O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
RSS
wtorek, 17 kwietnia 2018
Ciasta dwa. I dwa wojenne

Kilka razy pisałam, że nie jestem specjalistką od ciast. Choć zdarza mi się porwać na ich pieczenie. Ośmieliłam się tak dalece, że sięgając po znane mi dobrze i wypróbowane przepisy, nieco je podrasowałam. Pierwszy z przepisów dyktowała mi moja Mama. Drugi – koleżanka z pracy, świetna gospodyni, toteż ciasto nazwałam jej imieniem. Oba przed laty wpisałam do zeszytu i sięgając po nie przypominam sobie smak dawnych dni.

Uważa się, że piekąc ciasta trzeba się trzymać przepisu, wiernie zachowując wagę składników i kolejność czynności. Doświadczalnie się przekonałam, że wcale nie. Przynajmniej w odniesieniu do dwóch ciast, którymi ostatnio się pocieszałam. Podam przepis oryginalny, a następnie to, jak go zmieniłam. Efekty przeszły oczekiwania. A co najważniejsze: nie zmarnowałam produktów. Bo marnotrawstwa nie lubię najbardziej!

 

Babka piegowata mojej Mamy

1 szklanka mąki pszennej

1 szklanka cukru

1 szklanka maku

1/2 kostki masła

4 jajka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

aromat zapachowy

Utrzeć jaja z cukrem i masłem. Dodać składniki suche. Ucierać aż się połączą. Piec 45 minut w 180 st. C.

 

Babka piegowata po mojemu

składniki suche:

1 szklanka mąki lnianej (lub po 1/2 lnianej i pszennej)

1 szklanka maku przecieranego

1 szklanka cukru

2 łyżeczki proszku do pieczenia

składniki mokre:

1/2 szklanki mleka

1/2 szklanki oleju np. słonecznikowego

4 jajka

zapach migdałowy

 

Wymieszać składniki suche. Wymieszać składniki mokre. Połączyć jedne z drugimi.

 

Piec jak wyżej.

Ciasto upiekło się znakomicie. Dzięki podstawie z mąki lnianej przypominało trochę piernik. Ciemne, wilgotne. Przykryte lnianą ściereczką długo trzymało świeżość. Słowem: smaczny dodatek do popołudniowej herbaty.

To ciasto było ciemne, drugie – jest jasne. I można powiedzieć, że rozjaśniłam je bardziej dodatkiem białych płatków kokosowych. Zmieniły też mu smak i troszkę konsystencję. Z czysto piaskowego, a więc zbitego i gładkiego ciasto zrobiło się nieco puchowe.

 

Ciasto piaskowe Krystyny

1 kostka masła

1 szklanka maki ziemniaczanej

2 łyżki maki pszennej

1 szklanka cukru pudru

zapach waniliowy

3 jajka

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżka octu

Masło roztopić, do gorącego wsypać obie mąki i cukier, rozetrzeć. Kolejno wbijać jajka, dolać łyżkę octu, wetrzeć proszek do pieczenia. Piec 40 minut w 180 st. C.

 

Ciasto piaskowo-kokosowe po mojemu

1 kostka masła (200 g)

3/4 szklanki mąki ziemniaczanej

1/2 szklanki wiórków kokosowych

4 łyżki mąki pszennej

3 jajka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżka białego rumu

 

Kostkę masła roztopić, wmieszać obie mąki i wiórki. Ucierać z wbijanymi kolejno jajkami. Dodać proszek do pieczenia i rum. Piec jak wyżej; sprawdzić, czy nie trzymać 5 minut dłużej.

Obawiałam się, czy nie zmarnuję kosztownej kostki masła i jaj. Okazało się, że i to ciasto było bardzo udane. Lekkie i trochę puszyste. Jasne i delikatne.

Ilustracją do współczesnych ciast będą szczególne przepisy z bardzo szczególnej gazety. To okupacyjna  „Gazeta Żydowska”, oficjalna, bo koncesjonowana przez Niemców, a więc taka żydowska gadzinówka. Czytając ją (skany zachowanych numerów na stronie Żydowskiego Instytutu Historycznego) bezwzględnie trzeba o tym pamiętać. Pismo redagowane po polsku ukazywało się w Krakowie od lipca 1940 roku po sierpień roku 1942. A więc już w czasie rozpoczętej 22 lipca w Getcie Warszawskim tzw. Wielkiej Akcji, wywózki tysięcy jego mieszkańców na śmierć, głównie do Treblinki. Getto warszawskie opustoszało. Gazeta nie miała racji bytu. Dodam jeszcze, że właśnie w tych dniach obchodzimy 75. rocznicę powstania w Getcie Warszawskim, rozpaczliwej akcji Żydowskiej Organizacji Bojowej. Był to już kwiecień roku 1943.

Gadzinówka żydowska, jak i jej polskie odpowiedniki, w tym największa warszawska gazeta, czyli „Nowy Kurier Warszawski”, była czytana tak ze względu na ogłoszenia, jak i działy porad praktycznych. W tym kuchennych, a nawet kulinarnych. Odpowiadały na ciężkie czasy, ale nie zaspakajały głodu. Kogo stać było na kupno gazety, może i z nich korzystał. Ale na pewno wiele osób tylko je czytało. Jak te dwa przepisy na oszczędne ciasta.

 

Przepisy raczej ukazywały dawne czasy niż służyły współczesnym, mimo starań autorki podpisanej inicjałami Ró-Ta. Tu nadmieńmy, że z polską gadzinówką współpracowała podobno sama Pani Elżbieta, czyli Elżbieta Kiewnarska. Pamiętajmy więc, że o współpracy z niemiecką wszak propagandą decydowały i względy materialne, a raczej – ratowanie się od nędzy i głodu. Nie rozliczajmy więc autorów zbyt ochoczo z kolaboracji.

O ile czytano praktyczne porady z tych gazet, o ile z konieczności się zapoznawano z zarządzeniami władz (a zawierały kolejne restrykcje) czy sięgano po ogłoszenia, o tyle omijano nachalną czy finezyjną propagandę. Gazety ukazywały się i dla niej, i dla tworzenia pozorów normalności tych czasów pogardy. Natomiast pewnie z nostalgią czytano i z rzadka zamieszczane poezje. Jak ten wiersz o szabasowym wieczorze.

 

Podkreślę jeszcze raz, że gadzinówki, tak polskie, jak tę żydowską, dzisiaj czytamy ze świadomością, że miały być mydleniem oczu, tak jak i okupacyjne kawiarnie czy teatry, jak pozory dobrobytu. Z tym zrozumieniem korzystajmy z ich bezcennej zawartości informacyjnej. Bez złudzeń, że były to normalne gazety, odwzorowujące rzeczywistość.

środa, 11 kwietnia 2018
Domowo, trochę po włosku

Na co dzień raczej nie jadamy wytwornych dań opisywanych w kulinarnych czasopismach i wyrafinowanych książkach kucharskich. Jeżeli już gotujemy, posługujemy się gotowymi półproduktami, no i mamy zestawy stałych dań, przyrządzanych bez pudła na pamięć, z zamkniętymi oczami, w największym domowym zamieszaniu. Ale nawet takie niewyrafinowane potrawy można jakoś podkręcić i w chwili fantazji z codziennego spaghetti (taką potrawą się stało za mojej pamięci) zrobić takie… mniej codzienne.

Piszę spaghetti, ale mam na myśli wszelkie włoskie rodzaje makaronu. Te suszone, ale i te świeże. Warto po nie sięgać. Jest sporo rodzajów rozmaitych tagliatelli, penne, pappardelli… I tak dalej. Zapewne mamy ulubione. Podobnie sosy: są rozmaite gotowce, ale i passaty, przeciery, pomidory w soku własnym, do wyboru. Rzadko korzystam z gotowych sosów w słoiczkach, ale zdarza się, są ratunkiem, gdy „niczego nie ma w domu”. Dlatego staram się mieć w zapasie ze dwa, trzy. Najbardziej jednak lubię przyrządzić własną kompozycję smaków z przecieru pomidorowego. Najbardziej cenię te, które udało mi się zabutelkować w zeszłym roku. Ale jest ich mało, najchętniej rozdaję je dzieciom. Dlatego sięgam po rozmaite passaty i dobre przeciery. Tu mam swoje ulubione gatunki, a więc i smaki. Z takich czysto pomidorowych, czyli bez dodatku ziół – przeważnie to bazylia i oregano – prokuruję własne sosy. Na swój smak. Takim właśnie chcę się podzielić. Sosy można podawać samodzielnie, tylko ze startym serem, można w nich poddusić mięso, ryby (tuńczyk!) lub owoce morza. I dodawać: czosnek, cebulę, ostre papryczki, rozmaite warzywa, nawet po prostu plasterki marchewki.

Zdradzę, że w moim domu lubimy coś, co nazywamy sosem parówczakowym. Czy to kompozycja włoska? Hm. Może nie całkiem. to klasyczne parówki w sosie pomidorowym. Smakują wtedy, gdy bierze się parówki dobrej jakości – nie najtańsze drobiowe lub cielęce; wybierając, sprawdzajmy, ile mają mięsa. A jak doprawić sos? Tu można zaszaleć. Z ziołami – suszonymi lub świeżymi – tylko z natką, ale i z innymi dodatkami. Taki sos przyrządziłam i był bardzo ciekawy w smaku. Bardzo delikatny, choć zrazem pikantny. Nawet z dodatkiem parówek.

 

Sos pomidorowo-mandarynkowy z parówkami po mojemu

ulubiony makaron

dobre parówki np. drobiowe

dobry przecier pomidorowy

2–3 mandarynki

ostra pasta paprykowa

cebula

natka pietruszki

oliwa

sól

1/2 łyżeczki cukru

starty parmezan lub grana padano

 

Oliwę lekko rozgrzać, poddusić w niej pokrojoną cienko cebulę i posiekana natkę (część zostawić). Dodać przecier pomidorowy, mieszając podsmażyć. Rozprowadzić sokiem wyciśniętym z mandarynek i wodą do pożądanej gęstości (nie może być za rzadki). Posolić. Doprawić ostrą pastą paprykową i cukrem do smaku.

 

Sos poddusić 20–30 minut. Wrzucić posiekaną natkę (trochę jeszcze zostawić) i parówki pokrojone w cienkie plasterki. Trzymać na ogniu jeszcze kilka minut, aby parówki się ugotowały.

 

Makaron ugotować zgodnie z przepisem na opakowaniu (raczej minutę krócej niż dłużej). Odcedzić, ale niezbyt dokładnie. Wymieszać z częścią sosu, resztę podać oddzielnie. Posypać serem i natką. Od razu podawać. Sos można postawić na podgrzewaczu.

Proste danie może mieć ciekawszy smak niż zwykle. Zamiast natki można wziąć bazylię. Zamiast mandarynek pomarańczę. Zamiast paprykowej pasty – paprykę sypką. Nie zawsze mamy parmezan, utrzyjmy więc inny ser. A parówki? Wcale nie są konieczne. Ale z sosem pomidorowym prawie wszyscy je lubią. Nawet wyrafinowani smakosze, którzy nie zawsze się do tego przyznają.

Jeżeli poprzedniego dnia mieliśmy czas pomyśleć o deserze, podajmy go koniecznie. Nic nie poprawia tak humoru jak coś słodkiego. Proponuję pozostać w klimacie cytrusów. Tym razem skusiłam się na kumkwaty. Malutkie pomarańczki. Jada się je ze skórką, która daje lekką goryczkę. Można je podawać na surowo, na przykład do sałatek. Ale ja poddusiłam je w syropie z cukrowej trzciny.

 Użyłam zaś do przybrania i dosmaczenia sernika na zimno. Szybko i łatwo się go przyrządza. Trzyma w lodówce.  Przepis już podawałam tyle razy, że tym razem sobie daruję. Tym razem mielony ser wymieszałam z bitą śmietaną (receptę można znaleźć na moim blogu). Dzięki temu, mimo dodatku żelatyny, był kremowy i lekki jak puch. Taki lubię. Wykładam go na herbatniki.

 

Podduszone kumkwaty (przy krojeniu w plasterki wyjmijmy pestki!) nie tylko ładnie wyglądały, dodatkowo przydały słodkiemu deserowi charakteru. Aby się nie zasłodzić ze szczętem, cukru (lub jakiegoś zamiennika) warto dodawać naprawdę oszczędnie. Pamiętając o cukrowej polewie, która ma bardzo interesujący smak, przypominając angielskie dżemy z cytrusów.

Ilustracją mojego wpisu niech będzie reklama przedwojennego makaronu. Opisywała je Pani Elżbieta. Z jej felietonów wiemy, że znano te prawdziwie włoskie, wyrabiane ze specjalnej mąki. I wiedziano, że należy je gotować al dente. To wcale nie wymysł najnowszych czasów!

 

Co podawać do makaronu z sosem pomidorowym, nawet takim parówkowym? Może włoskie wino? Można znaleźć przystępne, w umiarkowanych cenach. Tu także tekścik, fragment korespondencji nadesłanej z Włoch przez poetę i krytyka literackiego Czesława Jankowskiego (1857–1929), wilnianina publikującego i w Warszawie, w tym w „Kurierze Warszawskim”. Z niego pochodzi fragment o znanym włoskiem winie, ostrzegający przed nieraz jego marną jakością. Pisownia, jak zawsze, oryginału.

 

[…] Na bufecie, pierwsza na włoskim gruncie ujrzana baterja butelek charakterystycznych, okrągłych, z długiemi szyjkami, oplecionych słomą. To chianti. Potem już cię to ukochane „chianti" prześladować będzie do samego Palermo, do samej Syrakuzy. Dobre wino, ani słowa, rodem z Toskany – ale patrzeć trzeba bacznie w każdą podaną, butelkę, bo dadzą ci ją z nadprogramowym „kwiatkiem”, a taki pleśniowy fiore del vino, zwłaszcza zmieszany przy obiedzie z oliwą włoską i parmezanem, satysfakcji żadnej nie sprawia.

Ostrzeżenie przed pleśnią na winie pochodzi roku 1892. Jestem przekonana, że dzisiaj takiej we włoskim chianti nie spotkamy!

sobota, 07 kwietnia 2018
Tatar na trzy sposoby

Pierwszy niech będzie tradycyjny. Bo tatar, czyli befsztyk tatarski, klasycznie jest przyrządzany z wołowiny, najlepiej z polędwicy. W „Leksykonie sztuki kulinarnej” z roku 1983 tak opisał go Maciej E. Halbański:

BEFSZTYK TATARSKI

Surowe siekane (a nie mielone) mięso z polędwicy wołowej lub końskiej, przyprawione solą, pieprzem, oliwą, utartą cebulą, posiekanymi kaparami, dokładnie wymieszane i uformowane na kształt befsztyka; często na wierzchu – w zagłębieniu – świeże surowe żółtko. Umieszczony na talerzyku – podaje się najczęściej z korniszonami. „Tatar” jest doskonałą przystawką.

Też tak go przyrządzacie? Oliwę można zastąpić mniej smakowo agresywnym olejem. Dodatki bywają różne; cebuli ja nie ucieram, lecz ją drobno siekam. Jej dodatek równoważy zakwaszające organizm właściwości surowego mięsa. Bo musi być surowe, co odstręcza nawet niektórych mięsożerców. Ale wielu tatara ceni wysoko. Nazwa wskazuje na wschodnie pochodzenie tego mięsa. Siekanie, a nie mielenie, bezsprzecznie podnosi jego walory.

W dawnej kuchni polskiej taki befsztyk podawano albo chorym (zwłaszcza anemikom), albo panom  jako zakąskę pod wódkę, podczas tzw. męskich śniadań. Proszę poczytać opis z książki kucharskiej wydanej w Kijowie w roku 1917 w języku polskim. Polacy mieszkali w Kijowie przez wieki tworząc szczególną kulturę tego miasta. Znana była księgarnia polska (i wydawnictwo) Leona Idzikowskiego. Tam wydana była ta książka, której autorka Alina Gniewkowska tak opisywała genezę swego dzieła:

Wyjątkowe czasy towarzyszą ukazaniu się niniejszej książki. W chwili, gdy brak produktów daje się odczuć nawet najzamożniejszym rodzinom, gdy „ogony” i „kolejki” stały się zjawiskiem powszechnym i gdy trzy czwarte energji obywatelskiej i czynu zużywa się na wydarcie z miejskich odmętów częstokroć wątpliwej wartości wiktuałów, wyjście w świat, chociaż i „Domowej Kuchni” brzmi jako ironja, lub naigrawanie sytych z głodnego.

Ulegając jednak namowom wydawcy, wskazującego na kompletny brak podręcznika kucharskiego po polsku i mając na względzie, że wiele z pań, a bodaj i panów, z musu wzięło się do przyrządzania potraw, nie mając ku temu żadnych danych, oprócz dobrych chęci, oraz słysząc, jak tysiące z dzisiejszych, w normalnych warunkach dobrych gospodyń – znajduje się w kłopotliwej sytuacji z powodu braku niezbędnych artykułów spożywczych – postanowiłam napisać tę książeczkę, która mieć będzie znaczenie czasowe, że tak powiem wojenne, grupując to doświadczenie, jakie dać może tylko zamiłowanie gospodarstwa domowego w połączeniu z wieloletnią praktyką tak w czasach zwykłych, jak i w czasach „głodu i nieurodzaju”.

Będzie to cząstka tej pracy, która ukaże się w przyjaznej chwili, jako „Encyklopedja dla gospodyń”, obejmująca zwykłą kuchnię domową, gdzie główny nacisk położony być musi na umiejętne wyzyskanie produktów i proporcji w przystosowaniu do osiągnięcia jaknajwiększych rezultatów.

 

Encyklopedia dla gospodyń chyba jednak nigdy się nie ukazała, widocznie czasy nie stały się tak przyjazne, jak powinny.  Ale książka z roku 1917 miała wiele wydań. Trafiło do mnie takie z roku 1947, z czasów podobnie biednych... A teraz obiecany tatar pani Gniewkowskiej. Klasyka kuchni tradycyjnej.

 

Bogatsze i bardziej zróżnicowane dodatki niż u Halbańskiego. Ciekawym na pewno są rybki. Ich łączenie z mięsem może dziwić, ale niektórzy bardzo je cenią. Mam wrażenie, że to smak Galicji, tej austrowęgierskiej.

Przejdźmy do współczesności. Dzisiaj tatar już wcale nie musi oznaczać potrawy mięsnej! Podobnie jak carpaccio. Obiema potrawami mogą się już rozkoszować wegetarianie. Tradycyjne nazwy kryją tylko sposób obróbki każdego rodzaju składników – nie tylko mięsa, ale i ryb, i warzyw, i owoców, a może i nabiału. Tatar z jaj? Czemu nie?

Na początek jednak warzywny. Przepis pochodzi z jakiejś książki. Dostarczył mi go Janusz (dziękuję!). Dlatego zamieszczam go opatrzywszy jego imieniem, po lekkiej zmianie i z całkowicie moim opisem. I włączam do mojego zbioru potraw przyjaciół, krewnych i znajomych.

 

Tatar warzywny Janusza, ale po mojemu

połówka średniego selera korzeniowego

mały słoiczek pomidorów suszonych w oleju

1/2 szklanki kaszy jaglanej

2–3 łyżki oleju spod suszonych pomidorów

2 łyżki sosu sojowego ciemnego

1/2 łyżki octu winnego lub jabłkowego

łyżeczka ostrej musztardy

łyżeczka syropu z trzciny cukrowej lub agawy

czarny pieprz z młynka

ew. sól

do podania:

cebulka ewentualnie ze szczypiorem

ogórki kiszone lub konserwowe

 

Ugotować kaszę jaglaną zgodnie z przepisem z opakowania w osolonej wodzie. Odcedzić, przestudzić. Seler oczyścić, pokroić w słupki. Posiekać je drobno ostrym nożem, tasakiem lub mezzaluną.

 

Pomidory wyjąć z oliwy, posiekać bardzo drobno podobnie jak korzeń selera.

 

Kaszę wymieszać z selerem i pomidorami, doprawić do smaku sosem sojowym, olejem ze słoiczka z pomidorami, octem, syropem, oraz musztardą. Starannie wymieszać, jeżeli potrzeba – dosolić, na koniec posypać pieprzem. Przybrać posiekaną dymką razem ze szczypiorem i ogórkami kiszonymi lub konserwowanymi pokrojonymi w kosteczkę.

Ten tatar wygląda jak prawdziwy. Jest nieoczekiwanie smaczny i treściwy (kasza!). Nadaje się do jedzenia bez dodatków, ale pasuje do niego i pieczywo pszenne lub razowe. A kieliszek zmrożonej czystej wódki? Też!

Kolejny tatar będzie w wersji rybnej. Wzięłam do niego wyraziste w smaku wędzone makrele, ale mogą je zastąpić delikatniejsze pstrągi czy bardziej tłuste karpie.

 

Tatar z wędzonych makreli po mojemu

2 wędzone makrele

2–3 cebule dymki razem ze szczypiorem

kapary

2 łyżki oleju lnianego

łyżka sos sojowego ciemnego

czarny pieprz z młynka

 

Makrele obrać ze skóry, oczyścić z ości, mięso przesiekać. Dymkę drobno przesiekać razem ze szczypiorem. Wymieszać z olejem i sosem sojowym doprawić pieprzem.

Tego tatara także można doprawiać octem lub musztardą. A zamiast pieprzu wziąć ostrą paprykę. Może wtedy posypać go i ostrą papryczką świeżą? Warto uruchomić smakową wyobraźnię. I tworzyć nowe kompozycje. Choćby rozmaitych wersji tatara.

środa, 04 kwietnia 2018
Codzienność po świętach

Wracamy do normalnego trybu dni i posiłków. Po tradycyjnych, zwykle, odświętnych, często łączonych z odwiedzinami rodziny, nastaje codzienność. Warto ją ubarwić. Poszukać prostych, ale ciekawych i niebanalnych pomysłów na zwyczajne obiady. Może komuś został niezużyty kawałek schabu? Zamiast go w rozpaczy zamrażać, wykorzystajmy do przygotowania ciekawszych niż zwykle kotletów. Będą duszone. Do duszenia weźmiemy poświąteczne pozostałości: chrzan i migdały, bo zakładam, że w wielu domach zalegają po wielkanocnym żurku i mazurkach.

Schabowe z migdałami po mojemu

kotlety ze schabu

migdały bez skórki

migdały mielone

chrzan

sól

olej do smażenia

 

Kotlety lekko rozbić, posolić, panierować w mielonych migdałach. 2–3 łyżki oleju rozgrzać na patelni z grubym dnem. Kotlety obsmażyć. Podlać wodą (lub białym winem w wersji wytwornej), domieszać 2–3 łyżki chrzanu. Pod przykryciem dusić, aż mięso zmięknie (ok. pół godziny). W razie potrzeby podlewać wodą, ale nie za obficie, by sos była zawiesisty.

Migdały bez skórki uprażyć na suchej patelni do zrumienienia.

Dorzucić do mięsa, kilka minut poddusić w sosie. Spróbować i, jeżeli potrzeba, dosolić.

Danko wyraźnie z kuchni domowej, choć nieco fantazyjnej. Kto lubi, może sos doprawić śmietaną, ale nie jest to potrzebne. No i jednak kaloryczne, i tłuste. Zamiast tej śmietany weźmy jogurt i nim doprawmy wiosenną porcję surowizny. Z kotletami będzie smakowała! A można ją jeść i bez nich. Jeżeli chcemy zrzucić trochę świątecznego dobrobytu.

 

Surówka wiosenna z jogurtem po mojemu

środek kruchej sałaty

rzodkiewki

świeży ogórek

koperek

jogurt

sól, pieprz

 

Sałatę umyć, osuszyć, pokroić w paseczki. Rzodkiewki i ogórek pokroić w kosteczkę. Wyłożyć warzywa do salaterki. Jogurt posolić, popieprzyć. Wyłożyć na warzywa, posypać koperkiem. Wymieszać przy stole.

Do sałatki można dodać cebulkę ze szczypiorem. A jogurt przyprawić roztartym czosnkiem. Albo sokiem z cytryny. O tej porze roku ma się apetyt na taką porcję świeżości.

Jako historyczną ilustrację pory roku, która dzisiaj wreszcie nas zaczęła cieszyć, przytoczę gospodarski felieton Elżbiety Kiewnarskiej sprzed, bagatela, prawie dziewięćdziesięciu lat. Wiosna też przyszła wtedy późno i była bardzo wyczekiwana. Zapoznajmy się z przedwojennymi realiami wiosennego rynku. Jakże inne od naszych, prawda? Pisownia też przed wojną była inna niż obowiązująca nas.

 

Nakoniec przyszła – a już zupełnie straciliśmy nadzieję oglądania jej w tym roku. I jakby chciała nadrobić czas stracony, przyszła odrazu z upałami i burzami lipcowemi. Od razu większość mieszkańców stolicy poczuła odrazę do tłustych i korzennych dań mięsnych i zaczęła oglądać się za jarzynkami, sałatkami, nowalijkami. No, i oczywiście, zachciała codziennie jadać siadłe mleko, którego, niestety, popołudniu już stałe brak w mleczarniach handlowych, a nie każdy ma ochotę chodzić do mleczarni-kawiarni, gdzie oczywiście mleko zsiadłe jest do późnej nocy, lecz po cenie znacznie droższej, co jest zresztą zrozumiałe i słuszne.

Gospodynie, któreby chciały zakwasić mleko w domu, są w dużym kłopocie. Mleko lepsze, butelkowe, jest przeważnie posteuryzowane i nie chce się zsiadać, mleko surowe, rozlewane w sklepach, nie daje gwarancji czystości i jest nieraz tak dokładnie ze śmietanki odseparowane, że przedstawia po zakwaśnieniu jakąś niebieskawą, galaretowatą masę bez śladu śmietany. I wzdychają wciąż te gospodynie nad kontrolą, surową kontrolą, nad handlem mlekiem.

Prawdziwą radość przynoszą gospodyniom podmiejscy ogrodnicy. Mimo chłodów i braku słońca – niezbędnego czynnika do rozwoju roślin – rynek jarzynowy jest wyjątkowo obficie we wszelkie sezonowe nowalijki zaopatrzony.

W halach stragany się uginają pod stosami sałaty, już w ładne główki pozwijanej. Rzodkiewki różowe, czerwone i białe, jak sopelki lodu, nęcą oko i dodają samym swym wyglądem apetytu. Koperek i szczypiorek przypominają, że to ich najlepszy sezon. Ogórki pojawiły się w ogromnych ilościach, i to, dzięki Bogu, krajowe, a nie, jak lat ubiegłych, od kolonistów niemieckich na Ukrainie, sprowadzane. Pomarańczowe pęczki młodej karotki, szmaragdowy, bujny szpinak, drobne listki młodego szczawiu i pierwsze, jeszcze nieco niedorozwinięte łodygi rubarbarum, dają możność ogromnego urozmaicenia jadłospisów. Zjawiły się też, coprawda jeszcze tylko w pierwszorzędnych sklepach gastronomicznych, najsmaczniejsze ze smacznych – szparagi.

Czego jest bardzo dużo, i co jest rzeczywiście niedrogie, to smardze. Całemi koszami leżą te aksamitne grzybki, czekając na nabywców.

Oczywiście, nowalijki niektóre są jeszcze drogie, a co zatem idzie, nie dla wszystkich dostępne. Jednak ceny ich są znacznie niższe, niż w roku ubiegłym, zastosowane do ciężkiej, obecnej konjunktury. Umiejętnie przyrządzone, są one prawdziwym przysmakiem, ogromnie wysoko wszędzie za granicą, a głównie we Francji i Niemczech cenione. U nas jakoś mniej znane. Zniechęcił do nich bardzo nasz znakomity grzyboznawca, profesor Teodorowicz, zaznaczając, że czasem i w niektórych miejscowościach grzybki te są szkodliwe, że ta szkodliwa dla zdrowia materja mieści się na aksamitnej powierzchni smardza i że przez sparzenie grzyba wrzątkiem może być zupełnie usunięta, i smardz unieszkodliwiony.

Widocznie urodziłam się i wychowałam w zdrowotnej dla smardzów okolicy, bo jak siebie od najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam, co wiosnę smardze codziennie były na naszym stole, – codziennie, bo sezon ich jest krótko – i nigdy nikomu nie zaszkodziły. Następnie co roku jadałam smardze w rozmaitych miastach i okolicach kraju, i od lat jedenastu co wiosnę jadamy je w domu, same i z miłymi gośćmi i nigdy nikt się na najlżejsze niezdrowie po ich spożyciu nie uskarżał. Ponieważ jednak bardzo często niezdrowie bywa wywołane sugestją, imaginacją i t. p ., osobom mającym uprzedzenie do grzybów, radzę zastosować się do rady znanego profesora i po oczyszczeniu grzybów, wrzucić je na wrzątek, ugotować raz i dopiero dalej przyrządzać je według przepisu, który jest niesłychanie prosty, gdyż smardze przyrządza się zupełnie tak samo, jak grzyby prawdziwe.

Z oczyszczeniem ich jest nieco kłopotu, gdyż, chociaż rosną na podłożu czystego mchu, bywają często zanieczyszczone piaskiem, który usunąć trudno. Najlepiej jest po ucięciu nóżki z piaskiem i podzieleniu smardza na kawałki, wrzucić grzybki do dużego kubełka z zimną wodą i poruszać w niej łyżką. Cząstki piasku osiądą na dnie naczynia, a grzybki trzeba ostrożnie wyczerpać i osączyć na sicie lub durszlaku. Następnie zastosować się do rady profesora Teodorowicza, czyli zagotować je raz na wrzątku – czego ja osobiście nigdy nie robię, bo cenię w grzybach przedewszystkiem ich aromat.

Masło zesmażyć z drobno pokrajaną cebulką, wrzucić grzybki, osolić i dusić wolno kwadrans do dwudziestu minut. Trochę przypruszyć mąką, zalać dobrą śmietaną, Jeszcze trochę pogotować i podawać z grzaneczkami z przysmażonej bulki. Kto lubi i znosi pieprz, może go trochę dodać przy końcu gotowania.

Pani Elżbieta pisze w końcówce pogawędki z roku 1931 o tym, czego my szukamy na próżno – o smardzach. Te grzyby są u nas pod ochroną i nie wolno nimi handlować. Podobno nie nawet takimi sprowadzanymi z zagranicy. Są więc u nas towarem niedostępnym. Możemy tylko o nich sobie poczytać. A zajadać się pozostałymi produktami wymienianymi jako nowalijki. I zsiadłym mlekiem, kefirami, maślanką, jogurtami, nawet tureckim ajranem. W tej materii wybór mamy o wiele większy niż przed wojną. Korzystajmy z niego. Dla smaku, zdrowia i urody.

czwartek, 29 marca 2018
Przed świętami też jest codzienność

Nawet ci, którzy przygotowują się do tradycyjnych świąt, muszą coś jeść. Obserwujący post (tak się dawniej mówiło) unikają mięsa, ale i obfitości. Ta przyjdzie wraz z Wielkanocą. Tak samo jadali nasi przodkowie. Poczytajmy, co dla nich w roku 1932 w „Kurierze Warszawskim” pisała Pani Elżbieta, czyli Elżbieta Kiewnarska. Pisownia i uroczo archaiczny język oryginału. Jej uwagi dotyczą postnych, a właściwie dietetycznych kolacji. Z powodzeniem można je przykroić do obiadów. Dzisiaj jednak jadamy trochę inaczej. Kolacja z dwóch dań plus deser?! Chyba nikt dzisiaj tak nie jada.

