O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
Blog > Komentarze do wpisu
Fasola raz jeszcze. Na ciężki czas

Na ciężkie czasy, jak pisałam, fasola jest dobra. Syci. Dobrze się przechowuje. Dość łatwo się przyrządza. Po prostu gotuje i łączy z dodatkami. Może w pamięci sobie zakarbować przepisy na dania z fasoli i z fasolą? Ciężkie czasy przed nami.

Znakomitą sałatkę z fasoli i innych warzyw znalazłam w „Dobrej Gospodyni” z roku 1908. W tym tygodniku opisywał potrawy J. [Jerzy?] Lubicz. Są solidne. Bez ekstrawagancji. Zdrowe. Jak ta sałata. Można ją podać samą, ewentualnie do pieczywa, może być dodatkiem do mięsa, drobiu czy ryb, smażonych, grillowanych lub pieczonych.

Lekarze nawołują do jedzenia wielu jarzyn i sałat. Sałata, którą chcę opisać, jest wyborną, nawet jako dodatek do zimnych mięsiw przy wieczornej herbacie.

Kwaterkę dużej cukrowej fasoli odgotować na miękko w lekko posolonej wodzie. Pięć kartofli odgotować w łupinach, i gdy przestygną, obrać.

Na targu kupić spore dwie garście sałaty zwanej roszponką. Na dwie godziny przed podaniem, roszponkę opłukać, odciąć część z korzonkami, osaczyć z wody. Wsypać w salaterkę odgotowaną fasolę, kartofle pokrajane w sporą kostkę, kilkanaście rzodkiewek nieobieranych, tylko w talarki pokrajanych i roszponkę. Polać to wszystko octem zbożowym, dodać trochę soli, kto lubi może dodać trochę musztardy, oliwy, a są amatorzy, co lubią i nieco cukru, pieprzu białego. Polaną sałatę bardzo starannie wymieszać. Roszponka jest sałatą bardzo smaczną i ozdobną, zachowującą kształt, jakby bukiecików zielonych.

Wzorując się na tej recepcie sprzed przeszło stu lat, sporządziłam swoją wersję sałaty dość dla mnie dziwnie łączącej fasolę i roszponkę. Tyle że obecne w oryginale kartofle zamieniłam na buraki.

 

W dodatku inne niż zwykle. Żółte. A nawet wręcz złote. Przed połączeniem z innymi składnikami upiekłam je. Nie obierając ze skórki, skropione oliwą. Takie są znakomite! Słodkawe i kruche. Nie muszą być dodatkiem do sałatki, można je przyrządzać też tak, jak te normalne, czerwone. Ale chyba w sałatkach najlepiej roztaczają bukiet swego smaku. Może podać je podczas Wigilii zamiast tradycyjnego barszczu?

 

Sałatka z fasoli, roszponki i buraków po mojemu

fasola ugotowana (z puszki)

4 małe buraki żółte ugotowane lub upieczone w skórkach

roszponka

pęczek rzodkiewek

2 cebulki dymki ze szczypiorem

olej lniany

ocet alzacki z miodem

musztarda miodowa z Dijon

sól, pieprz

 

Fasolę odsączyć z zalewy. Sałatę roszponkę umyć, osuszyć. Rzodkiewki pokroić w dość grube plasterki. Posiekać szczypiorek, dymkę pokroić w krążki lub kostkę. Buraki obrać ze skórki, pokroić w kostkę. Z oleju, octu, musztardy i soli oraz pieprzu sporządzić winegret w zakręcanym słoiku.

 

Do salaterki włożyć fasolę, buraki, rzodkiewki, cebulkę dymkę. Delikatnie wymieszać. Dodać roszponkę, wymieszać ponownie. Przed podaniem polać winegretem.

Proste. Tanie. Zdrowe. Takich potraw szukano w ciężkich czasach. Zamiast roszponki można zastosować inną sałatę, a jeżeli zimą będzie zbyt droga lub niedostępna, zastąpić ją porcją grubo pokrojonej natki.

