej wodzie. Ostudzić, pokroić w półplasterki. Brzoskwinie także zanurzyć we wrzątku, obrać ze skóry, pokroić w kostkę po usunięciu pestki. Owoce ułożyć w salaterce, przykryć cebulą, przyprawić solą i papryką wędzoną z młynka. Dołożyć kilka świeżych listków laurowych, zalać oliwą.

Ser odsączyć, obsuszyć, pokroić w kostkę. Rozłożyć wokół owoców i cebuli. Skropić go oliwą i jeszcze raz przyprawami. Wstawić sałatkę do lodówki.

Sałatkę wyjąć z lodówki przed podaniem na tyle wcześniej, by oliwa zrobiła się płynna. Przybrać porwanymi w palcach listkami bazylii, ew. skropić sokiem z cytryny i posypać pieprzem świeżo zmielonym.

Dla tych, którzy połączenie brzoskwiń z cebulą uznają za zbyt ekstrawaganckie, podam teraz propozycję z roku 1934 przedstawioną przez dwutygodnik „Kobieta w świecie i w domu”. Abyśmy mogli sobie wyobrazić, gdzie mieściła się redakcja, wklejam stopkę redakcyjną. Gdy będę znowu na Solcu (jest tam budka warzywna, którą warto odwiedzić!), spojrzę, czy budynek pod tym adresem się zachował. Solec 87.

Pismo wydrukowało kilka przepisów pozwalających wykorzystać dojrzałe brzoskwinie. Wrócę do nich, a przynajmniej sobie to obiecuję. Niech trud przedwojennych redaktorek nie pójdzie w powietrze! Na razie – sałatka. Jak zwykle, w pisowni z epoki.

 

Wykwintna sałatka mieszana

Pokrajać dojrzałego melona w kostkę. Oddzielnie przygotować brzoskwinie obrane z wierzchniej skórki, podzielone na ćwiartki, skropione obficie białem winem i pocukrowane. Oberwać piękne, dojrzałe jagody czarnych winogron, wypłókać [tak!], osączyć. Wszystko to wstawić do lodowni, a gdy doskonale zaziębnie układać warstwami na salaterce kryształowej. Wierzchnią warstwę uformować zręcznie z mieszanych owoców. Soki jakie się wytworzyły z melona i brzoskwiń wymieszać i polać nimi sałatkę.

Wyborną kombinacją jest też połączenie melona i malin, które ukazują się [...] na rynkach handlowych. Malin nie należy cukrować zawczasu, a w chwili wydania melona na stół przekładać warstwę melona warstwą suchych, doskonale ochłodzonych malin. Po wierzchu przybrać dorodnemi jagodami malin.

A więc do brzoskwiń – ciemne winogrona albo maliny. Deser lekki i efektowny, nawet przy większej uroczystości. Wcale nie staroświecki. Podana na początku moja sałatka z brzoskwiń, cebuli i greckiego sera feta to z kolei propozycja na posiłek codzienny. Ma jeszcze jedną zaletę – obok wartości odżywczych i świetnego smaku – można ją w mig przyrządzić, schłodzić tylko lekko (warto, zwłaszcza, gdy jest gorąco) i od razu podać. Kawałek świeżej bagietki lub ciabatty oraz kieliszek schłodzonego białego wina uczyni z dnia powszedniego święto. U nas na stole z sałatką pojawiła się schłodzona retsina, greckie wino o smaku żywicy. Nie każdy je lubi, ale nam smakuje bardzo. Niech żyje lato!

piątek, 14 lutego 2014
No cóż. Poświętujmy

Miłość – piękna rzecz, jeśli wierzyć, że w ogóle istnieje (kłania się dialog z końcówki „Misia”). Gdyby jeszcze nie wciskali tego dnia zakochanych, czyli świętego Walentego, tak nachalnie i komercyjnie. Te majtki z serduszkami, te czerwone poduszki, czekoladki, publikacje o afrodyzjakach (jakby na co dzień nie były potrzebne...), cały ten zgiełk ociekający fałszywą słodyczą.

Ale z drugiej strony – ta data daje bardzo dobrą sposobność wszystkim, którzy się lubią w kuchni bawić. Daje możliwość przygotowania Ukochanej Osobie czegoś, co można zjeść razem, co się lubi i co pozostanie w pamięci. Proponuję połączyć trzy rzeczy: zjedzenie lekkiego obiadu lub kolacji, myślenie o wakacjach (zawsze mi uprzyjemnia zimę!) z obejrzeniem filmu.