Przed samemi świętami Wielkiejnocy otrzymałam bardzo miły i rzeczowy list od czytelnika „Kurjera”, występującego w imieniu wielu innych czytelników i czytelniczek. Pisze, że wobec zakazu lekarzy jadania mięsa na noc, gospodynie nietylko w domach prywatnych, lecz i w pensjonatach mają duże trudności w wykombinowaniu smacznych, urozmaiconych i pożywnych kolacji bezmięsnych.

Jakoś tak się utarł zwyczaj, że najmniej pracy dla pani domu i służącej przyczynia kolacja, składająca się z wędlin i jaj, i tak idzie po linji najmniejszego oporu połowa lepiej odżywiającej się stolicy – codziennie jada: szynkę i jaja na miękko, lub parówki i jajecznicę. Więc jeżeli doktór powie, że chociaż wędliny warszawskie są rzeczywiście wyborne w smaku, a jak obecnie to i bardzo tanie, jednak ich codziennie, a szczególniej na noc jadać nie należy, stajemy bezradne. Jest jedna mała trudność przy wprowadzeniu kolacji bezmięsnych.

Kolacje te będą musiały być gorące. Są wprawdzie tysiączne odmiany sałat i sałatek jarzynowych, jednak w zimie służyć one mogą li tylko za dodatek do jakiegoś solidniejszego dania. Pomiędzy obiadem o trzeciej czy czwartej a kolacją o ósmej czy dziewiątej, upłynęło tyle godzin, że ludzie są głodni i najsmaczniejszą sałatką apetytu zaspokoić nie są w stanie.

Jako podstawowy jadłospis bezmięsnej kolacji przyjęłabym jedno danie mączne, drugie jarzynowe. Jeżeli na kolację ma być jedno danie tylko, należy je tak obmyśleć, aby się składało i z mąki i z jarzyn razem. Owoce, kompot lub konfitury i herbata mogą zakończyć taki posiłek.

Szczególniejszy nacisk kładę na to owocowe zakończenie kolacji. Nie ma potrzeby podawania tak drogich, że dla większości pracującej inteligencji niedostępnych owoców świeżych. Domowe kompoty Weck'a, marmolady i konfitury nie przesłodzone (jam'y), kompoty z owoców suszonych – a mamy już bardzo dobre susze krajowe – doskonale owoce świeże zastąpić mogą.

Po iście kobiecemu zaczęłam od końca. Bo też o podstawowych potrawach na kolację trudno dużo powiedzieć w krótkim feljetonie. Można tylko wskazać kilka różnych kombinacji.

Więc naprzykład do kolacji z dwu dań: sałatka jarzynowa z oliwą i cytryną (lub octem, który ostatniemi czasy zaczyna zdobywać prawo obywatelstwa), makaron domowy zapiekany z serem z sosem pomidorowym. Pasztet z naleśników z hreczaną kaszą, brukselka w śmietankowym sosie. Pierożki z serem i kwaśną śmietaną, suflet ze szpinaku. Budyń z kapustą ze śmietanowym sosem, omlet z pieczarkami. Jarzyny duszone na parze, racuchy z powidłami i kwaśną śmietaną, pierożki grzybowe z rumianem masłem, groszek z konserwy z grzankami na maśle z ostrym serem i t. p .

Na kolacje z jednego dania można zaprojektować: pasztet z kartofli, nadziewany grzybami i z grzybowym sosem; również pasztet w kruchem lub francuskiem cieście, napełniony brukselką ze śmietankowym sosem; naleśniki nadziewane kapustą z pomidorowym sosem; risotto z pieczarkami i takimże sosem; kotlety kartoflane i groszek z marchewką i t. p .

Naumyślnie wyliczam te dania proste, które zna każda kucharka i każda gospodyni i na które się składają produkty, których na żadnym rynku nie brak.

Bardzo pożądany jest dodatek jakiejkolwiek zielonej sałaty lub jarzynowej surówki, – tych bogatych źródeł witamin, których w naszych zimowych jadłospisach mamy zbyt mało. Salaterka jakiejkolwiek sałaty: endywji, eskarolki, cykorji bielonej, roszponki lub morelki w struganych jarzynach zaprawiona oliwą i cytryną, zastąpić może drugie danie na kolację lub uzupełnić nieco zbyt lekką kolację z jednego dania.

Jarzyn zimowych mamy jeszcze obecnie obfitość i nie są wcale drogie – jak wszystkie zresztą produkty spożywcze. Chodzi tylko o umiejętne ich stosowanie. Przez lat tyle przywykliśmy kłaść nacisk na mięsne pożywienie, że jarzyny traktujemy tylko jako dodatek, i to nieraz za zbędny, luksusowy dodatek. Jestem przekonana, że Związek pań domu, zawsze mający na względzie potrzeby chwili, jeszcze tej wiosny zorganizuje krótkie kursy gotowania potraw z jarzyn, aby ułatwić gospodyniom rozstrzygnięcie kwestji bezmięsnych kolacji.

Związek Pań Domu już nie istnieje. A czy ktoś w ogóle dzisiaj się nazywa „panią domu”? Obiady często nie tylko dysponują (czyli dyktują służbie, co ma przyrządzić), ale wręcz gotują „panowie domu”. Dom ma zupełnie różną strukturę od przedwojennej. Co chyba na dobre wychodzi…

Moją propozycją ilustrującą znakomicie przytoczony felieton gospodarski będzie risotto. Zauważmy, że Pani Elżbieta też je umieściła w swoim menu. Ostatnio można kupić bardzo sympatyczne zielone szparagi. Sprowadzane z innych krajów, z uprawy szklarniowej, jednak smaczne, kruche i długo trzymające świeżość. Wzięłam je do mojej potrawy. Obiadowej, ale kto chce się objadać na kolacje, niech ją bierze! Będzie miał kolację przesmaczną.

 

Risotto ze szparagami po mojemu

ryż na risotto (szklanka)

szparagi zielone

2 małe cebulki lub jedna większa

natka pietruszki

skórka starta z cytryny

świeże masło

śmietana kremówka

ser typu włoskiego (parmezan, grana padano, pecorino)

białe wino, bulion warzywny lub wywar z obgotowania szparagów (3/4 l)

oliwa

 

Szparagi oczyścić, odciąć końce. Łodygi pokroić na 2–3 kawałki, odciąć części z główkami. Obgotować przez 10 minut w wodzie osolonej i lekko osłodzonej, a wtedy zachować wywar. (Przy gotowaniu na parze wziąć inny wymieniony płyn). Cebulki obrać, posiekać. Przesiekać i natkę. Zetrzeć skórkę z cytryny. Odmierzyć szklankę ryżu. Na patelni rozgrzać łyżkę oliwy, dodać łyżkę masła, a gdy się roztopi, wrzucić cebulkę i część posiekanej natki. Zeszklić. Dodać ryż, wymieszać. Smażyć, aż jego ziarenka staną się przezroczyste. Zalać szklanką wywaru ze szparagów, warzywnym lub winem, aby ryż przykrył. Dolewać w miarę, gdy zostanie wchłonięty. Mieszać. Gdy ryż mięknie (po 15–20 minutach), dodać łodygi szparagów (na razie te bez główek). Dusić dalej razem, dolewając płyn, jeżeli potrzeba.

 

Gdy ryż i szparagi zmiękną, wmieszać 2 łyżki śmietany i ser. Poddusić.

 

Przygotować gremolatę, czyli przesiekać natkę ze skórką z cytryny.

 

Wrzucić szparagi z główkami. jeżeli potrzeba, wsypać jeszcze starty ser. Wymieszać. Poddusić. Posypać gremolatą i na końcu dodać świeże masło.

Gorące risotto podajemy od razu, najlepiej na patelni, którą warto postawić na podgrzewaczu. To danie zabiera trochę czasu i wymaga wiele uwagi (trzeba stać i mieszać, mieszać, mieszać), ale warto się poświęcić i potem zbierać pochwały domowników lub gości.

Risotto to potrawa z kuchni włoskiej. A ta była u nas znana co najmniej od wieku XVI, nie tylko od czasu przybycia Bony Sforza jako żony króla Zygmunta, potem zwanego Starym, ale i z pobytów polskich synów na włoskich uniwersytetach, z kontaktów handlowych, z osiedlania się wreszcie Włochów w naszym kraju. Bo Polska to był kraj zawsze bardzo gościnny dla przybyszów.

Kuchnia włoska była więc od wieków w Polsce znana. Opisywali ją także podróżujący do Włoch, czyli, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, turyści. Książkę jednego z nich przytoczył dziennikarz (?) podpisany tylko sygnaturą (X) w „Kurierze Warszawskim” w roku 1893.

 

Wszystkiego znajdziecie potrosze w sałacie. Nie w tej sałacie roślinnej, co wyrasta w ogrodzie, i zielone swe listki poddaje pod nóż ogrodniczy gwoli zadowoleniu ludzkiego podniebienia, ale w tej sałacie Lukullusów i Brillat Savarin'ów, w której, w morzu octu i oliwy, znajdziecie i homara, i ryby, i cząsteczki mięsne, i kalafiory na zimno, i karczochy, i najrozmaitsze ingredjencje, nie mające z właściwą sałatą nic wspólnego.

Ogólnem mianem „sałaty włoskiej” obejmuje jeden z podróżników pewną kategorję wrażeń, wyniesionych z pod błękitnego nieba boskiej Italji. Bo bywają wrażenia i wrażenia. Po całodziennem bieganiu po galerjach, gdzie dzieła sztuki bieleją w marmurach lub pstrzą się różnobarwnemi farbami na płótnach, po całodziennych zachwytach nad morzem w Wenecji, zatoką w Neapolu, wieżą w Pizie, Colosseum w Rzymie, przychodzi kolej i na potrzeby ciała.

Żołądek dopomina się o swoje prawa tak dobrze na placu św. Marka, jak w Baraniej Wólce lub na rynku w Ryczywole. Oprócz więc wrażeń duchowych, odbiera turysta codzień moc wrażeń, zwanych pospolitemi przez jednostronnie patrzących na świat i jego sprawy. Tę właśnie lukę w sprawozdaniach wrażeniowych starał się wypełnić Oskar Justinus, który wydał nakładem firmy berlińskiej Wilhelmi'ego książeczkę p. t. „Wesołe wspomnienia z kraju cytryn i pomarańcz”. Wszystkie swe wrażenia smaku pomieścił Justinus w rozdziale, zatytułowanym „włoską sałatą”.

Rzadko kto z powracających z poci włoskiego nieba ma pojęcie o włoskiej kuchni domowej. Niezmiernie rzadko cudzoziemiec otrzymuje zaproszenie do stołu w domu włoskim. Gościnność włoska w ogóle jest cnotą bardzo mało rozwiniętą. Gospodyni włoska zasypuje gościa mnóstwem uprzejmości, tytułuje go bez żadnego powodu hrabią, margrabią, księciem nawet, ale nie da mu nic do jedzenia. To zasada, a co kraj, to obyczaj. Rodziny mieszczańskie we Włoszech bywają u siebie, ale zbierają się na pogawędkę lub dla wysłuchania mniej lub więcej artystycznego koncertu. Nawet żądający szklanki wody niezbyt chętnie bywa widziany przez gosposie, bo podanie czystej szklanki płynu w czystem naczyniu nieraz jest kłopotliwem wobec przysłowiowego wstrętu włochów [narodowości pisano wtedy mała literą] do czystości nadzwyczajnej.

W ogóle włoch nie jest wymagającym na punkcie jedzenia. Nie należy jednak dowierzać zapewnieniom turystów, iż synowie Italji po całych dniach wylegują się na słońcu, wystarcza im zaś do życia jedna cebula, jedna pomarańcz lub garść makaronu. Nawet w Neapolu mało znajdziecie lazzaronów, karmiących się powietrzem, cóż dopiero w prowincjach północnych, gdzie mieszkańcy prowadzą tryb życia podobny do sąsiednich szwajcarów lub francuzów.

Najgłówniejszą podstawą włoskich artykułów spożywczych są najrozmaitsze wyroby mączne, których fabryki, począwszy od Neapolu, skończywszy na Sorrento, ciągną się nieprzerwanym niemal łańcuchem wzdłuż wybrzeża morskiego. Woźnica niemiecki, angielski, francuski prosi „na piwo”, woźnica włoski domaga się maccheroni.

Mieszkańcy południowych prowincyj włoskich nie znają prawie piwa ani wódki, wino zaś o tyle tylko, o ile służyć ma za napój przy stole. Na Sycylji użycie alkoholu obniża się do minimum, występują za to na pierwszy plan słodycze, spożywane w ilościach bajecznych. Ciastka, pasty, torty, kremy, lody, owoce w cukrze, syropy, konfitury, soki, wszystko jednem słowem, co ma styczność z cukrem, spożywane bywa przez południowych włochów bez różnicy płci i wieku. Każde święto, każda uroczystość prowincjonalna czy gminna, ma swoje specjalne łakocie cukrowe, każde miasto szczyci się wydoskonalonym wyrobem jakiegoś słodkiego smakołyku. Istne dzieci, które za cukierkiem lub owocem w cukrze osmażonym dałyby się zaprowadzić do piekła.

Bardzo pobłażliwi na punkcie porządku domowego, są włosi bardzo wymagającymi pod względem czystości w zakładach restauracyjnych. Każdy z gości zakładowych czyści dokumentnie swoją łyżkę, nóż, widelec, nikt niedowierza szklance, w którą za chwilę ma nalać wino, nikt nie spożyje winogrona, jagody, wiśni lub pomarańczy bez uprzedniego opłukania owocu w szklance czystej wody.

Szanujące się menu w zakładach jadłodajnych zawiera setki nazw najrozmaitszych potraw i sosów. Ale powinszować temu, kto takie menu choć w drobnej części zrozumie, takie dziwolągi płodzi tu fantazja kaligrafa i ortografja kucharza.

Przejrzyjmy jeden z takich spisów potraw. Rozpoczyna pasek papieru długi szereg Antipasti, czyli przekąsek. Znajdziecie tu: oliwki, trufle, salami, jajeczniki, ozory wędzone, kawior, paszteciki na zimno i t. p. piękne rzeczy, służące do pobudzania apetytu.

Kto jednak pobudzania nie potrzebuje, dąży wprost do działu zup, czerniejącego w długim szeregu nazw poci ogólnym napisem Zuppa. Myliłby się jednak, ktoby mniemał, iż zupa włoska jest zupą. Znajdzie się w niej bezwątpienia i płynu trochę, ale przeważnie zupę włoską należałoby jadać nożem i widelcem, tyle w niej makaronu, cząstek ryby, kawałków mięsa, a wszystko to zasypane obficie parmezanem. Do zup należą także: Risotto i Maccaroni, które z najrozmaitszemi sosami, przeważnie pomidorowemi, pochłaniane bywają bardzo chętnie. Jest obraz Murilla, przedstawiający chłopców włoskich, jedzących długie pasma makaronów. Obraz ten nie daje dokładnego o rzeczy pojęcia. Trzeba widzieć włocha, gdy ma przed sobą półmisek makaronu. Widelec i łyżka migają w rękach jedzącego, jak pałeczki w ręku żonglera, z szybkością niesłychaną. Trzeba się urodzić włochem, aby jadać makaron – po włosku.

Następną pozycję jadłospisu zajmują ryby i tu dopiero znać bliskie morza sąsiedztwo. Ale mądrym będzie, kto zrozumie, co mu podano: jesiotra, tuńczyka, szczupaka, węgorza morskiego, flądrę, sztokfisza czy też rybę muszlową? Wszystko bowiem tonie w potopie octu i oliwy, w przyprawie jedynej w swoim rodzaju, mającej za przywilej ujednostajnienie wszelkich smaku odcieni. Oczywiście do działu ryb należą wszelkiego rodzaju polipy, raki, homary i t. p.

Pieczyste bywa także niekiedy osobliwem. Kto złudzony pięknem brzmieniem nazwy, każe sobie podać Fritto, znajdzie na talerzu: pieczoną, cielęcinę i wątróbki kurczęcia, sardele i polipy, karczochy i kluski.

Niemałą wagę przypisuje smakosz włoski Legumi, czyli jarzynom. Dynia i pomidor trzymają tu prym, obok cykorii, która dla swego gorzkawego smaku niezbyt przyjemną bywa dla nieprzyzwyczajonych do tego przysmaku cudzoziemców.

Przechodzimy wreszcie do sałaty. Wszystko, co rośnie na polu, w ogrodzie, w lesie, wszystko to przyprawione bywa octem i oliwą. Dodajmy, iż we Włoszech znane są wszystkie rodzaje sałaty, oprócz tej, która w Europie południowej i zachodnią nosi miano... włoskiej.

Na końcu każdego uczciwego menu obiadowego idzie Frotta, czyli leguminy, słodycze i sery wszelkiego rodzaju.

Na pozór kuchnia nie zachęcająca. A jednak, jak twierdzi Justinus, ma ona w sobie coś pociągającego dla dzieci północy.  Z początku tylko zbytek oliwy i octu niepokoi przybysza. Z czasem przychodzi przyzwyczajenie, a wówczas cudzoziemiec przyznaje chętnie, iż jadło włoskie, pomimo swych nadzwyczajności, uważane być może za smakowite w porównaniu choćby z niemieckiem.

No masz, pewnie! Weźmy takie risotto. Nie wspominając o makaronach, pizzy, o włoskich lodach i sycylijskich ciastach, które nie bez powodu opanowały świat. Także te tytułowe sałaty. Po włosku jadamy na co dzień. Po polsku na pewno od święta. A od tych Wielkanocnych dzielą nas dni. Życzę spokojnych, smacznych i takich bez przesytu.

niedziela, 25 marca 2018
Wracam do dorsza

Będzie i pikantnie, i owocowo. A króluje dorsz w postaci tzw. polędwicy. Czyli litego kawałka dobrego, zwartego, białego mięsa tej ryby. Najpierw trochę teorii. Poczytajmy, jak opisał dorsza Tadeusz Żakiej, czyli Maria Lemnis i Henryk Vitry, w „Iskier przewodniku sztuki kulinarnej”.

Dorsz (Gadus morhua)

Najpopularniejsza we współczesnej kuchni polskiej ryba morska. I –niemal – najsmaczniejsza, gdy przyrządzić ją troskliwie i z fantazją, a nie tylko w postaci panierowanych, smażonych kotletów. Mięso dorsza jest delikatne, białe i chude, a więc lekko strawne i – jak mięso niemal wszystkich ryb morskich – bogate w cenne sole mineralne. W sklepach rybnych i nie tylko rybnych, możemy kupić dorsza świeżego, smażone filety z dorsza, kostki mrożone (tylko usmażyć!), wędzonego i w konserwach. Jest więc w czym wybierać. Po wojnie, gdy połowy dorsza wielokrotnie wzrosły, ryba ta – dzięki smacznemu mięsu i przystępnej cenie – zyskała ogromną popularność. Wiech nazwał dorsza „delikatesem z awansu społecznego”. Niezupełnie jednak słusznie, bo np. kuchnia francuska przyznała dorszowi (kabljeau) bardzo wysoką rangę kulinarną. Dorsz (z wody) jest wręcz niezastąpiony jako źródło lekko przyswajalnego białka, we wszystkich kuracjach odchudzających oraz w odżywianiu dzieci, młodzieży i umysłowo pracujących (m.in. ze względu na zwartość fosforu i jodu).

Opis zawiera obserwacje z końca lat 70. minionego wieku. Dzisiaj postaci, a nawet gatunków dorsza jest więcej. Mimo że ryba ta, z powodów i zanieczyszczeń mórz, i nadmiernych, niekontrolowanych połowów, wymiera. Zrównoważone połowy i troska o środowisko powinny temu zapobiec. O zmniejszaniu się dorszowych połowów świadczą ceny jaki osiąga dzisiaj ta ryba. Gdy opisywał ją Tadeusz Żakiej była znacznie tańsza od mięsa. Dzisiaj ceną niejednokrotnie przewyższa niektóre jego rodzaje. Ja bardzo tego żałuję, bo ryby lubię ogromnie, w tym dorsza.

 

Dorsz w papryce i z mandarynkami po mojemu

polędwica z dorsza

pikantna pasta paprykowa

2 cebulki

2 mandarynki

oliwa do smażenia

ew. ser pleśniowy typu bleu

 

Polędwicę z dorsza osuszyć po obmyciu. Nałożyć na nią pastę paprykową. Cebulke pokroić w półplasterki. Mandarynki obrać ze skóry, podzielić na cząstki. Na patelni rozgrzać olej.  Włożyć rybę, a obok niej plasterki cebuli. Na średnim ogniu smażyć powoli, aby cebulka się zeszkliła, a ryba do połowy usmażyła.

 

Dołożyć cząstki mandarynek. Obsmażać z cebulką, mieszając. Wmieszać także sos utworzony na patelni z oleju i pasty paprykowej (gdyby jej było mało, dodać łyżeczkę).

 

Dorsza przełożyć na drugą stronę. Posmarować pastą, trzymać, aż cały będzie usmażony. Wtedy też rozłożyć na wierzchu pokruszony ser. Pod koniec można przykryć. Gdy ser się roztopi, podawać.

 Do tego będą dobre ziemniaczki z wody lub pieczywo. Jeżeli rybę podajemy dzieciom lub osobom, które nie mogą lub nie lubią jeść ostro, posmarujmy dorsza tylko z jednej strony.

Ilustracją do dorsza Tadeusza Żakieja z lat 70. i mojego współczesnego niech będzie przedwojenny opis autorstwa Elżbiety Kiewnarskiej, czyli Pani Elżbiety. Swoją pogadankę gospodarską zmieściła w „Kurierze Warszawskim” w roku 1931. Dorszowi jest poświęcona tylko w połowie. Połowy drugiej, o pieczywie, nie mam serca wycinać. Ilustruje, jak do piekarnictwa wchodziła nowoczesność. Zresztą dorsz z pieczywem też pasuje! Jak było przed wojną z jednym i drugim, warto się zapoznać.

 

Ani ta nazwa, ani te litery nie są wcale jakiemś niezrozumiałemi znakami kabalistycznemi. Pierwsze oznacza bardzo smaczną rybę, drugie jedną z najbardziej współczesnych i najlepiej urządzonych instytucji miejskich.

Właściwie miałam dzisiaj pisać tylko o tej drugiej. Lecz są takie tematy sezonowe, których w żaden sposób ominąć nie można: wiosną – rumbarbarum, latem – kabaczki, jesienią – pomidory, zimą – dorsz i jego najbliżsi krewni. Miłe moje czytelniczki zaczynają mnie bombardować listami, telefonami, wolę więc już odpowiedzieć hurtem na wszystkie zapytania i muszę wciąż wracać do rzeczy już kiedyś napisanych.

Więc kabliau jest najszlachetniejszym gatunkiem dorsza, różniącym się od tego ostatniego kolorem skóry – jasno perłowym, prawie białym, gatunkiem tej skóry znacznie cieńszym, mięsem delikatniejszem i pozbawionem zapachu morszczyzny – szczególniej jeśli usuniemy przed gotowaniem grubą skórę wewnętrzną. Jest on bardzo wydajny, gdyż przywożony bez głowy i wnętrzności i ma bardzo mało ości – właściwie jedną tylko ość środkową.

Używać go można na wszystkie sposoby stosowane do sandacza, do którego jest bardzo w smaku zbliżony: piec, smażyć, gotować i podawać z najrozmaitszemi sosami, nadziewać, marynować, robić z niego suflety, budynie, kotlety, zrazy i t. p .

Mięso ma nieco grubsze od sandacza, raczej z wyglądu przypominające mięso szczupaka, lecz coczystsze i delikatniejsze od tego ostatniego, a ponieważ w dodatku jest bardzo tani, jest dostępny dla każdej kieszeni. Sądzę, że temat wyczerpałam i odpowiedziałam na wszystkie pytania.

Wracam więc do P. M., które to litery oznaczają Piekarnię Mechaniczną, instytucję, jaką nie każda stolica europejska się pochwalić może, a która jednak mieszkankom Warszawy jest prawie zupełnie nieznana.

Co prawda, mieści się ona tak daleko od śródmieścia i dojazd do niej jest tak utrudniony, że tylko dzięki zbiorowej wycieczce Koła studjów gospodarstwa domowego udało mi się tam dostać. Wiele osób zna bajkę o szlachcicu-koloryście, takim współczesnym Zagłobie, który, po powrocie z wystawy rolniczej, opowiadał o dziwach na niej widzianych, a głównie o maszynie masarskiej, do której dosyć było z jednego końca wpuścić żywego wieprza, aby z drugiego otrzymać gotowe kiełbasy. Żeby zaś słuchaczy w większy jeszcze podziw wprowadzić, dodawał, że, o ile kiełbasy nie wyjdą dosyć smaczne, można je wrzucić napowrót do maszyny, dać jej ruch wsteczny i wieprz wyjdzie napowrót żywy.

Drugą połowę bajki pozostawiając na sumieniu szlachcica, zdaje się, oglądałam coś bardzo zbliżonego do jej pierwszej połowy, gdyż z wsypanego do otworu worka mąki, po przejściu tejże przez różne mechanizmy, widziałam wychodzące z pieca gotowe, rumiane, połyskujące bochenki chleba lub chrupiące, apetyczne bułeczki. I w ciągu całego procesu przesiewania, rozczyniania, mięszania, formowania i t. d . tego pieczywa, dwa razy tylko dotykają go ręce ludzkie, raz kładąc do form przed wsunięciem do pieca, drugi raz do koszów już gotowego, upieczonego. Wszędzie czystość i porządek idealne. Najbardziej metodyczne gospodynie, a było pomiędzy nami takich sporo, nic nie mogły znaleźć do zarzucenia. W duchu porównywałyśmy piekarnię miejską z tego rodzaju prywatnemi instytucjami, oglądanemi w pierwszych latach powojennych, kiedy to, aby mieć większą ilość bułek na jaki bufet dobroczynny lub nawet przyjęcie domowe, trzeba było zdobyć najprzód mąkę, a potem zanieść do piekarza, aby je upiekł. Zakopcone ściany straszny zaduch i gorąco, spocone twarze i ręce piekarzy stanowiły obrazki niezbyt zachęcające do spożywania ich wyrobów.

Towarzyszki moje chrupały solanki, warszawianki, bułeczki paryskie wprost z pieca i zachwycały się ich smakiem. Ja się zaopatrzyłam w kawałek czarnego, razowego chleba, który mi nazajutrz, z masłem wybornie smakował. No i wszystkie, jak jedna, możemy zaświadczyć, że legenda, ułożona przez drobnych sklepikarzy i leniwe służące, o tem, że pieczywo miejskie jest mniej smaczne od pochodzącego z piekarni prywatnych, zupełnie się nie zgadza z prawdą, jest ono bardzo smaczne, a oglądanie całego procesu jego wyrobu wzbudza doń prawdziwy apetyt. Żeby tylko większa ilość sklepów je sprzedawać zechciała; sklepów miejskich jest stanowczo za mało. Robię apel do warszawskich gospodyń, niech wszędzie solidarnie żądają czystego, hygjenicznego pieczywa miejskiego, znaczonego na odwrotnej stronie bochenków P. M.

A co my sądzimy o pieczywie? Czy nie tęsknimy za tym wypiekanym rzemieślniczo, w starych piecach, wedle starodawnych receptur, bez polepszaczy? Na szczęście mamy dzisiaj wybór.

Dorsza Pani Elżbieta nobilitowała. Bo przed wojną wciąż obawiano się ryb morskich, które miały mieć szczególnie przykry zapach. Jakoś i Francuzom, i nam dzisiaj już chyba tak nie przeszkadza. Nie musimy moczyć tych ryb z węglem drzewnym, jak zalecano niekiedy dawniej.

Szkoda tylko, że dorsze, zwłaszcza te dobrej jakości, są takie drogie. Ale wreszcie stały się rybami wytwornymi, godnymi najlepszych stołów. Wiech, czyli Stefan Wiechecki (1896–1979), odtwórca, a czasem nawet twórca „warsiawskiej” gwary, śmiało mógłby je już nazwać arystokracją pełną gębą.

czwartek, 22 marca 2018
Klimaty dzieciństwa

Pamiętamy pewnie wszyscy z dzieciństwa, my, dorośli, słodkie potrawy obiadowe lub kolacyjne. Lubiliście je? Ja tak. Teraz już tak nie jadam. Ale… czasami… Zwłaszcza gdy mam podać obiad mojej przeszło dziewięćdziesięcioletniej Mamie, wracam do klimatów z dawnych lat. Bo mocno starszym znów wraca ochota na takie delikatne przysmaczki. Dania dobrze się gryzą (co znowu jest ważne) i z ochotą są zjadane do końca. Przynajmniej u mnie w domu. Do tego ciepła herbata. I już. Robi się tak ciepło, że można wyjść na spacer nawet w tak zimne pierwsze dni wiosny, jakie mamy obecnie.

Podam dwie propozycje takich potraw. Nic odkrywczego; ale może trochę inaczej niż zwykle? Na początek tzw. tort naleśnikowy. Zapiekanka z naleśników z banalnym białym serem dobrze wygląda i smakuje. Bardzo lubię naleśniki smażyć i zwykle po jednym obiedzie kilka zostaje. Oto pomysł, jak je wykorzystać. Nie podaję dokładnych proporcji sera, bo w zasadzie są nieważne. Wykorzysta się tyle nadzienia, ile się zrobi i da. Naleśników też weźmiemy, ile mamy: najmniejsza sensowna porcja to chyba cztery.

 

Naleśniki zapiekane z serem po mojemu

kilka naleśników

masło lub olej do posmarowania naczynia

biały ser, najlepiej już zmielony

2–3 jajka

cukier (ksylitol)

rodzynki

ew. sok z cytryny, ekstrakt z wanilii, sok pomarańczowy itp.

szczypta soli

czekoladowa polewa lub gotowy sos

 

Jajka rozbić na żółtka i białka. Żółtka utrzeć z cukrem lub ksylitolem do białości (aż kryształki cukru znikną). Następnie dodawać ser i dodatki zapachowe. Białka ubić na pianę ze szczyptą soli, a następnie z łyżką cukru i ewentualnie sokiem z cytryny, dodawanym po trochu. Połączyć masę serową z białkami, dodając je małymi porcjami. Na końcu wrzucić rodzynki.

 

Formę do zapiekania nasmarować tłuszczem. Układać w niej naleśniki przekładając kremem.

 

Wstawić do piekarnika. Zapiekać pół godziny w 160 st. C. Pięć minut przed wyjęciem i podaniem polać czekoladowym sosem i zapiec.

Proste? Chyba bardzo. Jedna uwaga: po sporządzeniu masy z pianą i przełożeniu naleśniki trzeba od razu wstawić do piecyka. To chyba oczywiste, ale lepiej przypomnieć.

Druga potrawa z dzieciństwa to owoce w cieście. Zwykle są to jabłka, u nas w domu bardzo lubiane. Także ciasto do nich robi się „samo” i „na oko”. Bez podawania proporcji. Ale smażyć można nie tylko jabłka, tym razem podałam mandarynki. Muszą być delikatne, z cienkimi błonkami, nie przejrzałe i bez pestek. Kroimy je bardzo ostrym nożem zbierając sok, którym można po usmażeniu je skropić dla dodatkowego aromatu.

