O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
Blog > Komentarze do wpisu
Z rumu – moja przeróbka klasyki

Opisywałam już daiquiri. Jest to jeden z najbardziej znanych koktajlów świata – pochodzący z Kuby i kojarzony tak z Kubą, jak z kochającym ją Ernestem Hemingwayem. Ta mieszanina rumu i soku z cytryny lub limetki potrafi umilić kolejny wieczór wakacji; dodam, że w nadmiarze jednak zepsuć. Dla miłośników historii i barwnych opowieści cytuję Roba Chirico, nowojorskiego dziennikarza i zawołanego barmana, z jego książeczki o koktajlach: „Mrożone Daiquiri stworzył Constantino Ribalagua, słynny barman z hawańskiego baru La Floridita (zwanego też La Catedral del Daiquiri), dodając do drinka rozdrobniony do konsystencji śniegu lód. Jednym z większych zwolenników mrożonego Daiquiri był Ernest Hemingway. Specjalnie dla niego Ribalagua przyrządzał bezcukrową wersję zwaną Papa Dobles, której znany pisarz potrafił wypić nawet tuzin porcji za jednym posiedzeniem. Pozycja stojąca nie jest możliwa po tylu drinkach”. Że nie wspomnę o samopoczuciu the day after.

Dalej Chirico opisuje, jak wielu barmanów eksperymentuje z daiquiri. „Niektórzy dodając owoce, inni miksują owoce za pomocą blendera, jednak zawsze musi być przyrządzony ze świeżych owoców”. Poszłam tym tropem, ale nie całkiem. Wymyśliłam swoją wersję, a domowy barman rozlał dobrze wstrząśnięty koktajl do kieliszków, na których dnie umieściłam niespodziankę.

 

Oto więc

Daiquiri po mojemu
na 2 porcje

50 ml białego rumu z Martyniki

30 ml świeżo wyciśniętego soku z czerwonego grejpfruta

20 ml likieru pomarańczowego Triple Sec

lód

cztery maliny

Z grejpfruta wycisnąć sok, przelać przez sitko. Rum, sok grejpfrutowy i likier pomarańczowy wstrząsnąć w shakerze. Do kieliszków wrzucić lód i po malinie, drugą przybrać brzeg kieliszka. Nalać koktajl na maliny.  Podawać od razu.

 

Dla porządku podam klasyczną wersję koktajlu za Robem Chirico:

Classic Daiquiri

45 ml białego rumu

30 ml świeżego soku z limonki

1 łyżeczka syropu cukrowego lub drobno mielonego cukru

Starannie wymieszaj składniki w shakerze razem z lodem i przecedź przez sitko do schłodzonego kieliszka koktajlowego.

Właśnie: warto schłodzić kieliszki. Zamiast cukru w mojej wersji jest słodki likier o mocnym smaku pomarańczy. Lód jest w kostkach, aby chłodził koktajl, a nie rozcieńczał go. No i te maliny. A sok z grejpfruta występuje w daiquiri przyrządzanym dla Hemingwaya (Tuzin porcji! Ciekawe, czy mieszano w wielkim shakerze?). Oto przepis także cytowany z książeczki:

Hemingway Daiquiri
Papa Dobles

sok z 2 limonek

sok z 1 grejpfruta

60 ml białego rumu

7–8 ml likieru maraschino

Wymieszaj wszystkie składniki w shakerze razem z pokruszonym lub rozdrobnionym na śnieg lodem. Przecedź napój przez sitko do schłodzonej szklaneczki typu highball.

A na koniec ciekawostka z dziedziny koktajlologii przedwojennej. Julian Tuwim na przełomie lat 1925/26 prowadził czasopismo rozrywkowe o nazwie „To To” (albo „Toto”, bo i tak pisano). Pismo nazywało się „cotygodniowym magazynem ilustrowanym”. Był to zupełny eksperyment. W odróżnieniu od innych tego typu magazynów (choćby „Światowida”), ten miał nie odmóżdżać. Był przeznaczony dla czytelników inteligentnych, ciekawych świata, pragnących rozrywki, która uczy. Ja dostrzegam dzisiaj, że to pisemko – niestety okazało się efemerydą wydawniczą – było pierwowzorem znanego nam dobrze powojennego „Przekroju” Mariana Eilego (przed wojną współpracującego z  „Wiadomościami Literackimi"). Wydawane obok „Wiadomości Literackich” i „Skamandra” reklamowało je i oferowało współsprzedaż po niższych cenach, ale wielu czytelników nie znalazło. Pozostawiło ślad w historii przedwojennej prasy polskiej. Zwierało wiele ciekawostek, w tym historycznych, miało dział rozrywek umysłowych, pokazywało i objaśniało świat, zawsze w formie lekkiej. „Jak jadł Napoleon”, „Dzieje cukierka” – to przykładowe tytuły z pisma. Będę do niego sięgać.

Na początek, co i jak pisano o ówczesnej modzie na podawanie koktajlów (jak zwykle, zachowuję ortografię). W jednym z numerów przedstawiono

 

Kiedy człowiek powłóczy się trochę po świecie, za każdym razem nauczy się czegoś nowego: dotychczas sądziłem, iż największy bar świata znajduje się w Jockey-klubie w Buenos-Aires – ale od czasu, gdy ujrzałem bar w Szanghaju, przekonałem się, że jest inaczej.