Nie wiem, czy na wakacje wszyscy wybiorą kierunek grecki. Nawet na pewno nie. Ale wart jest on rozważenia. Pomóc nam może stosowny film. Niech to będzie lekka komedia, musical, a zarazem obraz perypetii miłosnych. Byłam na nim z przyjaciółkami i wcale nie żałowałam, choć początkowo na ich wybór kręciłam nosem. Chyba bym jednak nie poszła do kina, gdyby w tym filmie nie grała podziwiana i wielka Meryl Streep. Jedna z najinteligentniejszych gwiazd kina współczesnego (dla mnie obok Glenn Close i Faye Dunaway) zagrała w gatunku nazywanym komedią romantyczną! I to jak. W dodatku – jak na film muzyczny przystało – śpiewając i fikając bardzo udatnie. W wianuszku wspaniałych aktorów (Pierce Brosnan, Colin Firth i mniej mi znany Stellan Skarsgård), robiących za amantów. Wreszcie w pejzażu bardzo greckim.

To „Mamma mia”, film z premierą w roku 2008. Ale sięgający znacznie dalej, tyle, ile trzeba, aby mieć dorosłą córkę. Można go odebrać nostalgicznie: jako poszukiwanie straconego czasu. Powiedzmy: minionego czasu. Ten czas to lata siedemdziesiąte XX wieku. Czas wyznaczają stroje i przeboje szwedzkiej grupy „Abba”, bardzo wtedy popularnej. Nie przepadałam i wówczas za taką muzyką, ale nie sposób było jej nie słyszeć. Grano ją wszędzie, gdzie to możliwie. I to w całej Europie, co znam ze słyszenia, jako że paszportu wtedy nie miałam, jedynie wkładkę paszportową, umożliwiającą wyjazd do tzw. demoludów, a nie krajów normalnych. Wyjaśniam to młodym i jeszcze młodszym.

Piosenki zespołu „Abba”, błyszczące kostiumy, cekiny i buty na koturnach, ten cały styl beztroskiej dyskoteki – to wszystko było jakimś ocieraniem się o Europę normalną, czyli przeciętną i dostatnią. Choć na poziomie międzynarodowego festiwalu piosenki w Sopocie. Ale i to może budzić nostalgię. Bo to przecież własna młodość. Klimat, który odczuwali prawie wszyscy młodzi, niezależnie od tego, jakiej muzyki słuchali i jak się nosili, co czytali, o czym myśleli. Poza tym, że o miłości.

Proponuję obejrzeć ten film we dwójkę (jakoś przekonajmy Ukochaną Osobę, że nie przyśnie, choć nie będzie strzelaniny i pościgów samochodowych!), w towarzystwie sałatki greckiej. A raczej – swobodnej wariacji na jej temat. Wyobraźmy sobie, że jest ciepły wieczór po upalnym dniu. Pływaliśmy w morzu lub w basenie. A może coś zwiedzaliśmy? A może tylko się wylegiwaliśmy na leżaku. W lodówce chłodzi się białe grecko wino z posmakiem żywicy – retsina. Na stole czeka świeże i chrupiące pieczywo. A my wnosimy na stół miskę sałatki. Kto się oprze greckim klimatom?

Najpierw zbierzmy śródziemnomorskie warzywa i dodatki. Oliwki – najlepiej, gdy mamy suszone w greckim stylu. Są z pestkami i trzeba je wydrylować przed dodaniem do sałatki. Ale jeśli ich brak – weźmy jakieś inne, które lubimy. Grecki ser. To feta. Poszukajmy oryginalnej, z Grecji, z mleka owczego. Ten ser tradycyjny w sałatce greckiej wzbogaciłam o pochodzący z Cypru ser halloumi. Znakomity do podawania na ciepło. Kapary znalazłam takie wielkie, jak rajskie jabłuszka. Zioła – najlepiej świeże; ostatecznie z oliwą można połączyć i suszone. Dodajmy je wtedy do niej wcześniej, aby oliwa nabrała ich smaku, a one zmiękły. Papryka, pomidory, ogórek, sałata. Najlepiej, gdy będą wszystkie, ale jeśli któregoś nie lubimy lub nie mamy – nic się nie stanie. Sałatki to te szczęśliwe dania, których składniki można dobierać dowolnie i w dowolnych proporcjach. Na własny smak.