 

Mandarynki w cieście po mojemu

mandarynki dobrej jakości i nie za miękkie

na ciasto:

ok. szklanka mąki

po ok. ćwierć szklanki mleka i wody, najlepiej gazowanej

1–2 jajka

sól

olej do smażenia

syrop klonowy

 

Z podanych orientacyjnie składników porządzić dość gęste ciasto naleśnikowe. Mandarynki pokroić w plastry (jeżeli mają cienką i ładną skórkę, można ją zostawić). Każdy plasterek maczać w cieście i wrzucać na patelnię z rozgrzanym olejem. Wyjmować na papier kuchenny. Podawać polane syropem klonowym i ew. pozostałym sokiem z owoców.

Oba danka można podać jako deser po obiedzie podanym na zimno, np. w postaci sałatki. Zamiast sosu czekoladowego lub syropu klonowego można je potraktować po prostu cukrem zwykłym lub cukrem pudrem. A może którymś z sosów owocowych lub syropem z owoców? Jak lubimy i co mamy.

Ilustracją tych cokolwiek dziecinnych potraw niech będzie felieton o dziecinnym języku. Autor podpisany inicjałami J. Cz. w roku 1934 w „Kurierze Warszawskim” brawurowo wyśmiewał pewne zjawisko, które w języku codziennym jest obecne i dzisiaj. Nadużywanie zdrabniania bywa nie tylko humorystyczne, ale nieraz upiornie głupie. Te „pieniążki”, które mają udawać, że ktoś nie chce na nas zarobić, te „obiadki” czy „kolacyjki”, „wódeczki” itd., itp. Czy was nie złoszczą? Jeżeli tak, na pewno zadowoli was dzisiejszy przekaz z dawnej prasy. Ze smutną refleksją, że tyle mija, ale tego rodzaju nawyki są chyba wieczne. Ortografia się zmieniła (jak zwykle daję oryginalną), ale miłość rodaków do zdrabniania nie…

 

Gość zagraniczny, który ma w Polsce  rodzinę, tudzież rożne interesy, zmuszony bywa co pewien czas kraj ojczysty odwiedzać. Poznając kraj własny nie narzeka, iż mieszka stale w jednej z wielkich stolic europejskich. Otóż ten rodak z zagranicy, człowiek dość żywego temperamentu, miewa stale podczas pobytu w Warszawie czy wogóle [tak było poprawnie] w Polsce, pewną zgryzotę, poniekąd w dziedzinie językowej.

Irytuje go – jak sam to nazywa – język kelnersko-restauracyjny. Zawsze, odwiedzając restauracje, bary czy kawiarnie wpada w fatalny humor. Niekiedy aż w furję. Chodzi o rzecz właściwie drobną, do której myśmy się już przyzwyczaili. O zdrobnianie i spieszczanie nazw potraw i napojów.

– Bo powiedz sam – tłomaczył mi ongi w kawiarni. Przychodzę z interesem i chce się posilić. Zbliża się kelner, stary byk i zaczyna:

– Kawka, czy herbatka? Do tego bułeczki z masełkiem, czy ciasteczka? Może keksik? Albo jajeczniczka ze świeżutkiem szczypióreczkiem?

Albo w restauracji. Rodak zagraniczny przychodzi głodny. A wiadomo, że Polak, gdy głodny, bywa zły. Łatwo się irytuje. Otóż znów podchodzi kelner:

– Szanowanie... pan dobrodziej wódeczkę, czy koniaczek? Zakąseczki jakie? Obiadek według menu, czy coś z karty? Jest znakomity chłodniczek z raczkami. Albo rosołek czy barszczyk? Szczupaczek albo świetny sandaczyk sauté z kaparkami i kartofelkami. Może kuropatewka z kompocikiem, boróweczkami...

I jeszcze:

– Piweczko, porterek czy dobre winko? Mamy przepyszne i bardzo taniutko. Kryzysowe ceny.

Na to rodak zagraniczny:

– Drogi panie starszy! Do cholerki z takim języczkiem. Proszę mi dać nie wódeczki a zwyczajnej wódki. Żadnych przekąseczek, tylko zwyczajnego śledzia. I nie obiadek, a obiad poprostu. A jeśli pan będzie wciąż bajał o polędwiczkach, kotlecikach, pulardkach, jabłuszkach w klarze czy gruszeczkach a la Cardinal – nie ręczę za siebie.

Tego rodzaju propagandę językową uprawiał ów rodak z zagranicy systematycznie we wszystkich kawiarniach, barach, cukierniach i restauracjach.

– Proszę cię – srożył się rodak – poco ta dziecinniada. Dla kogo? W jakim celu? To dobre przy karmieniu dzieci. Bardzo praktycznie bywa namawiać 6-letniego Zygmusia czy Wicusia lub Felusia, iż jeśli będzie grzeczny i zje kaszkę oraz bułeczkę z masełkiem – to dostanie później czekoladkę i kilka truskaweczek. Poco jednak ta pieszczotliwość w jadłodajniach? Mnie to doprowadza do nerwowego podniecenia. Koniecznie „wódeczka” czy „koniaczek”. Wolę już zgrubienie, wprowadzone, zdaje się, przez armję polską

i wóda zamiast wódeczka. Dzieci nie pijają zazwyczaj „wódeczki”, natomiast „wódę” chlubnie wlewają w siebie w dość pokaźnych ilościach zdrowe draby w armji i „w cywilu”.

Nie jestem pewny, czy ów rodak z zagranicy przyjechał na wspaniały zjazd Polaków z obcych krajów. Jeśli nie – może lepiej się stało. Jeszcze lepiej, jeżeli ów rodak nie bywa zapraszany podczas swego pobytu na przyjęcie o charakterze urzędowym, czy półurzędowym. Miałby on bowiem bardzo poważne zastrzeżenia, gdyby się przekonał, że ów zwany przez niego „język kelnersko-restauracyjny” zyskał sobie bez potrzeby prawo obywatelstwa w zwyczajach recepcyjno-urzędowych czy półurzędowych.

Zaprasza się zatem już niemal stale „na herbatkę” zamiast na „filiżankę herbaty”, na „czarną kawkę” i t. d. Maluczko, a będą zaproszenia na „obiadki” dyplomatyczne i w jadłospisie będziemy mieli i przekąseczki, kremik z pulardek, łososik z rusztku, kapłoniki z sałateczką i kompocikami, sorbeciki mrożone z bananiczykow, sereczki zagraniczne, kawunię z likiereczkiem i koniaczkiem it.d.

Ów język kelnersko-restauracyjny może mieć swe usprawiedliwienie, gdyż ma on powodzenie wśród gości nieco podchmielonych. Alkohol nieraz czyni człowieka dojrzałego podobnym do dziecka, czasami – do niemowlęcia. Wówczas różne spieszczenia koniaczków, wódeczek, kawiorków, rydzyków i piweczek są bardzo na miejscu. Ale poważne zaproszenie „na herbatkę” czy „kawkę” są mało poważne i niepotrzebne.

Ciekawostką tego tekstu jest także przedwojenne menu restauracyjne. Kto chce prowadzić lokal w starym stylu, niech poczyta... Te restauracyjne prawdziwie polskie dania wyobrażam sobie z nostalgią. Taka kuchnia musiała być prowadzona ze zdrowych produktów dobrej jakości.

A na zakończonko dodam jeszcze, że zdrabnianie wyszło poza restauracje i wcale nie złagodziło obyczajów. Przeciwnie popadło w jakąś dziwną symbiozę z językiem grubym i obyczajami, o którym się za czasów mojej młodości mawiało, iż są spod budki z piwem. Co tworzy przedziwną mieszankę zakłamania, którą zawsze warto piętnować. Niekoniecznie zajadając dziecinne naleśniczki.

sobota, 10 marca 2018
Ryba ze starego przepisu

Ten stary przepis znajduje się w starej książęce kucharskiej. A tę starą książkę znalazł na śmietniku Boguś, nasz przyjaciel, gdy pomagał usuwać ślady po pewnej wspaniałej imprezie, gdy „starych nie było w domu” (strach myśleć, ile to lat temu!). Wynosił butelki, a przyniósł książkę – w okładkach, lecz bez pierwszych 160 stron. W sumie było ich prawie 550. A więc sporo zostało, w tym spis treści, który pozwolił się zapoznać z tym, czego się nie dało wyczytać. Długi czas nie mogłam zidentyfikować dziełka. Aż się udało! To „Praktyczny Kucharz Warszawski, zawierający 1503 przepisy różnych potraw oraz pieczenia ciast i sporządzenia zapasów spiżarnianych”. Data powstania? I wydanie, jak wyczytałam, pochodzi z roku 1878. Moje jest na pewno późniejsze. Książka anonimowego autora była używana, a nawet popularna jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. Po latach korzystania ze „śmietnikowej” wersji niepełnej, kupiłam reprint wydania z roku 1926. Dwudziestego siódmego!

Jak widać, pierwsza zachowana kartka mojego „Kucharza warszawskiego” zawiera przepisy na ryby, a konkretnie na szczupaka. Jeden z nich właśnie wypróbowałam. Bardzo udany! A przy tym prosty i szybki w wykonaniu. Tyle że zamiast szczupaka wzięłam halibuta. Rybę bez ości, co ma też swoje znaczenie.

Przepis oryginalny na „szczupaka po niemiecku”, bo po ten sięgnęłam, widać na obrazku, zmodyfikowany podaję, choć w przygotowaniu różnica niewielka.

 

Halibut po niemiecku na wzór z „Kucharza Warszawskiego”

filet halibuta bez skóry

6 ziemniaków

mały pojemnik śmietany

sól, pieprz

koperek

świeże masło

 

Filet halibuta umyć, osuszyć. Pokroić na małe porcje. Ziemniaki obrać, pokroić w plasterki. Foremkę do zapiekania wysmarować masłem. Połowę plasterków ziemniaków rozłożyć przykrywając dno.

 

Na ziemniakach ułożyć kawałki ryby, a na nich kawałeczki masła. Posolić, posypać pieprzem.

 

Przykryć pozostawionymi plasterkami ziemniaków. Posmarować wszystko śmietaną, posolić. Wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec ok. 40 minut (aż ziemniaki zmiękną) w 160–180 st. C. Podawać posypane pieprzem i świeżo posiekanym koperkiem.

Kto chce mieć zapiekankę jeszcze szybciej (nawet po dwudziestu minutach), może plasterki ziemniaków zblanszować, czyli podgotować z 5 minut we wrzącej wodzie.

A skoro ryba po niemiecku, uznałam, że powinna być z kapustą.

 

Kiszoną dość kwaśną kapustę ugotowałam z korzeniami (liść laurowy, pieprz, ziele angielskie) i cebulą z wbitymi trzema goździkami. Oddzielnie namoczyłam i ugotowałam kilka suszonych prawdziwków. Jedno z drugim połączyłam, zaprawiłam pokrojoną w półplasterki drugą cebulką, uduszoną w maśle i zaprawioną łyżeczką mąki (w dawnych książkach pisze się, że „zapaloną”). Kto lubi, chce i może (tłuszcz zwierzęcy!), niech taką kapustę dosmaczy zasmażonym boczkiem. Do ryby? A co! Niektórzy boczek przyjmą z uznaniem. Kapusty warto ugotować więcej, a na kolejny obiad podać ją do smażonej kiełbasy lub gotowanych parówek. Jedno gotowanie, dwa obiady. Dopowiem jeszcze, że ten z halibutem będzie wyborny. Zresztą szczupaka też można, oczywiście, użyć. Będzie wytworniej.

wtorek, 06 marca 2018
Dróbka z drobiu…

… a konkretnie z kaczki. Co to drób, każdy wie. Ale gdyby ktoś nie wiedział, służę pełną definicją pobraną z „Leksykonu sztuki kulinarnej” Macieja E. Halbańskiego.

DRÓB

– ptactwo domowe, hodowane głównie w celach użytkowych; obejmuje: kurczęta, kury, indyki, perliczki (pantarki), należąca do rzędu kuraków; spośród ptaków wodnych: kaczki i gęsi. Do ptactwa domowego zalicza się również gołębia. Kurczęta i kury mają mięso białe, lekko strawne, kaczki i gęsi – ciemne, indyk – zarówno białe (piersi), jak i ciemne (udka). Drób odgrywa wielka rolę w kuchni – można przyrządzać z niego wiele potraw.

A co to dróbka? Tu definicja jeszcze bardziej potrzebna, bo pojęcie zapomniane. Pochodzi z klasycznego „Słownika języka polskiego” Witolda Doroszewskiego.

Dzisiaj na dróbka mówimy podroby. Tyle że pochodzące właśnie z drobiu. Ostatnio opisywałam potrawę z dróbek indyka. Dzisiaj czas na kaczkę. W jednym z dyskontów kupiłam tackę z żołądkami kaczek. Poszukując sposobu ich przyrządzenia otworzyłam książeczkę Ewy M. Szczęsnej pt. „Kuchnie Dalekiego Wschodu”. Wydana w roku 1977 przez nieocenione dla ówczesnej kuchni Wydawnictwo „Watra”, mocno się zestarzała. Cóż, autorka wtedy musiała ją przykroić do bieda-czasów, kiedy w sklepach były jedynie bieda-produkty, w dodatku takie, na których sprowadzanie państwo nie musiała łożyć cennych dewiz. Bo to państwo, czyli PRL, obywateli ogrzewało, zatrudniało, ubierało i żywiło, rzucając to, co uznawało za im potrzebne. Państwo wiedziało lepiej i aż dziwne, że pozwoliło wydać taką książeczkę, która otwierała oczy na produkty kompletnie wówczas niedostępne. Nie można ich było nawet przywieść, bo państwo wydawało paszporty także po swojemu uważaniu. A zresztą ogół społeczeństwa był za biedny, aby wyjechać na tzw. Zachód, czyli do krain dóbr u nas niedostępnych.

Rozwlekłe opisałam realia czasów wydania książeczki, w której znalazłam chiński sposób na dróbka. Ale wiele osób albo zapomniało jak było, albo jest zbyt młodych, by widzieć czym grozi omnipotencja państwa… A ona po kawałku wraca.

Autorka zmuszona była nie tylko dołączyć do książki pożyteczny słowniczek omawiający niedostępne wówczas u nas składniki kuchni Dalekiego Wschodu (obok chińskiej jest i japońska, i koreańska, są i inne), ale i koniecznie musiała podać ich zamienniki. Wyrazem krańcowej desperacji było zastąpienie sosu sojowego płynną przyprawą Maggi. Na szczęście dzisiaj nie musimy niczego zastępować niczym. Mamy prawie wszystko, nie tylko sos sojowy w różnych zresztą odmianach.

A oto oryginalny przepis z książki na drobiowe żołądki. W tytule są kurze, ale sam przepis zawiera wariant z kaczymi. Dlatego postanowiłam go wypróbować. Przepis przytaczam jako cytat, a potem opiszę, co w nim zmieniłam. Jak to ja. Zdjęcie już tej mojej wersji.

 

KURZE ŻOŁĄDKI Z ANANASEM

10 żołądków kurzych (lub 6 kaczych)

6 plastrów ananasa (może być z puszki)

strąk zielonej papryki

2 strąki ostrej papryki chili

10 plastrów korzenia lub 2,5 łyżeczki sproszkowanego imbiru

4 zielone cebulki-dymki

2 szklanki i 3łyżki oleju arachidowego

[do marynowania] 1/3 łyżeczki imbiru

łyżka wytrawnego wina

składniki A

3 łyżki ketchupu

2 łyżki cukru

2 łyżki octu winnego

łyżka mąki kukurydzianej (ziemniaczanej)

łyżeczka oleju sezamowego

łyżeczka soli

1. Żołądki sparzyć i oczyścić, każdy podzielić na 4 części. Ułożyć w misce, skropić winem z imbirem i odstawić na 10 min.

2. Każdy plaster ananasa podzielić na 6 części. Pokrajać paprykę i cebulkę w podobne kawałki.

3. Wymieszać dokładnie składniki A.

4. Na patelni rozgrzać olej, a gdy będzie bardzo gorący, smażyć w nim 5 sek., żołądki, stale mieszając. Wyjąc natychmiast z patelni. Olej przelać do innego naczynia.

5. Na patelni rozgrzać 3 łyżki świeżego oleju i na gorącym smażyć po 30 sek. zieloną cebulkę, imbir, ananas, paprykę; dodać żołądki i smażyć następnie 30 sek., stale mieszając. Dodać wymieszane przyprawy A, wymieszać, zagotować i podawać.

Tyle przepis oryginalny. Czyli kuchnia chińska w wersji polskiej z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Dodam jeszcze, że książeczkę uwielbiałam i ona otworzyła mi oczy na uroki gotowania stylu Dalekiego Wschodu. Wracam do niej zawsze z sentymentem.

A swoją potrawę przyrządziłam nieco inaczej. Co opiszę. Zdradzając, że danie zasmakuje wszystkim miłośnikom sosu słodko-kwaśnego. Bo właśnie ten sos powstaje z wymieszania składników A z przepisu zacytowanego.

 

Żołądki kacze w sosie słodko-kwaśnym po mojemu

30–40 dag żołądków kaczki

puszka ananasa z sokiem

korzeń imbiru

papryczka chili suszona

3 cebulki dymki ze szczypiorem

pomidory krojone w soku własnym

ocet ryżowy

mąka ryżowa, ziemniaczana lub kukurydziana

ew. ciemny cukier z trzciny

olej arachidowy

olej sezamowy

 

Żołądki oczyścić jeżeli potrzeba, obmyć, osuszyć, pokroić na mniejsze kawałki. Skropić octem ryżowym (łyżka), startym korzeniem imbiru (1,5–2 cm), jasnym sosem sojowym (łyżka). Odstawić.

 

Sporządzić podstawę sosu słodko-kwaśnego: zmieszać pomidory wraz z sokiem, starty korzeń imbiru (2–3 cm), pokruszoną suszoną chili (1–3 strączki) łyżkę mąki. Plastry ananasa odcedzić, pokroić na cząstki; sok zachować. Pokroić w podobne kawałki dymkę wraz ze szczypiorem.

 

Olej arachidowy mocno rozgrzać, wrzucić dymkę (trochę cebulki i szczypioru zostawić). żołądki. Smażyć krótko, mieszając. Dodać żołądki, obsmażyć aż stracą surowość. Zalać sosem z pomidorów z przyprawami, podlać syropem anansowym. Dusić 20 minut lub do miękkości.

 

Gdy żołądki wyraźnie zmiękną, dodać kawałki ananasa i pozostawioną część cebulki (znowu trochę zostawić do dekoracji). Dusić jeszcze 10–15 minut. Jeżeli sos się robi zbyt gęsty, dolewać syrop ananasowy. Potrawę do smaku posolić (lub dolać trochę sosu sojowego), ewentualnie dosłodzić cukrem i zaostrzyć. Posypać pozostawioną świeżą dymką, skropić olejem sezamowym, podawać gorącą.

Jak widać, dusiłam żołądki znacznie dłużej niż zalecał przepis oryginalny. Na chiński gust może za długo, ale na nasz – wystarczająco, aby były miękkie. Stopień tej miękkości można sobie regulować dowolnie.

Do chińskich potraw pasują – może dla niektórych nieoczekiwanie – polskie drożdżowe bułeczki na parze, sprzedawane niekiedy pod dziwną dla mnie nazwą pampuchów. Gotowane na parze miękną i znakomici chłoną słodko-kwaśny sos. W tym sosie można przyrządzać zresztą różne inne dania: mięsa i ryby, np. karpia, który pochodzi wszak z Chin. Do sosu można dodać świeżą paprykę (zaleca to recepta z książeczki), ale ja za tym nie przepadam, dodaję tylko chili suszoną – dla zaostrzenia smaku.

I tyle chińszczyzny przyswajanej nam od lat siedemdziesiątych XX wieku, a dzisiaj tak mocno już wpisanej w nasz krajobraz kulinarny.

środa, 28 lutego 2018
Śledź w jogurcie…

… z gruszką. Czy taki być może? Czemu nie! Przypomina nam inne danko, bardzo polskie. Znamy przecież dobrze śledzia w śmietanie, którego uczcił wzmianką sam Mistrz Wojciech Młynarski w piosence na nasze czasy:

Oto jest koncept proszę publiki
Godzien szczególnych braw
Jeszcze na szczęście prócz polityki
Jest kilka innych spraw
Jest jeszcze panna Hela
Co ślicznym oczkiem strzela
Saksofon na dansingu
I z kumplem śpiew przy winku
Wiosenne gwiazd obroty
Księżyc bezczelnie złoty
Poety świt mazurski
I koncert brandenburski
Więc ty się nie strosz jak niedźwiedź dziki
Że Sejm głosował źle
Odpoczywając od polityki
Przypomnij sobie że
Jest jeszcze śledź w śmietanie
Metafizyczne danie

I jabłoń w twym ogródku
Sadzona w chwili smutku
Są spacery nad rzeką
Wiosenny chór słowików
A jabłoń w twym ogrodzie
Lekko przetrzyma polityków
.

Ten w śmietanie ma być metafizyczny. A ten z jogurtu? Moim zdaniem, również. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią nieco mniej ortodoksyjną kuchnię. Taką z pomysłami. Z mieszaniem smaków. Jabłko do śledzi i tych w śmietanie, i tych w oleju się, owszem, w polskiej kuchni dodaje. Ale gruszkę? Spróbowałam i nie żałowałam. Metafizyka. A nawet „angelologia i dal”. W dodatku sporządzona małym nakładem środków i sił.

 

Śledzie z gruszką w jogurcie po mojemu

6–8 filetów śledzi

mleko do odsolenia

jogurt naturalny

2 szalotki lub małe cebulki

2 gruszki

sól, pieprz

1/2 łyżeczki cukru pudru

 

Śledzie moczyć w mleku, aż staną się tak słone jak lubimy. Pokroić na zgrabne porcyjki na jeden kęs. Cebulki lub szalotki bardzo drobno pokroić. Zblanszować, czyli przez kilka sekund obgotować we wrzącej wodzie. Odcedzić, przestudzić. Gruszki oczyścić z gniazd nasiennych i skóry, miąższ pokroić w kostkę nieco większą niż cebulki.

 

Z jogurtu, cebulek i gruszek sporządzić dość gęstą zalewę. Do smaku osolić, przełamać smak cukrem pudrem.

 

Tym gęstym sosem pokryć śledzie. Podawać po godzinie lub następnego dnia do gotowanych ziemniaków lub chleba razowego. Przed podaniem posypać pieprzem z młynka.

 

To chyba w wieku XIX śledzie stały się królami postu. A że poszczono solenniej niż dzisiaj, sprowadzano i kupowano ich dużo. Oczywiście, były różne ich gatunki. W określonych porach roku w prasie pojawiały się reklamy sklepów śledzie oferujących. Jak ta z roku 1887:

 

Liczba śledziowych smakołyków może i nam zaimponować. A gdybym ją widziała sto lat po ukazaniu się, czyli w roku 1987, chyba bym nie uwierzyła, że to się jeszcze może wrócić…

Śledziami w okresach postu nie tylko handlowano, wiele o nich także pisano. Dowodem opowiastka z tą rynka w roli głównej. Zamieścił ją nieoceniony „Kurier Warszawski” w roku 1889.

 

Głośny poeta szwedzki, Bellman, jak mu się to często przytrafia, przebaraszkowawszy noc całą, wczesnym rankiem zjawił się w pewnej restauracji w Sztokholmie, żądając śledziowej sałaty (środek to, wedle Belłmana, najlepszy na „katzenjammer”). Sałaty jednak o tej porze nie było gotowej i już poeta oburzony zabierał się do odwrotu, gdy pewien jegomość, siedzący opodal, zbliżył się do niego, a wyjmując z kieszeni paczkę, owiniętą papierem, rzekł: „Pan życzy sobie śledziowej sałaty? Służę panu – tu rozwinął papier – noszę ją zawsze przy sobie.”

Zachwycony genialnym zwyczajem, rzucił się Bellman na szyję nieznajomemu, który, jak się pokazało, był poetą także, a nazywał się Karell. Obydwóch wieszczów śledziowa sałata połączyła w następstwie więzami serdecznej przyjaźni.

Czy istotnie śledzie mogą być lekiem na kaca? Może tak, sponiewieranemu organizmowi dostarczą porcji soli mineralnych. Zresztą poeci pewnie to sprawdzili nie jeden raz.

A to skoro o poezji mowa, zakończę wpis tak, jak zaczęłam, wierszem. No, może wierszykiem. Ma się rozumieć, że o śledziach. Pochodzi z roku 1888. Pisownia oryginału.

Witaj, o wymoknięty!
Podczas zapustnych gorączek
Twe miejsce zajmował pączek,
Pączek nadęty;
Dziś jego potęga złamana,
I na Wzgardzonym grobie
Lud uznał w tobie
Pana.

Lekki, jak żokej,
wysmukły, jak dendy,
Z lisią zwinnością przeciskasz się wszędy...
Błyszczysz na stole bogacza,
I gdzie głód przeistacza
Kartofle w ananasy;
Pełen ferworu i zamorskiej krasy
Na staromiejskim rozpierasz się rynku,
U korzennika i w szynku.
Trzeźwych jesteś przysmakiem, pijanych marzeniem,
Podnietą i pocieszeniem!

Jakżeś piękny, gdy
octu krzepkiego kazkada
Kruchość ci nada,
Gdy cię uwieńczą koroną i cebuli,
Twym własnym mleczem przyozdobią dzwonka,
Wachlarz uczynią z ogonka
I zleją oliwy deszczem...
Kogóż twój widok nie rozczuli?
Kogóż nie przejmie zachwycenia dreszczem?
Przymiotów twoich potęga
I ponad umysły sięga,
Na sercu trwale wyciskając piętno;
I gdy działalność mięsiwa
Wichrząca jest i burzliwa,
Ty czynisz duszę cichą, beznamiętną...
Ciebie asceta jadał średniowieczny,
Który na skrzydłach idealnych marzeń
Szybował do chwały wiecznej;
Tobą się karmi plemię Izraela,
Co delikatnym rozumem wystrzela
Nad poziom powszednich zdarzeń;
Tyś jest subtelną Strawą
Tych, którzy gonią za sławą;
Wychudły faktor ciebie jada,
Wieszcz i dewotka blada...

O Don-Kichocie oceanu!
Werterze rybiej nacji!
Biedak się tobie kłania jako panu,
Boś kresem jego turbacji.
Mięso – rzecz droga,
A głód – rzecz brzydka;
Nie ginie jednak obywatel.
Którego nic stać na pieroga
I na rozbratel –
Nie ginie – bo „holendra” kupuje za dydka!

Wierszyk podpisał ktoś pseudonimem: Fantazy. Ciekawe, czy z wierszówki stać go było na solidną porcję śledzia?

niedziela, 25 lutego 2018
Stek na niedzielę

Gdy w domu jest mięsożerca, czasem chce się mu dogodzić. Wtedy, na obiad odświętny lub po prostu niedzielny, można usmażyć stek (steak). Sięgnę do teorii, aby wyjaśnić, co kryje ta nazwa. Wyjaśnia Maciej E. Halbański w „Leksykonie sztuki kulinarnej”.

Stek
(z ang.)

Okrągły płat mięsa grubości 1 cm przyrządzony z wieprzowiny (karkówka, schab), cielęciny (frykando) lub z dziczyzny (dzik, jeleń) – usmażony tuż przed podaniem. Steki wieprzowe, jelenie i z dzika podaje się obłożone zrumienioną cebulą, stek cielęcy – polany zrumienionym masłem, a stek barani z utartym czosnkiem.

W haśle widzimy pewną niespójność; skąd się na końcu bierze stek barani? Ponadto nie wiem czemu stek musi być okrągły i gruby na 1 cm. Dlaczego koniecznie podany z wymienionymi dodatkami. No i najważniejsze: autor nie wymienia steków z wołowiny. A, według mnie, one są i najbardziej typowe, i najlepsze. Może dlatego, że w czasach, gdy książkę pisał (zapewne końcówka lat 70. ub. wieku; I wydanie rok 1983), dobrej wołowiny na dobre steki w PRL-u się nie uświadczyło. Pamiętam swoje beznadziejne próby usmażenia nawet ładnych kawałków tego mięsa – zwykle pozostawały beznadziejnie twarde. Wołowina nadawała się wówczas tylko do gotowania i duszenia, smażenie i pieczenie – odpadało. Gdy chciałam usmażyć lub piec krótko, musiałam kupić wołową polędwicę.

Teraz można kupić mięso nie tylko dobrej jakości, ale i jakości bardzo dobrej. Nie tylko z ras mięsnych, dobrze rozebrane, ale i prawidłowo wysezonowane. Już nie tylko z polędwicy, ale i z rostbefu, a zwłaszcza z antrykotu, można usmażyć (na patelni lub na grillu) stek niekiedy rozpływający się wprost w ustach. To mięso eleganckie, mimo wysokiej ceny warte kupienia. Przecież nikt steków nie jada codziennie!

Skoro zaś podajemy je raz na jakiś czas, czasem sięgnijmy po wersję nieco inną niż zwykle. Zwykle jest najprościej. Niektórzy uważają, że wtedy jest najlepiej. Steki – z grilla lub z patelni – klasycznie przyprawia się tylko grubo tłuczonym pieprzem (młotkowanym). Niestety, nie widzę u nas (przynajmniej tam, gdzie kupuję) specjalnego pieprzu do steków, ja taki przywożę z zagranicy. Ostatecznie można użyć grubo mielonego pieprzu z młynka lub utłuc go sobie w moździerzu. Wyznam teraz, że od dawna steków nie solę. Kto soli, niech to uczyni po usmażeniu.

Steki można jednak przyprawić inaczej. Kilka sposobów na blogu już pokazywałam. Dzisiaj jeszcze jeden. Bardzo oryginalny. Zdradzę, że bardzo smaczny. Tylko koniecznie kupmy sezonowany kawałek mięsa wołowego. Nie pożałujemy.

 

Stek w kakao po mojemu

antrykot sezonowany

2 łyżeczki kakao

1 łyżeczka mielonej ostrej papryki (lub połowę słodkiej, połowę ostrej)

ćwierć łyżeczki mielonego kuminu

oliwa lub dobry olej

ew. sól

świeże masło

 

Mięso posmarować oliwą. Naciąć błonkę dookoła niego. Przyprawy zmieszać, stek w nich obtoczyć. Przyprawy z oliwą można też wetrzeć. Odstawić na pól godziny, zwłaszcza gdy mięso zostało wyjęte z lodówki.

 

Smażyć na rozgrzanym grillu, patelni grillowej lub na oliwie na patelni zwykłej. Wtedy pod koniec smażenia można dodać kawałek masła. Świeże masło położyć na steku i od razu podawać.

 

Proste, prawda? Ile czasu steki smażyć? To zawsze jest sztuką. Mało kto lubi u nas mięsa krwiste. Raczej wybieramy średnio wysmażone. Czas zależy od grubości mięsa. Przeznaczmy 3–4 minuty na każda stronę. Ale to właściwie kwestia doświadczenia. Ono nam podpowie, kiedy mięso wyjąć. Można spróbować ocenić stopień usmażenia obserwując znikanie surowizny na jego obwodzie. Lub badając stopień wysmażenia po naciśnięciu płaską stroną noża.

