O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.

Wpisy z tagiem: kiełbasa

czwartek, 16 sierpnia 2018
Chipolata z gremolatą

O rety! Co to jest!? Oba pojęcia pochodzą z kuchni włoskiej. Chipolata to krótka kiełbaska z surowej masy mięsnej, głównie z wieprzowiny, tradycyjnie pakowanej w osłonki z jelit baranich (kłania się „Miś” z jego ostatnią paróweczką). „Larousse gastronomique” nazwę wywodzi od włoskiego słowa cipolla, które oznacza cebulę. Kiełbaski są bardzo popularne na Wyspach Brytyjskich. Czyżby stały się składnikiem typowego brytyjskiego śniadania?

Gdy je zobaczyłam w jednym ze hipermarketów, musiałam kupić. A jak kupić, to i przyrządzić. Wszystkie kiełbasy surowe, z naszą tradycyjną białą na czele, można gotować, piec, smażyć, grillować. Moje chipolaty usmażyłam. Może to nie najzdrowsze, ale raz na jakiś czas… a jaki odjazdowy zapach i smak…

Aby nieco wzmóc walory zdrowotne, do kiełbasek podałam zielono-żółtą siekaninkę, która się z kolei zwie – gremolata.

 

Samo zdrowie. A nic skomplikowanego. Siekamy natkę (magazyn z witaminą C) z ząbkiem czosnku (ktoś lubi i nie boi się wziąć więcej?) oraz ze skórką z cytryny. To ona, ze swoją goryczką, nadaje gremolacie ciekawy zapach i smak. To także, jak z nazwy można wnioskować, włoski wynalazek. Warto o niej nie zapominać. Przyda smaku mięsom, serom, zwłaszcza białym (kozi miękki z gremolatą może się stać poezją…), ale i zupom, i warzywom smażonym, duszonym lub z pieca. Germolatą tradycyjnie się przyprawia gicz cielęcą lub wołową duszoną po mediolańsku i znaną jako osso buco.

A natkę z czosnkiem posieka nawet dziecko. Skórkę z cytryny pozyskuje się nieco trudniej. Cytryny trzeba dobrze umyć lub nawet wręcz sparzyć. Skórkę zdejmować ostrożnie, aby pozyskać tylko cienką żółtą warstwę, bez białego miąższu. Do tego służą rozmaite kuchenne nożyki i tarki, ale można się posłużyć i ostrym nożem. Dziecko dobrze skórki nie skroi, tę czynność zostawmy dla siebie.

 

Chipolaty z gremolatą po mojemu

kiełbaski chipolata

3–4 szalotki lub małe cebulki

smalec gęsi

natka pietruszki

ząbek czosnku

żółta skórka cytryny i kilka kropli soku

sól, czarny pieprz z młynka

 

Kiełbaski przygotować, szalotki lub cebulki skroić w plasterki.

 

Na patelni rozgrzać smalec gęsi. Obsmażać z nim kiełbaski i cebulkę. Popieprzyć, cebulkę można posolić.

 

W tym czasie przygotować gremolatę. Zdjąć ostrożnie skórkę ze sparzonej lub starannie umytej cytryny, przesiekać ją starannie w cienkie słupki. Posiekać natkę z czosnkiem, a następnie razem ze skórką cytrynową. Można dla związania listków i zapachu dodać kilka kropli soku z cytryny.

 

Kiełbaski obsmażone z każdej strony wyłożyć na ogrzany półmisek. Dołożyć smażone szalotki. Przybrać warstwą gremolaty. Pozostałą podać oddzielnie – na małej deseczce do ziół lub w miseczce.

Jak w kuchni zawsze, możemy uruchomić wyobraźnię i gremolatę przyrządzić po swojemu. Proponuję kompozycję z lubczyku, skórki pomarańczowej i malutkiego ząbka czosnku. A może postawą uczynić jednak natkę, ale ją podkręcić swojskim majerankiem i wziąć skórkę z grejpfruta? Cytrusy bezwzględnie muszą być jednak umyte, aby zostały usunięte pokrywające je substancje konserwujące.

Skoro mowa o kuchni włoskiej, poczytajmy jak opisywano ją przed wojną. I to w wymiarze wakacyjnym, a więc aktualnym. Można porównać nasze wakacje z wakacjami naszych przodków. Które lepsze? Te z roku 1924 zabawnie i pouczająco opisał w „Kurierze Warszawskim” ktoś o inicjałach J. L. Ortografia przedwojenna.

 

O t. zw. wyższych cenach i innych rzeczach.

Postanowiłem być szczery. Zamiast nudzić czytelnika opisami artystycznemi, wolę napisać „un pocco” (troszeczkę) o tem, co się jada, jak się gada (z polska po włosku) i jak się kupuje. Do sześciu bowiem aforyzmów, jakie zwykł był umieszczać Baedecker na stronie tytułowej swoich przewodników, dodałbym chętnie siódmy: „lepiej zjeść dobry obiad, niż obejrzeć dobry obraz”. Rzecz prosta, najlepiej i jedno zjeść i drugie obejrzeć.

Jeśli bowiem teraz, siedząc sobie tylko w spodenkach kąpielowych na nadmorskim tarasie, za 10 lirów, t. zn. za 2 złote groszy 30 mam, poza licznemi przystawkami, rybę prosto z morza, wino z najszlachetniejszej winnej macicy, na deser zaś ser, czarną kawę, figi, brzoskwinie i winogrona, – to istotnie błogie zadowolenie rozlewa się po kościach i rodzi chytre myśli: że ta lub owa Venus stała sobie na postumencie tyleset lat, to i do następnego roku postoi, a ja tu sobie łupnę jeszcze coś niecoś egzotycznego z karty.

Z tem ostatnim trzeba być jednak ostrożnie, bo z reguły, jeśli się nie zna włoskiego, a stuka palcem na chybił trafił, to się wystuka jakiegoś niebywałego ślimaka, jakiś pieprz turecki, „melauzami” [tak w oryginale, ale to raczej 'melanzani', czyli bakłażany] – jarzynę okrutnie mdłą, jakiś „pałperon” [może 'pepperoni'?], a w każdym razie coś przesolonego i przepieprzonego. I trudno wytłumaczyć Włochom [narodowości wtedy pisano małą literą], że lepiej, gdy każdy sam za siebie pieprzy, niż żeby to za niego mili robić tani na jego rachunek.

Z od cyfrowaniem jednak z karty obiadowej też bywają kłopoty. We Florencji np. specjalnością miejscową są t. zw. „ucellini” – małe ptaszki, obkładane słoninką. Radzono mi ich spróbować, więc sobie zapamiętałem: „Benvenuto Cellini”, którego się właśnie napatrzyłem. Przy najbliższej okazji posłużyłem się swoją metodą mnemoniczną i przypominając sobie, że ów malarz zaczynał się na B., kazałem sobie dać... porcję Boticellego. Kelner nie zdziwił się wcale i przyniósł mi butelkę b. podłej i b. drogiej wody mineralnej „Boticelli”.

Innym razem już po zjedzonym obiedzie zażądałem, aby mi dano winogron – „uowa”. „Ben cocte?” (dobrze ugotowane?), zapytuje kelner. Szukam w uniwersalnym słowniczku lilipucim – „cocte” – gotowane. „In credo” – odpowiadam z gniewem w swoistej łacinie. Znam bowiem po włosku tylko dwa słowa: „troppo caro” i „bacciare” — całować i jakoś mi wystarczają w moim wojażu. Pierwszego tylko nie należy używać zbyt wcześnie, a drugiego zbyt późno. Zdarza się bowiem, że turysta pyta, ile kosztują np. winogrona. „Czarne czy zielone?” – pyta kupiec. „Troppo caro”, replikuje turysta. Teraz więc kelner robi wielkie oczy. „Due” (dwa) – pyta. Ależ „molto" – cóż to mam się kontentować dwiema jagódkami? Kelner wzrusza ramionami i przynosi mi rondel z mendlem jajek na surowo. Inna rzecz bowiem „uowa” — jajka, a inna „uwa” — winogrona.

Zdwoiwszy ostrożność zacząłem się radzić słownika. W dziale ryb był jakiś intrygujący „calamari”.
Mój słownik powiada: „calamari – encier”. Kałamarz? Proszę dać tę rybę – kałamarz. Dają – leży na patelence coś opiekanego w cieście. Jadłem. Zjadłem. Pochwaliłem. Okazuje się – zjadłem ośmiornicę.

Kiedy jednak człek już się wszystkiego nałyka, wszystkiego napróbuje i jako tako się na włoskich nazwach wyzna –  trzeba przyznać, że kuchnia włoska, okrzyczana niesłusznie, daje b. miłe menu i że za cenę więcej niż skromną ma się ryby, morskie, wina, sery i owoce, to znaczy to, co u nas jest atrybutem tylko wykwintnych obiadów.

Wogóle wszystko jest tanie. Ubranie z najlepszego materiału u najlepszego krawca we Florencji 150 złotych, u tegoż krawca smoking 225 złotych, palto letnie na jedwabiu z najlepszej gabardiny 70 złotych, koszula zefirowa 9 złotych, jedwabna 25 złotych, damskie reniferowe pantofelki od 10 do 25 złotych (z fantazyjnemi szlakami), pończochy czysto jedwabne 6 złotych, najlepsze (sefa organdina) 10 zł., a ze sztucznego jedwabiu po półtora złotego. Crepe de Chine od 5 złotych za metr do 12 złotych za najlepszy gatunek. Pierwszorzędny jedwab surowy 4 złote. Rękawiczki zamszowe damskie po 3 złote, z mankietami fantazyjnemi i piorące się w wodzie po 7 złotych. Chusty weneckie jedwabne, z frendzlami do ziemi, marzenie każdej warszawianki, od 15 do 35 złotych, koszulka damska jedwabna 15 złotych.