 

Sałatka w stylu greckim po mojemu

2 czerwone papryki

sałata

ogórek świeży

2 dojrzałe pomidory

zielone oliwki nadziane suszonymi pomidorami i czarne, bez pestek

kapary

cebulka dymka lub szalotka

oliwa

ocet z białego wina lub sok z cytryny

ser feta

ser halloumi

pieprz, ew. sól

świeża bazylia, oregano lub tymianek

Papryki opiec, najlepiej pod opiekaczem, aż skórka z każdej strony się prawie zwęgli. Włożyć do plastikowego woreczka, wyjąć, gdy przestygną, obrać ze skórki. Powinna zejść bardzo łatwo.

Sałatę umyć, osuszyć, porwać na listki. Ogórek i pomidory pokroić. Oliwki obrać z pestek. Kapary, jeżeli są te duże, pokroić.

Warzywa wrzucić do miski, skropić oliwą. Pokroić fetę w kostkę. Dodać listki ziół, gdy duże – porwać je na kawałki.

Ser halloumi posmarować oliwą, obtoczyć w pieprzu. Rozgrzać patelnię grillową. Ser przesmażyć z każdej strony.

Obsmażone kawałki sera pokroić, dodać do miski warzyw. Oszczędnie skropić octem lub sokiem z cytryny. Posypać pieprzem, ewentualnie solą. Podawać od razu.

To bardzo ważne, aby sałatkę podać tuż po przyprawieniu. Warzywa można pokroić wcześniej i trzymać w lodówce. Przyprawić je i wymieszać można już przy stole. A potem – do schłodzonych kieliszków nalać retsinę, ułamać kawałek bagietki i – włączyć film. Mamma mia, those were the days!...

wtorek, 03 września 2013
Z bakłażana przepisy nowe i stare

Sierpniowo-wrześniowe warzywo o fioletowej lśniącej skórce zawsze się poddaje obróbce cieplnej. Piecze się je lub smaży. Bakłażany, nazywane oberżynami, w dawnej Polsce dobrze znano na kresach wschodnio-południowych. Opisywałam już kilka z nich potraw, dzisiaj dorzucę dwie. Smaczne. Miłośnicy bakłażanów je docenią, a może przekonają się do nich i ci, którzy dotąd to warzywo omijali szerokim łukiem.

 

Pierwsza jest dobrze – chyba – znana. To tzw. kawior z bakłażana. Ten sposób podania znają wszystkie kuchnie z południa Europy i z Orientu. Także z południa Rosji, dzisiaj z Ukrainy. Podam przepis za „Ilustrowanym Kuryerem Codziennym”, który w latach 30. XX wieku lansował bakłażany. Redaktorzy dodatku. „Kuryera Ogrodniczo-Hodowlanego", ogłosili nawet konkurs na najpiękniejsze zdjęcie tego warzywa, własnoręcznie wyhodowanego. Podali też kilka recept jego przyrządzenia. Oto jedna z nich, nazwana znamiennie. Zwróćmy uwagę na to, że bakłażany nazywano także jajkami krzewiastymi:

Sałata odeska

W smaku bardzo zbliżona do kawioru. Bierze sią jajko krzewiaste najlepiej z gatunku tych długich, dużych i piecze w piecyku tak długo, aż skórka popęka.

Następnie wyjmujemy je z piecyka oczyszczamy ze skórki. Miąższ trzeba posiekać tasakiem na desce, popieprzyć, posolić i wymięszać z drobniutko posiekaną cebulką, której się bierze w ilości jednej czwartej tego, ile mamy bakłażanów. Niech tak postoi w chłodnem miejscu około
dwóch godzin. Po tym terminie, a już na samem wydaniu, naprawia się do smaku octem i oliwą. Podaje się do zimnego mięsa lub razem z innemi przekąskami.

