O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
Blog > Komentarze do wpisu
Kolacja z duchem i z łososiem

Kolejny z filmowo-kulinarnych wieczorów, które co sobotę urozmaicają nam żywot, spędziliśmy przy filmie przedwojennym. Nakręconą w roku 1935 produkcję angielską wyreżyserował René Clair. Francuski reżyser znalazł sławę w filmach bardzo francuskich i bardzo paryskich („Pod dachami Paryża”, pierwszy francuski film dźwiękowy). Zrażony złym odbiorem kolejnej produkcji znalazł się najpierw w Anglii, potem w Hollywood, gdzie zresztą spędził wojnę (władze Vichy odebrały mu obywatelstwo). W pierwszym filmie angielskim ukazał zaś Szkocję w całej jej urodzie, a lekkie nachylenie zwierciadła pozwoliło ukazać jej śmiesznostki. Ale nie tylko śmiejemy się ze Szkotów, z ich dudami, tartanami, whisky, lekkoduchostwem i szczególną oszczędnością. Film pogodnie obśmiewa także Amerykanów. Ich bogactwo i panoszenie się w Starym Kraju. W tym wypadku w Szkocji. Film ma polski tytuł „Upiór na sprzedaż”; angielski – „The Ghost Goes West” – lepiej oddaje istotę sprawy, czyli kupienie szkockiego zamku przez Amerykanów w celu postawienia go u siebie, za oceanem. Kupienie wraz z tytułowym duchem, bo to jednak nie jakiś straszny upiór. Zwracam uwagę na udany plakat do filmu autorstwa Jerzego Srokowskiego, jednego z przedstawicieli wybitnej polskiej szkoły plakatu; pochodzi z roku 1964.

 

Film oglądałam w telewizji, w latach 60.,  i zapamiętałam jako zabawny. Taki jest dla mnie nadal. Oczywiście, mocno trąci staroświeckością. Zarazem jednak zachowuje urodę starej fotografii. Polecam go więc tym, którym nie śpieszno do żwawej akcji, a lubią pogodne i inteligentne dialogi (niektóre odzywki naprawdę bawią!), naturalną grę – ale jednak grę – aktorską, no i klimat czarno-białej taśmy filmowej. Kto chce poznać, jak kręcono filmy przed wojną, bardzo dobrze się tego nauczy. Nakręcił go mistrz lekkości i wdzięku, któremu aktorzy poddawali się chyba z przyjemnością (zapomniany amant angielski Robert Donat oraz pełna przedwojennego wdzięku Jean Parker).

 

Występują w filmie akcenty kulinarne! W pokazanej na fotosie uczcie, uprzyjemnianej muzyką dudziarzy, występowały kuropatwy czy jakieś inne ptactwo ze szkockich wrzosowisk. My tę filmową perełkę oglądaliśmy w towarzystwie łososia. Przyrządzonego jak najprościej. Czyli po szkocku. Co zaświadcza kieszonkowa książeczka o szkockiej kuchni, przywieziona mi przez zakochanych w Szkocji turystów (Kasiu, Janku, dziękuję!). Zmieniłam go tylko troszeczkę, bo jest tak prosty, że nie ma w nim co cudować.

 

Łosoś z patelni grillowej po mojemu

filet łososia

cytryna

oliwa lub olej

gruba sól morska

kawałeczek masła

koperek

kilka płatków marynowanego imbiru

Filet łososia oczyścić z ości, oskrobać z łusek, obmyć szybko w zimnej wodzie, osuszyć.

 

Posypać skórką startą z cytryny (niepryskanej lub starannie obmytej) i solą. Natrzeć oliwą. Odstawić co najmniej na kwadrans.

 

Mocno rozgrzać patelnię grillową. Włożyć łososia skórką do dołu. Po chwili poruszyć łopatką, aby skórka do patelni nie przywarła. Opiekać 3–5 minut z każdej strony, zależnie od grubości filetu.

 

Wyjąć, na wierzchu ułożyć kawałeczek masła, posypać koperkiem, przybrać plasterkami imbiru i cytryną.

 

Do tego łososia podałam sałatkę. Nie wiem, czy Szkoci znają buraki, w książeczce o szkockiej kuchni ich nie znalazłam, ale w mojej sałatce grały główną rolę.

 

Sałatka z buraków i jabłek po mojemu

2 buraki (gotowane lub upieczone)

duże jabłko

cebula

2 ogórki konserwowe

koperek

olej słonecznikowy

ocet z czerwonego wina

sól, szczypta cukru, czarny pieprz

Buraki obrać ze skóry, pokroić w kostkę. Jabłko można pokroić ze skórką też w kostkę, a cebulę i ogórki w plasterki. Buraczki rozłożyć na spodzie razem z jabłkiem, wymieszać olejem, octem, solą i cukrem. Na wierzchu rozłożyć ogórki i cebulę podzieloną na pierścienie. Posypać koperkiem i czarnym pieprzem. Wymieszać już przy stole.