Widzę, że aczkolwiek korespondencję wysyłam z autentycznej Capri, ale w niej do tematu Capri nie dojechałem. Ale „qui va piano, va sano” – a, dalibóg, do Capri temi kolejami włoskiemi długo się jedzie. Spłaciłem jednak nią dług wobec czytelników, którzy lubią zjeść i czytelniczek, które lubią się ubrać.

Zostawiłam passus o cenach modnych materiałów i elementów stroju jako ciekawy historycznie. Nie samym jedzeniem człowiek żył i żyje. Polak zawsze miał kłopoty językowe i związane z tym przygody. Choć dzisiaj jednak i więcej wyjeżdżamy, i lepiej się porozumiewamy. A obce słowo zawsze można znaleźć w którymś z bogatych słowników internetowych. Także nazwę potrawy, nawet tak egzotycznej jak przywołane „ucelli”, czyli… po prostu ptaszki.

Smak nam się zmienił – ptaszków może nie będziemy szukać, ale pysznych bakłażanów z Sycylii czy peperonaty na pewno. Podlanych włoskim winem. Kto zaś w tym roku nie wyjeżdża na Capri, na Sardynię czy do Puglii (wspominam cudne wakacje w Santa Maria di Leuca), wszystkie składniki do włoskich dań może kupić w pobliskim sklepie. Na przykład chipolaty i świeżą natkę na gremolatę. Albo ośmiornice, choć akurat ich jedzenie przed wyborami może się marnie skończyć.

niedziela, 19 lutego 2017
Kiełbasa, ot co!

Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na zwyczajną kiełbasę – gotowaną, smażoną lub upieczoną. Oczywiście, nie jest to „kiełbasa zwyczajna”, którą znałam przez prawie całe swoje życie, najbardziej dostępna tym, którzy nie mieli znajomości w żadnym sklepie mięsnym. Czyli paskudna mieszanina mięs, tłuszczu i nie wiadomo czego, w smutnym czasie dostępna na kartki (czterdzieści lat po wojnie!) i wystawana w kolejkach. Teraz wybieramy z całej gamy wędlin: ze sklepów, bazarów, od różnych wytwórców, którzy kuszą nieraz bardzo wymyślnymi nazwami. Warto zawsze czytać etykiety tych produktów, aby się dowiedzieć, ile zawierają mięsa i jakiego. Czyli ile kiełbasy jest w kiełbasie.

Wędliny polskie, a na Kresach wschodnich także litewskie, były znane, wysoko cenione, spożywane na co dzień i od święta. Nie wyobrażano sobie śniadania wielkanocnego bez szynki i wianuszka kiełbasy czy kiełbas. Ale dzisiaj chyba kiełbasy jada się mniej. Cóż, dostępne są wyroby wędliniarskie z całego świata – węgierskie i włoskie salami, szynki suszone i wędzone, gotowane i dojrzewające z wielu krajów, hiszpańskie chorizo, kiełbasy suszone francuskie… Aż trzeba westchnąć: nie zapominajmy o polskich kiełbasach. Wybrane starannie (muszą kosztować, nie kupujmy najtańszych!) i z pietyzmem przyrządzone, urozmaicą nasze posiłki nutką staroświecką i wakacyjną. Kto nie piekł kiełbaski przy ognisku lub z papierowego talerzyka nie jadł kiełbasy z rusztu na jakimś festynie – nie wie, o czym mówię.

Zanim kiełbasę przyrządzimy, najpierw poczytajmy, jak dochodzono, skąd się wzięło samo słowo ją oznaczające. Wywody nieznanego z nazwiska filologa, a raczej „prawdziwego badacza języków”, wykryłam w „Kurierze Warszawskim” z roku 1848.

 

O kiełbasie, (artykuł nadesłany od prawdziwego badacza języków). Początek i udoskonalenie do pewnego stopnia cywilizacji nauk i sztuk, winni jesteśmy Grekom. Tam więc szukać potrzeba i wynalazku sztuki kucharskiej. Podług Słownika czeskiego Jungmanna, pod wyrazem klobasa, znajdujemy, że w greckim języku kolobos, znaczy mały kawałek, i że ten wyraz pochodzi od kolao i kolazo, co znaczy; okrawam, osiekuję. Ztąd po angielsku colop usiekany kawałek mięsa. Mają i Niemcy wyraz klopps (gehacktes oder geklopftes Fleisch). Ztąd po czesku klobasa, po rusku przez przekładnią kałbasa, a po polsku kełbasa lub kiełbasa. Pierwiastek grecki kolao, wspólny jest i Polakom. Mamy wyraz kolę, co nie tylko znaczy kłuć ale rąbać, siekać, przecinać; ztąd kolnia gdzie drzewo rąbią.—

Znajomy współczesny filolog (Janku, dziękuję! Czy jednak jesteś prawdziwym filologiem?) wyjaśnił, że „raczej to wszystko nieprawdopodobne. Kolobos to przymiotnik, który oznacza 'przycięty, okaleczony', nie pochodzi od czasowników kolao (chyba kollao 'łączyć'?) i kolazo ('karać'), i na pewno kiełbasa od tego przymiotnika nie pochodzi:) Z tego, co widzę, etymologia jest niepewna, ale najczęściej przyjmuje się etymologię turecką”. I jeszcze nadmienił, że go zaintrygowało, „że najnowszy słownik etymologiczny greki podaje, że przymiotnik kolobos jest formą dawniejszego kolos, a z kolei ten kolos ma rdzeń jak w staro-cerkiewno-słowiańskim klati, 1 os. l. poj. koljo 'rzezać'”. Czy jednak od tego może pochodzić nazwa ‘kiełbasa’? Raczej nie, jakiś językoznawca musiałby się wypowiedzieć.

Zwykła kiełbasa, a ile z nią kłopotu! A co pisał w staroświeckim „Słowniku etymologicznym” Aleksander Brückner? Nie sięgał aż do greczyzny.

Kiełbasa, kiełbaska, kiełbaśnik, kiełbasić ‘gmatwać’, ‘pokiełbasiło mi się w głowie’. Prasłowiańskie; rus. kołbasa, serb. kobasa, kobasica, kłobasica, czes. klobasa, łuż. kołbasa, kjałbas; polskie ‘kiełbodziej’ chyba żartobliwie zamiast ‘kiełbaśnik’ skrócone; czes. i inne ‘klobasa’ przestawka z ‘kołbasa’, gdzie ‘o’ nie pierwotne, jak ruska i polska postać dowodzą; przyrostek –as, częstszy w przymiotnikach: ‘białasy’ itp.

Z kiełbiem ma tyle wspólnego, wedle badacza, że pochodzi od jednej prastarej formy. Prastarej czyli prasłowiańskiej. Słowo było pierwsze czy desygnat, czyli to, co oznaczało, a więc po prostu kiełbasa? Jedno pewne: była to ceniona i lubiana potrawa słowiańska. Ba, prasłowiańska!

Teraz wreszcie czas na praktykę. Kiełbasy nigdy sama nie wyrabiałam, choć od lat mam wielką na to ochotę! Zapiszę więc poradę, jak to zrobić. Może kiedyś z niej skorzystam, a może i komuś z czytelników się przyda. Wyrabianie kiełbasy opisano w tygodniku „Bluszcz” z roku 1927. Na końcu będzie przepis, jak taką kiełbasę własnego wyrobu przyrządzić. Ciekawy! Zachowuję staroświecką pisownię.

 

Nawet w mieście, o ile się ma maszynkę do mięsa i można nabyć kiszki do kiełbas, można zrobić w domu świeże kiełbasy, dużo zawsze smaczniejsze od kupnych. Należy tylko przystosować do maszynki rurkę metalową, służącą do napychania kiełbas, którą w każdym prawie składzie, gdzie sprzedają maszynki, nabyć można.

Wziąć dobrej wieprzowiny, z młodej sztuki, w stosunku trzech części chudego mięsa na jedną słoniny. Pokrajać ostrym nożem jak najdrobniej, nie siekając jednak, ani tembardziej nie przepuszczając przez maszynkę Na cztery kilo już pokrajanego mięsa wziąć dwanaście deka soli, 1 deka pieprzu i ziela, utartego majeranku. Z kości i skórek wygotować mocny rosół, ostudzić i wlać dwie do dwóch i pół szklanek tego rosołu, na koniec dodać ćwierć kilo utartej na tarce cebuli. Wyrobić wszystko ręką doskonale. Wyjąć z maszynki noże, przyprawić rurkę. Na rurkę wciągnąć do końca całą kiszkę. Włożyć część mięsa do maszynki, pokręcić, gdy mięsa nieco wyjdzie z maszynki, zawiązać na niem koniec kiszki. Nakładać mięso do kiszek niezbyt tęgo, aby nie pękały w smażeniu. Poprzewiązywać w kółka, licząc mniej więcej kółko po pół kilo. W rzucić na godzin parę w zimną wodę. Po wyjęciu z wody, powiesić na drążku i wynieść do zimnej śpiżarni. Wisieć tak mogą przez parę tygodni.