 

Proponuję nieco inny zestaw przypraw do tego kawioru. Oliwa powinna być jak najlepsza. Dla mnie nieodzownym dodatkiem będzie wyciśnięty czosnek. Oraz sok cytryny do smaku. I sporo natki, wcale nie drobno posiekanej. A wreszcie – świeżo zmielony pieprz. Zestaw przypraw można wybrać takie, jakie lubimy. Amatorom może odpowiadać drobno pokrojona ostra papryczka. Albo posiekany pomidor. I inny zestaw świeżych ziół lub przypraw korzennych.

Jako dodatek do sałatki zaproponuję ciekawe pieczywo, na które przepis znalazłam wśród przepisów francuskich. To rodzaj chleba albo ciasta. Tak czy siak, jakiś wypiek. Oryginalny i niebanalny. Nazwałabym go keksem na słono. Taki keks plus fałszywy kawior – z bakłażana – mogą stworzyć ciekawą kompozycję do jesiennej lampki wina. Podaną pod hasłem ze starej piosenki: „A mnie jest szkoda lata”. Bo szkoda. Jakoś szybko minęło to tegoroczne.

 

Chlebek z bakłażanem, fetą i pesto

1 spory bakłażan

20 dag sera feta

20 dag mąki pszennej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

3 jajka

100 ml oliwy

100 ml śmietany kremówki (gęstej)

sól, pieprz

na pesto:

3 ząbki czosnku

pęczek bazylii

200 ml oliwy

50 g parmezanu

sól, pieprz

Najpierw pesto: wycisnąć czosnek. Liście bazylii umyć, osuszyć. W moździerzu lub malakserze wymieszać czosnek, bazylię i parmezan. Ucierać dolewając oliwę kropla po kropli. Przyprawić do smaku.

Piekarnik nagrzać do 180 st. C. Bakłażana pokroić w kostkę. Na patelnię wlać trzy łyżki oliwy, obsmażyć kostki bakłażana. Posolić, popieprzyć.

Ser feta pokroić w równe, drobne kostki.

W misce wymieszać mąkę i proszek do pieczenia. Wbić trzy jajka, mieszać dodając, znowu po trochu, oliwę. Na końcu dodać śmietanę i bardzo dobrze wymieszać (najlepiej zmiksować). W końcu domieszać, już delikatnie, pesto oraz kostki bakłażana i fety.

Ciasto piec 40 minut. Sprawdzić patyczkiem, czy ciasto jest upieczone (ma się do niego nie kleić).

Do wypieków używam przeważnie form z silikonu. Wszystkie inne trzeba w normalny sposób przygotować do pieczenia lub wyłożyć specjalnym papierem. Pesto może być gotowe, ze słoiczka, to zielone. Oliwy proponuję dać mniej niż przepis nakazuje. I wypiekać ciasto starannie. Jest to bardzo ciekawy wypiek dla miłośników ciast wytrawnych. W sam raz do wytrawnego wina lub mocnej herbaty.

piątek, 03 maja 2013
Na biało-czerwono

Dzisiaj nazywamy go arbuzem, ale dawniej występował pod nazwą kawon. Opisuje go Maciej Halbański w swoim „Leksykonie sztuki kulinarnej” (1983) oraz Tadeusz Żakiej, piszący o kulinariach jako Maria Lemnis i Henry Vitry w „Przewodniku sztuki kulinarnej” (1976). Te dwie klasyczne pozycje wydane w głębokim PRL-u opisywały i to, co było powszechnie dostępne, i to, czego w kraju się nie dostało, chyba że na słynnym warszawskim bazarze przy ulicy Polnej. Dzisiaj wiele opisów z tych pozycji się zdezaktualizowało – dzięki temu, że mamy... wszystko. A czego w Polsce brak, możemy obejrzeć czy kupić wyjeżdżając bez paszportu.

Ale wróćmy do arbuza czyli kawona. Był w Polsce znany i lubiany. Nawet w PRL-u latem występował powszechnie. Pamiętam z dzieciństwa soczysty, czerwony miąższ  gęsto poprzetykany czarnymi pestkami, gdy dojrzały. Latem stanowił deser znakomity, bo bardzo orzeźwiający. W jedzeniu trochę kłopotliwy, ale po wcześniejszym pozbawieniu pestek i podaniu z widelczykami – cały kłopot odpada. Kto chce podać arbuzy jeszcze bardziej elegancko, niech wykroi z nich kulki specjalną łyżeczką (widać ją na zdjęciu). Bardzo elegancko wygląda i smakuje mieszanina kuleczek z arbuza i melona. Podana w pucharkach jest idealnym, lekkim zakończeniem letniego obiadu. Kto się poświęci i pobawi łyżeczką, a potem poda salaterki wypełnione kulkami owoców i schłodzone, zbierze na pewno wyrazy podziwu i odbierze podziękowania. Można do owoców dodać po kulce sorbetu lub lodów.