Regularny przepis na klasyczny stek, nazywany befsztykiem, znalazłam nieoczekiwanie na łamach najdłużej się ukazującej codziennej gazety warszawskiej (1822–1939). Było to „Kurier Warszawski” z roku 1888. Szkoda, że tradycje tak szacownego tytułu zaprzepaszczono i po wojnie gazeta już się nie ukazała. Fakt, że tradycje miała zachowawcze, do nowej epoki nie pasowała. Przepis na befsztyk podano w niej jako modną ciekawostkę kulinarną. A to po porostu stek z grilla. Potrzeba do niego niewiele: „tylko” dobrego mięsa.

 

Historja nie wspomina, kto go wynalazł, zresztą, mniejsza o to, skoro jest on bezwarunkowo lepszy, niż z patelni. Nosi w Paryżu nazwę bifsteck a la grille i cieszy się powodzeniem. Soli się surowe mięso na obie strony i poprusza pieprzem. W braku specjalnej grille, zasadzającej się na rodzaju widełek, składającycii się z trzech lub czterech równoległych żelaznych pręcików, na których kładzie się mięso, można użyć jakiegokolwiek żelaznego narzędzia, choćby poprostu szczypców od pieca. Położywszy na nich mięso, podtrzymuje się je na rozżarzonych węglach, już przepalonych i nie dymiących. Węgle drzewne są najlepsze, choć i na kamiennych smaży się równio dobrze. Przewraca się raz i drugi. Nagrzewa się jednocześnie talerz, a gdy befsztyk gotowy, podaje się na stół, kładąc na wierzch kawałek świeżego masła. Befsztyk taki jest doskonały. W ten sposób przyrządza się inne gatunki mięsa, jak polędwica, antrykot, kotlety baranie, wieprzowe i t. p.

A komu by się znudziła wołowina, mógł sięgnąć po mięso bardziej… oryginalne. Ciekawostkę znalazłam w zszywce gazety z roku 1824. Przytaczam w pisowni oryginału.

 

Gdy iuż wszystkie końce świata Kucharskie w przysługiwaniu się wykwintnemi przysmakami zostały wyczerpane, i nic nowego z łakotek iuż wymyślić niemożna, Kuchmistrz iednego z Lordów Angielskich przedsięwziął na ucztę dawaną przez iego Pana przysłużyć się nieznaną dotąd potrawą; sporządził Befsztyk z mięsa Słonia i najsławniejsi Londyńscy Żarłocy przyznali iż nic niema smaczniejszego nad takowy Bef sztyk, natychmiast znaleźli się spekulanci którzy postanowili prowadzić handel Pekeflajszem z mięsa słonia, sprowadzanym aż z Afryki.

Owo mięso ze słonia jednak jakoś się nie przyjęło. A sama notka jest świadectwem imperialnych zapędów korony angielskiej. Pod nią zamieszczono inną nowinkę dla tamtych czasów charakterystyczną.

Od czasu przetłumaczenia kilku niemieckich traiedji Szylera, kilku Angielskich poezji Lorda Byrona, i wielu romansów Waltera Skota na ięzyk Francuzki, powstały 2 ważne stronnictwa, to iest przyiaciół Klassyczności i Romantyczności, walka tych stronnictw stała się modną i dotąd się utrzymuie; teraz dla rozpoznania kto należy do iednego z tych stronnictw, Damy maią u sukien rękawy a Kawalerowie pantalony albo kłassyczne albo romantyczne, słychać że także będą dawane obiady maiące takież nazwiska.

Niestety, na temat walki klasyków z romantykami na obiady żadnej informacji nie znalazłam. Na pewno warto szukać!

08:06, alina.kwapisz
Link Komentarze (2) »
środa, 21 lutego 2018
Soja w kilku odsłonach

Najpierw historycznie. Bo soję znano u nas od dawna, co najmniej od początków wieku XIX. Czy jadano? No, na pewno mało. Przeciętny Polak nie miał na jej temat zdania. Znali ją bowiem tylko znawcy.

Proszę przeczytać dość obszerną informację z bardzo popularnego „Kalendarza Ungra” z roku 1891. Cyklicznie wydawane kalendarze były zarazem kopalnią wiedzy, dzięki bogatym działom literacko-informacyjno-poradnikowym. Tomy takich kalendarzy były w niejednym domu prawie że jedyną książką. Tekst zamieszczam w pisowni oryginału, we fragmentach.

Soja, czyli groch oleisty, pochodzi z Chin, gdzie z niej wyrabiają przeważnie, rzecz osobliwsza, sery. Montigny sprowadził tę roślinę do Francyi z Meksyku, gdzie krzewi się, również jak w Chinach i Japonii. Soja w swym kraju macierzystym znajduje szerokie zastosowanie. W Chinach i Japonii otrzymują z niej, prócz sera, olej, sos klejkowaty, jasno-żółtej barwy, a nadto daje oną wyborną paszę, chciwie poszukiwaną przez bydło. […]

Soja, jako roślina gruntowa, wschodzi, równie jak fasola i ziemniaki, na takich gruntach, na których nie przyjmują się inne jarzyny, w każdej bowiem glebie krzewi się z łatwością. Dubor uprawiał ją w ziemi wapiennej, a zatem drugorzędnej i wielce suchej w czasie lata. Zbiór pozyskał średni, który o tyle był cenniejszym, że na gruncie tym ani fasola, ani ziemniaki nie przyniosły spodziewanego plonu. Z nasion Soi otrzymuje się dobrą zupę, w tym jednak razie potrzeba w czasie wrzenia dodać łyżkę deserową alkalii lotnej, która niszczy wszelki smak nieprzyjemny. Ziarna Soi po ugotowaniu spożywają się jak fasola i soczewicza. Chleb, z mączki tej rośliny wyrobiony, zawiera mniej krochmalu niż chleb pszenny, ztąd też zalecanym być winien osobom cierpiącym na chorobę cukrową. Z powodu bogatego zasobu materyi azotnej, chleb, otrzymany z Soi, jest wielce pożywny. W Japonii pozyskują z niej płyn fermentacyjny, a raczej rodzaj sosu, którym zaprawiają mięso. Przyrządzają też z niego buljon, wyśmienitego smaku. Uprawa Soi jest wielce prostą; obsiewa się ją, jak fasolę, w stosunku 150 do 200 kilogramów na hektar. […] Sprzęt jej następuje wtedy, gdy ma ziarna dobrze wyformowane, które zaraz łuszczyć należy.

Bliżej naszych czasów o soi napisał Tadeusz Żakiej (jako Maria Lemnis i Henryk Vitry) w „Iskier przewodniku sztuki kulinarnej”, wydanym w latach 70. ub. wieku. Przewidział karierę tej rośliny!

Soja

Wielka godzina soi (Glycine hispida) w kuchni polskiej jeszcze nie wybiła, lecz niewątpliwie z każdym rokiem się zbliża. Bezwonnym, znakomity do sałatek, surówek i do smażenia olej sojowy, ceniony wysoko przez liczne gospodynie [gospodarzy też!], jest tylko jednym z wielu uzyskiwanych z soi produktów.

Soja – to jednoroczna roślina motylkowa, w Azji Wschodniej uprawiana od tysięcy lat. Z chin, gdzie obok ryżu stanowi jeden z podstawowych elementów masowego pożywienia, uprawa soi rozprzestrzeniła się na Indie, Cejlon, Palestynę i północną Afrykę. Europa natomiast zawarła pierwszą znajomość z soją dopiero w XVIII wieku. Prowadzone od szeregu lat próby aklimatyzacji soi w Polsce nie zostały jeszcze uwieńczone pełnym powodzeniem, należy jednak przypuszczać, że naszym wybitnym, hodowcom uda się niebawem wyprodukować odmianę, która czuć się będzie w naszym klimacie i na naszych glebach jak u siebie w domu.

Podobne do fasoli ziarna soi zawierają wysokowartościowy tłuszcz, wysokowartościowe białko (35­–40%), cenne dla organizmu aminokwasy, witaminy i sole mineralne. Zwierają również – i to w sporej ilości – tak niezmiernie cenną lecytynę, która jest niezastąpioną odzywką dla mózgu i nerwów współczesnego człowieka. .Oprócz oleju z soi sporządza się mleczko, mączkę, płynny ekstrakt, znany pod nazwa sosu sojowego i będący jedną z fundamentalnych przypraw kuchni chińskiej i wschodniej. We Francji, gdzie uprawa soi powiodła się doskonale, produkuje się znakomite serki sojowe (fromages de soja) oraz tzw. „viande de soja” („mięso sojowe”) o kształcie i smaku przypominającym wędzoną szynkę. Wszystkie te przetwory sojowe maja bardzo wysoką wartość odżywczą. Warto tu dla ilustracji przypomnieć, że łyżka stołowa mączki sojowej (ok. 15 g) zawiera tyle tłuszczu i białka co jedno jajo.

A my o soi wiemy jeszcze więcej. No i znamy smak wyrobów sojowych. Podejrzewam, że owo opisane przez autora „mięso sojowe” to tofu. Różne jego odmiany mamy w naszych sklepach. A po soję sięgamy coraz częściej. Jedzą ją zwłaszcza ci wszyscy, którzy wykluczają lub ograniczają spożywanie mięsa.

Jednak najbardziej znanym u nas przetworem wciąż jest sos sojowy. Choć na światowe (i nasze!) stoły trafiają także inne przetwory, na przykład te z mleka sojowego. Uważa się, że wynalazcą mleka sojowego był Chińczyk Liu An w II w. Z Chin mleko sojowe i jego przetwory trafiły do Japonii, co nastąpiło to około roku 700. Popularność wszystkich produktów z soi była następstwem rozpowszechniania się buddyzmu, zakazującego jedzenia mięsa. Akurat mięsa w Japonii i tak mało jadano, głównie ryby i inne stworzenia wodne. Sos sojowy świetnie podkreślał ich smak. To z Japonii, poprzez holenderskich kupców, przetwory z soi trafiły do Europy. Długo były ignorowane, nie odpowiadały bowiem europejskiemu smakowi. Dopiero ostatnio zrobiły błyskawiczną karierę, gdy poznano się na ich właściwościach zdrowotnych. I gdy przyszła moda na japońską estetykę i minimalizm kulinarny, będący zarazem wyrafinowaniem, a chińską kuchnię włączono do najlepszych na świecie. Zmienia się nam smak. Produkty z soi już nas nie odrzucają ani nie dziwią.

Najbardziej znanym przetworem z mleka sojowego jest twarożek, czyli tofu. Ma wiele odmian. Zależnie od stopnia ścięcia jest miękkie lub twarde. Miękkie tofu jedwabiste jest delikatne i łagodne. Tofu twarde jest uformowane w kostki nie zmieniające kształtu podczas np. smażenia czy innej obróbki cieplnej. Właśnie je dodaje się najczęściej do potraw z makaronu, czy do sałatek. Podczas gotowania się nie rozpływa i nie rozmięka. Przy tym to, co miłośnicy tradycyjnej kuchni uważają za jego wadę – smak dość mdły – staje się jego zaletą. Tofu łyka świetnie przyprawy, nabierając od nich charakteru.

Z soi Japończycy uzyskują także różne pasty, tzw. miso. Samo miso dotarło do Japonii z Chin ok. VI w. W średniowiecznej Japonii pastą miso płacono podatki, była też podstawą racji żywnościowej żołnierzy. Z uwagi na zawartość soli dobrze konserwowała warzywa.

Wróćmy jednak do tofu. Niektórzy są do niego uprzedzeni, może bowiem nie spotkali go dobrze przyrządzonego. Jak napisano, przejmuje smaki przypraw, a dzięki dobrze dobranym może się stać kulinarnym poematem. Starałam się taki stworzyć. Smakował!

 

Sałatka z tofu po mojemu

twarde tofu

sałata

marchew

ciemny sos sojowy

pasta z orzeszków ziemnych

ocet ryżowy lub sok z cytryny

świeży imbir

miód

mąka ryżowa lub ziemniaczana

sezam (czarny lub biały)

olej sojowy lub arachidowy

 

Tofu pokroić w sztabki.

 

Przygotować marynatę z sosu sojowego, pasty z orzeszków ziemnych, startego imbiru, octu ryżowego lub soku z cytryny, zagęszczonych trochę mąką.

 

Sałatę umyć, osuszyć, porwać na kawałki, rozłożyć w salaterce. Marchew zetrzeć na grubej tarce. Sztabki tofu smarować marynatą (dobrze, gdy można odstawić je na kwadrans). Następnie obtaczać je w ziarnach sezamu. Smażyć krótko na dobrze rozgrzanym oleju. Wyjmować na papier kuchenny. Rozkładać na liściach sałaty i marchwi.

 

Z sosu sojowego, octu lub soku z cytryny, miodu i oleju sporządzić sos do polania sałatki.

 

Sałatkę po oszczędnym skropieniu sosem od razu podawać. Resztę sosu podać oddzielnie.

Dopowiem jeszcze, że ponieważ nie wystarczyło mi sezamu, kilka ostatnich sztabek tofu obtoczyłam po prostu w mące. Też były smaczne.

Taka szybko przyrządzona sałatka może stanowić samodzielne danie obiadowe. Albo jeden z elementów większego obiadu w stylu wschodnim. Obok zupy miso, naleśników ryżowych, jakiegoś danka z sojowego makaronu, bo wszak i taki można kupić. Wszechstronna soja pozwala komponować danka proste, ale cieszące smak. A jaka jest zdrowa!

sobota, 17 lutego 2018
Z resztek ciasta. Przy herbacie

Ile razy przyszło nam się zastanawiać, co zrobić z wyschniętym kawałkiem ciasta? Dobrą ku temu okazję dają każde święta. Po Wielkiejnocy stajemy smętnie nad zeschniętymi resztkami drożdżowej babki, po Bożym Narodzeniu mordujemy się z wyschniętym piernikiem. Zresztą każda okazja, którą świętujemy ciastem, bywa powodem powstania kłopotliwych resztek. O tym wiedziały już nasze prababcie. I miały sposoby na uzdatnienie wyschniętych ciast. Z takiego sposobu skorzystałam, przystosowując go do tego, co miałam w zapasie. A był to poświąteczny piernik, podeschniętych jak się patrzy. Po odświeżeniu stał się miłym deserem do gorącej herbaty. Na taki deser można zaprosić gości. Będzie oryginalnie i bardzo smacznie.

Przepis podaję bez proporcji, zależą od tego, ile resztek piernika nam zostało.

 Grzanki z piernika po mojemu

zeschnięty piernik

pomarańcza

likier pomarańczowy, np. curaçao

jajko

mleko

mąka pszenna

cukier puder

szczypta soli

olej do smażenia

Piernik pokroić na kromki. Z pomarańczy wycisnąć sok, wetrzeć do niego startą skórkę. Domieszać łyżkę lub dwie łyżki likieru. Płynem nasączyć każdą kromkę piernika.

 

Z jajka (lub jajek, jeżeli ciasta ma być więcej), mleka, mąki i szczypty soli sporządzić ciasto na tyle gęste, aby trzymało się na cieście podczas smażenia (jak na jabłka w cieście). Do ciasta można też dodać likier lub/i sok oraz startą skórkę.

 

Każdy kawałek piernika zanurzać w nim i wrzucać na rozgrzany olej. Smażyć z obu stron. Gdyby ciasto zostało, można je użyć do usmażenia plasterków jabłek lub połówek banana (uwaga, banany ze zdjęcia nie są stare, ale tzw. czerwone).

 

Usmażone grzanki posypać cukrem pudrem i od razu podawać. Można wyłożyć na podgrzany półmisek, a na stole postawić na podgrzewaczu, aby pozostały ciepłe.

 

Oczywiście, także grzanki można smażyć i z innych suchych ciast, zwłaszcza z drożdżowego. Z resztek ciasta wybitna przedwojenna autorka kulinarna, czyli Pani Elżbieta (Elżbieta Kiewnarska), radziła przyrządzić deser bardziej skomplikowany – budyń. Kto go przygotuje wedle jej przepisu, na pewno nie pożałuje. Otrzyma staroświecki deser, wybitnie oryginalny, jakiego nie spotka się nigdzie indziej. W roku 1938, po świętach wielkanocnych, Pani Elżbieta opisała go w „Kurierze Warszawskim”, gdzie przez blisko piętnaście lat, prawie co tydzień, zamieszczała felietony kulinarne. Przed wojną bardzo popularne.

Przytaczam cały felieton odwołujący się do wspomnień z dzieciństwa autorki. Resztki pozostawały w każdej epoce i zawsze sobie z nimi radzono. Nawet w bogatych domach starano się niczego nie marnować, a na pewno nie wyrzucać. Wyrzucanie jedzenia to jakiś ponury aspekt naszych czasów – czasów dobrobytu jakiego w przeszłości nigdy nie było.

 

Z lat najwcześniejszego dzieciństwa pozostały mi w pamięci nietylko przygotowania do olbrzymiego święconego, nietylko samo święcone, zastawiane w oddzielnym pokoju, zamykanym szczelnie na czas pomiędzy czterema posiłkami, lecz i ogromne ilości resztek przy likwidacji tej tygodniowej uczty. Mięsiwa oczywiście już dawno poszły do bigosów, ale ciasta, a głównie olbrzymie, łokciowe baby, służące do celów dekoracyjnych, często schodziły ze stołów nietknięte (mniejsze egzemplarze z takiegoż samego ciasta dostatecznie zaznajomiły domowników z ich wybornym smakiem, spożywane przy rannych i popołudniowych kawach). Ogromne ilości jaj i masła, użyte do wypieku ciast wielkanocnych, sprawiały, że te ciasta nie starzały się, nie usychały i mogły trwać całymi tygodniami. Najprędzej starano się zjeść torty, jako najłatwiej psujące się. Zresztą tortów na święcone nie robiono wiele i również jak łokciowe baby, służyły one głównie do ozdoby stołu, natomiast nieliczne były gatunki placków i mazurków.

Mazurki trwały do Zielonych Świąt, przy czem zdawały się nam coraz smaczniejsze. Do podwieczorków podawano również codzienn|e inne a zawsze smaczne i wcale nie czerstwiejące baby i placki. Ostatni raz w drugi dzień Zielonych Świątek. Co jeszcze pozostało, krajało się w cienkie płatki i suszyło na wyborne sucharki.

Pamiętam takie sucharki z babki szafranowej, podawane obok wykwintnych świeżych ciast na letnich podwieczorkach pod olbrzymią lipą. Cieszyły się one niemniejszym powodzeniem od różnych świeżo upieczonych ciastek kruchych, parzonych, francuskich i innych.

W taki sposób jednak można było zużytkowywać różne ukraińskie, wołyńskie, petynetowe i inne baby, na które – według przepisów: weź dwie kopy żółtek bez zarodków, trzy funty masła, pół kwarty drożdży, trzy funty cukru i tyleż mąki i ubijaj wszysko trzy godziny w bójce od masła, dodaj zapachy (długi spis), rodzynków dwa funty, cykaty z melona itd. itd. Może to nieco przekręciłam, ale przepis brzmiał w tym rodzaju i proporcje były również niepokojąco duże.

Obecnie kopa jaj powinna wystarczyć na całe święcone w przeciętnym domu pracującej inteligencji [dzisiaj i kopa, czyli 60, to za dużo!], drożdży nikt na kwarty nie mierzy – bo w handlu są tylko suche, prasowane, bójek do masła nikt nawet na wsi nie posiada, zastąpiły je inne, nowocześniejsze przyrządy, a głównie nie mamy sił pomocniczych, któreby mogły przez trzy godziny ubijać ciasto. I to nietylko w mieście, gdzie pomocnica domowa spełnia wszystkie funkcje dawniej dzielone pomiędzy troje a co najmniej dwoje służby, lecz i na wsi, gdzie o umiejętną i chętną służbę bodaj nawet trudniej, niż w mieście.

Nasze baby jednak, jeżeli są mniej liczne i mniej przeładowane dodatkami, nie są przez to mniej smaczne. Sztuka kulinarna zrobiła olbrzymie postępy. Nauczyłyśmy się lepiej obliczać potrzebne nam ilości i stosować się do naszych możliwości. Tym nie mniej [!] tu i owdzie zostanie jakieś pół baby, kawał placka, resztki mazurków. Dopóki było świeże, smakowało wybornie; po kilku dniach bardziej oszczędne wykonanie daje się odczuć. O przechowywaniu do Zielonych Świąt mowy być nie może, już na Przewodnią niedzielę są to nie suszone naumyślnie sucharki.

Jednak tych resztek nie wolno marnować. Najlepiej je zużyć na wyborny budyń.

Do wysmarowanej masłem i wysypanej bułeczką budyniowej formy lub rądla ze szczelną pokrywą układamy pozostałe ciasto, pokrajane w drobną kostkę. Baby lub placki przekładamy okruchami mazurków, kładąc tu i owdzie po pasku smażonej skórki cytrynowej lub pomarańczowej. Formę napełniamy do trzech ćwierci i zalewamy ciasto rozbitymi z mlekiem i cukrem jajami. (Na szklankę mleka dwa jaja i łyżka cukru, ilość mleka zależna od ilości resztek, powinny być dokładnie pokryte płynem.) Zakrytą szczelnie formę lub rądel wstawiamy do drugiego rądla z wrzątkiem i gotujemy godzinę od chwili powtórnego zagotowania się wody.

Do tego budynia [tak w oryginale] na sos możemy zużyć wszystkie resztki win pozostałe w butelkach i karafkach: białe i czerwone, wytrawne i słodkie bez różnicy. Na dnie szklanki wina ubić cztery żółtka z trzema ćwierciami szklanki cukru. Wino zagotować, zaprawić łyżką „lubominy” lub w braku jej mąki kartoflanej, rozbitej w pół szklance wody. Zagotować raz. Dodać ubite do białości żółtka z cukrem, ubijać trzepaczką aż sos urośnie i zbieleje. Na wydaniu dodać mały kieliszek araku lub rumu. Sos robić przed wydaniem do stołu.

Przyrządzenie opisanego budyniu to jednak zabawa kłopotliwa. Znacznie prostsze sposoby nadawaniu ciastom drugiego życia znalazłam w częstochowskiej mutacji „Życia Warszawy” z roku 1950. Można tam znaleźć felietony gospodarskie pisane w formie listów doświadczonej ciotki do młodej gospodyni Zosi. Ciekawe! Przenoszące przedwojenną kulturę przez czasy wyjątkowo jej niesprzyjające.

 

A teraz jeszcze dwie propozycje odświeżania starych ciast, tym razem z lat 30. minionego wieku. Obie pochodzą z ilustrowanego tygodnika „As”, drukowanego w Krakowie, ale wysyłanego na cały kraj. Pierwsza z roku 1936.

LEGOMINA Z CZERSTWEJ STRUCLI.

Resztki strucli pokrajać w cienkie plastry (ilość ma odpowiadać (6–7 bułeczkom) i ułożyć na wysmarowanej masłem głębszej patelni. 2–3 jaja rozkłócić w szklance mleka i płynem tym zalać struclę. Po godzinie, kiedy już mleko wsiąknie w ciasto, rozpuścić 5 dkg masła, polać niem legominę i wstawić do gorącego pieca ma pół godziny.

Od czasu do czasu należy ciasto łopateczką rozrywać i odwracać. Wreszcie posypuje się legominę garstką rodzynków i cukrem z cynamonem, skrapiać winem łub rumem i wstawia jeszcze na 10 minut do pieca. Legominę podaje się gorącą na sucho lub z szodonem.

Przepis na drugą, jeszcze inną leguminę, „As” zamieścił w roku 1938. Nie do wiary – z resztek ciasta da się przyrządzić nawet tort!

LEGOMINA Z CZERSTWEJ STRUCLI.

Resztki ciast drożdżowych, babek, strucli i t. p. dzieli się na trzy części. Dwie trzecie polewa się skąpo mlekiem, tak, aby ciasto tylko nasiąkło i można je było rozetrzeć. Osobno uciera się 2–3 żółtek z łyżką cukru (ciasta są słodkie więc cukru dużo brać nie należy), dodaje roztarte ciasto, garstkę orzechów lub migdałów tłuczonych, trochę rodzynków lub osączonych wiśni z konfitur, wreszcie pianę z pozostałych białek i resztę suchej strucli, startej na tarce. Masę tę gotuje się na parze w formie budyniowej, lub też piecze w formie tortowej. Jako budyń podaje się legominę na ciepło z sosem waniljowym lub szodonem z wina owocowego. Upieczoną jak tort można przekroić parę razy i przełożyć marmoladą lub kremem.

A jak ciasto, to niech będzie i herbata. Byle gorąca, dobrze zaparzona, takiego gatunku, jaki lubimy. Jako porcję wiedzy, która może być tematem do rozmowy przy stole zapełnionym smacznymi i pachnącymi resztkami ciast, przytoczę zgrabny tekścik o herbacie z „Kuriera Warszawskiego” z roku 1893.

 

Z nastaniem herbatek postnych słówko o herbacie.  Przed 30-ta laty jeszcze herbata, zwłaszcza w Europie środkowej, wysokiemi opłacała sią cenami, później, gdy krzew herbaciany odnaleziono w stanie dzikim w Assamie i zajęto się kulturą rośliny tej w angielskich Indjach wschodnich, kulturą, która dziś już wydaje około 40 miljonów kilo herbaty, położenie odmieniło się znacznie. Dziś herbata do najpopularniejszych i najtańszych należy napojów.

Próby zaaklimatyzowania krzewu herbacianego w Ameryce południowej i Afryce do tej pory nie dały zadowalniających rezultatów, za to na Ceylonie powiodło się lepiej i tu plantacje herbaty zastąpią być może w zupełności niszczone od pewnego czasu chorobą drzewa kawowe. Co do konsumcji [!] herbaty w krajach uprawy jej, statystyka żadnych nie posiada szczegółów; w każdym jednak razie śmiało twierdzić można, iż najwięcej używa jej chińczyk [tak wtedy pisano narodowości]. […]

W Rosji, która, zdawałoby się, uprzywilejowanym jest krajem herbaty, roczna konsumcja na głowę zaledwie 1/5 kilo wynosi. Dowód to, iż nie dotarła jeszcze do niższych warstw narodu.

Baszkirowie i kirgizy używają osobnego rodzaju herbaty w cegiełkach. Są to odpadki i liście gorszego gatunku ugniatane i w kształcie cegiełek prasowane. Plemiona mongolskiej dodają do niej tłuszczu i soli. Cegiełki herbaciane zastępują tu często monetę zdawkową; przekonał się o tem właściciel cyrku, Vacano, który zawędrowawszy w odlegle strony te wraz z trupą swoją, tak dobre robił interesy, że góry całe zebrał cegiełek herbaty.

W Niemczech wielka panuje do tej pory wstrzemięźliwość herbaciana, przypada tu na głowę zaledwie 1/30 kilo.

Krzew herbaciany jest właściwie drzewem dorastającym 30-tu stóp wysokości. W plantacjach jednak przez strzyżenie nie wypuszcza się rośliny po nad 4 stopy i nadaje się jej kształt krzewu. Wydaje tym sposobem więcej znacznie liści i łatwiejszy jest zbiór ich. Do wyrobu herbaty służą tylko liście z wierzchołka gałązek, nie rozwinięte jeszcze zupełnie. Zbiór rozpoczyna się w marcu, gdy nowe pądy po siedem podlistków posiadają, i trwa do października. Przez obcinanie wierzchołka pędów pobudza się sztucznie rozwijanie najbliżej położonych oczek, a operację tę powtarza się od 6-iu do 7-iu razy w porze zbioru. Po zebraniu liści i zwiędnięciu ich, zwija się je przy pomocy maszyn i poddaje następnie rodzajowi fermentacji. Wedle stopnia tej ostatniej otrzymujemy herbatę czarną lub zieloną. Bajką jest, jakoby i użycie naczyń miedzianych nadawało herbacie kolor zielony. Liście wysusza się wyłącznie na ogrzanych płytach żelaznych. Kwiatem herbacianym zowią najdrobniejsze i najmłodsze listki; sortuje się je na sitach.

Działającą w herbacie substancją jest teina, własnościami zbliżona do kofeiny. Herbata zatem należy do środków pobudzających i właściwym jest napojem dla pracujących umysłowo. Używana nadmiernie, zwłaszcza przez ludzi nieprzyzwyczajonych do niej, sprowadza zawroty głowy i bezsenność.

Na pewno nie spowoduje bezsenności herbata owocowa. Nieprzypadkowo opisał ją „Kurier Warszawski” w roku 1915. Był to drugi rok wojny, coraz większego niedoboru towarów, narastającej biedy i stosowania namiastek – produktów zastępczych. Sążnisty tekst, z którego przytaczam fragmenty, podpisał B. Wiercieński.

 

W ciągu ostatniego stulecia rozpowszechniło się u nas użycie herbaty. Stała się ona napojem codziennym mieszkańców miast i znacznego odłamu mieszkańców wiejskich. Trudno sobie wyobrazić już życie wielu rodzin, pozbawionych herbaty rannej i wieczornej. A przecież trzeba się przygotować do tego braku, który nas czeka już może wkrótce, i z nim się pogodzić! Wskutek wojny i odcięcia dowozu, herbaty już teraz zaczyna u nas brakować; na te resztki, jakie się jeszcze znajdują w kraju, ceny idą szalenie w górę, a herbata, będąca dotychczas najtańszym napojem, udostępnionym dla najuboższych sfer ludności, stanie się wkrótce napojem zbytkowym ludzi zamożnych jedynie. Ceny jej rosną z dniem każdym; podniosły się o 200 procent; a gdy dawne zapasy się wyczerpią, i tej bardzo drogiej nie będzie. Od wschodu nie dopuści jej do nas podwójna ściana walczących armji; od południa i zachodu nie dopuści onego stróżująca na morzu flota angielska.

A tymczasem wojna się przeciąga i upłynąć mają długie jeszcze miesiące, zanim swobodny handel pozwoli nam korzystać z nowych transportów herbaty, chińskiej czy cejlońskiej. Z konieczności tedy wyrzec się jej musimy, przynajmniej czasowo.

Czem ją zastąpić?

Przyzwyczajenie jest drugą naturą. Przywykliśmy do spożywania rano i wieczorem napoju lekkiego, łatwo dostępnego, orzeźwiającego i gorącego, a nie wymagającego, pomimo to, rozpalania ognisk w kuchniach, co przy drożyźnie opału musi być również uwzględnionem; brak, lub co najmniej, wielka drożyzna mleka, kawy, kakao itp., przedmiotów, które stanowićby mogły napój ranny i wieczorny – w miejsce herbaty – nic pozwalają na codzienne ich używanie. Musimy więc z konieczności szukać jakiegoś innego produktu, któryby mógł zastąpić herbatę. Herbata, jak to sama jej nazwa wskazuje, Jest to napar z ziół – ściślej – woda, napojona ziołami, lub „woda ziołowa" (aqua herbata); mimowolnie więc myśl nasza zwraca się w kierunku zastąpienia herbaty innem zielem, inną jakąś rośliną, czy też liściami, albo kwiatem, mającemi jakiś smak i zapach, a z których napar byłby surogatem herbaty. Doradzają więc ci i owi: miętę, kwiat lipowy, rumianek, bratki polne, liście orzechowe itp. Zdaje się przecież, że pewne specyficzne własności tych liści czy kwiatów, zalecające je w medycynie, nie pozwolą na szersze ich rozpowszechnienie – czy to z powodu mdłego smaku, czy z powodu innych ich własności – i pozostaną nadal środkami leczniczemi medycyny domowej – jak były niemi dotychczas. Mamy jednak u siebie produkt zdrowy i smaczny, który chociaż zupełnie różny od herbaty w smaku i zapachu, może ją zastąpić z powodzeniem, a może nawet uzyskać przed nią pierwszeństwo.