Biorąc do użycia postępować z niemi, jak następuje:

Do płaskiego, rondla lub rynienki glinianej położyć cienko krajanych płatków świeżej słoniny, na to położyć kiełbasy, zalać kwasem (barszczem) burakowym lub piwem po połowie z wodą. Wstawić do pieca i piec podlewając własnym sosem. aż się doskonale uduszą. Podawać z sałatą z kwaszonej kapusty zaprawionej oliwą i cukrem.

Kiełbasę gotowaną czy duszoną w piwie kiedyś przyrządzałam, ale takiej z kwasu burakowego – nigdy! Może byłaby smaczna. Na razie prosta kiełbasa smażona, a właściwie zarazem gotowana, smażona i duszona. Powiem jedno: choć zwykła, smakowała bardzo ze szklaneczką piwa.

Smaku dodała tej potrawie gotowa przyprawa (Southwest Rub), na którą składają się: sól, cukier biały, brązowy cukier, papryka, chili, nasiona gorczycy, pieprz.

 

Kiełbasa z cebulą po mojemu

kiełbasa

2 cebule łagodne

ciemny cukier z trzciny nierafinowany

przyprawa „z południowego zachodu”

papryka czerwona

olej sojowy

świeże zioła np. szałwia, majeranek lub rozmaryn

 

Cebule skroić w cienkie półplasterki. Kiełbasę pokroić na porcjowe kawałki. Włożyć do wrzącej wody na 5–10 minut. Wyjąć, osuszyć (wywar po gotowaniu zużyć do gotowania kapusty lub odpowiedniej zupy).

 

Na patelni rozgrzać olej, włożyć kiełbasę ze skórka naciętą lub nakłutą w kilku miejscach, a po chwili cebulę. Doprawić ją gotową przyprawą i cukrem. Dusić pod przykryciem, aby cebula zmiękła.

 

Na końcu dołożyć paprykę pokrojoną w paski. Podawać ze świeżymi ziołami.

Kto chce i ma, może w miejsce papryki dodać świeżą kurkumę. Albo dwa pomidory. Oczywiście, przyprawę można skomponować samodzielnie z podanych składników.

Do kiełbasy podałam ziemniaki pieczone w piekarniku.

 

Do pieczenia (na specjalnym papierze do piekarnika, dzięki któremu blacha pozostaje czysta) przekroiłam je, oczyściłam zostawiając skórkę, a potraktowałam estragonem, różową solą himalajską i olejem rzepakowym o smaku orzeszków ziemnych.

 

Zamiast oleju smakowego można wziąć oliwę, a w miejsce estragonu – kminek lub kumin, paprykę, albo swojski majeranek. Przekrojone ziemniaki będą się piekły w 200 st. C ok. 20 minut, a więc znacznie krócej niż te w całości.

Nie odmówię sobie jeszcze zamieszczenia czegoś do weekendowego poczytania. Oto umoralniająca opowiastka z „Kuriera Warszawskiego” z roku 1883. Rzecz jasna, z kiełbaską w tle.

 

Przed dwudziestu laty w jednej z pierwszorzędnych restauracyj, ulubionej naówczas jadłodajni nawiedzających Warszawę obywateli ziemskich, zasiedliśmy do spożycia, o ile można,najskromniejszego posiłku. Za chwilę wszedł znany nam nieco jegomość, dziedzic dość znacznej fortuny ziemskiej, a nie poprzestając na usłudze garsona, kazał sobie przyzwać samego restauratora.

– Mój Brukalsiu – protekcjonalnie odezwał się jegomość – cobyś mi dał zjeść?

– Co jaśnie pan rozkaże, może być kuropatwa, pularda, sarna...

– A czy nie masz bażanta?

– Jest, jaśnie panie, może być za pół godziny.

– Każ mi go więc przyrządzić.

Jakoż wkrótce podano owego wykwintnego ptaka, przybranego w pióro, jako godło autentyczności jego rodowodu. Jegomość wypił podany kieliszek wytwornego likieru, spożył kawałek piersi owego, nie każdemu śmiertelnikowi dostępnego ptaka, resztę pozostawił, popił kilkoma kieliszkami wina i nie pytając o należność, rzucił Brukalskiemu 50 rs., lokaja za podanie palta obdarzył trzema rublami i wyszedł, żegnany od zgiętej w pałąk służby restauracyjnej.

Pomiędzy tym pierwszym a następującym teraz aktem upłynęło, jak wspomnieliśmy, lat 20 i oto widzieliśmy, jak tenże zbytnik, dziś pochylony wiekiem, osiwiały, w dość wytartej odzieży, wszedł do Eberleina, a zasiadłszy przy stoliku w tej dość niewykwintnej masarni, potulnie zwrócił się do usługującej dziewczyny:

– Panienko, proszę o kiełbaskę z kapustą.

Dowodem, że mu to skromne jadło smakowało, było staranne z talerza wyczerpanie nawet sosu, a dziewczyna oprócz należnych za jadło 20 groszy, żadnego nie otrzymała datku. Ów niegdyś zamożny pan roztrwoniwszy na zbytki– jak nam wiadomo – fortunę, żyje dziś jedynie z łaski rodziny.

Jakież to przejście – od bażanta do kiełbaski.

Gdyby od zawsze kiełbaskami się raczył ów pan, zapewne by mu starczyło własnych środków do końca życia i nie musiał korzystać z łaskawego chleba. Ale wtedy nawet by nie wiedział, jak smakuje ów kosztowny bażant… No i nie zarobiliby ludzie pracy, którym rzucał hojne napiwki.

Jeszcze jeden aspekt podejścia do życia, a więc i spożywania, znalazłam u Eurypidesa, w zrekonstruowanych fragmentach z tragedii „Danae” (tekst w oprac. Moniki Mikuły z tomu Eurypidesa „Tragedie. Tom V, fragmenty”, przekład zbiorowy pod red. prof. Małgorzaty Borowskiej):

Kto cieszy się, że dom mu opływa w dostatki,
lecz nie dba o swe ciało i niszczy je, głodząc,
ten zdolny jest – jak sądzę – ograbić i bogów
posągi, dla najbliższych zaś staje się wrogiem!

Musiał być smakoszem Eurypides, skoro tak wysoko stawiał spożycie. A znaleźć można u niego i wyjątkowo ciepły oraz smakowity opis dostatniego stołu („Kretenki” w oprac. M. Borowskiej):

Czegóż brak na tym stole? czego nie ma?
Pełno owoców morza, jest mięciutkie
cielęce mięsko, wyborna gęsinka,
są ciastka i są słodkie chrupki, szczodrze
podlane miodem płowoskrzydłej pszczoły
.

Sądzę, że i kiełbasy na takim stole nie zabrakło! A więc cenić uroki życia, czy nie? Jedno pewne: gdy siadamy za stołem, jak i starożytni Grecy, jak i Prasłowianie, wszystkie rozterki i dyskusje pozostawiamy za sobą. Tu odpoczywamy, o czym tragik sprzed tysięcy lat też wiedział, skoro napisał w szczęśliwie zachowanym, strzępku „Kretenek”:

A resztę zostaw – czara krąży w koło!

czwartek, 29 września 2016
Kiełbasa i boczek inne niż zwykle

Każda wizyta na jesiennym bazarze wprawia w dobry nastrój. Kolory i zapachy (jabłka i śliwki pachną z daleka!) cieszą zmysły, trudno wybrać, co chce się kupić. Na zakupy idę z jakąś listą, ale często kupuję więcej lub… coś innego niż zapisałam. Bo niespodziewanie przychodzi apetyt, gdy widzi się produkty apetyczne, pięknie ułożone i świeże. I cały plan zakupów trzeba zmodyfikować! Tym razem na bazarze przy Hali Mirowskiej mój wzrok padł na piękne mięsa i wędliny. Oczywiście, mam swoje ulubione stoisko, gdzie kupuję szynkę dobrze upeklowaną i nie za słoną. Tym razem zakupy rozszerzyłam.

Nie oparłam się pięknie wyglądającej kiełbasie z dodatkiem mięsa wołowego. Kupiłam pęto. Do tego poprosiłam o świeży boczek. Chudziutki, różowiutki, znakomity do zrolowania i upieczenia. Ale do tych mięs kupiłam, rzecz jasna, solidną porcję warzyw i owoców. Dzięki czemu mogłam połączyć z nimi owe mięsa. To łączenie zna dobrze kuchnia polska, choć w niedawnym jej okresie – gdzieś przed jakimiś siedemdziesięcioma laty – o tym zapomniano. Sięgnijmy do kuchni aż staropolskiej. Przywróćmy pamięć o tych – na przykład – „potrawach z kapłona” z porzeczkami, z poziomkami, z wiśniami, o tych rybach „z limonią”, „z sałatą”, „z  pistacjami”, „ze szczawiem”, o tej „potrawie osobliwie baranek z czosnkiem”, o daniach z jabłkami lub gruszkami „tretowanymi”… A wymieniam tylko kilka siedemnastowiecznych pomysłów za „Compendium ferculorum” imć Stanisława Czernieckiego, kucharza Lubomirskich, autora pierwszej znanej nam książki kucharskiej pisanej po polsku.

Można się bawić i gotować po staropolsku, można też te pomysły przenosić w wiek XXI i tworzyć potrawy z ich stylizacjami. Czy warto? Chyba tak. To świetna zabawa! A i zdrowa, bo na stoły trafia więcej warzyw, a ogranicza się spożycie mięsa. Dlatego z bazaru przynośmy przede wszystkim koszyki pełne owocowych i warzywnych dóbr jesieni. Od ich ilości w głowie może się zakręcić! Mimo pokus nie kupujmy jednak za dużo, aby nic się nam nie zmarnowało.

