O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
Blog > Komentarze do wpisu
Wielkanocne przygotowania (2). Peklujemy

Jeszcze jest kilka dni, podczas których możemy zrobić coś, czego efektów nie będzie wstyd postawić na świątecznym stole. Na przykład – zapeklować mięso. Nie będziemy wtedy kupowali szynki w sklepie. Podamy własną.

Nawet ta najdroższa sklepowa często nie ma smaku zapamiętanego z dzieciństwa. Dla mnie taki miała wędzona szynka z kością, jaką się w wanience (byłam w  niej kapana!) gotowało w moim rodzinnym domu dwa razy do roku – na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Na wodzie z szynki wielkanocnej była gotowana zupa chrzanowa. Już nigdy chyba nie zaznam tego smaku…

Ale smakowe wrażenia możemy polepszyć decydując się na własnoręczne, można rzec, upeklowanie szynki. Zresztą, nie tylko jej. Co i jak się pekluje, opisała Elżbieta Kiewnarska,  czyli Pani Elżbieta, w pogawędce gospodarskiej z roku 1938. Mowa w niej o peklowaniu mięs przez miesiąc. Tak się robiło dawniej, gdy mięsa przygotowywało się na sucho. Nacierało solą z saletrą i korzeniami, aby czekać przez tydzień na puszczenie soku, nazywanego nieapetycznie ropą, a potem w nim trzymać mięso. My tyle czasu nie mamy. Peklujemy więc na szybko, zanurzając mięso w wywarze solno-korzennym, wymieszanym z saletrą. Mięso w ten sposób potraktowane czeka 4–7 dni w lodówce. Obracamy je codziennie, wygniatając w tej zalewie. Potem je ugotujemy lub upieczemy. Saletrę, niezbędną do peklowania, można w sklepie znaleźć wśród przypraw. Zestaw przypraw korzennych i ziołowych dopasujemy do smaku i możliwości.

Szynka i schab peklowane po mojemu

schab i szynka (po 1–1,5 kg każde)

do peklowania:

2,5 l wody

łyżeczka pieprzu

łyżeczka ziaren kolendry

2 łyżeczki majeranku

ew. łyżeczka suszonego tymianku

kilka ziaren ziela angielskiego

kilkanaście ziaren jałowca

2 papryczki chili (lub 2 ząbki czosnku)

2 listki laurowe

20–40 dag soli kamiennej

10 g saletry potasowej

łyżka cukru

do gotowania:

2 listki laurowe

2–4 łyżki soli

kilka ziaren pieprzu ziarnistego i ziela angielskiego

Do zimnej wody włożyć korzenie i zioła, po zagotowaniu trzymać na małym ogniu przez 10 minut. Wywar wystudzić. Wymieszać dokładnie z solą, cukrem i saletrą. Włożyć do niego mięso, najlepiej zasznurowane, aby potem zachowało ładny kształt. Ma być wywarem przykryte. Codziennie je obracać i wywar w nie wgniatać.

Zagotować znów 2,5 l lekko osolonej wody (w zależności o stopnia zasolenia mięsa w zalewie) z listkami laurowymi, pieprzem i zielem angielskim. Gotować dobrą godzinę, aż mięso będzie miękkie. Odstawić do wystudzenia w wywarze. Jeżeli chcemy podać jako wędlinę, przestudzone należy wstawić do lodówki, po odwinięciu ze sznurka kroić w cienkie plastry.

Zamiast szynkę gotować, można upiec w chlebowym cieście. Ale to już trudniejsze i wymaga wprawy, a zwłaszcza dokładnego zawinięcie mięsa, aby sok podczas pieczenia nie wypływał. Tak samo piecze się w soli, aby potem ją odłupać i wyjąć z niej wyjątkowo soczystą szyneczkę.

Zapeklować można i inne mięsa: dobrą wołowinę (zrazowa, rostbef, antrykot) lub ładny kawałek pieczeni cielęcej. Mięso tuż po ugotowaniu można podać na ciepło, na obiad, jako tzw. sztukę mięsa. Klasycznym dodatkiem będzie chrzan: albo po prostu utarty i doprawiony na zimno, albo w postaci któregoś z aromatycznych sosów chrzanowych.

A oto jak do domowego peklowania mięs przekonywała Pani Elżbieta w „Kurierze Warszawskim” z roku 1938. Jak zwykle, zachowuję pisownię oryginału, łącznie z błędnym napisaniem nazwiska Lucyny Ćwierczakiewiczowej.

Tak wcześnie? Przecież jeszcze około miesiąca pozostało do świąt! — powie niejedna czytelniczka — ja jednak uważam, że sprawa marynowania mięsiw, stanowiących konieczną część składową „Świątecznego", właśnie jest zupełnie na czasie, i chcę przypomnieć oszczędnym gospodyniom, — a któraż gospodyni nie chce a częściej nie musi być oszczędna, że nawet w mieście mięsiwa marynowane w domu są nieco tańsze od gotowych — kupnych.

I wieprzowina, i cielęcina, — materiały na szynki są w tym roku niezbyt drogie — napewno przed samymi świętami Wielkiejnocy, jak zwykle, nieco podrożeją. Otóż teraz można kupić szyneczkę z młodej sztuki, niezbyt tłustą. Przy kupnie uważać aby poszczególne mięśnie były szczelnie pokryte błonką, co jest warunkiem soczystości szynki.