Sięgnijmy jeszcze do opisów. Obaj autorzy podają, że prawdopodobnym miejscem pochodzenia kawonów (obaj obstają przy tej nazwie) jest Afryka. Maciej Halbański definiuje, że kawon to „jednoroczna roślina warzywna z rodziny dyniowatych. Owocem jest jagoda o kulistym kształcie, twardej skórce i ciemnozielonej barwie. (...) Miąższ o barwie czerwonej, różowej albo żółtej jest bardzo orzeźwiający; zawiera cukry proste i sacharozę”. Tadeusz Żakiej radzi: „Wskazane jest zanurzyć kawon na kilka godzin w zimnej (bieżącej) wodzie, wówczas miąższ będzie orzeźwiająco chłodny i bardzo soczysty”. Porada z czasów, gdy lodówki nie były powszechne, a wodę trzeba oszczędzać. Obaj panowie radzą podawać owoc na surowo. Halbański kategorycznie głosi: „wyłącznie na surowo (przystawka w połączeniu z szynką)”. Żakiej dokładniej opisuje: „Surowe plastry kawona, owinięte cieniutkim plasterkiem szynki, stanowią wykwintną przystawkę”. Dodam, że szynka powinna być nie gotowana, ale surowa, tzw. dojrzewająca. Dzisiaj możemy wybierać między wędzonymi wyrobami z ducha staropolskimi a szynkami z innych krajów. Można kupić szynkę parmeńską (prosciutto di Parma), westfalską, francuską bajońską (jambon de Bayonne).

Przy przystawkach pozostańmy. Kto chce nadać obiadowi akcent patriotyczny, może zamiast szynki dodać do arbuza białe kostki sera typu feta (może być ser bułgarski, byle twardy). Biało-czerwoną kombinację sera i arbuza ozdabiamy zielonymi listkami bazylii i gęstym octem balsamicznym. Żadnej innej przyprawy już nie potrzeba. Kombinacja idealna w smaku. Podajemy ją jako przystawkę bądź szczególny deser: połączenie owoców i sera. Ja się śpieszyłam i oczyszczony arbuz w końcu pokroiłam w kostkę. Ale kto ma więcej czasu, może wykroić kuleczki i podać je z tak samo uformowanym innym serem – włoską mozarellą. Też pycha.

Na zakończenie wrócę do arbuzowej teorii. Żakiej informuje: „nasze babki przyrządzały z kawona delikatną i dekoracyjną konfiturę”. Co precyzuje Halbański: „Skórka nadaje się do smażenia na konfiturę”. I obaj nieco się mylą. Otóż przetwór nasze prababki robiły nie z zielonej skóry i nie z dojrzałego miąższu (był zbyt wodnisty). Wykorzystywały do tego białą skórkę owocu, zwykle odkrajaną i wyrzucaną. Kto więc lubi wykorzystywać wszystko, co się da, może się pokusić o usmażenie bardzo dzisiaj oryginalnego smakołyku. Tak smażyła go i opisywała Wincenta Zawadzka. Przytoczę jej przepis z dzieła zatytułowanego „Gospodyni litewska, czyli nauka utrzymywania porządnie domu i zaopatrzenia go we wszystkie przyprawy, zapasy kuchenne, apteczkowe i gospodarskie tudzież hodowania i utrzymywania bydła, ptastwa i innych żywiołów, według sposobów wyprobowańszych i najdoświadczeniejszych a razem najtańszych i najprostszych”. Książkę wydano w Wilnie, w roku 1858 (ortografię zachowuję, nie uwzględniam tylko e pochylonego). Mógł zmylić autora tezy o delikatnej konfiturze:

Kawon

Kawonu obrać z łuski, a krając go w jakie chcąc kawały kłaść do wody zimnej, w któej pogotować go czas jakiś, aż mięknąć zacznie. Biorąc na funt kawonu 2 funty cukru, rozważyć go na dwie części, z jednej zrobić ulep, na wodzie w której się  2 cytryny w talerzyki pokrajane wygotowały.  Z tychże cytryn przed pokrajaniem ociera się skórka na tę częśc cukru, co się do ulepu użyła. Do gorącego wrzuca się podgotowany kawon i smaży go pomału, osypując delikatnie stłuczonym cukrem.

Wincenta Zawadzka najbardziej była znana z książki pt. „Kucharka Litewska”. W niej znajdziemy przepis na kawon, w którym precyzyjniej wyjaśnia, jakie to jego części smaży się na konfiturę:

Kawon zielony

Zerznąć łuskę zieloną z dojrzałego kawonu, użyć środek dojrzały do jedzenia, a pozostałe mięso białe między łuską a kawonem dojrzałym pokrajać na listki, kostki lub jakie figurki i gotować w wodzie, póki nie wyjdzie surowizna; po czym odcedzić i wrzucić do zimnej wody. Na koniec wziąć na 1 kilo kawonu 2 kilo cukru, zrobić z połowy rzadki ulep i do gorącego wrzucić kawon i smażyć, sypując cukrem pozostałym do wagi. Dla zapachu włożyć kawałek wanilii lub kilka talerzyków cytryny.

Dodajmy, cytryny bez pestek. Przyznam że takiej konfitury jeszcze nie robiłam, ale opis bardzo mnie zachęcił. Ciekawe, czy da się ją jeść.

środa, 01 maja 2013
Chudniemy przy sałatkach...

...ale czy tak jest zdrowo? Nie zawsze tak uważano. Odpowiedzi szukano już przed pierwszą wojną światową. Zastanawiano się: jak się odżywiać, aby być zdrowym. O odchudzaniu się jeszcze wtedy nie myślano. Chude lata miały nadejść. Chude i dosłownie, z wojennego głodu. Ale i potem, już po wojnie, z dyktatu Pani Mody, jak wtedy mawiano. Ale na razie jest rok 1913. Kończy się, tak naprawdę, wiek XIX. Nadchodzą nowe czasy i okrucieństwa wieku XX. Ale współcześni jeszcze tego nie wiedzą. Dlatego mogą beztrosko pochylać się nad takimi zaleceniami „dietetycznymi”, jakie przybliżył czytelnikom krakowski „Ilustrowany Kuryer Codzienny” na wiosnę tego roku, co podaję, jak zwykle, w pisowni oryginału. Tytuł intryguje. Tekst przekazuje nam opis tego, jak jedzono przed pierwszą wojną (przynajmniej, jak niektórzy jedli, ci zamożni):

 

Przed kilka dniami ukazała się w handlu księgarskim oryginalna wielce książka „The book of diet”, pióra angielskiego lekarza dra Chalmersa Watson’a, będąca jednym wielkim protestem przeciw przyjętej ogólnej zasadzie, że zbyt obfite jedzenie jest przyczyną wszystkich chorób i nieszczęść na świecie. „Lekarze twierdzą, że wogóle je się za wiele i przeważna część społeczeństwa powtarza to za nimi bezmyślnie, na szczęście jednakże opinia ta zawsze posiadać będzie charakter akademicki a ludzkość nigdy nie odzwyczai się od jedzenia”. – Dr. Watson twierdzi, że raczej trzeba zważać na jakość pożywienia, a nie jego ilość. Jeść można, bez najmniejszej szkody, o-wszem z namacalnym pożytkiem dla zdrowia – ile kto chce i może, segregując tylko potrawy według podanego przez niego przepisu.

Mięso wołowe jest najstosowniejsze dla dzieci, chociaż równie dobre jest i dla dorosłych o ile tylko jest tuczne. Cielęcina jest o wiele mniej pożywna, aniżeli mięso wołowe i trudniej znacznie strawna. Baranina i mięso królików co do wartości odżywczej przewyższa nawet mięso wołowe. Wbrew natomiast utartemu przekonaniu wcale nie są pożywne ostrygi. Tuzin ostryg nie jest żadnem pożywieniem dla organizmu; 80% ostrygi stanowi woda, a trzy ich tuziny zawiera zaledwie 166 gramów wartości odżywczych.

Człowiek potrzebuje dziennie dla swego organizmu około dwa litry płynów. Część tego spożywa w potrawach stałych, resztę musi przyjąć wprost przez picie.