A oto dwie propozycje na dania z produktów przyniesionych z bazaru. Poczciwa smażona kiełbasa na szybki obiad może być usmażona nieco inaczej niż zwykle. Zwracam uwagę na pieprz, którego użyłam. „Kamis” wprowadził na rynek całą gamę rozmaitych rodzajów pieprzu – testuję je właśnie.

Kiełbasa z cebulą i pomidorami po mojemu

kiełbasa

ew. smalec gęsi lub olej

2 cebule

2 pomidory

suszone oregano lub majeranek

sól, czarny pieprz ostry lampung

Kiełbasę obmyć, osuszyć. Naciąć skórkę. Obsmażyć na patelni beztłuszczowej, jeżeli tłuszcz się z niej nie wytopi – dodać dwie łyżki smalcu lub oleju. Cebule pokroić w półplasterki, dorzucić do kiełbasy. Smażyć mieszając cebulę, a kiełbasę obsmażać z każdej strony. Pod koniec dodać pomidory, zagrzać mocno, posolić, posypać pieprzem.

Jak widać, smażenie nie trwało zbyt długo. A przygotowanie kiełbasy nie wymaga wiele umiejętności. Podajmy ją albo do gotowanych ziemniaków, albo po prostu do chleba. Zdradzę jeszcze, że nam ta pomidorowo-cebulowa kiełbasa smakowała z piwem. Kto zaś lubi lub potrzebuje, może nieco piwa kapnąć do smażącego się dania i patelnię przykryć, a po kilku minutach najtwardsza kiełbasa się poddusi i zmięknie. Nabierze też dodatkowego smaku.

Nieco więcej zabawy miałam z boczkiem. Uwaga: można znaleźć takie już zrolowane, gotowe do pieczenia. Albo zrolować boczek samodzielnie i związać go sznurkiem (specjalne nici lub sznurek można znaleźć wśród kuchennych akcesoriów). Zastosowany zestaw przypraw odesłał nasz poczciwy boczek nieco w stronę Dalekiego Wschodu, ale takiego fusion, podkręconego smakiem wędzonki za sprawą wędzonej papryki. A kto czytał moje poprzednie odcinki bloga, ten wie, że właśnie z Azji pochodzą też brzoskwinie, które nadały mu ostatecznego szlifu.

 

Boczek pieczony z brzoskwiniami po mojemu

zrolowany świeży boczek

sos z mirinem

torebka przypraw miso

majeranek

papryka wędzona ostra

świeży tymianek

olej ryżowy do smażenia

Zrolowany i związany boczek posmarować sosem z mirinem i pastą miso, wetrzeć je w mięso razem z majerankiem i wędzoną papryką. Odstawić do lodówki na dzień, a nawet dwa, a wcierając przyprawy odwracać

 

Na patelni rozgrzać olej, mięso starannie obsmażyć z każdej strony.

 

Przełożyć do odpowiedniego naczynia, piec ok. godzinę w 180 st. C lub 3 godziny w 80 st. C; mięso ma być miękkie także w środku. Podczas pieczenia ponownie polać sosem z mirinem, na spód naczynia kapnąć nieco wody. Boczek odwracać. Pod koniec pieczenia dołożyć brzoskwinię pokrojoną w półplasterki i gałązki tymianku. Polać wszystko sosem, na 10 minut zwiększyć temperaturę do 200 st. C. Po wyjęciu z piekarnika odstawić na 10 minut pod przykryciem z foli aluminiowej. Kroić w cienkie plastry.

Do tego boczku proponuję sałatę masłową z brzoskwiniami. Doprawiłam ją olejem ryżowym i kremowym octem balsamico o smaku owocowym.

 

Swojska kiełbasa, swojski boczek smakują inaczej niż zwykle. Zamiast pomidorów do kiełbasy można dać paprykę albo... świeże śliwki, podobnie można piec boczek z innymi owocami, także tymi z puszki. Ale to zostawmy na zimę. Teraz koniecznie kupujmy warzywa i owoce świeże. I wszystkie zjadamy przyrządzone na różne sposoby.

Na koniec tradycyjny deser z łamów starej prasy. Oto kiełbasiany temat z „Kuriera Warszawskiego” z roku 1847. Pisownia, jak zwykle, oryginału. A temat też oryginalny!

 

W wielu kraiach bywaią potrawy na przyiacielskie uczty dawane, tylko z iednego przedmiotu sporządzane, lecz w rozmaitych postaciach stosownie do pory roku. W czasie karnawału, takich uczt są bohaterkami kiełbasy. Komuż w Warszawie niewiadome te zebrania amatorów na tak nazwane Piwo Bawarskie. Nareszcie i kiełbasy doczekały się iuż podobnego zaszczytu. Kilka dni temu w piwnicach lokalu utrzymywanego przez JP. Kutznera, w połączeniu z innemi podobnego rodzaiu dogodnościami, w domu przechodnim zwanym Rezlera,przy dobranej muzyce, odbyła się wieczerza, Wurst-Pikmik, niby schadzka na kiełbasę; należało do tego pikmiku osób ze 40ści. Bodajto były domy przechodnie. Wspomniana kolacja miała w sobie tę osobliwość, że składała się z 6ciu potraw z samych kiełbas przyrządzonych; zakończyła się nieodrodnym także pasztetem. W wielu miastach niemieckich piękna rodu ludzkiego połowa od podobnych uczt nie iest wyłączona. W naszym kraiu a szczególniei w Warszawie, w czasie karnawału głównemi przysmakami są pączki i faworki; lecz gdy większa połowa mężczyzn nie są lubownikami słodyczy, przeto w karnawale zadowala się kiełbasami, zwłaszcza urozmaiconemi przyprawami.

Niestety, autor notki nie wymienia sposobów sześciokrotnego przyprawienia kiełbasy. „Pikmik” zabawny. Może powtórzyć pomysł i odtworzyć kiełbasianą ucztę? Jesień i zima będą sprzyjać takim apetytom i zabawom.

środa, 06 lipca 2016
Sałatka, surówka plus swojska kiełbasa

Mieliśmy bardzo prosty obiad gospodarski. Takie codzienne posiłki właśnie tak nazywały autorki dawnych książek kucharskich. Skorzystałam z warzyw sezonowych, a że kupowałam je na bazarze, nie oparłam się też widokowi kiełbasy wiejskiej. Wyglądała znakomicie i tak smakowała. Po prostu ją usmażyłam. Z przyrządzaniem tego wszystkiego kłopotu nie było. Jedynie bób wymagał kilku chwil potrzebnych do jego wyłuskania. Ale ten czas nie był zmarnowany. Letnia sałatka z bobu pięknie wyglądała i była bardzo smaczna. No i zdrowa.

Irena Gumowska, żywieniowa guru późnego PRL-u, tak go opisała: „Młody bób ugotowany w osolonej wodzie i jadany z masłem po usunięciu skórki jest bardzo smaczny, a przy tym bogaty w witaminy z grupy B, szczególnie B1 i B2 i jest zasadotwórczy”. Zdanie byłoby czytelniejsze, gdyby je wyposażyć w przecinki. Ale i tak da się zrozumieć, że bób jest bardzo wartościowy. Zwłaszcza gdy zjemy go bez masła.

Z bobu lubię o tej porze roku sporządzać sałatkę. Gotuję go, aby był jędrny, taki al dente. Ale jeżeli się rozgotuje – o co nietrudno – też będzie smaczny. Można go nawet dodatkowo utrzeć – blenderem lub tylko widelcem – na pastę. Można się zakochać w takiej, podanej do chleba lub grzanek z niego.

Sałatka z bobu po mojemu

młody bób

pomidory

cebula

peperoni lub inna ostra papryka

czosnek

bazylia grecka

olej z ryżu i zielonej herbaty

ocet z czerwonego wina

sól, pieprz lub cayenne

 

Bób przez 10–20 minut gotować w osolonej wodzie lub na parze. (Czas zależy od tego, jak dalece bób jest młody). Odcedzić. Cebulę i pomidory pokroić w drobną kostkę, czosnek i ostrą papryczkę posiekać. Bób wyłuskać ze skórki. Wymieszać go z warzywami oraz listkami bazylii posiekanymi lub porwanymi palcami. Doprawić olejem i octem oraz pieprzem lub cayenne i solą, jeżeli tego potrzebuje po gotowaniu w osolonej wodzie. Sałatkę lepiej przyrządzić wcześniej, aby smaki się przegryzły.

Kto się nie boi mięsa, może bób posypać cienkimi plasterkami boczku. Smażymy je oddzielnie, bez tłuszczu. Dodatkowo można je z tłuszczu odsączyć układając na papierze kuchennym. Zamiast nich można wziąć skwarki z boczku lub z zesmażonej gęsiny. Wtedy do sałatki nie podajemy już kiełbasy.

Prosto? Bardzo. Smacznie? Także. Aha, ta sałatka smakuje także, gdy jest lekko ciepła. Można ją więc odrobinę podgrzać w piekarniku lub mikrofalówce. Ale nie zagotować, rzecz jasna. W ciepły dzień jednak podajemy sałatkę zimną. A obok surówkę. Z młodej kapusty z także sezonowymi dodatkami. Ją można z kolei przestudzić w lodówce. Lekko ciepła sałatka z bobu i zimna z kapusty to jest to. A jak zdrowo!

Nie podaję proporcji dla tej surówki (zresztą jak i dla sałatki z bobu), bo można je dopasować do możliwości i potrzeby. Np. na ćwiartkę główki kapusty można dać dwa ogórki. Lepiej, gdy będą te mocniej ukiszone.