Surogatem tym są skórki dojrzałych jabłek, lub nawet całe jabłka, dobrze ususzone i nieco w suszeniu przyrumienione. Jest to odkrycie nie moje. Herbatę „owocową” ze skórek owocowych (przeważnie jabłek), wyrabiała już przed kilkunastu laty założona przez p. Kołakowskiego fabryka przetworów owocowych w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Pomysł był wówczas nowy; a że nikt nie jest porokiem we własnym kraju, a przytem herbata była wówczas nie tylko tanią, lecz i rozpowszechniona wszędzie, herbacie owocowej zaś trzeba było dopiero torować drogę, przeto ówczesne przetwory owocowe nie znalazły tu odbytu. Fabryka upadła.

Brak herbaty przypomniał nam o niej i o jej usiłowaniach spopularyzowania naparu owocowego, w miejsce herbaty. Dodam jeszcze, że w kole moich znajomych spotykałem już dawniej osoby, które mając zabronione przez lekarzy użycie kawy i herbaty, zastępowały je herbatą owocową z powodzeniem. Obecnie niektóre rodziny mi znane i moja własna zastępują (przynajmniej częściowo) herbatę – naparem owocowym, nie odczuwając przykrości tej zmiany. Mogę więc zalecać to, czego doświadczyłem na sobie.

Napar z jabłek, lub skórek jabłecznych, czyli herbata owocowa, przyrządza się podobnie jak zwykła herbata, t. j . suszony owoc (a lepiej same skórki suszone) zalewa się w czajniku ukropem: trzeba wszakże, ażeby ten napar zagotował się jeszcze nieco w czajniku, o co nie trudno, postawiwszy ów czajnik na maszynce naftowej lub spirytusowej. Po zagotowaniu, napar ów nalewa się w filiżanki i rozcieńcza ukropem. jak zwykła herbata. Napój ten sam przez się słodkawy i kwaskowaty, potrzeba dosłodzić według własnego smaku. Potrzeba tu lub mniej ilości cukru, jakiej używamy zwykle do herbaty.

Napój owocowy, szczególniej ze skórek jabłkowych, jest aromatyczny, smaczny i orzeźwiający. Skórki bowiem posiadają najwięcej składników, które działają pobudliwie na nasz organizm, tak jak teina w herbacie. Zastąpienie herbaty chińskiej czy też cejlońskiej, suszem jabłecznym, miałoby dla nas jeszcze poważne znaczenie ekonomiczne, bo oszczędziłoby krajowi na pewno wielu miljonów rubli, jakie płacimy corocznie na importowaną do nas herbatę. […]

Byłoby więc zarówno w interesie poszczególnych rodzin, jak i w interesie gospodarstwa społecznego, ażeby owoc, a przedewszystkiem skórki jabłeczne, zastąpiły niedostępną obecnie herbatę i weszły w powszechne użycie. Ze stanowiska hygjenicznego napój ten zasługuje ze wszechmiar na zalecenie, szczególniej w rodzinach uboższych, dla których owoc jest trudno dostępny, a przecież tak pożądany w posiłku codziennym, zwłaszcza dziatwy, młodzieży i starszych. W gospodarstwie krajowem utworzyłaby się nowa gałąź przemysłu i nowa droga; zbytu produktu, a właściwie tej jego części, która dotychczas niespożytkowana, marnuje się, pomimo wysokiej swej wartości odżywczej.

Myśl tę rzucam przedewszystkiem matkom rodzin oraz hygjenistom. Będzie zasługą jednych i drugich, skoro napój ten rozpowszechnią i zastąpią nim herbatę, bodaj w pewnej części tylko.

Dzisiaj na sklepowych półkach mamy dostatek herbat z upraw w wielu krajach, rozmaitych gatunków, a także herbat ziołowych i owocowych. Każdy znajdzie coś dla siebie. Także ten, któremu lekarz „zabroni picia herbaty”, o którym to smutnym fakcie śpiewali niegdyś Starsi Panowie Dwaj Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.

Z rozkoszy tego świata
ilości niepomiernej
zostanie nam po latach
herbaty szklanka wiernej
i nieraz się w piernatach
pomyśli w porze nocnej
– Ha, trudno, lecz – herbata,
herbaty szklanka mocnej.

Dopóki ciebie,
ciebie nam pić –
Póty jak w niebie,
jak w niebie nam żyć,
herbatko! –
herbatko! –
herbatko!
[…]

O, jakżeś bliska chwilko, –
jesienne pachną kwiaty
a my pragniemy tylko –
już tylko tej herbaty.
Za oknem deszczyk sypnął –
arrivederci lato! –
gdy wtem drzwi cicho skrzypną
i – witaj nam, herbato.

Tak wdzięczni, że nas darzysz
pod koniec już sezonu –
o tobie będziem marzyć,
twój zapach czule chłonąc
a potem syci woni,
poprzestaniemy na tym,
bo doktor nam zabronił
picia mocnej herbaty.

I po co, i po co nam żyć
kiedy nie będzie, nie będzie nam wolno już pić
herbatki –
herbatki –
herbatki – ach!

No cóż, po co te smutki? Nadciśnieniowcom i sercowcom otworzy się wtedy bogaty świat herbat owocowych. Do ciast – także tych odświeżanych – na pewno będą pasowały.

poniedziałek, 12 lutego 2018
Dorsz łagodny i delikatny…

…choć nie lekkostrawny. Bo z migdałami, a one, jak wszystkie oleiste nasiona zawierają sporo tłuszczów. Walory migdałów opisał „Ilustrowany Kuryer Codzienny” w roku 1938. Gazeta nie tylko żyła sensacjami podawanymi w duchu amerykańskim. Jej liczne dodatki wydawane cyklicznie: „Kuryer Lekarski”, „Kuryer Hodowlano-Ogrodniczy”, „Kuryer Kobiecy” podawały w przystępnej formie przydatne informacje podpisywane niekiedy nawet przez naukowców akademickich. Jak zwykle, w pisowni oryginału.

Migdał słodki, którego owoce są w użyciu jako znana przyprawa kulinarna, jest krzewem klimatu ciepłego. Ojczyzną jego jest wybrzeże morza Śródziemnego, północna Afryka, Sycylja i archipelag Grecji. O rozpowszechnieniu migdała w tych krajach najlepiej świadczy jego naukowa nazwa łacińska: Amygdalus Communis – migdał „powszechny” lub „pospolity”.

Botanicznie blisko spokrewniony z naszemi drzewami pestkowemi, ma też migdal podobne do nich z kształtu liście i wczesną wiosną rozwijające się kwiaty, barwy białej lub różowo-białej. Owoce są podłużne, wielkości śliweczek, ale miąższ ich jest łykowaty i niejadalny; dopiero pod nim znajduje się porowata pestka, a wewnątrz niej zamknięte silnie oleiste nasienie – właściwy migdał jadalny.

U nas migdały sadzone są niekiedy w parkach. Jako rośliny ozdobne; wymagają jednak ciepłego stanowiska i dobrej ochrony przed mrozami, gdyż delikatne te krzewy z trudnością
 przetrzymują nasze zimy.

Migdały, znajdujące się w handlu, są sprowadzane z Hiszpanji, południowej Francji, Włoch i północnej Afryki; szerokie zastosowanie mają przedewszystkiem w cukiernictwie i gospodarstwie domowem, następnie w kosmetyce i przy wyrobie oleju migdałowego, a wreszcie w medycynie, gdzie na emulsji migdałowej przyrządza się rozmaite środki lecznicze.

Oprócz zalet smakowych i odżywczych, dominującą cechą migdałów jest bogata zawartość olejku migdałowego, który wynosi aż 50–56 proc. całkowitego ich składu.

Odmianą migdałów słodkich jest migdał gorzki, używany jako drobna przyprawa w kuchni, głównie dla dodania aromatu. W skład ich wchodzi kwas pruski i z tego powodu dodatek i spożycie gorzkich migdałów w większych ilościach jest szkodliwe i może spowodować zatrucie. Najlepsze migdały gorzkie pochodzą z Sycylji, gorsze z Aporto, z Portuglji. Oba rodzaje migdałów są produktem dość drogim i dlatego w handlu bywają niekiedy fałszowane pestkami brzoskwiń, moreli i śliwek. Nie każda też gospodyni szczególnie w dobie kryzysu, może sobie pozwolić ma zakup i stale używanie migdałów w dostatecznej ilości. Często więc, jako tańszej namiastki używa się do codziennych potraw orzechów włoskich i laskowych w rozmaitych gatunkach krajowych i sprowadzanych. […]

Migdały i dzisiaj tanie nie są, ale i mielone orzechy mają ceny porównywalne. W sumie nie kosztują jednak majątku. A nie przyrządzamy z ich udziałem tak wielu mazurków, bab czy tortów, jak wymagały dawne obyczaje okołoświąteczne. Bo ciasta z migdałami wypiekano tradycyjnie na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Znalazłam przepis na taki mazurek, który wymagał osiemdziesięciu dekagramów zmielonych migdałów! Co i dziś byłoby wyjątkowo kosztowne.

Migdałów stosujemy mniej, choć może częściej? Jako dodatku do różnych potraw. W dodatku mamy wygodnie: dzisiaj kupujemy nie tylko te w skórkach, do łuskania, ale i mielone, i w płatkach, i w słupkach.

Dwóch rodzajów migdałów użyłam do przyrządzenia dania z ryby. Z dorsza. Ten sposób polecam tym, którzy nie przepadają za dorszami smażonymi. Mocnymi w smaku, a jako smażenina przez dietetyków nie polecanymi. Mój dorsz był zdrowszy: po ugotowaniu zapieczony.

Dorsz w migdałach po mojemu

40–50 dag filetów dorsza

2 szalotki

1–1 1/2 szklanki mleka

4 łyżki migdałów mielonych

2 łyżki migdałów słupkach

sól, biały pieprz

 

Filety dorsza po usunięciu ości i obcięciu płetw lekko posolić. Mleko wymieszać z mielonymi migdałami, zagotować, włożyć filety. Gotować 10–15 minut.

 

Rybę przełożyć do naczynia żaroodpornego, obłożyć plasterkami szalotek. Zalać mlekiem z migdałami. Posypać słupkami migdałów.

 

Naczynie wstawić do piekarnika. W 180 st. C zapiekać 10 minut. Na końcowe minuty można włączyć opiekacz.

Do takiego dorsza podajmy delikatną sałatę. A przed nim? Może zupę-krem? Najprostsza to samo zdrowie. Zawiera tylko warzywo gotowane i to tak zdrowe jak brokuł. Z małym dodatkiem ziemniaków (a one są zimowym źródłem witaminy C!). No i z migdałami, a jakże.

 

Krem z brokułów po mojemu

brokuł

2 mączyste ziemniaki

sól, pieprz

ew. 1/2 łyżeczki cukru

migdały lub szynka gotowana

masło klarowane lub świeże

ew. śmietana kremowa

Ziemniaki obrać ze skórki, pokroić w kostkę. W taką samą pokroić łodygi brokuła. Oba warzywa zalać wodą, aby je przykryła centymetr wyżej. Gotować 10 minut. Dorzucić różyczki brokuła, gotować dalsze 10 minut. Posolić. Kto lubi, może posłodzić. Podobnie fakultatywnie zupę można doprawić śmietaną. Migdały zasmażyć w roztopionym maśle (jeżeli nie jest klarowane uważać, aby się nie spaliło). Dodać do zupy już po nalaniu do talerzy. Zamiast migdałów można podobnie lekko zasmażyć szynkę pokrojoną w cienkie paseczki. Na stole można postawić i migdały, i szynkę, najlepiej na podgrzewaczu, aby pozostały gorące.

Na zakończenie nie mogę sobie odmówić choć opisania deseru. W dzieciństwie napotkałam raz podobne przysmaki i obiecuję sobie kiedyś je upiec. Przepis pochodzi z dwutygodnika „Kobieta w świecie i w domu” z roku 1938. Podejrzewam, że te, którymi się delektowałam w zakopiańskim pensjonacie „Ryś", piekła jakaś przedwojenna kucharka z dobrymi tradycjami.

WIÓRKI MIGDAŁOWE

20 dk migdałów słodkich i kilka (5–6) gorzkich sparzyć, obrać z łupinek, zemleć na maszynce lub na drobnej tarce, zmieszać z 20 dk cukru-pudru i 10 dk mąki pszennej. 6 białek ubić na sztywną pianę, zmieszać z migdałami, rozciągnąć jak najcieniej na blasze posmarowanej masłem, lub lepiej woskiem. Upiec do lekkiego zrumienienia w bardzo umiarkowanym piecu. Blachę z ciastem postawić na gorącej blasze kuchennej. Bardzo prędko krajać ostrym nożem, długie na 12–15 cm., a szerokie na 1 cm paski, owijać je spiralnie naokoło ołówka lub drewnianego patyczka, aby uformować wiórki. Śpieszyć się, gdyż z chwilą, gdy ciasto przestygnie, straci giętkość i będzie się kruszyło.

Ciasto rozciągnę na papierze kuchennym, a zamiast niedostępnych u nas gorzkich migdałów wezmę tylko ich aromat. Dobrze upieczone ciasteczka powinny być oczywiście migdałowe i kruche jak… szczęście. Zachwycą każdego.

środa, 07 lutego 2018
Kilka słów o ogórkowej z podrobami w tle

Podroby, także drobiowe, były dawniej często kupowane, przyrządzane i jedzone. Rzecz jasna, nie w kuchni bogaczy – nie przy obiadach czy kolacjach wytwornych. Kupowała je na ogół biedota, a jeżeli ludzie majętni, to albo z oszczędności, albo z upodobania. Bo podroby wiele osób po prostu lubiło. I pewnie jeszcze dzisiaj jeszcze lubi, tylko… o tym nie wie. Bo podroby dzisiaj mało kto kupuje. A przecież, jeśli się jada mięso, ekologiczne podejście i szacunek dla zwierząt, powinny sprzyjać niemarnowaniu żadnej z nich części. W dodatku podroby są tanie, a zapewniają posiłek w pełni wartościowy. Jeden wyjątek: powinni ich unikać artretycy. Starannie przyrządzone pozwolą postawić na stole bezpretensjonalne dania z kuchni domowej, o charakterze rustykalnym, staroświeckie w wyrazie. Spróbujmy!

W moim domu rodzinnym, ze względów oszczędnościowych, podroby się jadało. Kupowałyśmy je Mamą na warszawskiej Starówce, w sklepie mięsnym przy Wąskim Dunaju. (Nawiasem, po sąsiedzku mieścił się dobry sklep z rybami). Obu sklepów już nie ma, są jakieś restauracje i sklepy z bursztynami. Signum temporis. Ale podroby można kupić w mięsnych stoiskach  hipermarketów. Na przykład żołądki drobiowe. Kto chce postawić na stole obiad, jaki być może jadała ich prababacia, niech po nie sięgnie. Taki obiad może być wzmacniającym punktem zimowego, mroźnego dnia. Przywróci siły nadwerężone odśnieżaniem samochodu czy brnięciem po oblodzonym chodniku. A jest bardzo smaczny, tak po domowemu.

Proponowany przeze mnie obiad składa się z dwóch dań: z zupy i dania głównego. Zupę gotujemy na obgotowanych drobiowych żołądkach. Te potem dusimy. Do obu dań nie żałujemy warzyw. One nadadzą wartości, smaku i tego szczególnego zapachu, który tworzy atmosferę domu.

Zupą niech będzie ogórkowa. Do niej użyłam słoiczka aromatycznych, pachnących koperkiem ogórków kiszonych przygotowanych latem przez moją przyjaciółkę (Jolu, dziękuję!). Taki ogórkowy przecier można i kupić. Choć kupne przy tych przygotowanych latem w domu są bez szans! Mam wrażenie, że zupa ogórkowa należy do nieco mniej modnych, a może nawet zapomnianych. Czy wasze dzieci znają jej kwaskowy smak? Powinny ją lubić nawet niejadki.

Teraz cytat:

„Zupy ogórkowe, tzw. rassolniki, są w kuchni rosyjskiej bardzo popularne. W skład ich wchodzą zawsze, jako charakterystyczny składnik obok innych warzyw – nieduże ilości kwaszonych ogórków wraz z zalewą, co nadaje im specyficzny smak i aromat. Zupy ogórkowe sporządza się z różnymi produktami mięsnymi, jak drób, podroby z drobiu, nerki, serce wołowe, oraz ryby, np. sandaczem, sumem. Można również sporządzić zupę ogórkowa na wywarze z grzybów. Do zup można podawać watruszki z twarogiem, a do zup z rybą – rastiegaje z rybą.” Watruszki i rastiegaje są rodzajem rosyjskich pierożków. Bo krótkie omówienie zup ogórkowych pochodzi z „Kuchni rosyjskiej”, książki napisanej przez Hyginę Seheń, wydanej w roku 1976. W ogóle warto wiedzieć, że ta właśnie kuchnia słynie zupami kwaśnymi. Są to i rassolniki, i szczi, i barszcze, i do pewnego stopnia bogato mięsne solanki. Czy to przypadek, że akurat te zupy dobre są na kaca? Pewnie nie! Autorka podaje przepisy na cztery warianty zupy ogórkowej, wszystkie wyglądają na pyszne. Są to: Ogórkowa domowa, Ogórkowa leningradzka [czy dzisiaj petersburska?], Ogórkowa z drobiem i z nerkami po moskiewsku. Nieprzypadkowo. Tak jakoś się utarło, że ogórkowe zupy na podrobach dla niektórych mają smak najlepszy. Choć można je gotować także jako jarskie, tylko na wywarach warzywnych. Ciekawych odsyłam do książki (pewnie można ją znaleźć w antykwariacie). Sama podam przepis starszy na rassolnik – z roku 1883. Znalazłam go w „Tygodniku Kucharskim”, do którego nie raz już sięgałam. Przepis to wytworny i oryginalny. Taką zupę można podać podczas obiadu wykwintnego, jak wówczas mawiano.

 

Usmażyć szatkowanej włoszczyzny na maśle, wsypać troszkę mąki, jak się zasmaży odstawić na bok aby wystygła, potem rozebrać dobrym rosołem, postawić na wolny ogień niech się gotuje; można włożyć do tego dróbka od pulard, od zwierzyny i parę ogórków kwaszonych. Następnie mieć otresowaną ładnie włoszczyznę i takową odgotować w rosole, a po odgotowaniu włożyć do rondelka, wkrajać podobnież drobno kwaszonych oczyszczonych ogórków, pokrajać parę nawpół odpieczonych kuropatw, przecedzić w to zupę i niech się tak pomału na wolnym ogniu gotuje; przed samem wydawaniem przyszykować zaprawę: trochę dobrej młodej śmietany, wbić parę żółtek, dodać kawałek masła, tartego parmezanu, wlać tę zaprawę do zupy, zamieszać, spróbować na smak soli i dać na wazę.

Ten „rosolnik” wykorzystuje więc dróbka z pulard, czyli z młodych, specjalnie tuczonych kur. A właśnie dodatek kuropatw czyni zupę wytworną. Moja ogórkowa była skromniejsza, prostsza w wykonaniu, po prostu domowa. Proszę porównać.

 

Zupa ogórkowa po mojemu

30–50 dag żołądków drobiowych

2 liście laurowe

po kilka ziaren ziela angielskiego i czarnego pieprzu

porcja włoszczyzny (marchew, pietruszka, biała część pora i plaster selera korzeniowego, kawałek kapusty)

masło

przecier z ogórków kiszonych z koprem

sól, pieprz

ew. gęsta kwaśna śmietana

 

Drobiowe żołądki oczyścić, odkroić brzydsze cząstki i tłuszcz. Pół godziny gotować we wrzącej wodzie z korzeniami. Wyjąć je z wywaru, ten zachować. Warzywa oczyścić, pokroić w plasterki, kostkę albo w słupki. Poddusić w roztopionym maśle. Mięknące warzywa zalać wywarem. Gotować 20–30 minut. Dorzucić ogórki, posolić, popieprzyć, gotować 10–15 minut, aż smaki się połączą. Usunąć gałązki kopru, liście laurowe i ziarna korzeni. Kto chce, może zupę zaprawić śmietaną.

Nadmienię, że do zupy ogórkowej zwykle używa się białych warzyw korzeniowych, bez marchwi. Ale ja ją dodaję i dla koloru, i dla smaku. Trzeci przepis na tę kwaskową zupę podam za Panią Elżbietą, czyli Elżbietą Kiewnarską, tym razem jako autorką książeczki „200 obiadów”. Jest to kolejny wariant tej smacznej zupy. Tym razem z ziemniakami. To także wariant domowy i gospodarski, a nie bankietowy. Rodzaj ogórkowej kartoflanki.

ZUPA OGÓRKOWA.

Pół kilo kartofli pokrajanych w długą kostkę, zalać półtora litrem smaku z kości z włoszczyzną, lub z jarzyn, gotować, aż zmiękną. Jeden bardzo duży lub dwa mniejsze ogórki kiszone obrać, pokrajać w płatki, wrzucić do zupy, kto lubi zupę kwaśniejszą, może wlać kilka łyżek rosołu od ogórków. Zagotować raz razem. Kwaterkę śmietany rozbić z łyżką mąki pszennej, wlać do zupy, zagotować raz tylko. Do wazy wsypać trochę zielonego koperku lub pietruszki.

A co z ugotowanymi żołądkami? Pani Elżbieta wykorzystałaby je do sporządzenia dania z ryżem. Ilustracja z książeczki. No i pisownia oryginału.

 

RISOTTO.

Zasmażyć drobno pokrajaną cebulę z dużą łyżką masła, wrzucić na to 20 deka suchego ryżu i smażyć dalej, wciąż mieszając, aż ryż lekko zżółknie, wtedy podlewać go co kilka minut paru łyżkami rosołu mięsnego, rybnego, jarskiego a nawet wody i dusić wolno, potrząsając rondlem, aby do dna nie przystał. Risotto takie można zmieszać z dróbkami z kur czy indyka, drobno pokrajanemi, z kurą pokrajaną drobno, każdą rybą, gotowaną, połupaną i obraną z ości, z pieczarkami podduszonemi w maśle, z kawałkami bażanta, kuropatwy, szynki, parówek, pokrajanych na cząstki itp. Podając, posypać grubo ostrym, tartym serem i podać oddzielnie czysty sos pomidorowy.

Drugą propozycją jest bardzo ciekawe danko, które można przyrządzić nie tylko z tytułowych podróbek z indyka. Z kurczaków także. A podroby nazywano kiedyś także dróbkami.

DRÓBKI INDYCZE W POTRAWCE.

Dróbki indycze gotujemy na rosół, który jest smaczniejszy od rosołu z kury. Rosół podajemy z kluseczkami lub ryżem, a dróbki ładnie podzielone, polewamy bądź białym sosem z koperkiem, bądź też dusimy je z 40 deka wpierw ugotowanych kasztanów, 40 deka nawpół ugotowanej brukselki, łyżką masła i półkwaterkiem śmietany. Można też dodać do takiej potrawki łyżkę cukru.

A ja obgotowane na wywar żołądki drobiowe po prostu udusiłam. Bez wielkich ceregieli.

 

Duszone żołądki drobiowe po mojemu

obgotowane żołądki drobiowe

2 cebule

2–4 ząbki czosnku

kilka łyżek wywaru z gotowania z warzywami lub po dodaniu ogórków

2 liście laurowe

2 ostre peperoni

sos Worcestershire

sól, pieprz

masło klarowane, smalec gęsi lub olej

Oczyszczone i obgotowane jak wyżej żołądki pokroić w paseczki. Na patelni z grubym dnem rozgrzać tłuszcz. Poddusić w nim do lekkiego zazłocenia półplasterki cebuli. Dorzucić czosnek posiekany lub roztarty. Zalać wywarem. Dodać liście laurowe i papryczki. Przykryć, dusić do miękkości (ok. 30 minut). Doprawić do smaku sosem Worcestershire.

 

Na końcu potrawę do smaku posolić i popieprzyć.

Kto lubi sos gęstszy, może go zagęścić mąką. Ale to nie jest konieczne. To danie skromne, ale bardzo smaczne podajemy do kasz (gryczana chyba najlepsza!), ryżu lub gotowanych ziemniaków. Rozgrzewa, ociepla, a dzięki dodatkowi czosnku wzmacnia naszą odporność. Z zupą zaś ogórkową stanowi znakomity duet. Wiedzieli o tym Rosjanie, specjaliści siarczystych mrozów i od zup, które są uważane za najsmaczniejsze na świecie.

sobota, 03 lutego 2018
Kaczka z fasolą? Czemu nie?

Jeszcze do niedawna  kaczkę można było kupić tylko w całości. A przecież nie zawsze całą się dało zjeść. W dodatku cała kaczka ma części mało zjadliwe – na przykład grzbiet czy skrzydła. Zwykle te części odcinam i gotuję na nich zupę. Pomidorową albo krupnik (nawiasem, to jedna z zup zapomnianych, a starannie wykonana ma wiele uroku). Tak więc nawet duża kaczka daje nie całkiem duży obiad. Gdy mamy do wykarmienia więcej osób, a kaczkę chcemy upiec, warto wtedy ją nadziać. Dobry farsz nie tylko ją rozmnoży, ale i przyda jej nowego wyrazu.

Ale co zrobić, gdy szykujemy mały obiad, dwu-trzyosobowy? Kupić tylko kacze udka. Cieszę się, że tak można. Udka dają się upiec, ugotować albo udusić. Inne możliwości daje sama pierś, ale od udek jest droższa, wymaga ponadto nieco większych umiejętności kuchennych, aby dało się ją zjeść. Udka przyrządzą się zdecydowanie prościej. Udadzą się nawet antytalentowi kulinarnemu. A nawet on chce czasem błysnąć.

Wymyśliłam połączenie kaczki z włoską brązową fasolką borlotti. Jej puszka stała u mnie już smętnie i czekała na swój czas. I się doczekała. Połączyłam ją ponadto z włoskim przecierem pomidorowym. Czy powstało danie włoskie? No, powiedzmy, że we włoskim stylu. Całość doprawiłam gotową przyprawą nazywającą się karaibską. Składa się z nasion kolendry, cebuli w płatkach, soli i cukru. Śmiało można ją skomponować samemu. Warto pamiętać, że każde nasiona nieco uprażone na suchej patelni rozwiną pełną moc smaku.

 

Udka kaczki z fasolką w pomidorach po mojemu

udka kacze

gotowa przyprawa karaibska (Caribean Rubs)

mielona ostra papryka (pili-pili)

puszka fasolki borlotti

dobry przecier pomidorowy

olej lub oliwa

 

Kacze udka natrzeć przyprawami. Odstawić na pół godziny. Olej lub oliwę rozgrzać, udka obsmażyć z każdej strony. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st. na pół godziny.

 

Mięknące udka podlać wywarem z odcedzonej fasolki. Wstawić na kwadrans do piekarnika. Następnie obłożyć fasolką. Dopiec kolejne 15–20 minut, gdyby pozostały twarde, przykryć je przykrywką lub folią aluminiową i poddusić. Na ostatnie 10 minut dołożyć przecier pomidorowy, wymieszać z fasolką.

Zamiast piec, udka można udusić. Czyli po obsmażeniu przełożyć do rondelka, podlać wodą, a następnie wywarem z fasolki. Potem dusić z fasolą i przecierem pomidorowym. Udka pozostaną miękkie, co będzie zależało tylko od czasu ich duszenia. Tak więc nawet antytalent kuchenny zasłuży na pochwałę. Zwłaszcza że powstanie potrawa prawdziwie smaczna. Podajemy ją z ryżem lub pieczywem. W ostateczności z ziemniakami. Sałatę lub jakąś sałatkę warto podać jako appetizer wcześniej. A po kaczce? Proponuję jako deser sałatkę owocową. Zimową, najprostszą.

 

Sałatka owocowa zimowa po mojemu

banan

jabłko

gruszka

cukier puder lub ksylitol

likier malinowy lub inny albo owocowa nalewka

przyprawa korzenna: kardamon z cynamonem

 

Banana bez skórki pokroić w plasterki, jabłko i gruszkę w paseczki. Tych owoców można nie obierać. Ułożyć na spodzie salaterki połowę plasterków banana, na to dać połowę paseczków jabłka, wszystkie gruszki, potem znów jabłko i plasterki banana. Skropić likierem, posypać cukrem pudrem i przyprawą korzenną. Schłodzić.

Wróćmy na chwilę do kaczki, bo przecież może być podawana nie tylko z po mojemu – z fasolą. Kilka innych propozycji przyrządzenia podrzucił w roku 1927 „Gastronom”. To ciekawe i ambitne pismo było organem „związku zawodowego pracowników przemysłu gastronomicznego w Polsce”. Właśnie tak się tytułowało. Jego autorzy pisali przede wszystkim o cieniach pracy kelnerów. Byli przeciw napiwkom, przeciw wyzyskowi kucharzy i kelnerów przez restauratorów (wspierali akcje strajkowe!), za integracją środowiska, za wyższą kulturą pracy. Dlatego też pismo szerzyło wiedzę kulinarną przydatną w tym fachu.

 

W jednym z numerów autor podpisany „Kulinar” opisał pokrótce kilka rozmaitych potraw. W tym trzy sposoby podania kaczki. Kogo odrzuca moja kaczka z fasolą, może przyjmie którąś z propozycji „gastronoma”, a raczej „kulinara”.

 

[…] Kaczka po flamandzku, Duszona kaczka pocięta w kawałki, z boczkiem wieprzowym z parówkami, cebulą i kapustą włoską, zaprawiona sosem pomidorowym.

Kaczka po obywatelsku. Pocięta kaczka na części duszona w rondelku ze słoniną w kostki, z zielonym groszkiem, kapustą świeżą zaprawioną sosem niemieckim.

Kaczka po tyrolsku. Faszerowana jabłkami, upieczona w piecu polana sosem pomidorowym z galaretką pożeczkową [tak w oryginale!]. [...]

Każdą z tych kaczek można poddusić, także tę trzecią. Byle jednak najpierw podsmażyć. Sos pomidorowy z porzeczkami (jednak tak pisanymi!) wydaje się dziwny, ale pobudza wyobraźnię. Może warto wypróbować.

wtorek, 30 stycznia 2018
Na obiad: tarta i sernik

W roku 1934 Pani Elżbieta, czyli pisząca pod tym pseudonimem znanym wówczas i będącym dobrą marką Elżbieta Kiewnarska, odnotowała ówczesne nowinki. Cieszyła się, że i jak bardzo ułatwiają życie gospodyniom. Dla nas te nowinki są oczywiste; niektóre stały się wręcz… staroświeckie.

Warto zapoznać się z felietonem Pani Elżbiety nie tylko z historycznego obowiązku, ale i po to, aby uzyskać nieco szersze spojrzenie na czasy, w których żyjemy. Czy nasz babcie i prababcie by pomyślały o tych udogodnieniach, które nam wydają się tak oczywiste? Nawet by ich nie wymyśliły! Czytając o nowinkach gospodarskich z lat trzydziestych XX wieku uradujmy się trochę tym, co nam ułatwia życie. Miksery, blendery, wszystkie kuchenne maszynki oszczędzają czas i siły (jako dziewczynka, pomagałam Mamie ucierać ciasto drewnianą pałką, przypłacając tę pomoc bąblami na dłoniach…). Pracują dla nas lodówki, zamrażarki, pralki i zmywarki. Mamy szybkowary i parowary, piekarniki z różnymi rodzajami pieczenia, cudowne garnki, noże ostrzone laserowo, silikonowe foremki. Itede, itepe. I my się jeszcze na coś skarżymy?!