Poza szynką wieprzową możemy zamarynować szynkę cielęcą, na którą bierzemy dyszek od ładnej, dużej, białej ćwiartki, ozór duży i bez podgardla, i kawałek wołowiny. Z części wołowiny najodpowiedniejsze do peklowania są krzyżowa-ogonowa, zrazowa a najsmaczniejszy mostek, — który, niestety, pomimo zmniejszenia uboju rytualnego, rzadko spotykany jest w jatkach chrześcijańskich.

Naturalnie, że marynowanie dużych ilości i wielu gatunków mięsiw tylko w bardzo licznych rodzinach, w gospodarstwach zbiorowych, lub w bardzo gościnnych domach jest wskazane, lecz jedna nieduża szyneczka w najmniejszym nawet gospodarstwie się przyda. Wszystkie mięsiwa marynuje się w sposób jednakowy. I p. Ćwierciakiewiczowa [!] radziła je marynować wszystkie nietylko w jednym naczyniu, lecz nawet jednocześnie. Przeciwko temu najkategoryczniej protestuję. Każde z wyżej wymienionych mięsiw potrzebuje innego czasu do należytego nasolenia, więc albo jedne z nich zostałyby nadmiernie przesolone lub inne niedosolone.

Jednak przez oszczędność miejsca, a właściwie naczyń, których nigdy za wiele nie mamy, możemy sobie cały proces marynowania rozłożyć w sposób następujący. Na dnie dużego naczynia: drewnianego, kamiennego lub emaliowanego, solimy naprzód szynkę wieprzową, (na trzy tygodnie przed jej użyciem). Po tygodniu dodajemy szynkę cielęcą. Na ostatni tydzień układamy wołowinę i ozór. Każde z tych mięsiw musi być dokładnie natarte solą z saletrą i korzeniami, potrzymane dobę w temperaturze pokojowej i dopiero potem włożone do wspólnej marynaty, tak obfitej, aby wszystkie mięsiwo pokrywała. Aby tej marynaty zawsze trochę było ponad mięsem, przyciskamy je czystą deseczką, i obciążamy sporym kamieniem. Deseczkę i kamień należy myć co tydzień, aby pleśń do mięsa się nie zakradła.

A teraz, przez długie lata gospodarowania na wsi, wypróbowana mięszanina soli, saletry i korzeni, — jedna i ta sama do wszelkiego gatunku mięsiw.

Na dziesięć kilo mięsa pół kilo soli, najlepiej uprażonej na suchej patelni, aby nic wilgoci w sobie nie miało, jedno deko saletry, dziesięć listków, po półtora deka pieprzu gorzkiego i ziela, pięć deka cukru, dwa do trzech deka kolendry, łyżkę majeranku, dwa goździki i, kto lubi, dwa ząbki czosnku. Sól, cukier i saletrę najdokładniej rozmięszać, korzenie z gruba utłuc i dodać do soli. Mięszaniną natrzeć doskonałe mięso, dwa naczynia, w których się ma marynować mięso, też wysypać tą solną mieszaniną. Gdyby po tygodniu nie okazało się dosyć rosołu, dolać tyle dobrze osolonej wody, aby pokrywała mięso.

Przed użyciem szynkę i cielęcinę wymoczyć, ozór i wołowinę gotować w nieosolonej wodzie. Szynkę i cielęcinę można dać obwędzić, — jest to jednak dość kłopotliwe i zbędne, gdyż tak marynowane szynki po ugotowaniu lub upieczeniu, mają smak wyborny.

Wyborny smak wędlin domowego wyrobu podkreślamy dodatkami. Jak pisałam, klasycznym jest chrzan. Jak go przygotować z korzenia własnoręcznie utartego, opisała poznańska „Gazeta dla Kobiet”, organ Związku Stowarzyszeń Kobiet Pracujących,  z roku 1931.

SOS CHRZANOWY DO PROSIĘCIA.

3 łyżki utartego chrzanu, wymieszać z kwaterką surowej śmietany, wlać octu, na koniec noża cukru i szczyptę soli.

Oczywiście, taki chrzan można podać i do szynki. Gazeta podała przepis na jeszcze jeden sos. Także klasyczny. Napisano o nim: „Sos ten podaje się do wędlin i zimnego mięsa, szczególniej na święta Wielkanocne”.

SOS TATARSKI.

Sześć jaj gotowanych na  twardo obrać, wyjąć żółtka i przetrzeć je przez sito. Potem włożyć do donicy i długo ucierać wałkiem, dolewać po jednej łyżce oliwy, (oliwę lać powoli,) wlać tyle łyżek ile jest żółtek, gdy żółtka są już roztarte dać dwie łyżki musztardy trochę soli, białego pieprzu, cukru i octu albo soku z cytryny do smaku.

Sos ucieramy w malakserze. Radzę dodać do niego posiekane kapary oraz szczypiorek.

Ucieranie chrzanu jest niełatwe, bo od aromatów z niego pieką oczy. Jak pamiętam, mój Dziadek ucierał chrzan na święta na tarce zawsze przy otwartym oknie. A przecież już przed wojną była na to rada: specjalny przyrządzik. Pokazał go bogato ilustrowany krakowski tygodnik „As” w roku 1937:

My ucieramy korzeń chrzanu kupiony na bazarze (idę tam jutro!) w malakserze czy innym rozdrabniaczu. Naprawdę bez kłopotu. Zamiast octem możemy go potraktować sokiem z cytryny. Od razu, aby nie sczerniał. A chrzan tarty i przyprawiany w domu ma się tak do sklepowego, jak szynka domowa do tej kupowanej.

środa, 23 marca 2016, alina.kwapisz

Polecane wpisy

myTaste.pl