Surówka z młodej kapusty z ogórkami i koperkiem po mojemu

kawałek młodej kapusty

ogórki małosolne

koperek

olej słonecznikowy

ocet jabłkowy

sól, biały pieprz, cukier

Kapustę i ogórki zetrzeć na tarce lub w robocie kuchennym. Koperek posiekać. Wymieszać. Surówkę doprawić olejem, octem i przyprawami do smaku. Schłodzić, ale wyjąć kwadrans przed podaniem.

A teraz obiecana kiełbasa. Ponieważ składała się mięsa chudego, miała zbyt mało tłuszczu do smażenia. Musiałam jakiś dodać. Wyszło ciekawie. I zdrowo. Wzięłam bowiem tłuszcz drobiowy. Obniżający poziom niezdrowego cholesterolu.

Kiełbasa smażona z cebulą, czosnkiem i szałwią po mojemu

kiełbasa wiejska

2 cebule

2–4 ząbki czosnku

smalec z gęsi

świeża szałwia

pieprz, sól

Kiełbasę pokroić na porcje, skórkę płytko naciąć ostrym nożem. Na patelni roztopić smalec, włożyć kiełbasę, a potem plasterki cebuli, posiekany czosnek i listki szałwii. Podsmażyć mieszając. Cebulę lekko doprawić solą, wszystko posypać świeżo startym pieprzem z młynka. Przed podaniem przybrać świeżą szałwią.

W miejsce szałwii można wziąć zioła suszone – majeranek lub oregano. A może pachnący lasem rozmaryn? Oczywiście, trzeba uważać, aby nie spalić cebuli, dlatego kiełbasy nie smażymy na zbyt silnym ogniu.

Sałatkę z bobu i surówkę z kapusty można podać same, bez kiełbasy. Coraz więcej osób rezygnuje z mięsa, a niektórzy ograniczają jego spożycie. Bób, jak wszystkie strączkowe, jest ceniony w diecie wegetariańskiej, kiedyś nazywanej jarską. Wcale nie jest nowym wynalazkiem. Świadome niejedzenie mięsa, jak wiele wynalazków technicznych i pomysłów w dziedzinie idei, przyniósł wiek XIX.

W roku 1848 jako nowinkę opisał je „Kurier Warszawski”. Jak zwykle, zachowuję pisownię oryginału.

Towarzystwo Londyńskie jarzyn, które, aby kto nie pomyślał, że w nim zasiadają buraki, marchwie, pasternaki, cebula, kapusta, etc:, dodajemy, że składa się z osób mających na celu wprowadzenie w użycie wyłączne jarzyn na pokarm dla ludzi, odbyło w tych dniach posiedzenie swoje w Londynie. Na tem zebraniu anti-rozbefistów, jeden z Członków P. Edwards utrzymywał, że Pitagares, który żył lat 100, karmił się tylko bobem; że Zeno, Plutarch, Porfirus i Plautinus, oraz inni filozofowie ejusdem farinae, jadali tylko jarzyny; że Swedenborg, Shelley, Howard, Newton, a nawet uczony Liebig, byli jarzynnikami (sic). On sam (P. Edwards), od wielu lat nic nie je prócz jarzyn, i od tego czasu codziennie czuje, że nabiera sił i życia; (zapewne wkrótce szanowny preopinant (mówi gazeta ang:) dojdzie do tego stopnia pomyślności, iż będzie mógł służyć za model do obrazu zdrowia). W końcu P. Edwards oświadczył, że i Lamartine, którego poezji jest wielkim miłośnikiem, należy do zwolenników jarzyn.

Jedzmy więc bób za przykładem Pitagorasa i wymienionych starożytnych, choć jednak nie wszyscy byli filozofami…

Dieta roślinna dla większości ludzi bywała jednak koniecznością, i to przykrą, w czasach wojen lub niedostatków. Ciekawostkę na ten temat znalazłam w gazecie „Ziemia Lubelska” z roku 1917, kolejnego już roku Wielkiej Wojny. Wynędzniała Europa rozpaczliwie poszukiwała różnych źródeł pożywienia.

 

Francuzi wpadli na bajeczny pomysł: Oto, nie mając prawie zupełnie mięsa, wobec urzędowego nakazu podawania potraw mięsnych na kolacją, urządzają się w ten sposób, że podają .. jarzyny, zaprawione sosem mięsnym. Skutkiem tego na kartkach spożywczych napotkać można na tego rodzaju potrawy: „Kartofelki w owczym sosie”; „Cielęce buraczki; „Wieprzowy bób”; „Gęsi groszek”; „Sałata wołowa”.

Trochę dziwi ów nakaz podawania potraw mięsnych. Na ogół w latach wojny tego właśnie zakazywano, całą mięsną produkcję pchając na front. Tak na pewno było podczas drugiej wojny światowej. Propagowano wtedy właśnie dania jarskie i ochoczo opisywano różne jarzyny. Oto jak bób opisała gadzinowa „Ziemia Radomska” w roku 1942:

 

Hm. Tekścik przyjmuję z nieufnością. Czy istotnie Egipcjanie uważali bób za nieczysty, a pitagorejczycy go nie jedli? Czy Grecy mieli wzmiankowanego boga? Bardzo to dziwne. Bób jest jednym z najdawniej znanych pokarmów roślinnych. Podobno Schliemann znalazł jego ziarna w ruinach odkopywanej Troi, a odkrywano je także w egipskich grobowcach sprzed dwóch tysięcy lat p.n.e. Irena Gumowska pisze, że „figurował też w spisie darów, które Hebrajczycy ofiarowali Dawidowi”. Wymienia zresztą całą górę takich ciekawostek, które może kiedyś przytoczę. Do potraw z bobu bowiem na pewno wrócę.

piątek, 04 grudnia 2015
Fasola raz jeszcze. Na ciężki czas

Na ciężkie czasy, jak pisałam, fasola jest dobra. Syci. Dobrze się przechowuje. Dość łatwo się przyrządza. Po prostu gotuje i łączy z dodatkami. Może w pamięci sobie zakarbować przepisy na dania z fasoli i z fasolą? Ciężkie czasy przed nami.

Znakomitą sałatkę z fasoli i innych warzyw znalazłam w „Dobrej Gospodyni” z roku 1908. W tym tygodniku opisywał potrawy J. [Jerzy?] Lubicz. Są solidne. Bez ekstrawagancji. Zdrowe. Jak ta sałata. Można ją podać samą, ewentualnie do pieczywa, może być dodatkiem do mięsa, drobiu czy ryb, smażonych, grillowanych lub pieczonych.

Lekarze nawołują do jedzenia wielu jarzyn i sałat. Sałata, którą chcę opisać, jest wyborną, nawet jako dodatek do zimnych mięsiw przy wieczornej herbacie.

Kwaterkę dużej cukrowej fasoli odgotować na miękko w lekko posolonej wodzie. Pięć kartofli odgotować w łupinach, i gdy przestygną, obrać.

Na targu kupić spore dwie garście sałaty zwanej roszponką. Na dwie godziny przed podaniem, roszponkę opłukać, odciąć część z korzonkami, osaczyć z wody. Wsypać w salaterkę odgotowaną fasolę, kartofle pokrajane w sporą kostkę, kilkanaście rzodkiewek nieobieranych, tylko w talarki pokrajanych i roszponkę. Polać to wszystko octem zbożowym, dodać trochę soli, kto lubi może dodać trochę musztardy, oliwy, a są amatorzy, co lubią i nieco cukru, pieprzu białego. Polaną sałatę bardzo starannie wymieszać. Roszponka jest sałatą bardzo smaczną i ozdobną, zachowującą kształt, jakby bukiecików zielonych.

Wzorując się na tej recepcie sprzed przeszło stu lat, sporządziłam swoją wersję sałaty dość dla mnie dziwnie łączącej fasolę i roszponkę. Tyle że obecne w oryginale kartofle zamieniłam na buraki.

 

W dodatku inne niż zwykle. Żółte. A nawet wręcz złote. Przed połączeniem z innymi składnikami upiekłam je. Nie obierając ze skórki, skropione oliwą. Takie są znakomite! Słodkawe i kruche. Nie muszą być dodatkiem do sałatki, można je przyrządzać też tak, jak te normalne, czerwone. Ale chyba w sałatkach najlepiej roztaczają bukiet swego smaku. Może podać je podczas Wigilii zamiast tradycyjnego barszczu?

 

Sałatka z fasoli, roszponki i buraków po mojemu

fasola ugotowana (z puszki)

4 małe buraki żółte ugotowane lub upieczone w skórkach

roszponka

pęczek rzodkiewek

2 cebulki dymki ze szczypiorem

olej lniany

ocet alzacki z miodem

musztarda miodowa z Dijon

sól, pieprz

 

Fasolę odsączyć z zalewy. Sałatę roszponkę umyć, osuszyć. Rzodkiewki pokroić w dość grube plasterki. Posiekać szczypiorek, dymkę pokroić w krążki lub kostkę. Buraki obrać ze skórki, pokroić w kostkę. Z oleju, octu, musztardy i soli oraz pieprzu sporządzić winegret w zakręcanym słoiku.

 

Do salaterki włożyć fasolę, buraki, rzodkiewki, cebulkę dymkę. Delikatnie wymieszać. Dodać roszponkę, wymieszać ponownie. Przed podaniem polać winegretem.

Proste. Tanie. Zdrowe. Takich potraw szukano w ciężkich czasach. Zamiast roszponki można zastosować inną sałatę, a jeżeli zimą będzie zbyt droga lub niedostępna, zastąpić ją porcją grubo pokrojonej natki.