Tajniki Szkocji domowej, w czym nie mogło zabraknąć obyczajów kulinarnych, opisała w roku 1937 w dwutygodniku „Kobieta w Świecie i w Domu” współpracująca z nim literatka i dziennikarka Jadwiga Kiewnarska. Była córką Pani Elżbiety. Po długiej chorobie miała umrzeć rok po opublikowaniu wrażeń ze szkockiej podróży. Ciekawa postać, warta przypomnienia. Po jej śmierci matka ufundowała konkurs „na nowy oryginalny szkic historyczno-literacki z dziejów Polski, w okresie dowolnie wybranym, do czasu wybuchu wojny światowej w r. 1914. Nagroda w sumie 1000 zł. stanowić [miała] zachętę dla młodszych literackich sił kobiecych do dalszej pracy piśmienniczej. W związku z tym, o nagrodę ubiegać się [mogły] autorki polskie w wieku do lat 35-ciu”. Był to już rok 1939, konkurs miał więc być rozstrzygnięty tylko raz. Sprawdzę, czy i jak z tym było, bo na razie tego nie wiem.

A w ogóle autorka mogła przecież oglądać film o szkockim duchu błąkającym się przez stulecia. Powstał wszak w roku 1935. Szkoda że o nim nie wspomina, bo opisane przez nią zamczysko, istniejące „od zawsze”, bardzo przypomina filmowy obraz.

 

Więc przede wszystkim to, co się zwykle mówi o Szkotach, to nieprawda. Wierutnym kłamstwem i niecnym oszczerstwem jest kursująca bezkarnie legenda o szkockim skąpstwie. Nie spotykałam ludzi serdeczniej i hojniej gościnnych niż Szkoci. Z mile widzianym gościem dzielą się nie tylko przysłowiowym chlebem i solą; dzielą się na czas dowolny dachem nad głową, miejscem przy płonącym kominku, wieściami ze świata, wygłaszanymi przez głośnik radiowy, esencjonalną zawartością miłośnie dobranej biblioteki. Gość domu szkockiego uczestniczy w życiu rodzinnym jego właścicieli.

Cottage miłych ludzi, pod których dachem znalazłam taką właśnie gościnę, mieścił się w odległości siedmiu kilometrów od Edynburga. Pan domu, literat z powołania, z zawodu nauczyciel, chętnie zabierał mnie i żonę do swego samochodu, o ile pośpieszyłyśmy odpowiednio z ranną toaletą. Sam prowadził pieczołowicie utrzymaną maszynkę, sam czyścił ją i doglądał troskliwie jak faworytalnego wierzchowca.

Jeżeli zdarzyło nam się zaspać, czy zamarudzić, wypadało korzystać z komunikacji autobusowej – pan profesor nie mógł dawać swym uczniom przykładu niepunktualności. Lubiłam takie przedłużane leniwie poranki w zacisznej, na wpół mrocznej sypialni. Słońce wchodziło przez uchylone drzwi wraz z panią domu, toczącą przed sobą ruchomy stolik na kółkach, zastawiony nieprawdo podobną ilością smakołyków. Ach, te szkockie śniadania! Gęsty, gorący porridge (owsianka) – ładunek skondensowanego zdrowia, apetycznie skwierczące na patelni eggs and bacon (jaja na boczku), kunsztownie przyduszana ryba wędzona, smażone cynadry, mrożony cocktail z grapefruit'a, wybornie chrupiące ciasteczka owsiane, gorące toast'y do świeżego masła, rozliczne gatunki jam'ów i ciemna jak atrament, aromatyczna, jak bukiet świeżo zerwanych kwiatów polnych, herbata cejlońska z chłodną, kremową śmietanką.

Po takim śniadaniu – rzecz prosta – nie mogło być mowy o posiłku aż do późnego wieczora. A i tak, przy najlepszym, zaostrzonym egzotyzmem przysmaków apetycie, trudno się było ze wszystkim uporać. Raz zdarzyło mi się nieoględnie, przy mijaniu malowniczo udekorowanej witryny sklepu gastronomicznego, zdradzić ze swym upodobaniem do skorupiaków. Słówko wyleciało wróblem – nazajutrz rano wołem szkarłatnym zmaterializowała się przy moim łożu langusta, nieoczekiwany nadprogram tyle urozmaiconego pierwszego śniadania.