Wśród nowinek Pani Elżbieta umieściła i kuchenne utensylia, i produkty. Nieoczekiwanie także ryby wędzone. Proszę zwrócić uwagę na opis, jak można je podać na ciepło, jako danie obiadowe czy kolacyjne. A ja wędzoną makrelę potraktowałam jeszcze inaczej. O tym jednak potem. Na razie felieton gospodarski Pani Elżbiety w przedwojennej pisowni, z jej kresowymi naleciałościami; urodzona w Petersburgu, dzieciństwo spędziła na Inflantach.

 

Starsze pokolenie pań domu dobrze musi pamiętać nieustanny stuk, dochodzący z kuchni. Siekano na stolnicy tasakami, nożami – siekano mięsiwo i ryby, jarzyny i owoce. Tłuczono w moździerzach różne cuda ingrediencji.

Wynalazek maszynki do siekania mięsa położył koniec tym hałasom. Poczciwa maszynka nietylko drobi wszystko, co się da rozdrobić, lecz nawet, dzięki nowym przyborom, przeciera dokładnie farsz pasztetowy, uciera mak na strucle, formuje różnego rodzaju ciastka, okazuje wciąż nowe usługi.

Natomiast cały szereg trudności wynika przy otwieraniu puszek z konserwami, które to konserwy coraz częściej w naszej kuchni są stosowane. Rozmaite kluczyki, nożyki i t. p. wciąż się łamią i do otworzenia pudełka groszku lub puszki moreli używa się kuchennego noża, tasaka, młotka, ba, nawet topora. Ręce się przy tam rani, zawartość puszki gniecie, nierówne brzegi grożą niebezpieczeństwem przy nabieraniu z puszki na talerz.

A tymczasem już od lat paru istnieje drobny przyrządzik, niestety, zbyt mało jeszcze znany, za którego pomocą kilkoletnie dziecko może otworzyć każdą dużą czy małą puszkę metalową, przy czem blacha przy brzegu nie tylko zostaje równo obcięta, lecz nawet gładziuchno zagięta, tak, że opróżnionej pustki możne używać jako naczynia do picia. Czemuż tego narzędzia nie znały nasze żołnierzyki czasu wojny! Ile się one namęczyły otwieraniem konserw – codziennego ich pożywienia, wyrównywaniem brzegów puszek, aby módz [!] z nich pić wodę ze źródeł – częściej rowów – przydrożnych, a jednak i te puszki raniły im nieraz boleśnie usta!

Czekolada w blokach lub tabliczkach, jeśli ma być użyta w kuchni, musi być bądź utarta na tarce, bądź rozpuszczona w cieple. Pierwszy sposób zabiera dużo czasu, drugi wymaga stałego dozoru – jedna chwila nieuwagi i czekolada już się przypaliła.

W ostatnich dniach spotkałam nowość. Nie czekoladę płynną, już dawno znaną i używaną do prędkiego przyrządzania czekolady pitnej, lecz jakby gęsty krem czekoladowy, jakby rozpuszczoną na ogniu czekoladę. Słoik takiej masy łatwo się daje przechować i w każdej chwili mamy możność polukrowania tortu lub placka, przełożenia ciastek lub legominy, zrobienia sosu czekoladowego, zaprawienia kremu, sufletu – jednem słowem zastosowania czekolady do każdego deseru lub pieczywa, bez straty czasu na jej rozdrobienie lub rozpuszczenie. Jaka to kolosalna oszczędność czasu i pracy!

Mamy od lat kilku wielką obfitość wędzonych ryb morskich: flondry, certy, węgorze, sielawki i szprotki, smaczne i stosunkowo niedrogie. Jednak wszystko to są ryby drobne, mogące służyć jako przekąski do śniadań i kolacji. Dużych ryb wędzonych w rodzaju przedwojennych, przywożonych z Rosji sigów, nie mieliśmy.

W Gdyni wprawdzie wędzą duże, wyborne w smaku, dorsze, ale, dla niewiadomych przyczyn, te dorsze do stolicy nie docierają. Taka duża ryba wędzona, lekko przygrzana w piecyku, pod blachą, podana z kartofelkami pieczonemi lub z wody z świeżem masłem, stanowi nietylko smaczną, lecz nawet wykwintną potrawę, tem cenniejszą, że nie wymaga wiele czasu ani zachodu z jej przygotowaniem i podaniem.

Szczególniej, jeżeli chodzi o niespodzianą potrzebę dodania potrawy do zbyt krótkiego lub lekkiego obiadu, o urządzenie naprędce kolacji – duża ryba wędzona jest niezastąpiona.

Otóż w ciągu ostatnich tygodni zaczęły się pojawiać wędzone karpie, na razie nieduże, potem coraz większe. Takie karpie co do smaku nietylko nie ustępują sigom, lecz znacznie je przewyższają, należy tylko podawać je możliwie prędko po uwędzeniu, cieple jeszcze. Ponieważ jednak niemożliwe jest mieć zaraz świeco wędzonego karpia na zawołanie, należy rybę (po usunięciu z niej drewienka, na któremi się wędziła, co się uskutecznia za pomocą kilkakrotnego pokręcenia tego drewienka w jedną stronę, poczem łatwo się je wyciąga) postawić na kilka minut do pieca. Gdy się lekko ogrzeje, wyjmuje się ją, zdejmuje delikatnie skórkę, układa na półmisku, ubiera pietruszką czy sałatką, ćwiartkami cytryny, a do niej podaje świeże masło i gorące kartofle lub chleb czarny.

Wędzone ryby, jak czytamy, służą do przygotowania błyskawicznego obiadu. Co przed wojną było odkryciem! Ale i my w tej postaci zbyt często ich nie jadamy. A warto z nich korzystać nie tylko kładąc na kanapki czy półmiski zimnego bufetu. Makrelę, dziś chyba najpopularniejszą z wędzonych ryb, wzięłam do przyrządzonej naprędce tarty. Każdy potrafi ją przygotować w dziesięć minut. I upiec w pół godzinki.

 

Tarta z wędzoną makrelą po mojemu

ciasto francuskie lub kruche schłodzone

wędzona makrela

pomidorki koktajlowe

szczypior z dymki

2–4 łyżki śmietany kremowej

1–2 jajka

pieprz, sól

Ciasto na tartę wyjąć z lodówki 10–15 minut przed przyrządzeniem. Piekarnik nagrzać do 180 st. C lub tak, jak podano na opakowaniu ciasta. Foremkę z ciastem wstawić do niego na 15 minut.

 

Makrelę obrać ze skóry, po usunięciu ości podzielić ją na cząstki. Pomidorki przekroić na pół. Szczypior posiekać dość grubo. Śmietanę rozkłócić z jajkami i solą oraz pieprzem. Wylać na podpieczone ciasto. Rozłożyć na nim kawałki ryby, pomidorki, posypać szczypiorem.

 

Wstawić tartę ponownie do piekarnika. Zapiekać 15 minut. Wyjąć, gdy ciasto się lekko przyrumieni. Podawać na gorąco, ale i na zimno tarta będzie smaczna.

Po wyrazistym w smaku obiedzie będzie nam smakowało „coś słodkiego”. Przyda się sporządzony rano czy co najmniej dwie godziny przed obiadem sernik na zimno. W sumie także błyskawiczny.

 

Sernik ciasteczkowo-bananowy na zimno po mojemu

1/2 kg mielonego białego sera

galaretka zielona z kiwi

galaretka czerwona z malin lub truskawek

2 banany

opakowanie klasycznych herbatników

Tortownicę wyłożyć herbatnikami. Przyrządzić galaretkę z kiwi rozpuszczając zawartość torebki w nieco więcej niż połowa szklanki wody. Drugą galaretkę rozpuścić zgodnie z przepisem na opakowaniu w 2 szklankach wody. Obie ostudzić. Galaretkę z kiwi wymieszać z białym serem. Domieszać plasterki bananów i rozkruszone herbatniki. Na herbatniki w tortownicy wyłożyć masę serową. Na niej rozłożyć plasterki banana. Schłodzoną galaretkę malinową miksować do pojawienia się pianki. Wylać na masę serową. Wstawić do lodówki.

Delikatna słodycz sernika zatrze wyrazisty smak wędzonej ryby. Kto chce, może go dosłodzić cukrem pudrem czy jakąś zdrowszą odmianą słodyczy, np. ksylitolem. Ale wcale nie jest to konieczne. Słodycz galaretek, bananów i ciasteczek w zupełności wystarcza.

Klamrą zamykającą dzisiejszy wpis uczynię także przedwojenne refleksje na temat gastronomicznych nowinek. Ich autorką była Felicja Stendigowa z domu Infeld, dziennikarka, pisarka (1895–2 maja 1945 w Bergen Belsen). Współpracowała z wieloma pismami, w tym kobiecymi. Znalazłam ją także wśród współpracowniczek „Nawego Dziennika”, żydowskiej gazety w języku polskim, ukazującej się w Krakowie. Tekst pochodzi z roku 1935 a zamieściła go „Pani Domu”. Zilustruję go obrazkiem z tego samego numeru przedstawiającym modne wówczas i lansowane jako nowoczesne zastawienie stołu. I ten tekst w pisowni oryginału.

 

Gastronomiczne refleksie

Niezgłębione są zaprawdę drogi myśli ludzkiej . Zdanie to wyda się może zbyt patetyczne w odniesieniu do tak skromnej dziedziny, jaką jest gastronomja, a jednak i na tym skromnym odcinku czynną była myśl ludzka, wynajdywała, odkrywała, ulepszała i z barbarzyńskich początków człowieka pierwotnego doprowadziła do szczytów epikuryjskiego smakoszostwa; od człowieka jaskiniowego, opiekającego nad stosem chróstu połać przez się upolowanego zwierza – doprowadziła do najbardziej wyrafinowanych wyczynów kulinarnych, renomowanych, a nawet dekorowanych orderami „maitres d'hótel”. Od pierwszego glinianego czerepu, do wytwornego serwisu z sewrskiej czy rosentalowskiej porcelany, to niemniej uciążliwa, kręta i żmudna droga myśli ludzkiej (choć niewspółmierna może w zakresie) jak od smolnego łuczywa do żarówki Edisona.

Posługujemy się najrozmaitszemi ulepszeniami, spożywamy najprzeróżniejsze potrawy, nie mając najczęściej pojęcia, komu je zawdzięczamy. Ot przypadkiem dowiedzieliśmy się tu niedawno z dzienników, że taki świetny wynalazek, jakim są bezsprzecznie lody, zawdzięczamy Włochowi, nazwiskiem Gulieti, ale nikt z nas nie wie, kto np. był pierwszym, który wpadł na pomysł upieczenia chleba, ugotowania kurczaka czy usmażenia jajecznicy. W czyjej to mózgownicy zaświtała poraz pierwszy myśl, że niedoszłe kurczę da się zużyć na potrawę? Był może czas, kiedy i kwoka sama nie wiedziała, co z jajkiem począć – kury wiadomo zawsze głupsze były od piskląt, a tu nagle w jakimś światoburczym umyśle wylęgła się myśl, by takie pisklę in spe zamienić w jajecznicę. „Heureka”! jakie zawołał (a) pierwszy odkrywca czy odkrywczyni na widok tej nowej potrawy, było .zapewne niemniej radosne od okrzyków słynnych wynalazców. Albowiem w danej chwili i na danym odcinku nawet małoznaczne sprawy dla zainteresowanej osoby wielkiej nabierają wagi.

I dlatego pierwsze pieczyste czy jakikolwiek inny poraz pierwszy sporządzony specjał niemniej cieszyć musiał swego „odkrywcę”, jak – ważmy się na to porównanie – pierwsze sztuczne skrzydła nowoczesnego Ikara – Leonarda da Vinci. Ta tylko zachodzi różnica, że jeśli chodzi o aeronautykę wiemy przynajmniej, kto patronował wszystkim późniejszym Bleriotom i Zeppelinom, podczas gdy w dziedzinie kulinarnej nie wiemy, komu zachować wdzięczność. Ostatecznie niewiele znaczy nazwa. „Róża i inną mając nazwę – tę samą woń roztaczałaby dokoła” – powiada Shakespeare. Najczęściej przypadek był matką wynalazków.

Jedne wynalazki zadomowiały się prędko, gładko, z innymi szła sprawa opornie. Jedne wkraczały tryumfalnie, by po krótkim wspaniałym panowaniu pójść w zapomnienie jak olśniewające fajerwerki pewnych talentów, które wyśpiewują odrazu swą pieśń łabędzią i milkną. Inne znowu niepostrzeżone czy zlekceważone zrazu, jak skromnie gwiazdeczki na firmamencie, dzięki jakiemuś szczęśliwemu trafowi słonecznego nabierały blasku. Tak było i z prozaicznemi potrawami.

Weźmy naprzykład taką kartoflę. Rosła sobie ta kłączasta bulwa w Chili [tak!], Boliwji, Peru i nikt o niej nie wiedział w starym świecie. Trzeba było aż odkrycia Ameryki, by przenieść tę cudaczną roślinę za pośrednictwem krewniaków angielskich żeglarzy Drake i Hawkina do Europy. Zrazu jako przysmak na książęcych i królewskich stołach – staje się z biegiem czasu ta po włosku nazwana „tartufoli” podstawową żywnością szerokich mas i niepospolicie ważną rolę odgrywa w historji gospodarki światowej. Kartofla, którą zrazu urocze księżniczki ostrożnie jako rarytas łykały, wydymała póżniej i wydyma nadal rachityczne brzuszki wiejskich i miejskich Jaśków i Wojtków, stanowiąc niemal ich jedyne pożywienie.

Poczciwa kartofla, ta której Mickiewicz poświęcił osobny poemat, a która znowu w aqua vitae przemieniona natchnieniem niejednego była poematu – zasługuje ze wszech miar na poetyckie pienie.

A taka kawa. Mocna, wonna, upojna. Z abisyńskiej ojczyzny powędrowała do Arabji, gdzie ją w wielkich miano honorach. Nieprędko przekonała się do niej Europa. Aczkolwiek w 17 wieku w każdem większem mieście istnieją kawiarnie (sam Londyn posiadał pono imponującą liczbę 300 kawiarń) – to jednak nie w każdym kraju zyskuje sobie szybko zwolenników. Choć imćpan Kulczycki, założyciel pierwszej kawiarni w Wiedniu sam był z Polski rodem – to jednak nie wszyscy Polacy hołdowali od razu temu napojowi. Nie mógł się np. przekonać do niej Hieronim Morsztyn, o czem świadczy jego wiersz:

„W Malcie-śmy pono kosztowali kafy / Trunku dla Turków... / Ale tak szkarady / Napój, tak brzydka trucizna i jady / Co żadnej śliny nie puszcza za zęby / Niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby”.

A jednak nie Morsztyn, ale kawa zwyciężyła. Nie tylko chrześcijańskie ale i innowiercze plugawi gęby i nie obeszli się już ludzie bez tej trucizny.

Podobnie miała się rzecz z potrawami jarskiemi, do których odnoszono się zrazu nieufnie i z pogardą. Ilustruje nam to m. in. wierszyk Jakóba Trembeckiego „Na włoską ucztę" (Wirydarz):

Rozumiejąc, że bydła do siebie naprosił,
Pełno chwastu nasz dobry gospodarz nanosił,
Którym widzę częstuje swą miłą drużynę,
Kładąc przed nie chmiel, rutę i młodą jarzynę,
Rzodkiew, czosnek, rzeżuchę i sałatę daje,
Tylko jeszcze na wety siana nie dostaje.

Te wszystkie doniedawna jako „quantité”, a raczej jako „qualité négligeable” traktowane chwasty, zioła czy siana zyskały sobie ostatnio pełnię praw obywatelskich i żadna współczesna racjonalna kuchnia nie jest do pomyślenia bez wartości odżywczych zawartych w jarzynach.

Każda potrawa, każdy napój ma swą historję. Nie pytamy jednak o różne zmagania przy powstawaniu najprzeróżniejszych wytworów – do gotowych przychodzimy zdobyczy. Nie tak dobrze było naszym prababkom, które z braku udogodnień, więcej się nabiedzić musiały, by stworzyć kulinarne arcydzieła, chociaż znowu z drugiej strony mniej wydelikacone i raczej na ilość niż na jakość nastawione podniebienia małżonków ułatwiały sytuacje, a bardziej wypchane kabzy lepiej spełniały swe zadanie niż dzisiejsze ogołocone kieszenie. Jednak i dzisiejsze pokolenie ma jeszcze szerokie pole do inwencji.

I dziś jeszcze stworzyć można poematy w gastronomji, co w każdym wypadku przenieść należy nad bigosy w literaturze.

I tak można pisać o jedzeniu! Bardzo erudycyjny tekst, prawda? Konstatacja w sumie banalna: nowinki albo przemijają, albo gładko wchodzą w życie, niektóre tak głęboko, że nie zastanawiamy się nad tym, iż kiedyś były nowinkami. Dlaczego jedne się przyjmują, inne nie? To temat do kolejnych rozważań, może i na takie kiedyś trafię.

piątek, 26 stycznia 2018
Śledź, orzechy i jabłka…

…to połączenie nieoczekiwanie szczęśliwe. Danko obiadowe proste. Na ciepło. Oryginalne. Wcześniej wymoczmy śledzie, bo przyrządzamy filety śledzi umiarkowanie solonych, czyli matjesy. (Pisownia jest różna; spotkamy matjasy, matiasy, itd. Na coś się trzeba zdecydować i stosować konsekwentnie). Tak samo można oczywiście przyrządzić śledzie świeże. Ale jakoś ich nie widzę w sprzedaży.

Śledzie solone moczę w mleku, zwłaszcza do tego dania, gdyż mają być delikatne i nawet słodkawe. Czas moczenia warto dopasować do swojego smaku. Akurat w tych śledziach nadmiar soli by przeszkadzał, ale ktoś może mieć inny smak niż ja (solę bardzo mało!).

 

Śledzie i jabłka panierowane w orzechach po mojemu

filety ze śledzi

mleko do wymoczenia śledzi

orzechy mielone, laskowe lub włoskie

ładne jabłko z czerwoną skórką

olej arachidowy do smażenia

Śledzie dobrze obmyć w zimnej wodzie. Zalać mlekiem, moczyć je, aż uzyskamy pożądany smak. Chcąc pozbyć się soli dokładniej, zalewać je mlekiem dwa, a nawet trzy razy. Jabłko oczyścić z gniazda nasiennego, bez obierania skóry pokroić w ósemki.

 

Na patelni rozgrzać olej. Śledzie wyjmować z mleka i jeszcze wilgotne obtaczać w orzechach. Wrzucać na olej.

 

Razem z ostatnią partią usmażyć cząstki jabłek umoczone w mleku i obtoczone w orzechach (przyklepać je dłonią, ostrożnie obracać).

 

Wyjmować uważnie na kuchenny ręcznik papierowy, aby wchłonął tłuszcz. Układać na nagrzanym półmisku.

Już? Już. Do takich śledzi – a ich zapach warto dokładnie z kuchni wywietrzyć – podajemy jakąś surówkę. Klasyką będzie każda z kiszonej kapusty. Do mojej dodałam grubo startą marchew i dorodne, pokrojone na cząstki miękkie daktyle. Olej arachidowy był wystarczającym dressingiem. A przyprawą czarny pieprz z młynka.

 Czy połączenie śledzi z jabłkiem jeszcze dzisiaj kogoś zadziwi? Myślę, że nie. Ale zaraz udowodnię, że nie jest niczym nowym ani szokującym. Może pomoże się z nim oswoić przepis z kucharskiej książki sprzed przeszło stu siedemdziesięciu lat. Dziełko miało tytuł „Kucharka wydoskonalona” i było zapewne tłumaczeniem z niemieckiego (być może wzorem była któraś z książek drukowanych w Wiedniu).

 

Tutaj znalazłam przepis na potrawę ze śledzi z jabłkami. Po pierwsze: nie jest smażona, komu więc nie odpowiada zapach smażonej ryby, może po nią sięgnąć. Po drugie: dawniej była to potrawa śniadaniowa. Tyle że takie śniadania jadano koło południa, coś jak dzisiejszy lunch. Mężczyźni takiego śledzia raczej nie jedli bez alkoholu. Skoro więc i my go podamy na obiad lub kolacyjkę, schłodźmy dobrą czystą wódkę w lodówce, a jeszcze lepiej w zamrażalniku.

 

A „Kucharka wydoskonalona” miała w gazecie dobrą reklamę także rok później:

 

Na zakończenie jeszcze kawałeczek historii kulinarnej. W „Kurierze Warszawskim” z tego samego 1847 roku, anonsowano wydanie jeszcze innej książki kucharskiej, tym razem bez wątpienia polskiej. Może kiedyś rozwikłam jej zagadkę, bo na razie nie znalazłam żadnego jej egzemplarza. Pisownia oryginału.

 

Wyszła w tych dniach z pod prassy nowa książka gastronomiczna p. t: Nadworny Kuchmistrz Polski, etc. Nabyć ią można we wszystkich tutejszych Księgarniach; exemplarz po zł. 6 gr. 20. Wartość wewnętrzną powyższego dziełka sama Publiczność najlepiej ocenić zdoła; wyrazy na wstępie w niem znajduiące się, umieszczamy tu dla osób, które to bliżej obchodzić może. „Wydano iuż wprawdzie niemało książek kucharskich w polskim ięzyku, które po największej części tłumaczone były i są z niemieckiego języka, iak np. Kucharka wiedeńska i t. p. Obejmuią one zazwyczaj same tylko opisy potraw kuchni niemieckiej, co, iak wiadomo, wcale niezaspokaia polskiego smaku. Dla tego też książki te nie odpowiadaią nigdy swoiemu celowi. Jeżeli zaś przypadkiem znajdzie się gdzie lepsze dzieło tego rodzaiu, to zwykle cena iego iest zbyt niedostępną dla wszystkich. Wydana obecnie książka p. i. Nadworny Kuchmistrz Polski, łączyć ma w sobie najgłówniejsze swe warunki. Do wydrukowania iej posłużył rękopism oryginalny, będący owocem pracy pewnego starego doświadczonego smakosza, który gdyby był żył w starożytności, śmiało byłby mógł zaprosić do siebie na obiad samego nawet sławnego podówczas żarłoka Lukullusa, będącego u Rzymian tem, co Francuzi dziś w swym ięzyku oznaczaią przez wyraz gourmet.

Dla tego zbyteczną rzeczą byłoby rozwodzić się tu nad prawdziwemi zaletami niniejszego dziełka i iego praktycznością. Dość powiedzieć, że każdy nawet fanatyczny zwolennik wyśmienitej kuchni, znajdzie tam gastronomiczne skarby dla swoiego delikatnego podniebienia, mogąc przebierać naprzemian między dobrą i zdrową polską, a wykwintną i lekką francuzką kuchnią. Każda także wzorowa Gospodyni powitać może w Nadwornym Kuchmistrzu Polskim życzliwego sobie sprzymierzeńca, który albo dodać iej może iakiego nowego konceptu, albo odkryie nie ieden nieznany iej sposób gotowania, a przy urządzaniu większego obiadu lub wieczerzy pour la bonne bouche, dopomoże iej nie raz i z wielkiego wybawi kłopotu. Nadworny Kuchmistrz Polski, tolerant najuniwersalniejszych smaków, nie przepomniał wreszcie udzielić objaśnień co do przyrządzania
rozmaitych ciast, konfitur i innych cukierniczych przysmaków i łakoci, których sposób robienia i konserwowania, szczególniej po wsiach oddalonych od miast, iest zazwyczaj nader pożądanym dla wszystkich dworów dobrze zagospodarowanych i ich wzorowych Gospodyń”.

Zastanawiam się, czy ów „Kucharz nadworny” nie jest przypomnieniem dziełka „Kucharz doskonały” Wojciecha Wielądki. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 1786, a więc za czasów wolnej Polski, której królował Stanisław August Poniatowski. Wielądko jemu gotował, był więc kucharzem nadwornym. Może ktoś widział „Kucharza nadwornego" i coś o nim wie? A może i ja kiedyś na książkę się natknę. Tak czy siak rok 1847 obfitował w kulinaria. Nasi przodkowie chcieli widocznie czytać, dobrze gotować i jeść. Jak my.

wtorek, 23 stycznia 2018
Gołąbki. I łazanki z kapustą

Taki zestaw jest u nas na ogół stałą parą. Do gołąbków kupuje się zwykle dużą kapustę o liściach w miarę nie ściśniętych. Głowę kapuścianą się obgotowuje (naciąwszy wokół głąba) i stopniowo zdejmuje z niej poszczególne liście. Przeważnie zostaje część z najmniejszymi liśćmi. Niekiedy całkiem pokaźna. Wtedy zwykle ją odkładam, aby po dwóch, trzech dniach przyrządzić kolejną potrawę lubianą u nas w domu – łazanki z kapustą.

Kiedyś wyjaśniłam, że do mojego rodzinnego domu przywędrowała z jakiegoś menu wczasowego. Bardzo ją polubiliśmy, choć, przyznajmy, jest nieco prostacka w swojej kapuścianej istocie. W zimowe chłody smakuje jednak wybornie.

A teraz przepis na nią znalazłam w książeczce, a właściwie broszurce pochodzącej z czasów okupacji, którą w domu widziałam „od zawsze”. Takich broszurek mam zresztą kilka, niektóre są w języku niemieckim, a należały do mojej Babci. Czy na ich podstawie coś gotowała? Tego już się nie dowiem.

W wydanej w Krakowie w roku 1940 książczynie „60 potraw z kapusty” podpisana jako autorka Z. Piechowa zamieściła przepis na naszą domową potrawę z łazanek i kapusty. Przytaczam go wiernie, w nawiasie kwadratowym uzupełniając o sposób przygotowania kapusty wzięty z tej samej pozycji. Opatruję własnymi zdjęciami.

Łazanki z kapustą słodką

Przygotować kapustę świeżą jak na pierożki.

 

[Ugotować w słonej wodzie pokrajaną na części duża główkę kapusty świeżej, odcedzić na sicie, dobrze wycisnąć i posiekać drobniutko tasakiem. W rondlu zasmażyć łyżkę tłuszczu z drobno posiekaną cebulą. Gdy cebula się zrumieni, wsypać posiekaną kapustę, dodać soli, pieprzu i cukru do smaku, dęstować mieszając ciągle, aby się nie przypaliła, następnie wyjąć na miskę do wychłódnięcia].

 

Zrobić dość twarde ciasto, rozwałkować cienko, a gdy przeschnie, posypać mąką, zwinąć i krajać w kostkę, rozsypywać zaraz na stolnicy, aby się łazanki nie porozlepiały., następnie wrzucić na wrząca posoloną wodę, a gdy wypłyną, odcedzić na durszlaku, przelać zimną wodą i polać nieco tłuszczem. Przygotowaną kapustę lekko wymieszać z łazankami i włożyć do rondla wysmarowanego tłuszczem i posypanego bułką lub mąką. Rondelek przykryć pokrywką i piec przez godzinę w gorącym piekarniku (bratrurze).

Dęstowanie oznacza duszenie, czyli trzymanie na ogniu pod pokrywką do zmięknięcia potrawy. Zamiast rondla my umieścimy łazanki w naczyniu żaroodpornym. No i bratrurą z pieca węglowego będzie zwykły piekarnik lub mikrofalówka. Aha, a łazanki kupiłam w sklepie, nie wycinałam ich w domu.

Przepis długi, a sama potrawa bardzo prosta. Do jej przyrządzenia wzięłam smalec gęsi, ale cebulę do kapusty można udusić także na oleju. Choć nie będzie to już ten smak.

A same gołąbki? Były nieco inne niż zwykle. Trochę lżejsze, bo z mięsa indyczego. Połączonego nie tradycyjnie z ryżem, lecz z nasionami szałwii hiszpańskiej (chia). O jej walorach zdrowotnych można znaleźć wiele tekstów. Powiem jedno: jako dodatek do gołąbków się sprawdziła znakomicie. Doprawiłam wszystko gotową mieszanką przyprawową, ale podaję jej skład, bo przecież można ją skomponować samodzielnie: sól, cukier brązowy, papryka i chili w płatkach, nasiona gorczycy, czarny pieprz.

 

Gołąbki z indyczyną i chia po mojemu

pierś z indyka

szałwia hiszpańska chia

przyprawa z Południowego Zachodu (Southwest Rub)

liście kapusty

Mięso zemleć w maszynce.

 

Wymieszać z chia oraz mieszanką przyprawową.

 

Kapustę naciąć wokół głąba, obgotowywać we wrzącej osolonej wodzie, kolejno zdejmując mięknące liście. Pierwsze, brzydsze, odłożyć. Z każdego kolejnego ścinać na płasko twardy nerw, a jeżeli pozostanie twardy, nacinać go płytko. Liście nadziewać farszem.

 

Formować gołąbki. Naczynie do ich gotowania wyłożyć odłożonymi liśćmi kapusty, na nich układać gołąbki, zalać wywarem z obgotowania kapusty, szczelnie przykryć, gotować dobrą godzinę. Można gotować w szybkowarze, układając gołąbki na wkładce do gotowania na parze. Wtedy liście kapusty do wyłożenia naczynia nie będą potrzebne.

Takie gołąbki najbardziej lubimy z sosem pomidorowym. Choć może to być sos grzybowy lub cebulowy. Podaję je z gotowanymi tłuczonymi ziemniakami lub z pieczywem. Oba dania należą do prostej i oszczędnej kuchni domowej. Starannie przyrządzone ucieszą domowników, zwłaszcza gdy podamy je w mroźny dzień, a po nich wypijemy gorącą mocną herbatę.

sobota, 20 stycznia 2018
Schabowe. Jak zwykle i inaczej

Najpierw niech będą klasyczne, chociaż nieco inaczej podawane niż te dzisiejsze. Schabowe w panierce, bo o nich mowa, są wynalazkiem dziewiętnastowiecznym. Skąd się wzięły? Moim zdaniem, trop prowadzi ku kotletom cielęcym po wiedeńsku lub mediolańsku; nie wnikając w spór, który kraj je wymyślił. Są podobnie panierowane w jajku i tartej bułeczce, a następnie smażone na rozgrzanym tłuszczu. Skórka ma być chrupka, mięso soczyste, wysmażone. Sznycle cielęce po wiedeńsku są podawane tylko z plasterkiem cytryny. Ich odmianą są sznycle po holsztyńsku podawane bogato i, dodatkowo, kalorycznie – z sadzonym jajkiem. Ale polskie kotlety schabowe – często wjeżdżające na stół z dodatkiem gotowanej kapusty – są podawane same. Choć nie zawsze tak było. Dowodem opis potrawy i przepis, który zamieścił „Tygodnik Kucharski” w roku 1884.

Zacznijmy od kotletów, po czym przejdźmy do tego dodatku. A będzie nim… sos. Pisownia oryginału, z czasów, gdy wahano się jak pisać: „wziąć” czy „wziąść”. Rychło się wyjaśniło, kiedyś już przytaczałam jak poprawną postać „wziąć” uzasadniał ktoś bodajże w „Kurierze Warszawskim”.