Do kompletu podam przepis na prostą fasolę na ciepło. Jest to danie typu barowego. Także niedrogie i do wielokrotnego odgrzewania. Poprzedza ją opis wereszczaki. Czyli potrawy sporządzanej z kiełbasy. Zdefiniował ją Maciej E. Halbański w „Leksykonie sztuki kulinarnej”. Choć nazwał ją już bardziej zwyczajnie.

Kiełbasa po polsku

Zwana wereszczaką – staropolskie danie przyrządzone z białej kiełbasy ugotowanej w piwie wymieszanym (po połowie) z wodą. Ugotowaną kiełbasę kraje się w plastry i dusi chwilę w gęstym, zakwaszonym sosie cebulowym. nazwa wereszczaka ma podobno pochodzić od kucharza dworu saskiego: Wereszczaki.

Zapamiętajmy ten prosty mariaż kiełbasy z fasolą. Znakomite połączenie na zimę. I pustki w portmonetce.

 

Przepis pochodził z roku 1950 i odnalazłam go w „Życiu Częstochowy”, lokalnej mutacji „Życia Warszawy”, jednej z najlepszych gazet ukazujących się w PRL-u. Porady podawała tam „ciotka Zosia”. Domyślam się pod tym pseudonimem Stefanii Podhorskiej-Okołów, przed wojną naczelnej redaktor „Bluszczu”.

Musiała ona pamiętać prawdziwie ciężkie czasy, jakie nadchodziły w roku 1939. W Częstochowie znalazła się po wojnie, po Powstaniu Warszawskim. Musiała mieć w pamięci, jak w przedwojennych gazetach beztroska przeplatała się z przeczuciami grozy. Społeczeństwo się mobilizowało, choć tak naprawdę nie wiedziało, do czego. Trudno było przewidzieć, jakie barbarzyństwo nadejdzie. Energiczne twarze z plakatów budziły nadzieję, że nawet, jeśli wojna nadejdzie, skończy się rychło. Jesteśmy silni, nie oddamy ani guzika, a Francja i Anglia nas obronią. Co i jak pisano tuż przed wrześniem roku 39, przytaczam za onereowskim dziennikiem „ABC”. Od lewicy po skrajną prawicę wszyscy chcieli się nawzajem przekonać, że będzie dobrze. A tak być nie mogło.

 

Panie domu robiły zapasy, prasa zamieszczała komunikaty, w co warto się zaopatrzyć. Zwykle w proporcjach tak na dwa tygodnie, może miesiąc, ale nie na lat pięć! Pocieszano się, że Niemcy mają gorzej. Nie mieli masła, śmietany, olejów. Cykliczna gazetowa rubryczka miała krzepić i rozśmieszać. Ale czy nie zakłamywała rzeczywistości?

 

Olej w głowie – bywają czasy, gdy wychlupuje ze zbyt wielu głów. Kolejny satyryczny wierszyk wyśmiewał się z demonicznego Adolfa Hitlera, którego dywizje już stały nad granicą z Polską. Miał nad nią panować przez kolejne czarne lata. Do czasu swojej klęski, tak wielkiej, jak wielkie barbarzyństwo przećwiczył.

 

Szybki koniec nie był. Ale w końcu nastąpił. A w ogóle, akurat ten wierszyk wydaje się ponadczasowy. Można go kierować do niejednego „jego". Do naszych ciężkich czasów też można go przyłożyć. Czy już robić zapasy? Gromadzić groch, fasolę i sól? Aż tak, to nie. Ale warto powściągnąć konsumpcję. Odżywiać się zdrowo. Daniami bogatymi w mikroelementy – na przykład w kojący nerwy magnez. W wapń, potas, fosfor, żelazo. W białko. To, co ma fasola.

poniedziałek, 30 września 2013
Nie samą kiełbasą...

... Polak się odżywia, jakkolwiek nadal ją lubi, kupuje i stawia na stół. Z kiełbasy polskiej, wędlin krakowskich i litewskich Polacy byli i są znani. W dawnych książkach kucharskich są na nie liczne i ciekawe przepisy. Gdyby w domu sporządzać te wyroby, znalazłoby się prawdziwy smak polski. Wiele kiełbas dzisiaj sprzedawanych niestety z tamtymi ma podobne najwyżej jedynie nazwy. Dobra kiełbasa na pewno nie może być bardzo tania. Kto sięga po te najtańsze, musi mieć świadomość, że nie mogą być najwyższej jakości, nie będą wyrabiane z czystego mięsa, według starodawnych  reżimów technologicznych. Wędliny i wyroby z mięsa jakości zbliżonej do tej, na które dają receptury dawne książki, można znaleźć m.in. na różnych jarmarkach regionalnych. Kiedyś opisywałam „Smaki Podlasia”, które odnalazłam w stoiskach ustawionych przy Krakowskim Przedmieściu lub Placu Teatralnym w Warszawie. Ostatnio wypatrzyłam je na jarmarku w Olsztynku, organizowanym na terenie tamtejszego skansenu, z okazji imprezy dożynkowej.

 

Opisałam już miody tam pokazywane. Dzisiaj czas na przedstawienie wędlin. O tajemnicach i niezrównanych smakach wędlin litewskich już także w blogu wspominałam. Odróżniano je od innych i wysoko ceniono, odnajdując w nich smaki nieobecne gdzie indziej. Dzisiejsze wyroby z Podlasia wskrzeszają i powielają tamte, przedwojenne, a i starsze. Warmia i Mazury także wskrzeszają tradycje kresowe, zamieszkują je przecież często potomkowie repatriantów z tamtych stron. Ich mariaż z autochtonami był wyjątkowo udany. Zwłaszcza dzisiaj owocuje odnajdowaniem prawdziwej historii tych ziem, także tej kulinarnej, związanej z życiem codziennym i obyczajem. Z dorobkiem kulturowym, który mimo wszystkich przeciwieństw przetrwał. To cieszy.

 

Kupiliśmy kilka rodzajów wędlin. Nie oparliśmy się suszonej polędwicy, ale i kiełbasie o nazwie palcówka. To surowe mięso wieprzowe, lekko podwędzane. Nazwa pochodzi z tego, że kiełbasa była ręcznie napełniana, upychana palcami w cienkich jelitach. Kiełbasa okazała się znakomicie przyprawiona, nie za słona i dostatecznie pieprzna. A przy tym – nie za tłusta.

 

Po prostu ją ugotowałam. Z czym podawać taką kiełbasę? Z musztardą albo jakimś sosem ją zawierającym. Gdy chcemy podać wytwornie, na przykład podczas tradycyjnego śniadania polskiego (przypomnę, to właściwie lunch, podawany koło południa, z potrawami także ciepłymi), przyrządźmy do niej sos nazywany Cumberland.

Jest uważany za sos angielski. A podobno niesłusznie. Po raz pierwszy podano go w Wiedniu, na przyjęciu wydanym przez ostatniego króla Hanoweru Jerzego V, który po abdykacji osiadł tam i przyjął tytuł książę Cumberland. Spotyka się jednak też wersję, że wymyślił ten sos August von Cumberland, trzeci syn angielskiego króla Jerzego II. Jaka jest prawda?

Sos jest przeznaczony do podawania z mięsami na zimno. Pasuje zwłaszcza do dziczyzny, ale i z szynką, zwłaszcza surową wędzoną, będzie wyborny. Wśród jego składników znajdują się: galaretka owocowa, zwykle z czerwonych porzeczek, dobra musztarda, sok i skórka z pomarańczy, czerwone wino, dyskretnie sól. W niektórych przepisach dodatkowo tarty chrzan.

Jedną z wersji tego sosu podaje Maria Monatowa, opowiadając się za jego angielskim rodowodem: Jestto ulubiony sos Anglików podawany u nich często do wędliny. Proponuje do jego przyrządzenia gotować w maderze lub portweinie startą cebulę, galaretkę porzeczkową, sok z pomarańczy i cytryny oraz musztardę, paprykę i imbir jako przyprawy, mąkę zaś kartoflaną (!) jako zagęszczacz. Maria Świeżawska, w książce „Kucharz polski” (mam wyd. VIII z roku 1932), radzi przyrządzać go z powidełka głogowego, roztartego z musztardą, winem owocowym (wiadomo, że nie tym tanim, sklepowym) i sokiem z cytryny.

Przepis na ten sos znalazłam także w przedwojennym „Bluszczu”. Pani Elżbieta, czyli Elżbieta Kiewnarska, nazywa go „najwykwintniejszym w smaku sosem zimnym”.

 

Pół szklanki galaretki porzeczkowej, duży kieliszek madery lub w braku jej aromatycznego węgrzyna, łyżkę utartej na tarce cebuli hiszpańskiej (w braku jej zwykłej cukrówki), łyżkę skórki cytrynowej i pomarańczowej utłuczonej w moździerzu, sok wyciśnięty z całej, dużej pomarańczy i niedużej cytryny, trochę papryki, szczyptę imbiru i łyżkę francuskiej lub angielskiej, gotowej musztardy, wymieszać wszystko na ogniu, aby się dobrze ogrzało i złączyło, nie trzeba dać się zagotować. Przelać do sosjerki i podawać zimny do ciemnych mięs i zwierzyny.

Dawniej kiełbasa nie należała do potraw wykwintnych. Ale dzisiaj, taką jej prawdziwą odmianę śmiało można podać do posiłku eleganckiego, choćby jako regionalną ciekawostkę. Także ze starodawnym sosem Cumberland, dzięki któremu zyska na wytworności.