Kiedy się wchodzi do przedsionka, wyłożonego całkowicie białemi kaflami, ma się wrażenie, jakgdyby wkraczało się do nieskończenie długiej ulicy, pokrytej kryształkami śniegu: biało, biało, bielutko... Kolumny z białego marmuru stoją po bokach korytarzy, gdzie bezgłośnie przemykają lokaje: uroczyści hindusi w turbanach na głowach. Otwiera się jakieś drzwi i teraz dopiero wchodzi się do właściwego baru, w którym równolegle poustawiane stoły długości 50 metrów dziwnie przypominają szyny kolejowe, biegnące obok siebie w nieskończoność.

Ściany pokryte są od góry do dołu lustrami, które zwielokratniają tysiąckrotnie liczbę flaszek, grających barwami egzotycznych likierów. Ale i bez odbicia liczba tych butli wydaje się nam dostateczna... A co dopiero gdy się człowiek dowie, co się z tych płynów przyrządza, a co potem podają kelnerzy jako „środek przeciw zarazie tropikalnej”, dla „przepłukania żołądka”, lub wprost dla ochłody w przytłaczającym upale.

W barze tym dostać można t y l k o cocktaile. Łatwo to powiedzieć – ale w ilu tysiącach odcieni! Oto jest „bambus” hindusów, „blenton” dla królewsko-brytyjskiej marynarki, „hula-hula” wyspiarzy hawajskich, „gin-fizz” specjalnie dla marynarzy jednej z naczelnych linij okrętowych, pozatem są jeszcze łagodniejsze trunki, jak np. „sol y somora”, pochodzenia hiszpańskiego, przyrządzany z dwóch tylko likierów, „czekolada” brazylijczyków (z chartreuse'y, porta i najdelikatniejszego proszku kakaowego), „gibson” z Yokohamy, który dziwacznym smakiem przypomina białą cebulę, nie należy też zapominać o „H. P. W. Vanderbildzie” i „Bennecie”, nazwanych tak z okazji dwóch wszechświatowej sławy miljarderów, potem wielce osobliwe napoje, które, jak oświadczył pewien „rzeczoznawca” w tych kwestjach, mają wskrzeszać wspomnienie o Indjanach, nazywających wódkę nie tylko „wodą ognistą”, ale także „wodą rozweselającą”. Kiedy ludziska zbyt wiele zażyją alkoholu – co się podobno zdarza niekiedy na bożym świecie – wtedy djabła wypędza się belzebubem: cocktaile z Jawy lub z Antylów, sporządzone ze świeżego soku owocowego. przywracają im przytomność. Robi się także t. zw. „slings” z mleka kokosowego, ale z prawdziwych orzechów kokosowych, nie z namiastki. Są tu też płyny z zielonych cytryn, „handicapy” dla grających w polo, „morskie” dla majtków floty handlowej: „maysair” i „luigi”, a także – o, zgrozo! – trunki pozbawione alkoholu! A więc: „75” – wspomnienie wojny na wschodzie, „sen miłosny” – dla sentymentalnych dudków, „poranek jesienny” – dla natur poetycznych; cocktail dla południowego afrykańczyka zwie się, nie wiedzieć czemu, „bumerang” i bardzo różni się tęgością od poprzednio wymienionych „domowych trunków”; do „coolers” i „egg-moggs” [uwaga, to błąd, powinno być noggs] dodaje się kremu, „flips” przyrządza się bez mleka, ale z żółtkiem; „fizz” (nazwa onomatopeiczna i w djalekcie tamtejszym oznaczająca wszystko to co musuje – szampan, lub choćby wodę sodową); „juleps” i „coblers” wreszcie, które dzięki swym rdzennie angielskim nazwom roznoszą po całym świecie chwałę imienia Wielkiej Brytanji...

Ale kiedy się temu przypatrzeć zbliska, cała ta mieszanina jest raczej zwycięstwem kunsztu holenderskiej fabrykacji likierów, dzięki którym rozsławiły się trunki z angielskich barów, wszystkie te likiery o subtelnych i fantastycznych aromatach, te wódki o treści cierpko-gorzkiej aż do najmocniejszych i najcięższych, które zarówno całkowicie omroczyć mogą, jako też doprowadzić myśl do lekkości piórka, wzniecić gorączkę krwi lub ją ułagodzić, wzbudzić lub ujarzmić – zależnie od kaprysu pijącego, a wszystko to zależy od owego „mixtum compositum”, którego zagadkę zna komponujący je kunsztownie czarodziej – „mixer”.

Dalej jest opis osobistych wrażeń autora podpisanego J. C. Wood z egzotycznej podróży przez świat koktajli. Wtedy były to ciekawostki odległe i wręcz niesamowicie egzotyczne. Dzisiaj, gdy świat się skurczył, już nic nie dziwi. Likiery holenderskie i inne trunki z całego świata stoją na półkach sklepów z alkoholem i barów, a daiquiri czy gibsona zamówimy u każdego barmana w Polsce.

środa, 21 sierpnia 2013, alina.kwapisz

Polecane wpisy

myTaste.pl