O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
Blog > Komentarze do wpisu
Menu dla Artysty

Zanim rozdano Oskary, umówiłam się na poniedziałek do kina. Na „Artystę”, jak się okazało nagrodzonego i to nie jeden raz. Każdy, komu mówiłam na jakim filmie była, pytał: czy zasłużył na Oskara?

Moim zdaniem tak. (Jakkolwiek ta nagroda nie jest dla mnie wyrocznią). Mimo że widziałam w tym sezonie wiele naprawdę dobrych filmów, tak wiele, jak od dawna się nie zdarzało, ten mnie oczarował. I nie jest to film, jak czytałam, o którym zaraz po wyjściu z kina się zapomni. Retorycznie spytam: czy dało się zapomnieć o „Deszczowej piosence”? Kto ją lubi, polubi i „Artystę”. Dwa tytuły w recenzjach i opisach są często porównywane, nie odkrywam więc Ameryki. A jednak różnią się tak, jak epoki, w których je nakręcono. My jesteśmy bardziej wyrafinowani i melancholijni. Za czasów filmu z Genem Kellym nie było jeszcze czego tak żałować. Powstawały wtedy jeszcze filmy nie tylko rodem z Dostojewskiego – umownie mówiąc, nie wyłącznie ponure dzieła nicujące duszę i szarpiące trzewia (co nieraz jest dokładnie pokazane), nie fajerwerki tak zachwycające, że trudno je opowiedzieć scena po scenie. Film wtedy jeszcze bawił i wzruszał, bywał tandetną bajką i marzeniem, do którego nie wstyd się w ciemności przyznać.

Za tym tęskni „Artysta”, tego broni i w końcu – musi iść dalej. Za sprawą miłości, podobnie skłonnej do wyrzeczeń i naiwnej, jak ta z „Deszczowej piosenki”. Pewnie i inni zauważyli jak i ja, że obie panie z artystą związane nawet urodą nawiązują do partnerek Gene’a Kelly’ego. On sam zaś to połączenie właśnie dość masywnego, chociaż  cudnie tańczącego Kelly’ego (w scenach końcowych) – bo jednak nie wiotkiego Freda Astaire’a, jak niektórzy uważają –  z Douglasem Fairbanksem i Rudim Valentinem, którego jednak najbardziej przypomina z... nazwiska.

Wyrafinowanie tego filmu ma kilka poziomów. Mnie, jak zawsze, dziko zachwycała scenografia i kostiumy, a także fryzury i makijaż. Nieomalże czułam zapach modnych wtedy pudru i perfum (po mojej babci odziedziczyłam kiedyś dwie puste, ale  zakręcone buteleczki, zapach w nich pozostał – duszny, inny niż wszystkie mi znane), męskiej wody kolońskiej oraz brylantyny. A propos, niedawno wyczytałam, że wyśmiewana w PRL-u męska woda "Przemysławka", w charakterystycznych buteleczkach z oplotem, to była marka przedwojenna.

Z prawdziwą przyjemnością oglądałam eleganckie, klasycznie skomponowane kadry tego obrazu. Niektóre były cytatami z innych filmów – sięgnę po „Artystę” jeszcze kiedyś, aby to prześledzić. Na nieopatrzonych europejskich aktorów, poruszających się zgodnie z kodem epoki, w której się znaleźli, także patrzyłam z radością. Śmiałam się, kiedy było trzeba, wzruszałam – choć bez przesady – gdy do tego mnie skłaniała ich historia. Prosta jak świat.

W czasach Wielkiego Kryzysu kino rozkwitło. Ludziska walili do sal kinowych, aby poczuć się jak w pałacu (taką salę pokazuje „Artysta”), aby znaleźć chwilę zapomnienia od swoich codziennych kłopotów i na półtorej godziny trafić na Hawaje, ma królewski dwór albo do tingel-tanglu, gdzie szaleją piękne dziewczyny i faceci we frakach. Czy „Artysta” może być receptą na nasz kryzys? Tak. Właśnie tak go odbieram. Z nostalgią, ale i zadowoleniem, że mimo tych kryzysów my jesteśmy dalej. (To nie jedyny film, który z nostalgią sięga do czasów sprzed II wojny, że wspomnimy Woody’ego Allena czy ostatniego Scorsesego, na którym jeszcze nie byłam).

Cóż jeszcze? Uroda drugiego planu. Odkryłam na nim wiele radujących mnie szczegółów, w tym wiszący na planie znany z lat 20. XX wieku plakat reklamowy autorstwa czołowego grafika początku XX wieku Leonetta Capiellego, protoplasty nowoczesnej reklamy: to słynne „Porto Pitters”.

A kulinaria? Były! Co jedli artyści w szczytu sławy? Oczywiście grejpfruty! Pięknie podany grejpfrut był podstawą diety ówczesnych gwiazd srebrnych ekranów. Na śniadanie wszyscy od Grety Garbo po... filmowego George’a Valentine’a wsuwali grejpfruty i popijali je czarną kawą. I rzeczywiście zestaw ten przyśpiesza przemianę materii i pomaga w spalaniu tłuszczów. W tym zakresie nihili novi sub sole.

wtorek, 28 lutego 2012, alina.kwapisz

Polecane wpisy

Komentarze
2012/02/29 16:07:43
Jeśli można - w tych oplatanych buteleczkach to była "Prastara".
-
2012/02/29 17:22:54
Domowy ekspert podaje, że "Przemysławka" też. Nalał sobie w mozole do takiej buteleczki po "Przemysławce" wina i przyniósł na maturę (Rejtan, 1958), jako piersiówkę . Ja - nie używałam:) Dziękuję za uwagę.
-
2012/03/01 15:46:35
PS Przed wojną właśnie "Przemysławka" miała taką buteleczkę z oplotem, co pokazują obrazki w prasowych reklamach.
myTaste.pl