Ja ugotowałam naszą palcówkę i podałam z widocznym na zdjęciu jeszcze innym sosem. Jest z nim związane pewne moje wspomnienie. Otóż ten sos podałam przed laty podczas kolacji, na której gościłam znajomego, u którego można się było dopatrzyć łagodnego snobizmu. Nieraz sobie z tego życzliwie dworowaliśmy. Stawiając sos na stole zaanonsowałam go jako coś wyjątkowego. Po spróbowaniu bawiliśmy się w odgadywanie jego składników. Znajomy wymieniał składniki sosu Cumberland: niedostępne wówczas pomarańcze, jakieś wino, galaretkę porzeczkową. Prawdziwy skład sosu był i prostszy, i daleko mniej wyszukany. Receptę na niego wyczytałam w uroczej książeczce pt. „Książka kucharska dla samotnych i zakochanych”. Podpisała ją autorska spółka Maria Lemnis i Henryk Vitry, czyli Tadeusz Żakiej, już tu wspominany. Nie wiem, czy to on wymyślił ten sos. Ale zaręczam, że jest znakomity.

Sos „błyskawica”

Sos ten, wspaniały do wszystkich mięs i wędlin, bije wszelkie rekordy, jeśli idzie o łatwość i szybkość przyrządzania. Łyżkę dżemu (najlepszy porzeczkowy, ale może być i żurawinowy, borówkowy lub powidła śliwkowe) mieszamy dokładnie z łyżką musztardy (najlepiej chrzanowej). To wszystko!

Ucierałam ten sos wiele razy, z różnymi musztardami i przetworami z owoców. Nawet z wiśni! Zawsze jest znakomity i ciekawy w smaku. Ten ze zdjęcia powstał z musztardy z Dijon oraz kwaskowego przetworu żurawin i słodszego z czarnych jagód. Zawsze jest znakomity. Potrafi ożywić nawet dość podłą wędlinę lub parówki.

poniedziałek, 01 lipca 2013
W podróży

Wracamy z wakacji. Gdy mamy przed sobą nieco ponad 2000 km drogi do pokonania, musimy zaplanować, gdzie po drodze się zatrzymywać, gdzie nocować, gdzie i co jeść. Ponieważ sporą część naszej trasy stanowią autostrady (nie całą; kochamy jeździć „interiorem", ale taką drogę trzeba by liczyć na tygodnie), nie mamy możliwości poszukiwania ciekawych restauracyjek z regionalnym jedzeniem. Są natomiast duże sieciowe restauracje, niekiedy wręcz kombinaty jedzeniowe ze standaryzowanymi zestawami obiadów. Już dawno takie miejsca przestały nam odpowiadać. Chociaż przyznam, że podczas pierwszych wyjazdów „na Zachód” z ciekawością z nich korzystaliśmy.

Teraz mam największą przyjemność z przygotowywania swoich zapasów, umieszczania ich w torbie izotermicznej i spożywania na najładniej położonych parkingach, takich ze stoliczkami położonymi wśród zieleni. Tych parkingów jest coraz więcej, są coraz lepiej wyposażone. Niektóre – takie widzieliśmy we Francji, urządzone są gustownie – mają nawet place zabaw dla dzieci. Można na nich świetnie odpocząć. Pod warunkiem, że nie korzysta z nich na raz zbyt wiele podróżujących rodzin. Chyba że ktoś lubi gwar i tłok oraz przyglądanie się innym podróżującym. Nawiasem, to też jest ciekawe!

Takie jedzenie na parkingu musi być bezpretensjonalne i proste. Wracając z Francji oczywiście zabraliśmy tamtejsze produkty. W ich skład wchodziły tamtejsze kiełbaski. Ze względów nostalgicznych – jedno z nas jest née à Toulouse – kupiliśmy surowe kiełbaski tuluzańskie. Są z przyprawionej umiarkowanie pikantnie wieprzowiny. Smaczne i wręcz delikatne.

Opiekliśmy je na przywiezionym z Polski jednorazowym grillu. Na taki obiad mogą sobie pozwolić ci podróżnicy, którzy jadą, tak jak my, nieśpiesznie. Usiedliśmy z naszym grillem z boku, aby nikomu nie przeszkadzać. Bo dymu wydziela się jednak sporo. Po podpaleniu trzeba czekać co najmniej 20 minut, aż będzie można grillować – jak zwykle, ogień musi całkiem zgasnąć. Po jedzeniu węgle koniecznie trzeba zalać wodą lub przysypać piachem, aby nie podpalić parkingowego śmietnika.

Do dyżurnych kiełbasek – hiszpańskie chorizo, polskie najrozmaitsze, podobne do nich różne niemieckie, arabskie marquezy, angielskie śniadaniowe itd., itp. – dołóżmy jakieś warzywa. Ja bardzo lubię grillowane pomidory. Ale można spakować cukinię, paprykę, nawet cebulę. Co kto lubi. A może owoce? Na grillu opiekam także pieczywo. Zwłaszcza to, które podróżuje z nami drugi czy trzeci dzień. Do takiego „obiadu” komu wolno, może sięgnąć po szklaneczkę wina. Dobrze widziana jest sałata albo wszelkie surówki. Jedną zrecenzuję: od francuskiej wersji sałatki coleslaw, znacznie lepszy, o niebo lepszy, jest polski „kolesław”.

Wracamy, wracamy. W sumie podczas całych wakacji przejechaliśmy prawie 5400 km. Co nas jeszcze czeka tego lata? Już na nie się cieszę. Lato w Warszawie – bardzo je lubię. Niezależnie od pogody.

czwartek, 14 marca 2013
Nie dla psa, ale dla nas

Polacy lubią kiełbasy i jedzą ich dużo. Może mniej niż kiedyś – dzięki różnorodności dostępnych produktów – ale pewnie nadal sporo. Mamy smak kiełbas we krwi. Tak pisał w „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunt Gloger:

Kiełbasa była od czasów najdawniejszych przysmakiem polskim. Częstując gości, od niej rozpoczynano śniadania i obiady. Na święconem wielkanocnem, zarówno u ludu jak szlachty, pierwsze miejsce zajmowała zawsze kiełbasa. Sławny bigos hultajski bez kiełbasy obejść się także nie mógł. Gdy za czasów saskich kuchnia polska stała się więcej wykwintną, powiadano, że dobry szlachecki kucharz powinien był umieć przyrządzać kiełbasę na 12 sposobów, a pański na 24. Na dworze Augusta III był sławny kuchmistrz Wereszczak, od którego nazwany został jego sposób podawania kiełbasy. Kiełbasa „na wereszczaku” dawana, była pokrajana w talarki i podlana ostrym sosem, a jadano ją łyżką. Stąd powstało przysłowie: „Za króla Sasa, łyżką kiełbasa.” Nalewając piwo po kiełbasie, mówiono: „po kiełbasie napijwa się.” O łakomym na kiełbasę powiadano, że „łasy do kiełbasy.”

Wielkanoc się zbliża. A może do świątecznego żurku lub zupy chrzanowej, gotowanych na szynce i kiełbasie, będziemy chcieli podać na ciepło sławną polską kiełbasę w ciekawy sposób? Modą staropolską.

 

Przeprowadziłam kwerendę i się zdziwiłam. W najstarszej zapisanej polskiej książce kucharskiej „Compendium ferculorum” Stanisław Czerniecki nie daje nie tylko 24, ale nawet 12 sposobów przyrządzania kiełbas. Może należały do sekretów kucharskich, których się nie zdradzało? No, nie wiem. Także w rękopisie z Biblioteki Radziwiłłów, wydanej przez propagatora kuchni staropolskiej Jarosława Dumanowskiego z Uniwersytetu Toruńskiego pod tytułem „Moda bardzo dobra smażenia różnych konfektów...”, sposobów na kiełbasę brak. W książce pierwszej jest tylko taki ogólnikowy przepis na sporządzenie kiełbasy (podaję w oprac. J. Dumanowskiego):

Kiełbasy wiedeńskie

Mięsa wieprzowego bardzo drobno usiekanego, jako mak usiekaj, daj pieprzu, kwiatu [muszkatołowego, przyp. AKK], soli albo czosnku, nałóż cienkie kiełbaśnice albo kiszki baranie. Piecz albo warz w czym chcesz i daj na stół.

Dowolność pełna. Kiełbasy w sosie nie gotował także Wojciech Wielądko. A przynajmniej nie podaje na nią recepty. Opisuje, owszem, jak sporządzić „Kiszkę białą po mieysku” z taką radą na jej podawanie: „Ugotuy w wodzie gorącey, przez kwadrans, ugotowawszy, przestudź, opiecz w papierowych skrzyneczkach, na wydaniu day opieczone”. Sosu w przepisie brak.

Przepisy na podanie kiełbas w sosach podają natomiast wszystkie, a przynajmniej te w moim zasięgu, dziewiętnastowieczne książki kucharskie. Choćby „Kucharz warszawski”, bardzo popularny jeszcze przed pierwszą wojną i w dwudziestoleciu międzywojennym, świetnie ilustrujący  kuchnię mieszczańską. Jest u niego na przykład taka

Kiełbasa pieczona

Dużą, grubą kiełbasę przywiązać do rożna albo ułożyć na brytfannie i wstawić w niezbyt gorący piec, podłożywszy parę plasterków słoniny, polewać najprzód wodą lub piwem, później tłustością, uważając, żeby się nie przepiekła, skoro zacznie nabierać rumianego koloru wydać, polewając na półmisku sosem kwaśnym rumianym, który się tak robi: łyżkę masła zrumienić z łyżką mąki, dodać cukru, octu, zagotować, rozprowadzić rosołem i polać kiełbasę. Można ją też podawać bez sosu.