Dobrze mi tam było. O ducha mego troszczono się nie mniej niż o ciało. W szeregu poufnych, nienużących pogawędek miła gospodyni wtajemniczała mnie w miejscowe zwyczaje, pouczała o osobliwościach. Dowiedziałam się np., że język szkocki, niby identyczny z angielskim, posiada własne, odrębne wyrazy, adoptowane z francuskiego – pamiątkę po francuskich królowych; coś na kształt pełnych wdzięku staroświeckich makaronizmów, dotąd wykwitających w ustach polskich, kresowych matron.

I że o Polakach mówi się w Szkocji „to bohaterski naród, który tak jak my nie ustawał w walce o utraconą niepodległość”. Szkocka pani domu, niezmiernie w tym od słowiańskich swych siostrzyc odmienna, nie miała gospodarczych tajemnic. Do kuchni zalotnej jak salon, czystej jak laboratorium przysługiwał gościom wstęp wolny o każdej porze. Pod uśmiechniętą opieką rudej jak wiewiórka, śmigłej jak topola a pięknej jak marzenie Peggy, bawiły się tam rozkoszne angorskie kociaki, napawające słuszną dumą jedwabiście-puszystą, kruczo-czarną rodzicielkę. Określenie „pomocnica domowa” znacznie dokładniej pokrywało się ze stanowiskiem. i zatrudnieniami czerwonowłosej Peggy niż z funkcjami naszych rodzimych garnkotłuków. Urodziwa służąca była równouprawnioną towarzysko pomocnicą swojej pani: wraz z nią sprzątała mieszkanie, nakrywała do stołu, uczestniczyła w przyrządzaniu posiłków. Widziałam, jak pomagała z zapałem przy dekorowaniu reprezentacyjnych półmisków, przeznaczonych do bufetu na majówce, organizowanej przez stowarzyszenie filantropijne, do którego należała jej chlebodawczyni.

Peggy pojechała na zabawę wraz z półmiskami i swoją panią, rozpakowała i ustawiła co należało, a potem już bez niczyjej pomocy wytańcowywała na trawie przy muzyce góralskich kobz i piszczałek wdzięczne scotch reels, które się tańczy kołem. Jak zapewniała po powrocie demokratycznie usposobiona pani domu, Peggy cieszyła się wielkim powodzeniem. W cale mnie to nie dziwiło.

Widok z okna białokaflowej łazienki co rano cieszył mnie na nowo. Na horyzoncie mglisto rysowały się szarpane profile górskiego łańcucha i strzeliste wieżyce pięknej stolicy Szkocji, ukoronowanej prastarym zamkiem, istniejącym (jak zapewniali moi szkoccy przyjaciele) od stworzenia świata. Tuż pod oknem kwitły i pachniały wielobarwne łubiny i krzewy akacji, suto obwieszone gronami kwiatów morelowych i złocistych. Trochę dalej, przy sztachetach, był ogródek „dziki” czyli „skalny”, tak nazwano tu nierówno skopane grządki, obsadzone niskimi krzakami i kwieciem rozmaitym w rozmyślnym nieładzie, podparte tu i owdzie odłamkami granitowych głazów. Szczególnie cenione jako takie miniatury skał są szczątki świątyń celtyckich, zachowujące na chropawej powierzchni ślady zatartych ornamentów. [...]

Nigdzie nie zdarzyło mi się poznać tylu dobranych małżeństw co w Szkocji. Odniosłam wrażenie, że ludzie pielęgnują tam swe szczęście rodzinne tak, jak rzadkie rośliny w ogrodzie. I tak samo się tego nie wstydzą.

Bywałam zapraszana do domów średniozamożnych inteligentów i dziedzicznych siedzib przedstawicieli najstarszych rodów Szkocji – tu i tam wyczuwałam ów nie dający się sfałszować klimat pogodnego dosytu, opromieniający życzliwym ciepłem nawet obcych przybyszów.

Zdarzyło się np., że sympatyczni państwo, podejmujący nas obiadem, potem towarzyszyli cudzoziemkom na tanecznej zabawie. Przy dźwiękach doskonałej orkiestry rozbłysły oczy Polek.

– Lubi pani tańczyć? –  nachylił się do gościa gospodarz. – Bardzo nawet, –zatem służę pani... do następnego tańca; pierwszy zawsze tańczę z żoną.

Sprawa przedstawiona taktownie, uczciwie i bez niedomówień.

Już za trzy-cztery lata Szkocję mieli dokładniej poznać polscy uchodźcy. Było ich wielu, bo tu szkolono wojsko. Różnie byli przyjmowani, na ogół życzliwie, zgodnie z duchem szkockiej gościnności, opisanym przez Jadwigę Kiewnarską. Niektórzy z tych Polaków-uchodźców już w ogóle nie wrócili do Polski. Zostali na zawsze tu lub na polach bitew.

poniedziałek, 06 marca 2017, alina.kwapisz

Polecane wpisy

myTaste.pl