Do kompletu podam przepis na prostą fasolę na ciepło. Jest to danie typu barowego. Także niedrogie i do wielokrotnego odgrzewania. Poprzedza ją opis wereszczaki. Czyli potrawy sporządzanej z kiełbasy. Zdefiniował ją Maciej E. Halbański w „Leksykonie sztuki kulinarnej”. Choć nazwał ją już bardziej zwyczajnie.

Kiełbasa po polsku

Zwana wereszczaką – staropolskie danie przyrządzone z białej kiełbasy ugotowanej w piwie wymieszanym (po połowie) z wodą. Ugotowaną kiełbasę kraje się w plastry i dusi chwilę w gęstym, zakwaszonym sosie cebulowym. nazwa wereszczaka ma podobno pochodzić od kucharza dworu saskiego: Wereszczaki.

Zapamiętajmy ten prosty mariaż kiełbasy z fasolą. Znakomite połączenie na zimę. I pustki w portmonetce.

 

Przepis pochodził z roku 1950 i odnalazłam go w „Życiu Częstochowy”, lokalnej mutacji „Życia Warszawy”, jednej z najlepszych gazet ukazujących się w PRL-u. Porady podawała tam „ciotka Zosia”. Domyślam się pod tym pseudonimem Stefanii Podhorskiej-Okołów, przed wojną naczelnej redaktor „Bluszczu”.

Musiała ona pamiętać prawdziwie ciężkie czasy, jakie nadchodziły w roku 1939. W Częstochowie znalazła się po wojnie, po Powstaniu Warszawskim. Musiała mieć w pamięci, jak w przedwojennych gazetach beztroska przeplatała się z przeczuciami grozy. Społeczeństwo się mobilizowało, choć tak naprawdę nie wiedziało, do czego. Trudno było przewidzieć, jakie barbarzyństwo nadejdzie. Energiczne twarze z plakatów budziły nadzieję, że nawet, jeśli wojna nadejdzie, skończy się rychło. Jesteśmy silni, nie oddamy ani guzika, a Francja i Anglia nas obronią. Co i jak pisano tuż przed wrześniem roku 39, przytaczam za onereowskim dziennikiem „ABC”. Od lewicy po skrajną prawicę wszyscy chcieli się nawzajem przekonać, że będzie dobrze. A tak być nie mogło.

 

Panie domu robiły zapasy, prasa zamieszczała komunikaty, w co warto się zaopatrzyć. Zwykle w proporcjach tak na dwa tygodnie, może miesiąc, ale nie na lat pięć! Pocieszano się, że Niemcy mają gorzej. Nie mieli masła, śmietany, olejów. Cykliczna gazetowa rubryczka miała krzepić i rozśmieszać. Ale czy nie zakłamywała rzeczywistości?

 

Olej w głowie – bywają czasy, gdy wychlupuje ze zbyt wielu głów. Kolejny satyryczny wierszyk wyśmiewał się z demonicznego Adolfa Hitlera, którego dywizje już stały nad granicą z Polską. Miał nad nią panować przez kolejne czarne lata. Do czasu swojej klęski, tak wielkiej, jak wielkie barbarzyństwo przećwiczył.

 

Szybki koniec nie był. Ale w końcu nastąpił. A w ogóle, akurat ten wierszyk wydaje się ponadczasowy. Można go kierować do niejednego „jego". Do naszych ciężkich czasów też można go przyłożyć. Czy już robić zapasy? Gromadzić groch, fasolę i sól? Aż tak, to nie. Ale warto powściągnąć konsumpcję. Odżywiać się zdrowo. Daniami bogatymi w mikroelementy – na przykład w kojący nerwy magnez. W wapń, potas, fosfor, żelazo. W białko. To, co ma fasola.

piątek, 04 grudnia 2015, alina.kwapisz

Polecane wpisy

myTaste.pl