Sos ten wykonałam, wzbogacając go pokrojonym wędzonym boczkiem. Burawy sos przed podaniem można posypać natką lub koperkiem. Będzie weselszy. Dawniej apetyczniejszą barwę  nadawano sosomza pomocą karmelu, którego słodycz wcale w daniach mięsnych nie przeszadzała. Możemy spróbować to zrobić.

 

U kucharza warszawskiego jest także przepis, który się pojawia we wszystkich książkach. Na kiełbasy z dodatkiem piwa. Był to więc sposób podania niezależny  od geografii. Znajdziemy go też u „Kucharki litewskiej” czyli Wincenty Zawadzkiej. To mariaż smaków bardzo udany:

Kiełbasy w piwie na śniadanie

Świeże kiełbasy włożyć do rondla, zalać lekkim piwem, aby objęło, włożyć kawałek masła, kawałek suchego bulionu, parę cebul i gotować dopóty, aż się sos wysadzi, aby nie przypalić. Na odgotowaniu można dodać kilka talerzyków cytryny i wsypać garść mąki przed wysadzeniem sosu.

Na koniec zaś podaję jeden ze sposobów Marii Monatowej na kiełbaski małe, nazywane sosikami (niekiedy to były parówki). Z racji nazwy zawsze mnie fascynował i wydawał się bardzo staropolski

Sosiski w sosie musztardowym „à la Sierzputowski”

Zasmażyć na rumiano łyżkę maki i łyżkę masła, wlać pół szklanki czerwonego wina, dodać łyżkę musztardy, trochę soli i pieprzu, pół łyżeczki Maggi i sosu Cabul, zagotować i polać zagrzane w gorącej wodzie kiełbaski lub surowe sosiski, które przedtem usmażyć na patelni na maśle. Osobno podać do nich kartofle przysmażone.

Nie wiem, kto to Sieprzutowski, ale nazwisko miał pasujące do kontusza. Sosu Cabul dzisiaj już nie ma, można go zastąpić którymś z sosów chili lub, w ostateczności, ketchupem. A do kiełbasy, modą zupełnie nie staropolską, ja podaję sałatę. Choćby po to, aby stół ładniej wyglądał. No i, aby nie jeść tylko tłustego mięsa kiełbas! Propouję taką sałatę, bardzo pikantną za sprawą pokrojonej papryczki chili i mocnego winegretu na musztardzie:

 

Sałata lodowa lub rzymska jest w niej pokrojona dość drobno. Kto się nie boi ostrego chili, może je pokroić z pestkami. Kto woli jeść łagodniej, pestki usunie, a papryczkę przed pokrojeniem obmyje w zimnej wodzie (uwaga, nie dotknąć palcami do oczu!). Winegret ukręcić z dobrej musztardy z oliwą lub olejem i octem winnym. Do kiełbasy musi być wyraziście octowy i wyraźnie ostry.

wtorek, 21 lutego 2012
Po prostu Ostatki

Tradycyjny czas kończenia karnawału: może warto kulinarnie zaakcentować ten dzień? Jeżeli spotykamy się z przyjaciółmi, możemy jeszcze zdążyć przygotować pewne małe danko (a raczej przekąskę) rodem z PRL-u. Podaję za nieocenionym „Przekrojem”, który jest kopalnią przepisów kulinarnych a zarazem zwierciadłem swoich czasów.

Jest jeszcze jeden pretekst, aby przyrządzić coś z kuchni przekrojowej. Otóż dzisiaj stacja telewizyjna „Ale kino” przypomina pewien znakomity film pochodzący z lat 60. ubiegłego wieku. Bardzo go lubię. To „Zbrodniarz i panna” z piękną (ale najpierw brzydką) Ewą Krzyżewską oraz Zbyszkiem Cybulskim w roli milicjanta (!). Napad na konwojenta, wiozącego dużą sumę pieniądzy, jest wstępem do przygody życia pewnej skromnej kasjerki z małego miasteczka. Aby zdemaskować napastnika-mordercę, milicjanci przebierają i malują kasjerkę, która go widziała, zamieniają ja w wampa i wypuszczają do kurortu, aby tam go rozpoznała.

Tym kurortem są Międzyzdroje, które pamiętam z tamtych czasów, bo przez kilkanaście lat z rzędu wyjeżdżałam tam z rodzicami na wakacje. Oddane prawie że wiernie (choć do filmu przypudrowane). Zwracam uwagę na autentyczną modę – suknie i uczesanie Ewy Krzyżewskiej, na ciemne okulary i marynarki Zbyszka Cybulskiego, na dancing w „Piekiełku” (obok Domu Wypoczynkowego „Slawia”), na molo i odbywający się tam „fajf” (na zdjęciu, z widokiem na plażę)... no, słowem: czeka nas solidna porcja nostalgii.

Jeszcze słowo o Ewie Krzyżewskiej: była córką Juliusza Krzyżewskiego, jednego z poetów, których zabrało nam Powstanie Warszawskie. Jej ojcem chrzestnym był Jeremi Przybora, przyjaciel domu (kolega Juliusza z radia). O Krzyżewskim jako poecie pisał Jarosław Iwaszkiewicz, upominając się o pamięć o nim i protegując wydanie tomiku jego wierszy w latach 70. Krzyżewski zginął dwadzieścia dni po Krzysztofie K. Baczyńskim, także przy Pl. Teatralnym. Pozostawił wiersze i piękną córkę.

Film warto też obejrzeć ze względu na robotę filmową: reżyserował Janusz Nasfeter (umiał coś jeszcze kręcić ponad filmy z dziećmi, znakomite zresztą), za kamerą stał Andrzej Kostenko, a za zdjęcia odpowiadał Jerzy Lipman, scenariusz i dialogi popełnił Joe Alex (Maciej Słomczyński, który pod tym pseudonimem pisał znakomite kryminały, stylizowane na angielskie – kto nie zna, niech po nie sięgnie!), muzykę zapewnił Krzysztof Komeda (co mówi samo za siebie). W obsadzie aktorskiej także m.in. Edmund Fetting, Adam Pawlikowski, Gustaw Lutkiewicz, młodziutka Ewa Wiśniewska, ale i Helena Grossówna, przedwojenna gwiazda filmu, tu w skromnej roli recepcjonistki.

Stylową piosenkę śpiewa na dancingu zapomniana dziś gwiazda ówczesnej estrady Katarzyna Bovery. A ja bardzo ją lubię! Zwracam także uwagę na występ zespołu Czerwono-Czarni w międzyzdrojskiej muszli (ciekawa jestem, czy istnieje?) i cudną piosenkę Heleny Majdaniec pt. „Happy end” (do odnalezienia na Youtubie).

 Do tego to filmu można przygotować stylową przekąskę. Oto przekrojowa

 

PODAJE p. Eugenia Karbowiak z Chorzowa z myślą o tych, którzy w czasie karnawałowej prywatki chcieliby zrobić smaczne, a niezbyt drogie danie gorące.  Jest to kiełbasa w cieście. Tak zwane półkruche ciasto robi się z pół kg mąki, 20 dkg margaryny, 2 całych jajek. Wszystko to razem dokładnie wyrobić na gładko (żeby nie było grudek), dodając jeszcze soli do smaku i niepełną łyżeczkę proszku do pieczenia. Gdyby ciasto było za twarde, dodać trochę kwaśnej śmietany.

Na stolnicy rozwałkować ciasto na grubość palca i zawinąć w nim kiełbasę, zwykłą cienką, może też być biała kiełbasa surowa. Jeśli to możliwe – kiełbasę obciągnąć ze skórki (białej nie). Po zawinięciu kiełbasy starannie zalepić boki ciasta, aby sok nie wyciekał w czasie pieczenia. Po wierzchu posmarować jajkiem i posypać kminkiem. Piec w średnio gorącym piecu do zrumienienia.

WYPRÓBOWALIŚMY. Bardzo dobra jest taka kiełbasa popijana czerwonym barszczem. Można ją jeść także na zimno. Jeśli kto lubi – niech kiełbasę przed zawinięciem posypie lekko majerankiem.

Dopowiem, że nie tylko majerankiem, ale i curry, i chili, i papryką słodką. Kiełbasa to na pewno jeden ze smaków PRL-u. Pogryzając ją (pasuje nie tylko do czerwonego barszczyku, ale także do piwa lub czerwonego wina), możemy śpiewać razem z młodą Heleną Majdaniec twistującą w koncertowej muszli:

Nie chcę czekać, czekać wciąż,
bo czekanie budzi wstręt,
kup mi bilet, kochanie,
do przystanku happy end.

Kup mi bilet w siną dal,
niech mnie porwie ruch i pęd,
i niech serce wydzwania
te dwa słowa: happy end.

Przez niejeden frunę most,
przez niejeden ostry skręt,
aż ktoś nagle zawoła: stop,
kochanie, happy end.
 
Proszę wsiadać, zamknąć drzwi,
a ja jadę na gapę
do przystanku happy end,
happy end, happy end.
 

PS Drobna porada na koniec: dzisiaj ciasta nie trzeba już robić samodzielnie. Można kupić. Francuskie albo kruche, mrożone lub tylko schłodzone. Wtedy o tej wygodzie tylko się czytało w pismach z tzw. Zachodu.

| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl