O sztuce dobrego gotowania, jedzenia, czytania, oglądania i życia.
Blog > Komentarze do wpisu
Wiersz na październik

Kto zna mój blog, ten wie, że wszystkim miesiącom tego roku, od lutego począwszy, towarzyszą wiersze Jarosława Iwaszkiewicza z tomu „Krągły rok”. Na jeden miesiąc – jeden wiersz. Jeżeli napotykam w nich odniesienia, ogólnie mówiąc, kulinarne, to je odnotowuję. Ale nie zawsze są. W październiku nie ma.

Bo mija już nam październik. W pełnej krasie, zwłaszcza jeżeli świeci słońce. Niestety, nad jarzębiną z mojego podwórka, dzisiaj go nie ma. Pocieszam się w tej szarzyźnie Iwaszkiewiczowskim (bardzo!) wierszem.

PAŹDZIERNIK
 
Ptaki październikowe
schylają zmęczone głowy
 
jak w zadymionych zwierciadłach
stoją jesienne sady
anioły i papugi
obsiadły winogrady
 
jeszcze te trochę liści
jeszcze jagód dwie kiści
i okruszyny w koszyku
 
już po wiosennym krzyku
już po zielonych godach
śpi papierowa uroda
 
już wszyscy gwiezdni ptacy
zaświecili
już wszyscy letni bracia
ulecieli
 
 zasypia jeden za drugim
pod liściem przywiędniętym
 
i nikt już nie pamięta
ja może jeden pamiętam
 
i może jeszcze kto drugi
 

Wiersz dedykował poeta, przeżywający swoje starzenie się, mistrzowi swojej młodości, a zarazem prawie równolatkowi, przedwojennemu celebrycie, Jeanowi Cocteau. Musiał on być bliski poecie nie tylko ze względu na styl życia (był gejem, jakkolwiek miał i romanse z paniami), ale i z powodu wszechstronności talentów i zainteresowań. Także ze względu na śmierć
Ukochanego w młodym wieku... Czemu  zawdzięcza Cocteau swoje „anioły” (z przedwojennego tomiku „L’ange Heurtebise”, potem z filmu „Orfeusz”).

Gdyby Iwaszkiewicz nie urodził się na Ukrainie, gdyby nie wzrastał w Polsce, gdyby nie zaistniał w PRL-u... może by był takim polskim Cocteau. Ciekawa jestem, czy tak o sobie myślał. Czy tego właśnie żałował. Znakomita książka Marka Radziwona, ostatnio wydana, ociera się o odpowiedź na pytanie: czego mógł żałować coraz starszy artysta. Przypomina, jak westchnienie, słowa jednego z bohaterów „Sławy i chwały” (alter ego pisarza w postaci książkowego Janusza Myszyńskiego, wiecznego obserwatora, niezdolnego do wyjścia „poza siebie”): tam jest południe, tam wino, tam są piękne miasta, tam jest nasza ojczyzna: Praga, Wiedeń, Rzym. Iwaszkiewicz dobrze wiedział i mocno czuł, że tam to... tam, a my – tu: w historii, w „rachunkach krzywd”, w swoim niepowtarzalnym sosie. Dlatego nie mógł być barwnym Jeanem Cocteau, a musiał być prezesem Związku Literatów Polskich. A Cocteau nota bene przedstawił w „Sławie i chwale”, jak i cały ten barwny świat przedwojennej paryskiej bohemy (ostatnio objawiony młodemu pokoleniu i przez Woody’ego Allena w filmie, który tu opisałam!).

Dla Cocteau w wierszu październikowym – nie od rzeczy przypomnieć, że był surrealistą – są anioły i papugi, ptaki pod postacią gwiazd (a może na odwrót), zielone gody, dla Iwaszkiewicza jesienne sady, liście przywiędnięte, i ta pamięć, pamięć, która im jest starszy, tym bardziej go boli. Zmęczone głowy ptaków to zmęczona głowa Iwaszkiewicza. Dedykacja dla Cocteau, mistrza młodości, obecnego w wielu numerach „Wiadomości Literackich”, to dedykacja dla siebie, którym mógłby być. W roku wydania tomiku Jean Cocteau nie żył od czterech lat. Podejrzewam, że wiersz lub jego zarys Iwaszkiewicz napisał wtedy, gdy tę śmierć, tak bliskiego w kilku płaszczyznach człowieka ze swojego pokolenia, przeżywał.

czwartek, 20 października 2011, alina.kwapisz

Treść i zdjęcia objęte prawem autorskim. Publikacja całości lub fragmentów jedynie za zezwoleniem autorki. myTaste.pl