Wziąść [!] schabu wieprzowego z żeberkami, pokrajać z każdego żeberka robiąc jeden kotlet, obtresować końce kostek, poobcinać trochę jeżeli będą za długie, poodbijać mięso tasakiem, uformować kotlety, posolić, umaczać w rozbitem jajku, i obsypać tartą bułeczką. Kiedy czas dawać, odsmażyć kotlety na maśle na obydwie strony, ułożyć na półmiseczku w koronę, w środek dać kartofelki i w sosjerce sos o którym niżej.

Włożyć do rondelka kawałek świeżego masła, dodać parę przesiekanych cybul [to „y” wzięło się ze staropolskiego tzw. e pochylonego, zapisywanego jako é], zasmażyć na ogniu bardzo mało, tak aby cybula się nie zrumieniła, wlać do niej dobrego rumianego sosu i odstawić na wolny ogień, aby się pomału gotowało. Gdy pora dawać, zebrać tłustość z wierzchu, włożyć trochę francuzkiej musztardy, zamięszać, spróbować na smak soli i wlać w sosierkę [!].

Nas kotlety podane z sosem musztardowym by raczej zdziwiły. Podajemy je bez tego dodatku. Ale może dla odmiany warto kiedyś wypróbować ten oryginalny sposób? Byle nie smażyć kotletów na maśle. A jeżeli już, to tylko na klarowanym, aby się nie spaliło. Smażymy na smalcu (proponuję jednak gęsi) lub na oleju.

Ja jednak schabowych z kostką – takie są uważane za najsmaczniejsze, trzeba tylko pilnować, aby przy niej nie pozostały surowe – nie panierowałam. Z panierką są bardziej kaloryczne. Samo smażenie zaś nie najzdrowsze. Choć przyznam, że czasem na nie się porywam.

Kotlety po lekkim obsmażeniu udusiłam. W wesołym, kolorowym sosie. Pomidorowym z dodatkami. Co ważne, ten sposób na kotlety pozwala uzyskać je szybko i bez pryskającego tłuszczu. Gdy się duszą, przygotowujemy dodatki do nich: najlepsze będą po prostu ugotowane ziemniaki lub kasza i sałata; może z zimowej cykorii?

 

Kotlety schabowe duszone w sosie po mojemu

kotlety schabowe z kostką

cebula

przecier pomidorowy (passata)

korniszonki

olej do smażenia

mąka do panierowania

sól, pieprz

 

Kawałek schabu tak podzielić na kotlety, aby przy każdym pozostała kostka. Cebulę pokroić w półplasterki, a korniszonki w plasterki. Kotlety lekko rozbić, posolić.

 

Rozgrzać olej. Każdy kotlet panierować w mące. Wkładać na rozgrzany tłuszcz. Obsmażyć z obu stron.

 

Dorzucić cebulkę. Smażyć razem mieszając cebulę, aż się zeszkli. Zawartość patelni zalać przecierem pomidorowym, gdyby był zbyt gęsty rozprowadzić go wodą. Popieprzyć. Przykryć, dusić ok. pół godziny. Co jakiś czas mieszać. Zbyt gęsty sos rozprowadzać wodą. Gdy kotlety staną się miękkie, dorzucić korniszonki. Zagrzać już bez pokrywki. Po chwili podawać.

Razem z korniszonkami można do sosu dodać puszkę malutkich marchewek, całych lub pokrojonych w plasterki. A do sosu, kto lubi, niech doda roztarty czosnek. Tak samo można podać smażonego dorsza. Będzie równie smaczny jak kotlety. Byle zadbać, żeby sos był skoncentrowany i aromatyczny. Potrawa jest dogodna dla wszystkich żyjących w pośpiechu.

Ten pośpiech, związany z tym, że w domu wszyscy mają jakieś obowiązki i prace, w pełniejszym wyrazie pojawił się po pierwszej wojnie światowej. Kobiety w jej następstwie, ale i w związku z emancypacją, poszły do pracy. Tak zresztą zaczęły pracować na dwa etaty. Ten domowy także bowiem spoczywał na ich barkach. Dopiero w pokoleniu moich dzieci zaczęło się to zmieniać, małżeństwa zaś stały się prawdziwie partnerskie. A przynajmniej większość z nich.

Jednym z ważniejszych aspektów prowadzenia domu było i jest żywienie. Kto gotuje i jak to robi jest ważnym elementem rodzinnej stabilizacji. Warto to robić świadomie i… z przyjemnością. Szlaki na tej drodze przecierały nasze prababcie. W roku 1929 Zofia Szyc-Korska pisząca o gospodarowaniu i kuchni w „Kurierze Kobiecym”, jednym ze stałych dodatków do „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”, czyli popularnego IKaCa, gazety o największym przed drugą wojną nakładzie, prowadziła rubrykę przeznaczoną dla kobiet pracujących (przypomina się Irena Kwiatkowska z „Czterdziestolatka”, czyli kobieta pracująca, co żadnej pracy się nie boi). Uczyła je racjonalnego planowania i przygotowywania obiadów. W jednym z nich znalazły się kotlety ze schabu. Może z jej propozycji ktoś skorzysta? Autorka podpisywała porady inicjałami: Sc. Ko.

 

Gotować można na gazie, spirytusie czy primusie. Jako pomoc i konieczność prawie uważam przy prędkim sposobie gotowania, skrzynkę samowarek, lub jak ją gdzieniegdzie nazywają dogotowywacz. Taką skrzynkę każdy może sobie sporządzić tanim kosztem w domu. Opis skrzynki samowarka i dokładny sposób sporządzenia jej podałam swojego czasu w „Kuryerze Technicznym”.

Pierwszy obiad.

Menu: Rosół z grysikiem. Kotlety wieprzowe z sałatką ziemniaczaną. Krem z biszkoptami. (Owoce).

Czynności podaję do porządku:

1) Postawić wodę w saganku na płomieniu. Funt ziemniaków umyć dokładnie szczoteczką w ciepłej wodzie, nalać wodą gorącą, wsypać szczyptę kminku postawić na płomieniu i gotować, licząc od zagotowania ośm minut, następnie odlać wodę, przykryć szczelnie i wstawić do skrzynki, aby „doszły”.

2) Kostkę Maggi (bulionową) nalać pół litrem gorącej wody, wsypać łyżkę grysiku, zagotować i wstawić do drugiego otworu w skrzynce samowarku.

3) Ubić i uformować dwa kotlety wieprzowe, odkroiwszy poprzednio kostkę (koło kostki mięso się zwykle niedosmaży i jest niestrawne) zamaczać w jajku i bułce usmażyć naprzód na ostrym płomieniu, potem jeszcze pod przykrywką parę minut na małym, złożyć kotlety do rondelka. Wyjąć ziemniaki ze skrzynki, a na to miejsce wstawić rondelek z kotletami. Ziemniaki obrać z łupki, pokrajać w plasterki na salaterkę. Pozostałą od kotletów resztę jajka rozbić z dwoma łyżkami octu, szczyptą soli i cukru, zagotować ciągle mieszając, aby zgęstło, ale się nie ścięło, zalać pokrajane ziemniaki. Kto lubi może dodać troszkę siekanej cebulki, lub pietruszki.

Krem najlepszy zrobiony w przeddzień wieczorem.

Przepis: żółtko, łyżeczka mąki, łyżka cukru, szczypta waniliny (cukru waniljowego); wszystko utrzeć doskonale i zalać ćwierć lt. wrzącego mleka, postawić jeszcze raz na ogniu, zagotować i odstawić w zimne miejsce, mieszając chwilkę, aby się korzuch [!] nie utworzył. Przy wydawaniu ubrać na szklanej miseczce biszkoptami. Obiad gotowy, a potrawy wyjęte ze skrzynki gorące. Rozdzielając pracę systematycznie, tj. wsuwając jedną czynność w drugą (krajać kotlety, podczas, kiedy się ziemniaki gotują itp.) ugotowanie całego obiadu nie potrwa dłużej ponad 20 do 25 minut.

Dzisiaj nie korzystamy ze zbijanej w domu z deseczek skrzynki-dogotowywacza. Dawniej czyniono to z oszczędności, bowiem opał był drogi. Takie skrzynki pomagały gospodyniom zwłaszcza w latach okupacji. Zapewne ich używanie byłoby pożyteczne i dzisiaj, z uwagi na ekologię. Ale czy ktoś jest na to gotowy?

Na zakończenie przedstawię jeszcze rady Pauliny Szumlańskiej zamieszczone w popularnym w owym czasie tygodniku „Dobra Gospodyni”, w roku 1904.

Tylko jedna z rad przyda się przy smażeniu kotletów, ale przytoczyłam wszystkie. Dla pożytku i czerpania uroków z rzeczy dawnych.

wtorek, 16 stycznia 2018
Drób wymyślnie lub prosto

Ze starych czasopism i książek kucharskich można się wiele nauczyć. Fakt, że dawniej czas biegł innym rytmem, że gotujące w nich panie miały w kuchni pomoc służących, że odmienne od naszych były normy jedzenia i obyczaje kulinarne. W domach ludzi raczej majętnych, przypominam. Biedota książek kucharskich ani nie pisała, ani nie czytała.

Nam przyświeca jednak egalitaryzm. Na ogół. Toteż dzielimy się na tych, którzy lubią gotować i cieszą się każdym nowym sposobem przyrządzania przecież wciąż tych samych głównych składników dań oraz tych, którzy kuchni unikają, zamawiają jakąś pizzę lub jedzą coś gotowego, odgrzewając raczej niż gotując. Nie dla tych drugich jest mój blog i wiele innych, podobnych.

Czytamy więc i przywracamy dawne receptury, ciekawsze dania, a raczej jakieś po nich cienie. Nasze impresje na ich temat. Produkty nie te same, a i nasz smak się zmienił. Choć jadamy nadal to samo: zupy, mięsa, ryby, warzywa, nabiał, dania mączne, desery, w tym owoce. Przyprawiamy je jednak inaczej. Wiele technik uprościliśmy, nie tylko dzięki temu, że nie gotujemy na kuchniach węglowych (chyba nawet nie umiałabym tego robić!). Biegnący szybciej czas ma swoje prawa, a i skurczenie się świata zrobiło swoje. Prawie żadna egzotyka już nas nie dziwi.

Paradoksalnie, szukamy więc zarazem swojskości. Chętnie wracamy do potraw prostych, regionalnych, z kuchni ludowej, ale i do wymyślnych, prawdziwie dawnych, bogatych. I takie chcę przywrócić. Proponuję: kupmy kurę. Można ją na ogół znaleźć na bazarze, choć nie jest to już, Boże broń, żywy drób, jakim handlowano jeszcze za mojej dziecinnej pamięci pod Halą Mirowską czy na Bazarze Różyckiego. Kury i koguty, gęsi i kaczki sprzedawano także już ubite, lecz jeszcze w piórach. Gospodynie musiały znać technikę ich usuwania. Brrr.

Zdjęcie częściowo oskubanych gęsi pochodzi z roku 1959, z tygodnika „Stolica”. To były jeszcze czasy przed hodowlą przemysłową. Drób biegał wolno, żywił się często czym popadło, smakował inaczej niż nasz. Kto pamięta?

Gdy już go sparzono, oskubano, opalono, przyrządzano go także inaczej niż my to robimy. Ciekawy przykład obiadu z jednej kury dla czterech osób zamieścił „Kalendarz Ungra” w roku 1897. Można uznać go za autorską propozycję Pauliny Szumlańskiej, autorki wówczas popularnych książek, współpracującej z kilkoma wydawcami. Jej dokonania kiedyś już w blogu opisywałam. Marzy się solidna książka o paniach piszących o kuchni wieku XIX i XX. Tych dzielnych niewiast było całkiem sporo, niektóre ze szczętem zapomniano. Wszystkie przyćmiła Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Szkoda.

Wróćmy do obiadu z kury. Kupimy ją najpewniej na bazarze, ale czasem można ją wypatrzyć na stoiskach z drobiem w wielkich sklepach. Przygotowanie obiadu według porady pani Szumlańskiej będzie trwało długo. Ale na pewno warto przeznaczyć na to czas. Byle tylko się znalazł! Oczywiście, my pominiemy wstępne sprawianie kury, jak i jej sezonowanie w piwnicy.

Proszę się nie dziwić błędom pisowni, przytaczam ją wedle oryginału. Warto wiedzieć, że przepis był nowatorski i... na ówczesne zwyczaje oszczędny. Popisała go wszak autorka „Skrzętnej gospodyni".

Kurę, niezbyt starą i mięsistą, oskubać natychmiast po zabiciu, wysunąć patyczkiem wnętrzności, zostawiając wewnątrz żołądek i wątróbkę, skórę szyi oberżnąć prawie przy głowie i wyciągnąć tamtędy wole, czyli gardziel. Tak przyrządzoną powiesić na parę dni w piwnicy, aby dobrze skruszała.

Przed użyciem zbić wałkiem udka i piersi, rozerznąć skórę na grzbiecie, wyjąć całe udka i kości, pozostawiając mięso białe przy skórze, odciąć skrzydełka, przetrącając kości ich między piersiami i pierwszem zgięciem, odjąć nóżki, oraz szyję, pozostawiając skórę z niej przy pulardzie. (Strzedz skórę na całej kurze od skaleczenia).

Sześć szklanek wody wlać w garnek, włożyć w to wszystkie kości z kury, oparzone dróbka i żołądek, włoszczyzny jak zwykle do rosołu, soli (ale bez korzeni), i ugotować na wolnym ogniu rosół. Za 5 kopiejek amoretek ugotować w wodzie z octem, cebulą i trochą korzeni [amoretki to mleczka znajdujące się w grzbietach wołów; obgotowywano je w wodzie z octem, krojono i dodawano do sosów lub podawano z sosami jako paszteciki w muszelkach]; za 5 kopiejek pieczarek, pokrajać w grube kawałki, podłożyć łyżeczkę młodego masła, położyć na wierzch wątróbkę z kury, popieprzyć odrobinę i, nie soląc, udusić na bardzo wolnym ogniu, strzegąc pilnie, aby się nie wydusiły do sucha, a w razie potrzeby podlewając łyżeczkę wody.

Gdy dróbka w rosole zmiękną, rosół zlać na czysto, oskrobać mięso z dróbek, żołądek przesiekać, pokrajać amoretki, oraz wątróbkę w małe kawałki, łyżeczkę młodego masła na wolnym ogniu rozetrzeć z 2 łyżeczkami pięknej mąki, wlać w to 2 łyżki sosu od amoretek, łyżkę dobrej śmietany, zagotować raz, aby się zrobiła gęsta zaprawa, włożyć w to wszystko amoretki, mięso z dróbek, wątróbkę, żołądek i pieczarki, wbić jedno żółtko i nie gotując już wcale, nałożyć puste paszteciki z ciasta francuskiego, lub usmażyć z 2 jaj naleśników, pozostawiając łyżkę ciasta do obsmarowania ich po wierzchu. Zawinąć w nie farsz, którego wystarczy na ośm naleśników, obmaczać każdy w cieście pozostawionem, obsypać bułeczką tartą, usmażyć na maśle i ubrać na wydaniu natką z pietruszki. To są paszteciki.

Teraz weźmiemy się do kury. Posoloną lekko na dwie strony, pokropić wodą zimną od środka i nałożyć farszem, przygotowanym w ten sposób: mięso z udek i grzbietu oskrobać należycie, utłuc w moździerzu z łyżką młodego masła, dodać soli; troszeczkę imbiru, ośrodek biały z jednej kajzerki namoczony i wyciśnięty, 1 całe jajko, wszystko doskonale uwiercić, aby żadnej żyłki nie było. Część większą tego farszu włożyć w kurę, zaszyć ją na grzbiecie, rozpłaszczyć, posmarować masłem na surowo, owinąć papierem, nasmarowanym fryturą, lub masłem, i piec powoli, polewając często. Po 20 minutach zdjąć papier i dać się zrumienić, obsypać bułeczką i w piec wstawić. W trzy kwadranse wszystko jest upieczone.

Z pozostałej reszty farszu zrobić 12 kulek wielkości orzecha tureckiego; odlać rosołu połowę w rondelek, zagotować, wsypać 2 łyżeczki kaszki krakowskiej średniej grubości; gdy się zagotuje, włożyć kulki mięsne, wolno gotować przez parę minut, a gdy się kaszka ugotuje, to i knedle będą miały dosyć. Resztę rosołu dolać do kaszki dopiero na wazę, a dlatego wszystkiego nie brać od razu do gotowania kaszki i knedlów, bo za bardzo zgęstnieje. Na kostki i resztki, pozostałe z rosołu, wlać dwie szklanki wody, pogotować chwilę; w razie, gdyby rosołu było skąpo, można dolać tym smakiem, a na wazę włożyć w gorący rosół łyżeczkę ekstraktu mięsnego Liebig'a.

Cały ten obiad będzie bardzo smaczny, ale musi być starannie zrobiony, co jest wreszcie konieczne przy każdej wykwintnej kuchni. Do całości obiadu dodać sałaty lub kompotu do pieczystego, na deser leguminę, a zapewniam, że 4 osoby doskonale się najedzą.

Krem orzechowy

Kopę orzechów włoskich oparzyć i utłuc w moździerzu, a jeszcze lepiej utrzeć na maszynce od migdałów, dodać pół funta cukru i pół laski utłuczonej wanilii, poczem ubić kwartę śmietanki kremowej, a gdy dobrze zgęstnieje, włożyć w nią masę orzechową, jeszcze trzepaczką wymieszać, aby się wszystkie gruzełki rozbiły, dodać, mieszając ciągle, 2 łuty rozpuszczonej białej żelatyny, jeszcze trochę mieszać, dopóki krem nie zacznie tężeć, wówczas zlać go w formę, wytokniętą wodą i cukrem wysypaną, i wynieść w zimne miejsce. W parę godzin zastygnie.

Gotowanie takiego obiadu to niezła jazda! Ktoś się na to porwie, niech chociaż tylko poczyta. Oczywiście, przepis można uprościć. Ale niedoświadczeni kucharze raczej tego nie dadzą rady wykonać. To propozycja tylko dla prawdziwych speców spod znaku rondla i patelni.

Każdy jednak na pewno da radę przygotować obiad z drobiu kierując się moim przepisem. No dobrze, nie szukajmy kury, kupmy po prostu udka kurczaka. Przyrządzimy je błyskawicznie. Doprawmy tylko ciekawie, a domownicy będą zadowoleni. My też, bo się nie narobimy. Udka kurczaka najpierw krótko obgotujmy. Wrzućmy je do wrzącego wywaru z warzyw (marchew, pietruszka, kawałek selera korzeniowego lub 2 gałązki naciowego, kawałek pora lub mała cebula), po 5–8 minutach wyjmijmy. Warzywa gotujmy dalej na najmniejszym ogniu, z wywaru będziemy mieli albo czysty lekki rosołek (po odcedzeniu; z warzyw można przygotować sałatkę majonezową), albo zupę jarzynową, gdy je wszystkie pokroimy. Obgotowane udka upieczemy. Kto zupy nie potrzebuje, udek nie obgotuje, tylko je po przyprawieniu upiecze. Też dobrze, a szybciej.

 

Udka kurczaka czosnkowo-miodowe po mojemu

udka kurczaka, obgotowane lub świeże

miód

czosnek

cebulka lub szalotka

sos sojowy

olej arachidowy lub sojowy

 

Udka natrzeć sosem sojowym i miodem oraz olejem. Posypać kosteczkami cebulki i posiekanym drobno czosnkiem. Odstawić co najmniej na kwadrans (można to zrobić rano, wstawić do lodówki, wyjąć pół godziny przed pieczeniem).

 

Piec w piekarniku nagrzanym, do 180 st. C przez ok. pół godziny. Podczas pieczenia raz odwrócić. Można podlać dwiema łyżkami wody, wtedy udka na pewno nie przywrą do naczynia.

Do pieczonych udek pasują ziemniaki i sałata. Zawsze. A do lekkiego rosołku może jakieś kluseczki? Ciekawy przepis na delikatne, a dla nas staroświeckie, podała Paulina Szumlańska w kolejnym roku, w kolejnym wydaniu „Kalendarza Ungra”.

Łyżkę pełną masła roztopić i sklarować na miskę, a gdy zacznie zastygać, utrzeć na śmietanę, dodając po jednem 6 żółtek, wsypać 3 łyżki jasnej pszennej mąki, 2 łyżki śmietanki, jeszcze ze dwie łyżki mąki i w końcu pianę z 6 białek. Ciasto z pianą powinno być tak gęste, jak na lane kluski. Zlać je w garnuszek kamienny lub gliniany tak duży, aby ciasto tylko do połowy dochodziło, bo w gotowaniu drugie tyle go narośnie, przykryć szczelnie pokrywką, aby para nie wychodziła, i wstawić w garnek duży lub głęboki rondel, napełniony do połowy gorącą wodą. Pokrywka na garnuszku powinna być odwrócona wierzchem do środka garnuszka, aby na wierzchu była plaska, gdyż ją po wstawieniu garnuszka w wodę, trzeba przycisnąć duszą lub fajerką; inaczej, garnuszek przewróci się, gdy woda zacznie się gotować. Wody w rondlu powinna być tyle, aby dochodziła do 3/4 garnuszka, a gdy się wygotuje, trzeba często dolewać ją inną gorącą, uważając, aby przy dolewaniu nie dostała się do środka garnuszka.

Kluski te gotować się powinny półtorej do dwóch godzin, po upływie tego czasu odsunąć je na boczną blachę, aby zawsze w nich utrzymać temperaturę gorącą, i dopiero gdy rosół będzie wylany na wazę, wyjąć je ostrożnie z wody, aby nie opadły, i maczając łyżkę metalową w rosole, kłaść nią płaskie średnie kluski, które na rosole narastają i robią się niezmiernie pulchne i delikatne. Ilość na 8–10 osób.

Starannie wykonane kluseczki, lekkie jak puch, mogą się stać przebojem rodzinnego obiadu. Tylko one będą praco- i czasochłonne, bo pieczone udka na pewno nie.

sobota, 13 stycznia 2018
Resztki po pieczonym indyku…

…lub innym drobiu są często kłopotem. Gdy nie przyjmujemy licznych gości, a kupujemy i pieczemy indyczkę, nawet najmniejszą, nie ma szans, by nie pozostały nam resztki. Czasami zdarza się to nawet przy dużym kurczaku. Oczywiście i gęś, i kaczka, często pozostawiają nas właśnie z resztkami. Zużyjmy je sensownie.

Na kościach po pieczonym drobiu, obranych z mięsa mniej czy bardziej dokładnie, można ugotować zupę lub kapustę. Mogą zyskać nieoczekiwanie atrakcyjny smak. Warto tylko kostki opłukać.

A oddzielone kawałki drobiu zawsze można odsmażyć czy odgrzać na kolejny obiad. Choć nie będą już takie smaczne. Za to nudne. Zmielone mogą posłużyć do wykonania zupełnie innego dania obiadowego. Lubianego, oryginalnego, o zupełnie innym charakterze niż pieczony drób (i odgrzany). Najprostsze będzie przygotowanie takiego zmielonego farszu i nadzianie nim naleśników. Chyba każdy potrafi je usmażyć. A jeżeli nie – niech kupi gotowe. Zawinięte wokół farszu i odsmażone staną się lubianymi gorącymi pasztecikami (krokiecikami), najczęściej dodawanymi do czerwonego czystego barszczu. Zamiast barszczu można przyrządzić bulion (nawet z kostki przy wielkim pośpiechu), rosół, czy inne czyste zupy – na przykład grzybową czy ogórkową. Ale i do szczawiowej, troszkę zapomnianej i niemodnej, będą oryginalnym i fantastycznie smakującym dodatkiem. Warto spróbować podać je na obiad lub wstęp do obiadu, zależnie od apetytu i…wymogów naszej wagi.

 

Naleśniki z farszem drobiowym po mojemu

usmażone naleśniki

mięso z pieczonego drobiu, np. indyka

cebula

ew. czosnek

sypka papryka wędzona słodka i ostra

2–4 łyżki tartej bułki

zielenina: koperek, natka pietruszki lub świeże zioła

sos sojowy

ew. sól

olej lub inny tłuszcz

Mięso dokładnie obrać z kostek, zwłaszcza tych najmniejszych (skórę można odrzucić, jeżeli ograniczamy tłuszcze). Wraz z zieleniną zemleć w maszynce do mięsa lub w mikserze.

 

Farsz doprawić do smaku sosem sojowym i papryką. Wymieszać starannie dodając tartą bułkę. Do smaku można doprawić solą, jakkolwiek sos sojowy powinien wystarczyć.

 

Rozgrzać dwie łyżki tłuszczu, zeszklić posiekaną drobno cebulę i, jeżeli chcemy, czosnek. Dołożyć farsz i tartą bułkę. Dobrze zmieszać i zasmażać. Jeżeli farsz jest za suchy, dodać troszkę wody, a jeszcze lepiej rosołu. Przestudzonym nadziewać naleśniki. Zawijać tak, aby nie wyszedł, a naleśniki nie popękały (farszu nie może być za dużo).

Jeżeli podajemy od razu takie paszteciki, odsmażamy je na tłuszczu. Kto chce, może je panierować w jajku i tartej bułce (jak kotlety schabowe). Takie piękniej wyglądają, ale są kaloryczniejsze.

Zamiast papryki można je przyprawiać curry lub jakimiś ziołami, np. tylko majerankiem. Można też dodać do nadzienia odrobinę cynamonu, a zamiast sosu sojowego po prostu sól i pieprz. Będą inne i zawsze smaczne. Zawsze bardzo domowe. Podobnie jak pierożki

 

albo uszka.

 

Także do nich można użyć tak zasmażonej masy ze zmielonego pieczonego drobiu, jakiej wyrobienie opisałam wyżej. Tyle że, aby się zabawić w lepienie uszek czy pierogów, trzeba mieć kupę czasu. Znacznie usprawni pracę każda pomoc. W lepieniu lubią pomagać dzieci, stwórzmy im tę szansę. I opowiedzmy, że i jak wykorzystujemy resztki. Bo tego warto się uczyć od małego.

Pozostałości obiadowe przechowujemy zwykle w lodówce. Pewnie nawet nie myślimy o tym, jakie szczęście, że jest dla nas tak zwyczajnym wyposażeniem kuchni. Dla naszych babć czy prababek lodówki, o zamrażarkach nie mówiąc, były niedościgłą nowinką, dopiero wchodzącą do użytku, bardzo kosztowną. No i oczywiście nie były tak funkcjonalne jak nasze wypasione lodówy. Popatrzymy, jak wyglądała przedwojenna lodóweczka. Tę pokazał dwutygodnik „Pani Domu”, organ Związku Pań Domu, w roku 1935.

 

Taka lodówka elektryczna, sprowadzona z zagranicy, bo w kraju ich nie produkowano, kosztowała nawet 1500 złotych. Przed wojną była to cena astronomiczna. Dochodził koszt poboru prądu. Z kolei lodówki, a właściwie domowe lodownie chłodzone lodem przechowywanym od zimy (tak, tak!), kosztowały 120–200 złotych. Też niemało. Nic więc dziwnego, że miało je niewiele gospodarstw domowych. Pozostałe musiały sobie radzić z resztkami na tyle szybko, żeby się nie popsuły. To była prawdziwa sztuka. Nasze prababcie miały ją doprowadzoną do perfekcji.

Felieton na ten temat napisała Elżbieta Kiewnarska, czyli Pani Elżbieta w roku 1939, w „Kurierze Warszawskim”. Zamieszczam go w pisowni oryginału. Tuż przed wybuchem wojny, bo w lipcu 1939, w upalne lato, lodówki bardzo by się przydały. A, jak widać, wciąż były dostępne mało komu. Gospodarstwa nowoczesne, czyli kulturalne, o których z uznaniem pisze felietonistka, musiały jednak należeć do ludzi dobrze sytuowanych.

 

Czy to jeszcze przed lat dziesiątkiem jedynie znane lodówki, napełniane naturalnym lub sztucznym lodem, czy chłodnie gazowe, czy ostatnie słowo: chłodnie elektrycznie, – każda z nich stanowi niezbędny sprzęt w gospodarstwie kulturalnym.

A jeżeli jeszcze nie w każdym zamożniejszym domu, gdzie kuchnia jest prowadzona starannie i umiejętnie, znajduje się lodówka, to dowód, że właśnie gospodarstwo w domu tym nie jest prowadzone kulturalnie. Kupowanie wszystkich produktów potrosze, na dzień jeden – nie rzadko na każdy posiłek oddzielnie, jest najgorszym, najbardziej rozrzutnym sposobem gospodarowania – gospodarowania nietylko pieniędzmi, lecz i czasem pani domu lub jej pomocnicy. A jak przechować jakoś ugotowaną potrawę z dnia na dzień, jak przechować większy kawał mięsa, większą ilość masła, parę sztuk kupionej gdzieś korzystnie zwierzyny, lub drobiu, jakiś koszyk owoców i t. p ., jak zastudzić tak mile latem widzianą zimną legomimę, miseczki lub szklanki ze zsiadłym mlekiem?

Chłodnia czy lodówka jest przedmiotem koniecznej codziennej potrzeby. Te najdawniej znane, właściwe lodówki są -zwykle dosyć obszerne i ułożenie w nich większej ilości zapasów nie przedstawia trudności. Chcąc je jednak należycie wykorzystać, musimy raz na zawsze ustalić miejsca, przeznaczane na te poszczególne produkty, stosując się do niższej lub wyższej temperatury w lodówce. Najchłodniejsza jest kondygnacja dolna, szczególniej obok ścianki, dzielącej szafkę na produkty od rezerwuara z lodem, a mianowicie to bardzo zresztą szczupłe miejsce pod samym rezerwuarem. Na tej dolnej kondygnacji należy umieszczać wszelkie produkty mięsne, rybne (najłatwiej się psujące), owoce. Na kondygnacji średniej stawiamy garczki ze śmietaną, śmietanką, zsiadłym mlekiem, galarety, kwasy i kompoty, mające być podane na zimno; pocą tym masło i szmalec. Na najwyższej kondygnacji układamy jarzyny, sałaty, owoce mniej delikatne i resztki potraw z obiadu, przełożone na możliwie małe talerzyki, aby mniej miejsca zajmowały.

To jest łatwe do zrozumienia i wykonania. Gorzej jest z chłodniami elektrycznymi, które mają piękny, estetyczny wygląd dzięki swej wspaniałej, białej szacie, zajmują bardzo mało miejsca, i nie potrzebują właściwie żadnej obsługi, nawet naładowania lodu i wylania wody z rezerwuaru. Ich nieduży wymiar powoduje, że chłodnie te są tak napchane, przechowywane w nich produkty tak nieumiejętnie rozmieszczone, że wszystkie paczki, a, co gorzej, talerzyki i garnuszki wysypują się wprost na podłogę.

Posiadacze tych najnowocześniejszych urządzeń chłodniczych, mimo dodawanego przy ich kupnie dokładnego sposobu użycia, za mało poświęcają uwagi na sposób rozmieszczenia produktów. Ważne jest więc dokładne zapoznanie się z rozkładem wnętrza elektrycznej chłodni, aby go dokładnie wykorzystać, gdyż niektóre artykuły spożywcze wymagają do przechowania niższej temperatury, innym wystarczy wyższa.

Najniższą temperaturę mamy poniżej chłodzącego parnika, najwyższą po jego przeciwległej stronie u góry. Zwykła, przeciętna temperatura w chłodni wynosi 5 do 6 stopni C. Chcąc mieć bardzo zimne napoje, przechować mięso i rybę, mleko zsiadłe i słodką śmietankę umieszczamy je pod parownikiem lub wbok niego. Dla masła i śmietany wystarczy miejsce na pierwszej przegródce. Tutaj też stawiamy potrawy, mające być podane na zimno: galarety, sosy majonezowe, kremy i t. p. Na górnej policzce [Tak! Czy to nie uroczy kresowy regionalizm?] umieszczamy jarzyny i sałaty, owinięte celofanem lub włożone w torebki celofanowe, co je chroni od zepsucia. Chłodnię należy przynajmniej raz na tydzień wyszorować letnią wodą z sodą. Jeżeli chodzi o lód do zwykłych lodówek, to trwalszy jest lód naturalny. Lód sztuczny ma tę zaletę, że można go używać do potraw: chłodników, zup owocowych, kruszonów i t. p. Lodówki elektryczne są zaopatrzone w przyrząd do wyrobu lodu kostkowego do takiegoż użytku.

Korzystajmy z naszych lodówek z szacunkiem należnym im, no i pożywieniu, które do nich ładujemy. Nie trzymajmy resztek w nieskończoność, aby je w końcu wyrzucić. Taki farsz z pieczonego drobiu można zamrozić, jeżeli wiemy, że go nie wykorzystamy w ciągu jednego, dwóch dni. Poratuje nas i „przed pierwszym”, czyli przy bryndzy finansowej, i wtedy, gdy nie zrobimy zakupów albo gdy na progu staną niespodziewani goście. Smażenie naleśników trwa krótko, odmrożenie farszu w mikrofalówce lub po przesmażeniu na patelni też. Można także zamrozić gotowe naleśniki z nadzieniem. I pierożki, i uszka. Ważne tylko, aby do zamrażalnika były włożone tak, by do siebie nie  dotykały; po zamrożeniu można je już zsypać razem. Odgrzewamy je podobnie. A może posypać startym serem i tak zapiec? Zmienią charakter, gdy na każdym położymy plaster pomidora. Paszteciki podajemy do zup lub z surówkami. I chwalimy się: u nas się nie wyrzuca i nie marnuje niczego.

wtorek, 09 stycznia 2018
Z łososia najprościej

Ta ryba o delikatnie różowym mięsie była niegdyś bardzo droga. Podawano ją przy okazji wielkich obiadów, ba, bankietów. Wędzona była ozdobą zimnych bufetów, gotowana lub pieczona w całości ubogacała stoły podczas obiadów najwytworniejszych. Jak ten z roku 1890, którego menu podał „Tygodnik Mód i Powieści”:

 

z obecnością cesarza Wilhelma i wielu dygnitarzy państwa, oprócz samej księżnej, honory domu czyniła młodsza jej synowa, hrabina Wilhelmowa Bismarkowa, która dnia tego przybyła z Hanoweru do Berlina, wraz ze swym małżonkiem. Menu, spisane na karcie litografowanej i przyozdobione u góry herbem rodzinnym Bismarków, opiewało:

Kawior,

Zupa z bażantów,

Trufle ze świeżem masłem,

Łosoś reński,

Karpie szlązkie,

Pragska peklowina,

Sarnina z karczochami,

Głowizna dzika z sosem kumberlandzkim,

Pulardy francuzkie,

Sałata,

Szparagi,

Sufle z brzoskwiniami,

Lody, Sery.

Podczas obiadu rozmowa nie dotykała spraw polityki. Po wstaniu od stołu, przeszło całe towarzystwo do sąsiedniej sali.

Dobry ton zawsze zabraniał rozmów o polityce przy stole. Trzymajmy się tego i my! Łososie łowiono wtedy w Renie, ale i w Wiśle. Ich wielkie sztuki przybierano w duchu epoki srebrnymi szpadkami z szyjkami rakowymi, garnirowano fantazyjnie wycinanymi warzywami, w tym marynatami, podawano z rozmaitymi sosami, przygotowanymi oddzielnie. Na ciepło lub zimno. Jak podczas tej kolacji z roku 1898 (też z „Tygodnika…”). Jej menu skomponowała sama Lucyna Ćwierczakiewiczowa, współpracująca z pismem po odejściu z „Bluszczu”.

 

1) Majonez z łososia lub szczupaka.

2) Pasztet ze zwierzyny we francuzkiem cieście.

3) Indyki i kapłony z kompotami i sałatami różnemi.

4) Krem śmietankowy mrożony z konfiturami, zwany „plombia” lub lody w formach.

5) Torty, cukry, owoce zagraniczne, winogrona, mandarynki, jabłka tyrolskie.

Majonezy z łososia podawano chętnie przez prawie cały wiek XIX jako kolejne danie. Nie mogło się bez nich odbyć żadne wielkie przyjęcie. Ich zdobienie opisała w swojej „Skrzętnej gospodyni” następczyni pani Lucyny, dzisiaj jednak mniej od niej znana, Paulina Szumlańska:

Majonezy ubierają się w najrozmaitszy sposób; ryby w całości zdobią po wierzchu kolorowemi galaretkami, korniszonami przekrawanemi, kaparami, grzybkam i, jajam i siekanemi i roszponką w całości lub siekaną, w około zaś majonezu daje się ubranie zwane „Macedoine” z różnych jarzynek w drobną kostkę pokrajanych, fasoli, groszku zielonego, co gdy jest zręcznie ułożone, bardzo dobry robi efekt. Wszystkie te jarzynki polewają się octem z oliwą. Do majonezów podaje się również ocet i oliwa lub też sos ostry żółtkowy z dodaniem kaparów i cienko jak makaron postruganych korniszonów.

Uff. To była prawdziwa sztuka! W domu na taką zabawę dzisiaj na pewno nas nie stać. A i łososie spowszedniały. Dzięki hodowli są dostępne powszechnie i wcale nie tak drogie w stosunku do mięsa, a niekiedy nawet do… dorsza. Niektórzy kwestionują wartość i smak tych ryb z hodowli. Ale to tacy, którzy z niechęcią pochylają się nad wszystkim. Ja do nich nie należę. Cieszę się, że mogę kupować łososie, które w czasach mojej młodości były dobrem niewyobrażalnym – nie tylko drogim, lecz i niedostępnym. Zresztą tych ryb nie jada się codziennie. Te z hodowli można zastąpić droższymi łososiami atlantyckimi lub pacyficznymi.

Filet z łososia nie wymaga wielu zabiegów. Można go przyrządzić na wiele sposobów. Kupionego ostatnio ugotowałam na parze. Podany na ciepło był lekkim daniem obiadowym, wystudzony i podany na zimno – znakomitym daniem kolacyjnym. Nawet na kolację z gośćmi. Jest przy tym niezwykle prosty do przygotowania w obu wariantach. W dodatku błyskawicznym.

 

Łosoś gotowany na parze z cytrusami po mojemu

filet łososia

czarna sól hawajska (lub inna)

pół pomarańczy

pół limonki lub cytryny

koperek

świeże masło

pieprz z młynka czarny lub biały

 

Łososia oczyścić z łusek (jeżeli jest ze skórą) i resztek ości. W garnku do gotowania na parze zagotować wodę. Posoloną rybę ułożyć w części z dziurkami, obok dać pomarańczę i limonkę. Przykryć. Gotować 8–10 minut. Delikatnie wyłożyć na półmisek, posypać koperkiem, z umiarem skropić sokiem wyciśniętym z ugotowanych obok cytrusów. Na wierzchu położyć kawałek świeżego masła. Popieprzyć.

Nie ma potrzeby, aby ryba była gotowana za długo. Wystarczy, żeby przestała być surowa. Na większą okazję niż zwykły domowy obiad zamiast koperku można przygotować masło ziołowe, schłodzić je w kostkach albo krążkach lub jeszcze inaczej ozdobnie uformować, aby ozdobić gorącego łososia.

Tak ugotowanego łososia można podać także na zimno. W majonezie. Kto ambitny, ukręci majonez sam. Leniuszkom lub osobom zapracowanym polecę jednak majonez kupny. W domu doprawiony tak, aby smakował niepowtarzalnie i ciekawie.

 

Łosoś w majonezie po mojemu

łosoś ugotowany na parze

majonez

armagnac lub jakaś brandy

przecier pomidorowy

sok z pomarańczy

ew. pieprz z papryką lub sam pieprz

koperek

 

Majonez rozetrzeć z łyżką lub dwiema alkoholu, przecierem pomidorowym, sokiem wyciśniętym z pomarańczy tak, aby nie był zbyt rzadki, a na pewno nie wodnisty. Przybrać nim łososia, resztę podać oddzielnie. Ozdobić koperkiem, posypać dość obficie pieprzem z papryką lub tylko pieprzem. Podawać po schłodzeniu (w lodówce przykryć folią).

Oba sposoby „na łososia” wykona każde dziecko lub kuchenny analfabeta. Jakże się różnią od tych sprzed wieków. Jak przyrządzano wytworne prawdziwe „majoneza”? A warto widzieć, że były sposobem podania złożonych dań z drobiu lub ryb. Ich przyrządzenie trwało cały dzień (jeżeli tylko jeden!), wymagało nie tylko czasu, ale i wielu produktów. Sam łosoś kosztował sporo, a te dodatki… Nic dziwnego, że trafiały na najważniejsze uczty, którymi chciano olśnić gości i pokazać swój status.

Czym była potrawa zwana „majonez” (w menu występująca jako „Majonez z drobiu” lub „z ryb”) dowiemy się z obszernego przepisu, który zamieściło warszawskie „Kółko Domowe” w roku 1866. Na początek powiem jedno: to nie jest majonez, jaki my znamy. Przytaczam w pisowni oryginału, z błędem.

 

Na 10 osób bierze się nóżek cielęcych cztery, kładzie się w wodę mięką [!] i jak się raz zagotuje, odlać i drugą nalać, tak niech się gotuje aż się nóżki zupełnie rozgotują; odcedza się i w ten sos kładzie się włoszczyzna, podróbka od drobiu, wyjąwszy wątróbek, trochę octu estragonowego do smaku; tak niech się podgotuje dobrze, a potém wlewa się trzy białka bardzo dobrze ubite, po których zaraz wlewa się półkwaterek wody zimnej. Tak niech się wszystko gotuje aż się dróbka rozgotują i sos będzie klarowny, wtedy wylewa się to wszystko na serwetę; jak przecieknie odlewa się tego sosu trochę na talerz do ubrania, a resztę wstawiszy w wodę lub na zimnie ubija się; jak się zrobi biały, leje się kubek oliwy, wciska się pół cytryny, cukru pół małej łyżeczki i znów się bije. Bierze się pięknie ugotowany i rozebrany drób lub ryba wystudzona, macza się w téj masie i układa się na półmisku, a resztę masy rozbić i obłożyć nią mięso; trzeba to układać dokoła półmiska, a we środku dziurę zostawić. Potém mieć rozmaite jarzynki powyrzynane i ugotowane każda osobno, jako to kartofle, buraczki, groszek zielony i szablasty, selery, marchew, estragon drobno siekany; to wszystko zaprawić oliwą i octem, kto lubi to i cukru trochę i tak wymieszane razem, włożyć w środek, umyślnie na to w majonezie próżny zostawiony; ten sztam co się odlał na talerz pokrajać w kawałki i ubrać nim po wierzchu majonez; nota bene trzeba nóżki w wilją ugotować, bo dużo czasu zabierają.

O rety! To było całe przedsięwzięcie, któremu jedna kucharka na pewno nie sprostała, zwłaszcza że taki majonez był tylko jednym z kilku dań. Gotowano w dodatku na kuchni węglowej, a wszystko obierano, krojono, ubijano ręcznie. Ale co to musiał być za majonez!

Kto nie lubił ryb, mógł zamiast łososia przygotować… mięso. Konkretnie cielęcinę. Nieco prostszy sposób przyrządzenia i podania majonezu, bo już z roku 1935, zamieścił w porze przedwielkanocnej tygodnik „As”.

CIELĘCINA JAKO ŁOSOŚ W MAJONEZIE

– Oto przepis na tę doskonałą przystawkę, którą można przygotować na kilka dni przed święceniem. 1 do 2 kg dyszka cielęcego wyżyłować, wyjąć kości, ubić pałką, zwinąć, formując kształt ryby, owiązać sznurkiem, ułożyć w podłużnem naczyniu i zalać bajcem nagotowanym z lekkiego octu i korzeni oraz rosołu z porąbanych kości. Mięso powinno być bajcem przykryte. Następnie gotuje się mięso przez 3 godziny, poczem odstawia się je, pozostawiając w smaku do drugiego dnia. Wyjąwszy, zdjąć sznurek z mięsa, ułożyć je na półmisku, pokrajane w plastry i oblać następującym sosem majonezowym:

3 twarde żołtka przetrzeć przez sito i ucierać, dodając po kropli 25 dkg dobrej oliwy, w trakcie ucierania dodać jeszcze dwa surowe żółtka. Dobrze gęsty majonez rozprowadza się sokiem z 2 cytryn, dodaje 2 oczyszczone i roztarte sardelki [anchois] oraz łyżkę kaparów. Soli, pieprzu białego i cukru do smaku.

Zbieram takie zabawne dla mnie przepisy potraw-niespodzianek. W kuchni staropolskiej chętnie się nimi zabawiano, jak tym szczupakiem w jednym kawałku zarazem gotowanym, smażonym i pieczonym. Trafił nawet do „Pana Tadeusza”: W końcu sekret kucharski: ryba nie krojona,/ U głowy przysmażona, we środku pieczona,/ A mająca potrawkę z sosem u ogona. Adam Mickiewicz musiał znać siedemnastowieczne dzieło „Compendium ferculoroum” Stanisława Czernieckiego, zawierające sposób przyrządzenia tej potrawy.

Fałszywy łosoś z cielęciny należy do takich kulinarnych żarcików. Może zechcemy nim zadziwić kiedyś gości? Przepis z „Asa” warto zapamiętać.

niedziela, 07 stycznia 2018
Noworoczna indyczka

Nowy rok ma już kilka ładnych dni, ale wciąż jeszcze można go uroczyście przywitać, o ile tego nie zrobiliśmy. Ja prawie każdego roku –chyba że coś się układa inaczej – zapraszam na noworoczny obiad rodzinę. W tym roku nie było inaczej. I upiekłam indyczkę. Noworoczny indyk to u nas tradycja.

Dawniej w sprzedaży były tylko indyki, zwykle wielkie i trudne do pieczenia (te straszne ścięgna z nóg kiedyś z moją Mama usuwałyśmy… obcęgami!). Teraz bywają i mniejsze, a także delikatniejsze indyczki. Taką kupiłam, wypatrzyłam w dodatku stosunkowo małą, „tylko” przeszło trzykilogramową. Upiekłam ją zaś w niskiej temperaturze, tak jak często teraz robię. Tylko przyprawiłam oryginalnie, w stylu meksykańskim, a może wręcz azteckim. Indyk w czekoladzie to klasyka z tego rejonu świata. Przyrządza się go w słynnym sosie czekoladowo-pomidorowo-paprykowym. Nie chciałam bawić się w sos. Indyczkę więc tylko natarłam stosownymi przyprawami, obsmażyłam, a potem wsadziłam do piekarnika. Gdy się piekła, mogłam się zająć czymś innym. A konkretnie oglądaniem noworocznego koncertu z Wiednia. Pieczyste w niskiej temperaturze piecze się prawie samo.

 

Indyczka w stylu meksykańskim po mojemu

indyczka

kakao ciemne lub czekolada w proszku

papryka chili wędzona

gotowa przyprawa meksykańska (sól, w płatkach cebula, czosnek i chili)

olej kukurydziany

 

Indyczkę oczyścić, obmyć (też w środku), zostawić na godzinę w zimnej wodzie (tak zalecają niektóre stare przepisy!), wyjąć, osuszyć. Związać nóżki i ułożyć zagięte skrzydełka na grzbiecie. Całą tuszkę natrzeć kakao, chili i przyprawą meksykańską oraz olejem. Przyprawy starannie wetrzeć. Odstawić na chwilę. Piekarnik nastawić na 100 st. C.

 

W tym czasie rozgrzać olej, najlepiej w brytfance, w której ptak będzie pieczony. Obsmażyć go starannie i z każdej strony.

 

Brytfankę z indyczką ułożoną piersiami do góry wstawić do piekarnika. Zmniejszyć temperaturę do 80 st. C. Indyczkę o wadze 3,5 g piekłam przez 5 godzin. Raz ją przełożyłam piersiami do spodu, a potem znowu do góry. Podlałam nieco wodą (kilka łyżek). Pod koniec pieczenia zwiększyłam temperaturę do 180 st. C na 20 minut. Pieczenie można zakończyć, gdy temperatura w najgrubszym miejscu osiągnie 80–85 st. C. Bez termometru trzeba ptaka nakłuć, aby się zorientować, czy jest upieczony.

Indyczka natarta mieszaniną kakao z papryką ma piękny brązowy kolor, a dzięki ostrym przyprawom – nie jest mdła. Podajmy ją z frytkami, z sałatą (zimowa cykoria!), z sałatkami. U mnie były to gotowane buraczki z cząstkami pomarańczy i uprażonymi słupkami migdałów potraktowane olejem rzepakowym o smaku pistacjowym oraz kremowym balsamico.

 

Tyle moich doświadczeń. Sięgnijmy teraz do praktyk kucharzy sprzed stu trzydziestu pięciu lat. Zapisano je w „Tygodniku Kucharskim”. Pismo ukazywało się niestety krótko, widocznie w Królestwie Polskim nie było dość smakoszy chętnych do czytania o dobrym jedzeniu. A takie opisywali mistrzowie kucharscy swojej epoki. Był nim jego wydawca, reklamujący swój tygodnik w „Gazecie Polskiej”.

 

W roku 1883 „Tygodnik Kucharski” podał przepis na indyczkę białą. W odróżnieniu od mojej, mocno brązowej. Jej wykonanie jest trochę skomplikowane, w duchu epoki, która miała więcej czasu niż nasza i można go było wypełnić takimi zabawami kuchennymi. Jak pięknie taka indyczka jednak wyglądała, no i wygodnie się ją podawało.

 

Po dokładnem oczyszczeniu indyczki, wymyć w zimnej wodzie, zahaftować szpagatem, czyli założyć nóżki tak, aby nadać ładną formę, posolić, polać świeżem masłem, wsadzić do pieca, aby się ładnie upiekła, a kiedy już będzie gotowa, odstawić do wystygnięcia; następnie zrobić beszamel, włożyć kawałek masła do rondelka, wsypać trochę mąki, zasmażyć, rozebrać słodką śmietanką lub mlekiem i niech się gotuje, mieszając ciągle, aby się nie przypalił; a kiedy sos będzie gęsty, wbić parę żółtek, zaparzyć dobrze na ogniu, wsypać dość sporo tartego parmezanu, dodać soli do smaku, wyjąć piersi z indyczki, wysmarować to miejsce beszamelem, pokrajać piersi w cienkie plasterki, przekładać każdy beszamelem, włożyć napowrót w wycięcie, uformować, obsmarować całą indyczkę beszamelem, posypać grubo parmezanem, troszkę tartą bułeczką, pokropić roztopionem masłem, a na pół godziny przed wydaniem wstawić do pieca niebardzo gorącego, aby się zrumieniła; kiedy czas dawać, położyć na owalny półmisek, obłożyć krokietami z kartofli, ubrać zieloną pietruszką, założyć na nóżki papiloty, polać bulionem i dać do stołu, a także glas lekki na sosjerkę.

Może kiedyś podam tak upieczonego i zapieczonego ptaka. Z jakiejś szczególnej okazji. Przepis bardzo mi się podoba, łącznie z dawnym beszamelem rozprowadzanym żółtkami.

Teraz jeszcze garść uwag o pieczeniu nie tylko indyka czy indyczki. W ilustrowanym magazynie „As” podała je zapewne jego redaktorka kulinarna Zofia Szyc-Korska w roku 1937. Ilustracja pochodzi także z „Asa”. Uroczo staroświecka pisownia oryginału.

 

PULARDA LUB INDYCZKA PIECZONA

Szyję młodej pulardy lub indyczki [a właściwie podgardle] napełnia się nadzianką z bułki lub mielonego mięsa cielęcego, utartego z jajem i zmieszanego z pokrajaną wątróbką. Po zaszyciu szyjki układa się drób na brytwannie, podlewa wodą, przykrywa szczelną pokrywą i gotuje około godzinę, następnie wstawia odkryte do piecyka i piecze przy częstem polewaniu. Chcąc uzyskać pięknie zrumienione pieczyste, zastosowuje się „tric” zdradzony mi przez wytrawnego kucharza. Otóż gotowy drób, tj. miękki, lecz jeszcze dostatecznie nie zrumieniony, smaruje się żółtkiem i wstawia na kilka minut do piecyka, poczem nabierze pięknego złocistego koloru.

Potranżerowaną pulardę [lub indyczkę!] zestawia się z powrotem w całość na półmisku. Po bokach układa się w plastry pokrajaną nadzianą szyję i wykrawane ziemniaczki na przemian z jarzynkami. Osobno kompot lub marynaty jarzynowe.

Albo moja sałatka z buraczków i pomarańczy. Indyk kocha także żurawiny lub borówki, o czym warto pamiętać stawiając go na stół.

środa, 03 stycznia 2018
Na śniadanie lub lunch

Posiłek z pieczywem jest szybki i lubiany. Sięgamy po niego i gdy się śpieszymy, i gdy mamy więcej czasu, a jedzenie możemy celebrować. Pieczywo się kroi, czymś smaruje i czymś obkłada. Wygodnie zjada albo po prostu odgryzając kęsy, albo odkrawając nożem i widelcem. Jestem ciekawa, ile rodzajów pieczywa jest na świecie. Chleby, bułki, rogale pieczone z różnych rodzajów mąki, w różnych kształtach, różnie wykończone. Pieczywo je cały świat.

A ja zdecydowałam się na bajgle. Co to takiego? Sięgnę do „Encyklopedii kulinarnej” mojego autorstwa, aby je przedstawić.

BAJGLE

Władysław Kopaliński używa formy bajgiel i pisze, iż to „kręcony obarzanek żydowski”. Nazwa pochodzi podobno od niemieckiego słowa Bügel oznaczającego „pałąk”. W dawnych książkach, opisujących przedwojenne targowiska, nie brak przekupek żydowskich wołających: „bajgełe, bajgełe”. Podobne do nich są dobrze nam znane obarzanki (lub obwarzanki, obie formy są prawidłowe), często wypiekane z ciasta parzonego, skręcane w kółeczka i posypane rodzimymi przyprawami: makiem albo czarnuszką. Niemiecki z kolei podobny do obwarzanka wypiek – Brezel – dał wzór innej nazwie: precel. I bajgle, i obarzanki, i obwarzanki, i precle, dzisiaj, w epoce znaków towarowych i marek, chcą bardzo się różnić. Ale w zasadzie należą do tej samej rodziny. Stały się typowym pieczywem śniadaniowym. Żydowscy emigranci przenieśli bajgle (nazywane tam „bagel”) do Nowego Jorku. I tam zyskały dużą sławę.

Takie bajgle sprzedawano w naszym zakątku Europy już w wieku XIX. Były tak zwyczajnym pieczywem, że prawie go nie dostrzegano. Proszę obejrzeć, jaką ilustrację znalazłam w ilustrowanym dodatku do największej przed wojną gazety polskich Żydów, czyli do warszawskiego „Naszego Przeglądu”. Redagował go – wspólnie z Saulem Wagmanem Jakub Appenszlak (1894–1950) – literat i dziennikarz. Był syjonistą, ale mocno zakorzenionym w polskiej kulturze i języku. Dziełem jego życia była ta gazeta, dzisiaj będąca kopalnią wiedzy o przedwojennej Polsce, w tym o życiu polskich Żydów. Ilustracja, którą znalazłam, pochodzi z roku 1927. Można na niej wypatrzyć najklasyczniejsze bajgle.

 

Nie mogłam się oprzeć, aby pokazać nie tylko bajgle i ich londyńską (!) sprzedawczynię, która wygląda jak te z warszawskiego targu za Żelazną Bramą lub z Nalewek. Mała dziewczynka na zdjęciu wyżej to panująca obecnie i dzisiaj już sędziwa królowa Elżbieta II [ur. 1926].

Wróćmy do bajgli. Podaje się je na modne od lat nowojorskie śniadanie. Żydowskie obwarzanki zrobiły więc karierę światową. Postanowiłam je połączyć klasycznie: z łososiem. Nie kupujmy najtańszego. Musi być smaczny i zdrowy. Zwykle do tego zestawu wchodzi biały twarożek. A mój był zielony. Bo z dodatkiem awokado.

 

Bajgle z awokado i łososiem po mojemu

bajgle

łosoś wędzony na zimno

1–2 awokado

twarożek ziołowy

limonka

sól, pieprz

 

Awokado obrać, pozbawić pestki. Miąższ na gładko rozetrzeć z twarożkiem.

 

Do smaku doprawić sokiem z limonki, pieprzem i, jeżeli potrzeba, solą. Nie przesadnie, bo łosoś jest słony. Schłodzoną masą smarować przekrojone bajgle. Przybrać łososiem. Można też podać oddzielnie przekrojone bajgle, masę do smarowania i dodatki, np. pomidorki, korniszony lub pikle, czyli warzywa w occie.

Zestaw prosty , elegancki i niezwykle smaczny. Po takim śniadaniu nie mamy wyjścia: musimy przeżyć fantastyczny dzień.

Gdzie Rzym, gdzie Krym. Gdzie bajgle, gdzie obwarzanki inne, choć bardzo podobne. Gdzie Nowy Jork, gdzie… Smorgonie. Proszę przeczytać o obwarzankach równie pysznych, które jednak nie przebiły się na szeroki świat. Pochodzą z litewskiej prowincji. opisał je „Kurier Warszawskie” w roku 1886. Pisownia oryginału.

 

Niejeden zapewne z łaskawych czytelników słyszał gdzieś kiedyś o litewskiem miasteczku Smorgoniach. [W przypisie: „W gub. wileńskiej, powiecie oszmiańskim, rozlegle dobra własność Przeździeckich do 1831-go roku, dziś rządowe”; jak się można domyślić, był to majątek zabrany za udział w Powstaniu Listopadowym].

Ongi za dawnych, dobrych czasów uczono tam tańczyć niedźwiedzi w specjalnie temu poświęconych zakładach, ztamtąd odbył podróż do Nieświeża ks. Panie Kochanku w karocy przez niedźwiedzie ciągnionej, tam wreszcie powstała słynna nazwa „smorgońskiej akademji”, którą niejednemu litwinowi z zapiecka kłóto [!] w oczy na wielkim świecie...

Jakie koleje losu przebyła mała wileńskiej gubernji mieścina, dowie się kto zechce bodaj za „Słownika geograficznego” – rzecz to nie moja. Dziś jest to typowy okaz naszych trzeciorzędnych miasteczek, okaz ciekawy, zda się już niemożliwy.... w Europie.

Trzeba widzieć własnemi oczami, aby uwierzyć, że jest gdzieś jeszcze na bożym świecie taki aglomerat nędzy i niechlujstwa, taki stan brudnego żydowstwa bobrującego w wiecznem po kolana błocie, taki kąt zapadły gdzie szynk hałaśliwy jest jedynym objawem życia.

I pomyśleć sobie, że w takich Smorgoniach zbiera się przecie zjazd sędziów pokoju, że funkcjonuje tam poczta i telegraf, że istnieje tam kilka niższych rządowych instytucyj, że wreszcie dworzec kolei libaworomeńskiej [z Wikipedii: kolej zbudowana w latach 1871–74 łącząca nadbałtycką Lipawę z Bachmaczem i Romnami. Powstała z inicjatywy rosyjskiego inżyniera von Mekke, w założeniu miała łączyć nadmorską Lipawę z Kurskiem] jest tylko o niespełna wiorstę od miasteczka odległy!

Z całej świetniejszej przeszłości miasteczka pozostały tylko.... obwarzanki. Produkt to specjalny, czysto miejscowy, a kto o nim nie słyszał, ten chyba nigdy do wschodniej i północnej Litwy nie zajrzał. Gdzieindziej ciekawi i żądni wrażeń turyści pielgrzymują do katedr gotyckich, galeryj i muzeów – goście smorgońscy zwiedzają najstarszą, pierwszą (powiedzmy z chlubą) w Europie fabrykę obwarzanków p. Czechowiczowej.

Znakomity ten zakład mieści się przy jednej z najwęższych uliczek miasta, w małym, drewnianym, zbitym z okrąglaków domku, którego całą jedną połowę zajmuje. Wiele wody upłynęło w Wilji i Niemnie od czasu gdy p. Czechowiczowa wpadła na pomysł wyrabiania swoich obwarzanków, pięknie na szpagat nawiązanych, smacznych i tanich. Wiele wody upłynęło zanim dobiła się sławy mogącej iść w paragon z popularnością p. Ćwierczakiewiczowej z Królestwa, zanim dla córek zebrała posagi po 15,000 każdej.

Dziś staruszka w trzy kruki zgarbiona nie zmieniła na jotę trybu życia. Pracownia jej to jedna jedyna stancyjka, co prawda otynkowana i wybielona; dokoła ścian czyste, ale to po holendersku czyste ławy drewniane gdzie się pieczywo układa, dwa proste czyściutkie stoły również niemalowane, wielki, olbrzymi piec, jakich pełno u nas po chłopskich chatach, u sufitu lampa, para zydlów, w rogu łóżko. Czystość wzorowa wszędzie.

Dziewczyna wiejska w zgrzebnej koszuli z rękawami zakasanemi, kładzie to wyjmuje z pieca setki obwarzanków. Druga rozwałkowuje ciasto na stole. Wnuczka pani domu krząta się po izbie, pomagając babce, która siedząc na łóżku bacznem okiem śledzi każdy ruch dziewcząt i kieruje słowem i giestem całą robotą.

Staruszka rzadko kiedy podnosi się z siedzenia bo coś jej w piersiach „dech zajmuje i jeść nie daje”, nie ustępuje jednak z placu, tysiące tysięcy swoich obwarzanków w świat ekspedjuje rok po roku i do śmierci już chyba pozostanie na stanowisku.

Widziałem gdzieś polonez, ofiarowany p. Józefinie Reszkównie [Józefina z Reszków Kronenbergowa (1855–1891) – sopran, śpiewaczka, jedna z trójki słynnego na świecie rodzeństwa, zaprzestała występów po poślubieniu barona Kronenberga] p. t, „Nasza sława” – nie dziwiłbym się, gdyby podobny zaszczyt spotkał kiedy p. Czechowiczową w jej zakątku....

Miły Boże! Gdy by to osadzić ją gdzie pod Paryżem nie pod Wilnem, kto wie, zasłynęłyby może na świat cały wyborne Craquelins de Smorgonie!...

Bajgle pokonały smorgońskie obwarzanki. Te pozostały smakołykiem lokalnym, ekspediowanym najwyżej do Wilna, na słynne marcowe Kaziuki, targi z tradycją czterystuletnią, organizowane w dzień św. Kazimierza, patrona Litwy. Gdzie Paryż, gdzie Nowy Jork, gdzie Smorgonie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Ulubione
Tagi
myTaste.pl