Im ktoś starszy, tem bardziej umiarkowany, chociaż np. 60-letni mężczyzna wcale nie kwituje jeszcze z przyjemności życiowych, jak wskazuje następujący tryb życia ułożony dla niego przez dra Watsona : o godz. 6 rano filiżanka herbaty, czystej bez jadła; o 8,30 śniadanie, składające się z kawy lub herbaty, chleba, pieczywa, jaj, wędlin, ryb i pieczystego każdego rodzaju; unikać natomiast należy ciepłego pieczywa i świeżego chleba. Na godz. 1,30 w połu­dnie przypada drugie śniadanie, skromne zresztą – jak twierdzi dr. Watson; aby nie psuć apetytu – na obiad: mięso, ryba, sztuka drobiu, pudding lub legumina, biszkopty i ser. O 4-ej filiżanka herbaty, a o 7-ej wieczór obiad: zupa (chociaż dla starszych lepiej zupy nie jeść), ryby, dziczyzna i bezwarunkowo drób. Do tego dodać można 3–4 razy w tygodniu mięso półsurowe lub pieczone. Obiad kończy legumina, lekkie pieczywo i kompoty. O godz. 10 wieczór filiżanka zupy rybnej, bulionu lub rosołu i lekka przekąska. Oto wszystko. Apetyt młodszych zaspokajać się powinno obfitszą kolacyą. W zasadzie każdy powinien jeść ile chce tylko, bez obawy niezdrowia lub chorób.

Oto treść poglądów dra Watsona i jego teoryi. Czy należy ją wogóle brać seryo?

Oto jest pytanie. Już za rok z okładem miała wybuchnąć Wojna Światowa, nazywana Wielką Wojną. Czas dobrobytu i takiego nieumiarkowania w jedzeniu, jak opisane, miał się dla większości Europejczyków brutalnie skończyć. A już w dwadzieścia lat po tej Wielkiej Wojnie okazało się, że była zaledwie Pierwszą. Światu było za mało – Druga Wojna świat przeorała dokładniej.

Obfitość i obżarstwo miały ostatecznie zginąć, razem z erą wiktoriańską w Anglii, z panowaniem Francji nad intelektualistami świata, z prymatem mody europejskiej. Ton zaczęła nadawać Ameryka. Z jej praktycyzmem. Z modą na sport i szczupłe sylwetki. Wreszcie – z sałatkami powszechnie tam spożywanymi. I one wkroczyły do naszej Europy. Zagościły w niej po dzień dzisiejszy. Są zdrowe, szybkie do przyrządzenia. Surowe jarzyny i owoce, zmieszane z przyprawami, ale i z dodatkami treściwszymi, podajemy dziś na obiad. Już nie wrócą chyba nigdy obfite obiady składające się z zupy, ryby, drobiu, mięsa, leguminy, „lekkiego pieczywa” i kompotu na dokładkę, wedle zaleceń doktora Chalmersa Watsona.

Proponuję taki obiad sałatkowy. Będzie ukłonem w stronę kuchni greckiej z jej daniem uznanym za koronne – sałatką. Taka sałatka nazywana grecką jest znana i popularna na całych Bałkanach. Ale jakoś zwykle kojarzymy ją z Grecją. Niech będzie. Ja nieco ją zmieniłam i dlatego nazwałam ją:

 

Sałatka nibygrecka po mojemu

świeży szpinak, najlepiej młody (baby)

2 pomidory

duża czerwona papryka

ogórek świeży

czarne oliwki, najlepiej tzw. greckie

ser feta

oliwa

pieprz świeżo zmielony

świeże zioła: bazylia, oregano lub majeranek

Liście szpinaku myjemy, obsuszamy w suszarce do sałaty lub ściereczką, ew. rwiemy na kawałki. Pomidory kroimy na ćwiartki, paprykę w paski, ogórek w plasterki. Oliwki drylujemy, jeżeli użyliśmy greckich tzn. tych nie drylowanych, z solanki. Ser kroimy w drobną kostkę, o ile nie kupiliśmy już pokrojonego. Składniki umieszczamy w misce do sałaty warstwami, przesypując serem i oliwkami. Wierzch posypujemy ziołami i ostatnią warstwą fety. Skrapiamy oliwą i ucieramy nad sałatą pieprz. Mieszamy dopiero przy stole.

 

Kto szpinaku unika, niech weźmie po prostu sałatę. Jaką chce. Dzisiaj możemy wybierać między zwykłą, tzw. masłową z mięsistymi liśćmi, poprzez rukole, roszponki, endywie, aż po gorzkie sałaty dębowe czy fioletowe radicchio. Korzystajmy z tej rozmaitości.

czwartek, 13 września 2012
Warzywa faszerowane

Jesienne bazary są po prostu piękne. Moje warzywa wybierałam, gdy jeszcze świeciło słońce. Sterty papryki zielonej, białej, czerwonej, fioletowej, pomidorów różnych wielkości, kształtów, kolorów i ich odcieni, kabaczków, dyni i cukinii, zielonych liści koperku, pietruszki i ziół, ogórków, bakłażanów, ziemniaków i buraków w kolorach ziemi. Przebierać, wybierać, kupować i gotować.

Wybrałam pomidory, paprykę i cukinię do nadziania. Warzywa wydrążyłam pomagając sobie specjalną łyżeczką. Farsz przygotowałam z mielonej wołowiny, posiekanej cebuli, ziół (to była szałwia) z dodatkiem twardej pokruszonej resztki sera feta. Przyprawy banalne: sól i pieprz. Kto lubi, może zamiast pieprzu dać ostrą paprykę i kilka kropli sosu tabasco. A zamiast szałwii – kolendrę. Oczywiście, można pominąć dodatek fety.

Tak nadziane warzywa zalałam sosem pomidorowym, przygotowałam go z przecieru, który pogotowałam z wydrążonymi środkami pomidorów oraz... kawałkiem bardzo drobno startej marchewki. We właśnie zgłębianym duńskim thrillerze wyczytałam, że ten szczególny dodatek tuszuje konserwowy smak pomidorów z kartonika, że dzięki niemu sos smakuje jak ten ugotowany ze świeżych. No nie wiem, jakoś różnicy nie wyczułam, ale może dlatego, że sos był zapieczony na warzywach.

Nie jest to danie wymagające godzin stania przy kuchni. Najwięcej czasu zajmuje drążenie warzyw. Ich faszerowanie, łącznie z wymieszaniem mięsa, zabiera kilka minut. A potem piecze się samo.

Jesienne faszerowane warzywa (dobrać je można według gustu, można do nich dodać kabaczki, cebule, bakłażany) mają jeszcze jedną zaletę: można je przygotować wcześniej, a wstawić do piekarnika na 20–30 minut, tuż przed podaniem. Dlatego są znakomitą potrawą, którą przyjmiemy gości, nieco zziębniętych i przemokniętych. Na aperitif, podczas czekania na zapiekające się warzywa, podajmy im kieliszek rozgrzewającej anyżówki lub grappy. Do warzyw stawiamy na stole starty ser, świeże pieczywo, posiekaną zieleninę.

czwartek, 08 września 2011
101. wpis

Alina Kwapisz-Kulińska - 18/08/2011 8:25

Kilka cieplejszych dni i już się chce czegoś odświeżającego. Jest taka sałatka, która w upalne dni (no, albo tylko marzenia o nich), nas zachwyci. Smakuje podana bezpretensjonalnie, nawet na ceracie.

Potrzebne będą: arbuz, ser feta (lub podobny bułgarski), cebula tzw. czerwona, czarne oliwki. Wszystko, co się da, kroimy w jednakowe mniej więcej kostki, arbuz oczywiście czyścimy z pestek. Układamy w salaterce, polewamy oliwą, skrapiamy octem z białego wina lub sherry i solimy lekko. Warto także zemleć nad sałatką pieprz. W dzień naprawdę gorący, wstawiamy przed podaniem do lodówki. To wszystko. Prościzna, prawda?

Ja obok podałam płat wędzonego łososia, obowiązkowo z cytryną. Ale dodatek wcale nie jest konieczny. Pasuje na pewno chleb w stylu włoskim lub bagietka. I zimne wino.

Aha, do sałatki można oczywiście dodać jakieś świeże zioła: bazylię, miętę, oregano, tymianek lub po prostu natkę.

10:05, alina.kwapisz
Link Komentarze (2) »
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl